Wilhelm Głowacki

 

USS LIBERTY, 35 LAT PÓŹNIEJ.

 

 

         Są rocznice i rocznice. Jedne obchodzone z pompą, drugie jakby zapomniane. Są też i takie, o których z rożnych względów, mimo oczywistych faktów, pamiętać nie należy. Ale bywają również rocznice, otoczone murem sztucznej tajemniczości, najczęściej obwarowanej stemplami "ściśle tajne", poprzedzone serią rożnych, de facto bezwartościowych raportów, głownie dla zamydlenia oczu, uspokojeniu tłumów, kosztem całkowitego zignorowania ofiar. Przerwanie kręgu milczenia, dostanie się do sedna wydarzeń, wyciągniecie na światło dzienne oszustw i na siłę tuszowanych spraw, urasta do rzeczy niemożliwych. I jak to w historii bywa, im dłużej się ukrywa prawdę, tym potem łatwiej manipulować interpretacją wydarzeń.

 

Biorąc do ręki dzisiejsze gazety, trudno nie znaleźć w nich fatum 11 września. Obojętnie pod jaką postacią. Czy to kolejna uroczystość, czy koncert, film, książka, albo i wywiad z kimś, kto widział, przeżył, stracił bliskiego. Zawsze też miedzy wierszami, znajduje się "nasze zdecydowane poparcie dla przetrwania państwa Izrael", tak jak gdyby ono było zagrożone śmiertelnym niebezpieczeństwem. Równocześnie, cokolwiek pojawi się krytycznego w temacie statusu nie quo Izrael Palestyna, tak długo jak dotyczy Arafata jest cacy. Bron Boże jednak, aby coś bąknąć źle o Sharonie, albo i IDF. Zaraz pojawia się anty-coś-tam, straszak nad straszaki i krotko po tym, przeprosiny sypią się jak z rękawa.

 

Zatem wydawać by się mogło, że między Izraelem a USA panuje niczym nie zmącona przyjaźń. Coś na wzór długoletniego małżeństwa, w którym żadna ze stron, nigdy, ale to nigdy drugiej połowy nie zawiodła.

 

Czasem zdarza się jednak inaczej.

 

Niepodważalne fakty.

 

8 czerwca 1967 roku, podczas Wojny Sześciodniowej, izraelskie siły zbrojne (Israeli Defence Force - IDF), zaatakowały na morzu w rejonie Gazy, amerykański okręt zwiadowczy USS Liberty. W wyniku niczym nie sprowokowanego ataku, zginęło 34 członków, zaś 171 zostało rannych. Do dnia dzisiejszego, grupa weteranów byłej załogi okrętu, domaga się od Kongresu pełnego, publicznego dochodzenia całego przebiegu wydarzeń. Jak na razie bez skutku. Według ich opinii, zeznań świadków, dokumentów, zdjęć, atak izraelskich samolotów, kutrów torpedowych i oddziału komandosów, wcale był zupełnie przypadkowym, a raczej dokonanym z premedytacją. Przemawia za tym także decyzja Lyndona Johnsona, wtedy prezydenta USA, który osobiście wydał rozkaz odwołujący amerykańskie myśliwce 6 Floty, lecące z pomocą. Izrael oficjalnie przeprosił za zajście, motywując "tragiczną pomyłką", zaakceptowane przez amerykańską administracje. Tel Aviv, w 1982 roku wypłacił 6-cio milionowe odszkodowanie ofiarom "pomyłki", de facto, z pieniędzy przyznanych przez Kongres.

 

Praktycznie, historię okrętu i tamtych wydarzeń można by uznać za zamkniętą, gdyby nie....zacieranie śladów przez kolejne administracje Białego Domu i rząd Izraela. Dlaczego? Skoro wszystko jest znane.

 

Trochę historii tamtych dni.

