Robert Fisk
Jak USA może bombardować ten tragiczny naród?
23 września 2001
Na naszych oczach toczy się akcja najbardziej tragicznej historii o epickich wymiarach, jakiej nie oglądaliśmy - jeśli już nie od II Wojny Światowej to na pewno od Wietnamu. Nie, nie mowię tu o ruinach World Trade Center w Nowym Jorku i groteskowych scenach, jakie oglądaliśmy 11 września, ani o okropnościach, które nazwałem w zeszłym tygodniu zbrodnią przeciwko ludzkości (o czym później). Mówię tu o najbardziej niezwykłych, prawie że nie do uwierzenia przygotowaniach, jakie w tej chwili maja miejsce - podjęte przez najsilniejszy na świecie naród jaki kiedykolwiek zaistniał na naszej Planecie - do bombardowania najbardziej zniszczonego, spustoszonego, głodującego - najbardziej tragicznie doświadczonego kraju, jaki istnieje na tej samej Planecie - Ziemi.
Afganistan- gwałcony i masakrowany przez potężną Armię Sowiecką przez 10 długich lat, opuszczony przez swoich przyjaciół - mowie tu o NAS oczywiście - kiedy Rosjanie zrezygnowali z dalszej interwencji, teraz - będzie zaatakowany przez pozostałe na placu boju supermocarstwo(!).
Obserwuję te wydarzenia z niedowierzaniem przecierając oczy. I to nie tylko dlatego, że byłem naocznym świadkiem rosyjskiej inwazji i okupacji Afganistanu. Świadkiem, jak Afganowie walczyli za nas i dla nas. Boże, jak oni wierzyli naszym słowom. Jak ufali prezydentowi Carterowi, który obiecał im pomoc Zachodu. Wtedy to właśnie tam spotkałem jednego z agentów CIA, w Peshawarze, wymachującego dokumentami sowieckiego pilota – nota bene zestrzelonego “naszym” pociskiem - które znaleziono we wraku Miga - owego “biedaka” - jak nazywał go amerykański "spook" CIA, przed prywatnym pokazem filmu o tym, jak “nasi” żołnierze oprawiali ujętych jeńców Wietkongu.
Przypominam sobie też dokładnie to, co mówili do mnie sowieccy oficerowie, którzy aresztowali mnie w Salang. Otóż wg ich słów “wypełniali oni międzynarodowe zobowiązania w Afganistanie". Oni tylko “likwidowali terrorystów”, którzy postanowili obalić legalny rząd Afganistanu (komunistyczny) i zniszczyć naród afgański. Czy nie brzmi wam to - tak jakoś swojsko?
Pracowałem dla The Times w 1980 roku, i dosłownie na południowym przedmieściu Kabulu byłem świadkiem wstrząsającego incydentu. Otóż grupa religijnych mujahedinow zaatakowała szkołę, ponieważ komunistyczny reżim “zmuszał” dziewczynki do nauki w tych samych klasach co i chłopców. Zatem rzucili bombę na szkołę, zamordowali żonę nauczyciela, a nauczycielowi odcięli głowę. To wszystko wydarzyło się naprawdę! Ale kiedy The Times chciał zamieścić mój reportaż, wmieszało się Foreign Office, że niby moja relacja jest prorosyjską propagandą(!) Oczywiście wtedy wojownicy afgańscy byli “dobrzy”. Ponieważ wtedy sam Osama bin Laden był “dobrym facetem”.
