Marian Miszalski

 

Bezsilne wyczekiwanie

 

 

 

             Po szczycie w Laeken wytworzyła się sytuacja wyjątkowo absurdalna. Oto do roku 2004 Unia Europejska ma dokonać wewnętrznej reformy, łącznie z wypracowaniem przez tzw. Konwent głębokiej, wewnętrznej reformy jej struktur. Oficjalnie reforma ma służyć „przygotowaniu UE do przyjęcia nowych członków”, więc odpowiedzieć na dwa zasadnicze nadrzędne pytania. Pierwsze – czy w nowej UE będą członkowie lepsi i gorsi, czy też wszyscy będą równi w swych prawach i obowiązkach? Drugie – czy poszczególni członkowie zachowają prawo weta, czy też decyzje w kluczowych sprawach zapadać będą większością głosów?

 

             Ale to tylko zewnętrzna strona ewentualnej reformy. W wymiarze istotnym, bo politycznym, kształt reformy zależeć będzie od coraz wyraźniej rysującej się rozbieżności między Niemcami a Francją. Jeszcze niedawno UE była pseudonimem wspólnej polityki niemiecko-francuskiej wobec Europy i Świata, była instrumentem tej polityki. Jednak po zjednoczeniu Niemiec, po rozpadzie „obozu socjalistycznego” i Układu Warszawskiego oraz wszystkich konsekwencjach tych zmian – przed Niemcami zarysowała się kusząca perspektywa prowadzenia o wiele bardziej samodzielnej polityki międzynarodowej niż dotąd. Jak się wydaje – w nowej sytuacji międzynarodowej ścisła polityczna współpraca Niemiec i Rosji zdaje się nieść Niemcom o wiele większe możliwości niż dotychczasowa współpraca niemiecko-francuska. Wyjątkowo serdeczne wizyty kanclerza Niemiec w Rosji i prezydenta Rosji w Niemczech nie pozostawiają w tym względzie nawet cienia wątpliwości. Pominąwszy przypadkowy (czy zresztą aby naprawdę?), nieoczekiwany „moment” ataku na World Trade Center i incydent afgański – możliwość zbliżenia niemiecko-rosyjskiego dostrzegły Stany Zjednoczone, które niedawno złożyły Rosji atrakcyjną propozycję polityczną, jakby dla przelicytowania możliwej oferty niemieckiej. Propozycję tę sprowadzić można do oferty: zamiast wspólnej polityki światowej rosyjsko-niemieckiej lepsza będzie wspólna polityka światowa amerykańsko-rosyjska. Rosja znalazła się w bardzo korzystnej sytuacji: możliwości wyboru między tymi dwiema ofertami, więc i podbijania ceny za ewentualne przyjęcie jednej z nich. Co warte szczególnego podkreślenia to fakt, że wybór oferty amerykańskiej nie przekreśla możliwości Rosji koordynowania swej polityki z Niemcami, zwłaszcza w sprawach drugorzędnych, więc nie tyle już światowych, co na przykład europejskich. Fatalna polityka Wilusia Clintona wobec Rosji, ale i jej skuteczna właśnie dyplomacja wytworzyły dla Rosji wyjątkową dziś koniunkturę polityczną.

 

            Najbliższe lata pokażą, jaką opcję definitywnie wybierze Rosja i jaka będzie jej polityczna cena – i wszystko wskazuje na to, iż ten wybór dokonany zostanie, zanim Unia Europejska wypracuje swój „nowy kształt”, a nawet że ten „nowy kształt” UE uzależniony jest właśnie od tego wyboru.

 

            Można ostrożnie prognozować, że im bardziej Rosja będzie się zbliżała ku współpracy z Ameryką, dystansując się od propozycji niemieckiej – tym bardziej słabnąć będą tendencje integracyjne w Europie, której poszczególne kraje szukać będą własnych dróg podwiązania się pod nowy, globalny układ polityczny; i odwrotnie – im dłużej Rosja prowadzić będzie politykę „kokieterii” na obie strony: i wobec Ameryki, i wobec Niemiec – tym przedłużać będą się tendencje integracyjne. Poprzez swe rosnące wpływy w UE Niemcy będą starać się wzmocnić swą ofertę przetargową.

 

            Absurdalność sytuacji powstałej po szczycie w Laeken polega na tym, że właściwie szczyt ten nie wniósł niczego nowego, jak tylko: poczekajmy na dalszy rozwój wypadków... Polska znalazła się w położeniu wręcz rozpaczliwym, gdyż dotychczasowe rządy nie potrafiły wypracować żadnej alternatywy dla dwóch groźnych możliwości: zaoferowania Polsce kapitulacyjnych warunków akcesu albo też – odrzucenia w referendum integracji z UE. Alternatywą dla pierwszej możliwości byłoby znaczne obniżenie podatków jeszcze przed akcesją i prowadzenie kraju w kierunku „raju podatkowego”; w przypadku negatywnego wyniku referendum stanęlibyśmy natomiast przed problemem: samodzielna droga narodowo-socjalistyczna – czy samodzielna droga (jakże już teraz trudna) do kapitalistycznego pozytywizmu.