 

Rok 1967, od pierwszych dni nie zwiastował światu dobrych wieści. Państwo Izrael i kraje arabskie, coraz bardziej, głośniej i aktywnie domagały się rozwiązania spraw Bliskiego Wschodu. Egipt i Syria, były wspomagane dyplomatycznie i zbrojnie przez Sowietów, zaś po stronie izraelskiej były Stany Zjednoczone, które wyposażyły IDF w najnowszy sprzęt militarny. Jak silna była więź miedzy USA i Izraelem, niech tylko dowodem będzie moment uznania państwa Izrael przez USA za prezydentury Harry Trumana. Wystarczyło Kongresowi USA zaledwie 6 sekund glosowania, aby to uczynić.

 

Konflikt zbrojny miedzy stronami wydawał się nieuniknionym, kwestią było tylko - kiedy. W dosyć ciekawej politycznej sytuacji znalazł się królewski Jordan, kontrolujący wtedy Zachodni Brzeg i Wschodnią Jerozolimę. Król Hussein zdawał sobie sprawę, że jego armia nie ma żadnych szans z izraelską, dlatego zawsze starał się być pośrodku drogi. Chciał po prostu uniknąć wojny, ale również chciał zachować terytoria. Zdecydował się na dosyć śmiały ruch polityczny, równocześnie odrzucając apel Nassera o zjednoczenie się Arabów przeciwko Izraelowi i zwracając się do USA o udzielenie gwarancji nienaruszalności Jordanu. USA udzieliły gwarancji i właśnie USS Liberty, wtedy wyposażony w najnowocześniejszy sprzęt elektroniczny do śledzenia komunikacji, miał być jakby obserwatorem. Okręt miał patrolować na Morzu Śródziemnym, poza wodami terytorialnymi. Zresztą jak się później okaże, lista zadań załogi okrętu była bardziej detaliczna, niż tylko podsłuchiwanie Jordanu i Izraela.

 

Wybucha Tygodniowa Wojna, praktycznie wygrana przez Izrael w ciągu kilku godzin, głownie poprzez znienacka zbombardowanie egipskich sił powietrznych. Setki Migów, mogących ewentualnie zaszkodzić oddziałom pancernym Izraela, zostało rozbitych na lotniskach. Sporym, potencjalnym zagrożeniem, była eskadra rosyjskich bombowców Tu-95 (Bear w nomenklaturze NATO), stacjonujących w Aleksandrii i zdolnych do przenoszenia broni nuklearnej, ale ich użycie, prawdopodobnie równałoby się wywołaniem III WŚ, a to nie wchodziło w rachubę. Wszystkie zainteresowane strony pamiętały doskonale kryzys kubański. USS Liberty, jak się później okazało, również był na tropie elektronicznym tychże bombowców. Rosyjska machina propagandowa utrzymywała, że samoloty są własnością egipskich sił powietrznych, obsadzone ich załogami.

 

Wyszło także na jaw ostatnio, że okręt przechwycił transmisję radiową, sugerującą wyraźnie, że Izrael nosi się z zamiarem zaatakowania Jordanu, przejęcia Jerozolimy i Zachodniego Brzegu, a to już przekreślało znacznie wcześniej opracowane plany akcji izraelskich akcji militarnych. I z całkiem ostatnich już archiwalnych dokumentów, częściowo udostępnionych (cyt) "zbytnio ciekawskim anty-syjonistom i anty-semitom" wynika, ze załoga okrętu, choć w odległości do 14 mil od linii brzegowej, mogła doskonale widzieć przez silne lornety co się dzieje na brzegu. A tam, według dokumentów, trwała masowa egzekucja egipskich jeńców wojennych, strzałami w tył głowy, po uprzednim wykopaniu przez nich grobów. Zdecydowanie, USS Liberty znalazł się w złym czasie i złym miejscu, biorąc pod uwagę interesy armii izraelskiej.

 

Atak na USS Liberty.

