Robert Fisk, GB

 

Rzeź niewinnych popiera opinię, że jest to wojna przeciwko Islamowi.

 

 

15 października 2001

 

W Bagdadzie mieliśmy bunkier, gdzie rakieta usmażyła na śmierć ponad 300 ludzi. W Kosowie mieliśmy kolumnę uciekinierów rozwaloną na szczątki przez nasze bomby. Teraz, w Afganistanie, osiedle zwane Karam, jest naszą ostatnią masakrą.

 

Oczywiście, znów przyszedł czas dla swojskiego słówka "ubolewamy". Ubolewaliśmy z powodu bagdadzkiego bunkra. Bardzo nam było przykro z powodu masakry uciekinierów w Kosowie. Teraz, przykro nam z powodu bomby, która zboczyła z toru w Kabulu ostatniej nocy; pocisk, który zabił czterech ONZ-towskich rozbrajaczy min, i cokolwiek, co uderzyło w Karam.

  

Wciąż jest to taka sama historia. Zaczynamy strzelać "mądrymi pociskami" po tym, jak nasi dziennikarze i generałowie powiedzieli nam o ich technicznym wyrafinowaniu. Ich konferencje prasowe pokazują biało czarne zdjęcia bezkrwawych pasów startowych baz lotniczych, z małymi dziurami rozrzuconymi wzdłuż ich powierzchni. "Pomyślna noc", powiadali, po zbombardowaniu Serbii.

  

Powtórzyli to samo ostatniej nocy, i nikt, – dokąd oczywiście nie rozwalimy cywilów na kawałki – nie sugeruje, że rozpoczęcie wojny ma coś wspólnego z zabijaniem ludzi. Ma, oczywiście. To właśnie dlatego wojskowi wynaleźli to koszmarne i skandaliczne moralnie wyrażenie "zniszczenia kolateralne". I oczywiście, zawsze są oni gotowi obrzucić błotem reporterów pracujących tam, na ziemi.

  

Najpierw, NATO zarzekało się, że nie zmasakrowało konwoju uchodźców w kwietniu 1999. Odkąd jednak znaleźliśmy części bomb, z amerykańskimi oznaczeniami, zmienili śpiewkę.

  

Teraz ta śpiewka wyglądała tak:, "Jeśli zabiliśmy niewinnych, przykro nam, ale dlaczego dziennikarze nie odczepią się od ich ukochanych Serbów, i poszukają innych tematów w Kosowie?"  Mogą zacząć nas pytać o to znowu, teraz, kiedy jesteśmy wplątani w coś, co historycznie dla nas w Brytanii jest Czwartą Wojną Afgańską. Co my dziennikarze robimy, pomagając panu bin Ladenowi i jego zbirom?

  

Ale tym razem, jest również wielka różnica. W 1001 roku, mieliśmy koalicję muzułmańską po naszej stronie. W 1999 zrobiliśmy z Serbów takie bestie, że śmierć ich niewinnych cywilów można było zwalić na Słobodana Miłoszewicza, zresztą – chociażby w teorii tylko – próbowaliśmy przecież ratować albańskich Muzułmanów.

  

Bez wątpienia jakiś idiota generał powie nam teraz, że Karam to wina bin Ladena – idiota, ponieważ coś takiego nie wpłynie na tysiące Muzułmanów, którzy są wściekli na nasze naloty na Afganistan.

  

I w tym sęk. W każdym bliskowschodnim kraju, nawet tolerancyjnym Libanie, wzrasta podejrzenie, że jest to wojna przeciwko Islamowi.

  

I to jest, dlaczego arabscy przywódcy siedzą w większości cicho i dlaczego Saudyjczycy nie chcą nam pomóc. I to jest, dlaczego tłumy próbowały atakować pakistańskie bazy lotnicze używane przez Amerykanów.

  

To pokazuje przemieszczenie myślowe wśród Arabów na temat zbrodni przeciwko ludzkości w Nowym Jorku i Waszyngtonie, niepokojące odłączenie pozwalające im potępiać zbrodnie w Ameryce bez łączenia ich z amerykańską na nie odpowiedzią -- i potępiać tę odpowiedź bez refleksji o rzezi po drugiej stronie Atlantyku.

  

Świat arabski widzi teraz niewinnych Muzułmanów, którzy zginęli podczas zachodnich nalotów na Afganistan. Jeśli Karam okaże się tak straszny, jak to opisują Talibowie, wszystkie pouczenia i zaprzeczenia pana Blaira, że nie jest to wojna religijna, pozostaną bez echa.

  

Premier może teraz tylko zastanawiać się nad ironią tego, że obskurancka sekta rozbijająca odbiorniki telewizyjne i rozwieszająca taśmy wideo na gałęziach, używa teraz telewizji i taśm wideo dla swej własnej propagandy.

   

 

http://www.independent.co.uk/story.jsp?story=99519

Tłum. Z. Łabędzki