 

            Warto zauważyć, że każda z tych dróg wymagałaby ograniczania demokracji na rzecz rządów silnej ręki – co mogłoby stać się pretekstem do bliżej lub (co bardziej prawdopodobne) dalej idących ingerencji i nacisków z zewnątrz... Stąd już tylko krok do... no, może już nie „bękarta Traktatu Wersalskiego”, ale „chorego człowieka Europy” czy „głupca samemu sobie winnego, który odtrącił UE”...

 

            Nie chcę przez to powiedzieć, że tracę swój eurosceptycyzm i zaczynam agitować za akcesem do UE. Chciałbym natomiast podkreślić, że naród stawiany jest przez sprzedajnych euroentuzjastów wobec kolejnej fałszywej alternatywy (jak był nią ostatnio „okrągły stół”).

 

            Nasz wybór dzisiaj nie sprowadza się bowiem do prostej alternatywy „przystąpić do UE – czy nie przystępować?” – ale do wyboru jednej z czterech możliwości: czy przystąpić do UE, zdając się jedynie na rezultaty negocjacji ? Czy przystąpić do UE, zdając się na rezultaty negocjacji, ale uprzednio obniżywszy w Polsce znacząco podatki? Czy nie przystępować do UE, zachowując dotychczasowy poziom opodatkowania obywateli? Czy nie przystępować do UE, obniżając zarazem znacząco poziom podatków?

 

            Taki jest rzeczywisty zakres wyboru przed jakim stoimy i tylko naiwność, zła wola lub agenturalność może sprowadzać ten wybór do prostej, prymitywnej formuły: „przystępować – czy nie przystępować”...

 

            UE zapowiedziała, że zakończy swą wewnętrzną reformę do roku 2004. Rząd Polski jeszcze nie wie, czym ta reforma się skończy – a już zadeklarował ustami premiera Millera termin referendum: rok 2003. Czy to jakieś skandaliczne roztargnienie premiera Millera, czy raczej równie skandaliczny stosunek do narodu, jako podmiotu referendum? Podobny temu, który zaprezentował p. Cimoszewicz, zatajając przed parlamentem ustępstwa wobec UE, na które przystał? W tej sytuacji nie dziwi, że premier Belgii narzuca Polsce p. Geremka jako pożądanego członka Konwentu przygotowującego reformę UE. Na szczęście nie robi tego w tak drastycznej formie, w jakiej posłowie Rosji, Prus i Austrii narzucali Polsce politykę zagraniczną w czasach saskich, no ale każda epoka ma swe własne formy „propozycji nie do odrzucenia”. Propozycja umieszczenia w Konwencie p. Geremka ma swoisty smaczek, gdyż to właśnie p. Geremek zrobił wyjątkowo wiele, żeby w obecną sytuację nieomal już bezalternatywności kraj nasz wpędzić.

 

            A gdy już o tej propozycji mowa... W jednym z poprzednich numerów „NCz!” Stanisław Michalkiewicz zwrócił uwagę na odradzający się wewnątrz formacji postkomunistycznej stary podział frakcyjny. „Ordynacka”, skupiająca się dziś wokół Kwaśniewskiego, kontynuuje zatem wątek „Puław”, zaś „Smolna”, skupiająca się wokół Millera – frakcyjny motyw „Natolina”: krótko mówiąc odżywa podział na „Żydów” i „Chamów”, jak to frakcje te nazwały się wzajemnie w niedawnej przeszłości.

 

            Chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że wczasach tego podziału najważniejsze stanowiska w kulturze (czytaj: propagandzie), bezpiece, finansach i polityce zagranicznej (korpus dyplomatyczny) zastrzeżone były dla „puławian”, czyli „Żydów”, nie tyle na mocy jakiejś tajnej wewnątrzpartyjnej klauzuli, co via facti. Nie wiem, jak to dzisiaj jest w bezpiece i służbach specjalnych, nie ma też pełnej jasności, jak to naprawdę jest w finansach (tak jak UE dyktuje?) – ale w polityce kulturalnej i zagranicznej „Puławy” wykazują zdwojoną aktywność w odzyskiwaniu straconego terenu. Na miejscu „chłopców ze Smolnej” nie lekceważyłbym tej ożywionej ofensywy kadrowej „ordynatów” – kiedy w 1956 r. Gomułka popuścił „puławianom”, trzeba było na nich w 1968 r. napuszczać wprost „chłopców z Mokrej”...

 

 

 

MARIAN MISZALSKI

 

Najwyższy Czas!, 19.01.2002