 

USS Liberty AGTR-5 (Auxiliary General Technical Research #5), był  praktycznie okrętem szpiegowskim, wchodzącym w skład Atlantyckiej Szóstej Floty, wtedy operującej częściowo na Morzu Śródziemnym. W tym czasie, amerykańska flota dysponowała 12 podobnymi okrętami, rozsianymi po całym świecie. Zimna wojna hulała w pełni, a rosyjskie strategiczne bombowce, uzbrojone w bron nuklearna, zaczynały pojawiać się masowo w rożnych częściach świata.

 

Okręt hierarchicznie podlegał bezpośrednio dowódcy VI floty, a techniczna kontrole sprawowała Narodowa Agencja Bezpieczeństwa w Waszyngtonie. Nie był wiec, jak to niektóre źródła sugerują, w tym także izraelskie, żaden okręt pomocniczy z cywilna załogą, zaczarterowany przez marynarkę. Wręcz przeciwnie, był stale pod załogą i dowództwem marynarki wojennej. Przerobiony na stoczni w Portland, OR w roku 1964 ze statku klasy Belfont(Victory), powszechnie używanego transportowca z okresu II WS, kosztem 40 milionów dolarów, został wyposażony w najnowszy sprzęt radiowo namiarowy, służący głownie do podsłuchiwania rozmów radiowych. Miał na pokładzie również urządzenia do wykrywania ewentualnej radiacji i łączności satelitarnej. Maksymalna szybkość to około 36 km na godzinę, najwolniejsza około 8. Załogę stanowiło 294 marynarzy, w tym 3 cywili z NSA i 3 z Marine Corp, tłumaczy języków rosyjskiego i arabskiego.

 

Dosłownie na kilka godzin przed atakiem, dowództwo operującej floty zapewniło Liberty o natychmiastowej pomocy na wypadek ataku (gwarantowane zresztą Wojskowym Kodeksem Marynarki Wojennej pod groźba kary śmierci albo długoletnim wiezieniu). Jak się okazało, nikt do tej pory nie został postawiony nawet w stan oskarżenia za nie udzielanie pomocy. Kiedy okręt znalazł się w sytuacji bez wyjścia, jeden z lotniskowcow(USS America) był w trakcie ćwiczeń i nie odpowiedział na wołania, drugi zaś (USS Saratoga) wysłał pomoc, która została prawie natychmiast odwołana rozkazem z Waszyngtonu. Oba lotniskowce znajdowały się w odległości zaledwie 10 minut lotu przez F-4 Phantoms.

 

Nadszedł 8 czerwiec. Dzień był piękny, widzialność doskonała. Załoga przystąpiła do normalnych zajęć, chociaż można było wszędzie wyczuć nerwowość. W nocy, nad okrętem pojawiły się izraelskie samoloty, które równie szybko odleciały. Urządzenia okrętu wykryły radary pilotów ustawione na poszukiwanie "przyjaciel- wróg". Po wymianie sygnałów rozpoznawczych, wszystko wróciło do normy, przynajmniej pozornie. Równie w ciągu dnia pojawiły się izraelskie samoloty, na tyle nisko, aby można było wzajemnie pomachać rękoma. Z przechwyconych rozmów radiowych wynikało, ze samoloty poinformowały o obecności amerykańskiego okrętu, którego zresztą znaki rozpoznawcze i flaga, były bardzo widocznymi.

 