Charles Douglas Home - pełniący wtedy funkcję wydawcy “The Times”, pilnował czujny - jak sęp, aby wojownicy islamscy byli nazywani nie inaczej niż “freedom fighters - bojownicy o wolność” we wszystkich nagłówkach! Nie istniało nic, czego nie dałoby się wtedy zrobić ze słowem pisanym. I dzisiaj to samo - tylko ździebko inaczej. Teraz Prezydent Bush straszy ciemny, zacofany, superkonserwatywny rząd Talibów tymi samymi karami, jakimi straszy samego Osama bin Ladena. W oryginale prez. Bush mówi o “sprawiedliwości i karze” i o “pociągnięciu do odpowiedzialności” dopuszczających się zbrodni. Ale jakoś nie wysyła na Bliski Wschód policjantów, tylko B-52 i F-16 i AWACS i helikoptery Apache. Nie będziemy aresztować bin Ladena. My go zniszczymy. I wszystko byłoby w porządku, jeśli ten zawinił, ale z tego co wiem, B-52 nie rozróżnia pomiędzy winnym a niewinnym, pomiędzy tym w turbanie, a tym w czapce, pomiędzy kobietą, mężczyzną a dzieckiem….
W ostatnim tygodniu pisałem o kulturze i roli cenzury, która obecnie nam grozi. I o osobistych atakach na dziennikarzy, którzy mają odwagę dociekać korzeni obecnego kryzysu. W ostatnim tygodniu w europejskiej gazecie, odnalazłem nowy przykład co to oznacza. Otóż zostałem oskarżony o antyamerykanizm, który w tej chwili staje się jakoby zastępczym oskarżeniem o – antysemityzm(!)
Wiemy zatem o co chodzi, chociaż nadal nie mam pojęcia co to jest antyamerykanizm…
Ale jak widać krytyka Stanów Zjednoczonych w chwili obecnej staje się moralnym ekwiwalentem – nienawiści do Żydów(?). Jest jak najbardziej w porządku pisać nagłówki o “Terrorze Islamskim” - lub używając ulubionego przeze mnie francuskiego potworka słownego “Szaleńcy Boży”, ale oczywiście jest zupełnie nie do przyjęcia pytanie - dlaczego Stany Zjednoczone są tak nielubiane przez wielu Arabów na Bliskim Wschodzie. Oczywiście możemy identyfikować każdego mordercę jako muzułmanina, możemy pokazywać palcem na Bliski Wschód na wieść o każdej zbrodni - ale... nie wolno nam nawet przypuszczać - jakie są powody tych zbrodni!
Przypatrzmy się bliżej słowu “sprawiedliwość”. Oglądając raz po raz ową pornografię zbrodni w Nowym Jorku, wielu zgodzi się ze mną, że jest to zbrodnia przeciwko ludzkości. Ponad 6000 zabitych, to prawie tyle co rzeź Srebrenicy. Ale Serbowie oszczędzali kobiety i dzieci, kiedy rozprawiali się z mężczyznami. Ofiary Srebrenicy doczekały się na międzynarodową sprawiedliwość, i maja ją dziś w Hadze. Zatem wydawałoby się rozsądnym, że musi się sprawami takich zbrodni zajmować jakiś Międzynarodowy Sąd, który byłby w stanie osądzić takich morderców, jak zbrodniarze z Nowego Jorku. Ale tej właśnie nazwy ”zbrodniarze przeciw ludzkości” jakoś nie słyszymy z ust żadnego przedstawiciela Stanów Zjednoczonych. Najwidoczniej wolą oni określenie ”działanie terrorystyczne”, które, de facto jest o wiele słabsze niż “zbrodnia przeciw ludzkości. Dziwie się i zastanawiam dlaczego?
I nasuwa mi się jedyne rozsądne wyjaśnienie - albo dlatego, że nazywanie tego terrorystyczną zbrodnią przeciwko ludzkości byłoby tautologią, lub dlatego, że Stany Zjednoczone są przeciwne międzynarodowej sprawiedliwości, albo że specyficznie nie chcą tworzenia żadnego międzynarodowego sądu, przed którym pewnego dnia mogliby, jako oskarżeni, stanąć ich obywatele.