Około 2 po południu, operatorzy radarów wykryli prawie równocześnie szybko poruszające się cele, zmierzające w kierunku Liberty. Było to kilka samolotów i kutrów torpedowych. Równocześnie, jeden z operatorów przechwycił rozmowę po rosyjsku miedzy dużym samolotem a dowództwem w Moskwie. Paradoksalnie do biegu wypadków, odkryto tajemnice załóg bombowców TU-95. Okazało się, ze wbrew rosyjskim zapewnieniom, TU-95 nie były obsadzone egipskimi załogami, a jedynie korzystały z bazy w Aleksandrii. Na okręcie ogłoszono natychmiast stan pogotowia i rozpoczęto robienie zdjęć samolotów, nagle bez znaków rozpoznawczych. Wszystkie środki prewencyjne okazały się bezużytecznymi, jako ze okręt został zasypany gradem kul, pocisków rakietowych i pojemników z napalmem. Zniszczone zostają częściowo urządzenia radiowe, odstrzelonym zostaje maszt z flaga. Jeden z członków załogi, rozpina natychmiast następna flagę, dwukrotnie większa od normalnej, równocześnie ginąc. W międzyczasie kutry torpedowe, z bliskiej odległości strzelają 5 torped. Jedna trafia zabijając na miejscu 25 marynarzy. Pozostali giną na pokładzie. Razem będzie ich 34. Nawiązana po paru minutach łączność z lotniskowcem, powoduje wysłanie myśliwców z pomocą, które jednak zostają zawrócone już podczas lotu. Po wydaniu rozkazu o opuszczeniu okrętu, cześć załogi znajduje się na tratwach ratunkowych, które zostają ostrzelane z kutrów. Cześć z nich tonie. Atak trwa ponad godzinę i ustaje tak nagle, jak się rozpoczął, chociaż jeszcze kilka razy pojawiają się izraelskie kutry torpedowe i znów samoloty. Z jakiś chyba bliżej nieznanych powodów, nie wykańczają ani okrętu, ani pozostałej przy życiu załogi. Okręt wiec utrzymuje się na wodzie i później zostaje odholowany na Maltę. Parę lat później wychodzi na jaw z dokumentów archiwalnych, ze Izraelczycy aż tak bardzo nie obawiali się reakcji okrętów VI Floty, wiedząc, ze "cicha dyplomacja" już działa i obie strony pracują nad zakamuflowaniem tragedii.

 

Zacieranie śladów.

 

Używając powszechnie znanego "ale to było kino", chociaż ze względu na  tragedie najmniej pasującego, byłoby niczym. To co zaczęło się dziać poza kulisami, zostało uznane za największą operacje tuszowania, jaka miała miejsce w historii marynarki USA.

 

W kilka minut po ataku, prezydent Johnson poinformował w adresie telewizyjnym o "tragicznym wypadku na wodach śródziemnomorskich, w którym zginęło 6 amerykańskich marynarzy".

 

W ciągu mniej niż godziny, Izrael poinformował Waszyngton o "tragicznej pomyłce", aby zaraz później "wyjaśnić", ze USA Liberty został pomyłkowo uznany za egipski frachtowiec do przewożenia koni. Jak można uwierzyć tłumaczeniu, kiedy jeden rzut oka amatora, nie mającego absolutnie pojęcia o statkach, pozwala bez problemu rozróżnić obie jednostki. Statek egipski był czterokrotnie mniejsza jednostka, nie posiadająca żadnych wysokich masztów, nie mówiąc już o zestawie anten. Jak można było pomylić obie jednostki, widząc olbrzymia amerykańską flagę oraz napis GTR-5, na dziobie okrętu i dachu nadbudówki. To wszystko było dopiero początkiem całej sprawy, które mimo upływu 35 lat, końca nie widać. Przynajmniej po stronie poszkodowanych.

 

Dokładne opisanie tuszowania sprawy, zajęło by kilkaset stron. Tylko zupełnie skrótowo można nadmienić, ze oba rządy sporządziły 13 raportów, z których żaden nie odpowiada całej prawdzie. Absolutna treść dokumentów - raportów, nigdy nie została udostępniona publicznie. Ciągle są objęte klauzula "Top Secret". Oficjalnie zakończono sprawę w grudniu 1987 roku notami dyplomatycznymi miedzy USA i Izraelem. Do dnia dzisiejszego, weterani dopominają się pełnej interwencji Kongresu oraz wznowienia całej sprawy.

 

Wbrew tuszowaniu całej sprawy i manipulacji faktami, głownie przez administracje waszyngtońską, pozostali przy życiu weterani robią wszystko, aby "przykry incydent" z USS Liberty, nie poszedł w zapomnienie. Jim Ennes, były członek załogi USS Liberty, oficer, obecnie na emeryturze, jest autorem książki pt."Conspiracy Of Silence:Assault on the Liberty", napisanej w latach 1967-73. Pisana na gorąco, zawiera dokładny opis wydarzeń, zeznania załogi oraz fotografie. Faktycznie można ja zaliczyć jako korpus delicji, chociaż w pewnych kręgach została uznana za "wysoce krzywdzącą i anty-izraelska". Z jej wyjątkami można się zapoznać na Internecie pod www.ussliberty.org, swoja droga jedna z najlepiej opracowanych stron na całej wirtualii. Zresztą Internet jest wcale bogatym w informacje o okręcie. Można się doszukać około 50 rożnych stron opisujących tamtejsze wydarzenia, w tym i strony izraelskie.

 

Sporo miejsca Liberty, poświęcił także prof. Alfred M.Lilienthal w swojej książce pt. "The Zionist Connection II: What price peace", wydanej w 1982.
W rozdziale pt. "The attack on Liberty", jest opisane z detalami tuszowanie sprawy, łącznie z nazwiskami. Szkoda tylko, ze jak do tej pory, książka prof.Lilienthala nie została przetłumaczona na język polski. Bo oprócz sprawy Liberty, rzuca światło na inne sprawy w relacji Izrael-reszta świata.

 

W roku 2001, zostaje wydana książka pt."Body of secrets", autorstwa Jamesa Bamforda, eksperta w sprawach bezpieczeństwa, szpiegostwa i kontrwywiadu. "Konikiem" autora była i jest NSA(National Security Agency), praktycznie nieznana amerykańska super-agencja, potocznie zwana Never Say Anything(nigdy nie mów niczego). NSA zajmowała (i nadal czyni) się głownie wewnętrznym i zewnętrznym szpiegostwem na skale nieporównalną do żadnych CIA, KGB, Stasi, itp. Absolutnie poza kontrola Kongresu, absolutnie tajna. Chodzą słuchy, ze do prezydentów docierały tylko informacje, jakie NSA chciała, aby się dostały. Otóż podczas wojny sześciodniowej, zupełnie bez wiedzy Białego Domu, został wysłany EC-121,samolot szpiegowski, w barwach marynarki wojennej USA. Tenże samolot, lecąc poza zasięgiem przechwycenia, znalazł się nad USS Liberty w momencie ataku, który został elektronicznie nagrany. Z wyjątków nagrań wynika czarno na białym, ze atak został dokonany z premedytacja i piloci izraelscy doskonale wiedzieli, kogo, i co atakują. Wiedzieli również, ze okręt jest oflagowanym i posiada znaki rozpoznawcze na dziobie i rufie.

 

Napisałem na wstępie, ze są rożne rocznice i różnie obchodzone. Czekałem wiec na dzień 8 czerwca, aby cokolwiek się ukazało w prasie lub telewizji, poza płatnym ogłoszeniem na lamach Washington Post, które pozwalam sobie zamieścić w oryginale. Zamieszczam także oryginalne wystąpienie Cynthi McKinney, z dnia 6 czerwca tego roku, zapisane w katalogu wystąpień w Kongresie, oraz wystąpienie John E. Engelbergera,USCGR(Ret) podczas prywatnej ceremonii rocznicowej.

 

Pozwoliłem sobie napisać krotki list do wszystkich większych stacji telewizyjnych i gazet na Internecie. Jak do tej pory nie otrzymałem żadnej odpowiedzi i zapewne jej nie dostane. Nie dziwota, jako ze każda wypowiedz w kwestii USS Liberty, od razu zostaje zakwalifikowana do anty-izraelskich. Nie tylko zresztą w tej sprawie. Co jednak przemawia na pewien plus w całej tej historii, to fakt, ze są jeszcze ludzie, w tym i żyjący weterani, którzy nie pozwalają, aby sprawa ucichła na zawsze. Wydaje mi się, ze my Polacy, powinniśmy także dołożyć swoja cegiełkę ku pamięci zabitych i wyjaśnieniu całej prawdy.

 

 

W.Glowacki