Wydaje się, że Ameryka chce tylko i wyłącznie widzieć swoją własną wersję sprawiedliwości, której koncept głęboko zakorzeniony jest w Dzikim Zachodzie i jego hollywoodzkiej wersji II Wojny Światowej. Prezydent Bush powiada o “wykurzeniu ich”, posługuje się słownictwem z listów gończych wiszących w “Dodge City” - "Poszukiwany, żywy lub martwy". Tony Blair teraz opowiada nam, że musimy stanąć za Ameryką, tak jak Ameryka stanęła za nami w czasię II wojny. Owszem prawdą jest, że Ameryka pomogła nam wyzwolić Europę Zachodnią. Ale w obydwóch wojnach, Stany Zjednoczone postanowiły włączyć się po okresie bardzo długiej i bardzo ekonomicznie owocnej neutralności.
Zastanawiam się, czy ofiary Manhattanu nie zasługują na godziwsze traktowanie?
Przecież nie minęło nawet trzy lata od chwili, kiedy wystrzelono 200 rakiet cruise na Irak za wyrzucenie inspektorów ONZ. Nie muszę nawet wspominać, że zdało się to psu na budę! Zabito trochę więcej bogu ducha winnych Irakijczyków, a inspektorzy i tak nie wrócili, sankcje istnieją dalej, irackie dzieci umierają. Żadnej polityki, żadnej myśli co dalej, żadnej perspektywy. Czeski film!
I właśnie tu znaleźliśmy się dzisiaj. Zamiast pomóc Afganistanowi, zamiast skierować naszą pomoc do tego kraju 10 lat temu, pomóc odbudować ich miasta i kulturę. Pomóc zbudować nowe polityczne struktury przełamujące plemienne podziały, zostawiliśmy ich samym sobie. Niech zdychają…
Sarajewo trzeba odbudować, ale nie Kabul. Buduje się jako taką demokrację w Bośni, ale nie w Afganistanie. Otwieramy ponownie szkoły w Tusli i Travnikach, ale nie w Jaladabad.
Kiedy wkroczyli na polityczna scenę Talibowie, likwidując wszystkich oponentów, odrąbując ręce złodziejom, kamienując niewierne żony, Stany Zjednoczone uznały to za drastyczny przejaw siły dążącej do wprowadzenia stabilności po latach anarchii(?).
Dziś decyzja Busha spowodowała ewakuację wszystkich zachodnich pracowników agencji niosących ludności Afganistanu jakąkolwiek pomoc humanitarną. Afgańczycy umierają, ponieważ ich braknie. Susza i głód zbiera swoje żniwo idące w miliony - mowię miliony! Tylko od samych min ginie dziennie w Afganistanie 20-25 osób. A tych śmiercionośnych min Rosjanie zostawili 10 milionów - i oczywiście nigdy nie wrócili, aby je pozbierać. Być może B-52 zdetonują kilka z nich…ale będzie to jedyna misja humanitarna, jakiej możemy się spodziewać w Afganistanie w ciągu najbliższej przyszłości….
Popatrzcie na alarmujący obraz całego przeszłego tygodnia. Pakistan zamknął swoje granice z Afganistanem. To samo zrobił Iran. Afgańczycy muszą pozostać w swoim więzieniu, chyba, że przedostaną się przez Pakistan i morze wyrzuci ich na plaże Francji lub Australii, przedostaną się przez Channel Tunnel lub porwą samolot lecący do Wielkiej Brytanii i poniosą konsekwencje złości naszego Home Secretary. W tym wypadku będą musieli być wysłani z powrotem, zwróceni z odmówieniem ich przyjęcia. Jest naprawdę wielką ironią, że jedynym człowiekiem, w którego przyjęciu z Afganistanu jesteśmy zainteresowani, jest czlowiek, o którym powiedziano nam, że jest diabelskim geniuszem związanym z największym masowym morderstwem w amerykańskiej historii - bin Laden. Inni mogą pozostać w domu i umrzeć.
Tlum: Roman Kafel