STANISŁAW PIEŃKOWSKI
1930 r.
SOCJALIZACJA SZTUKI
KOMUNIZM, stary żydowski komunizm, zrodzony trzy tysiące lat temu z matki - złości i z ojca - fanatyzmu, odradza się i wypełza na świat, ilekroć żydzi dochodzą do wpływów i władzy. Stroi się wtedy na modę danego czasu, bielidłami i różami się odświeża i udaje ideę młodą, najmłodszą, postępową, świat zbawić mającą, ale jego stare kły próchnieją cuchnące, jadem się ślinią, który zgorzelą trupią zaraża i zabija. Jako z ducha żydowskiego poczęty, w każdym poruszeniu swoim jest kłamstwem, w każdym skręcie - oszustwem, w każdym słowie - fałszem. Żydzi w pochodzie swym koczowniczym puszczają przed sobą tego płaza, aby im drogę torował i miejsce dla nich sposobił w narodach przez się zatruwanych i rozkładanych. W obrębie getta chadza ten krokodyl swobodnie po śmietnikach i mykwach, jako zwierz oswojony, nikomu ze swoich szkody nie czyniąc, albowiem jest on we własnej osobie objawieniem żydowskiego ducha narodowego. Bachorki na jego grzbiecie jeżdżą i wszy mu z łusk wydłubują.
Naczelnym jego hasłem jest socjalizowanie wszystkiego, co goje posiadają. Szeroki, bity trakt, prosto i szybko prowadzący do wyzucia danego narodu z jego bogactw materialnych i duchowych. Socjalizacja fabryk i kopalń jest synonimem upadku wytwórczości przemysłowej. Socjalizacja środków przewozowych i łącznikowych równa się zahamowaniu ruchu. Socjalizacja handlu czyni zeń trzęsawisko, które w otchłań nędzy wsysa spożywców, oczekujących "ogonkami" dnie całe na kupno guzika. Socjalizacja ziemi staje się bezpośrednią zapowiedzią śmierci głodowej. Socjalizacja szkolnictwa sprowadza je na poziom, pod poziom suterenowych i sutenerowych chederów. Socjalizacja wszystkiego paraliżuje naród skazany i oddaje go na łatwy łup międzynarodowej szajce rabino-bankierów, która na tę chwilę w synagogach i giełdach świata w hosannach i w hossach oczekuje. Chodzi tylko o to, żeby owczarnia danego kraju weszła gromadnie na ten trakt bity i szeroki. W tym celu trzeba naprzód wyrżnąć i przepędzić jej pasterzów (zrobić rewolucję), postawić na ich miejsce swoich agentów i gnać, gnać, gnać ogłupiałe stado od socjalizacji do socjalizacji. Według tego schematu Rosja obecna zbliża się, do ostatniej swej stacji. Czy dojdzie, czy z nagła zawróci, gdy ujrzy na końcu drogi zwierciadlane odbicie własnego kościotrupa, tego nikt przewidzieć nie może.
Rzecz naturalna, że schemat ów musi być i jest uzupełniany mnóstwem metod i środków poszczególnych, według warunków i potrzeb czasu i miejsca, ale ogólne wytyczne są dla wszystkich krajów i okresów - te same. W Polsce dzisiaj dzieje się to samo, co w Rosji, tylko (z przyczyn innego terenu) o wiele powolniej i w formach znacznie łagodniejszych, w barwach cichszych, w maskach szczelniejszych. Nie udało się wyrżnąć, ani z kraju wypędzić inteligencji polskiej, więc się ją tępi, głodzi i dusi domowymi środkami przeczyszczającymi. Nie udaje się socjalizacja kraju, więc się go na raty wyprzedaje Żydom oraz Niemcom. Nie udaje się kolejność socjalizacji od fabryk do ducha, - można ją odwrócić i zacząć od końca, od szczytu, aby wreszcie dotrzeć do fundamentów materii. Nie udało się wysadzić Polski w powietrze, ani jej zburzyć, można ją zacząć rozbierać zwolna od góry, wzorem Soboru, na Placu Saskim ongi sterczącego. Tym sposobem stajemy wobec prób socjalizacji sztuki, jako jednej ze złotych dachówek tumu kultury polskiej.
Judoformizm, pod maskami stu różnych izmów od dziesięciu lat w Polsce grasujący, obok wielu znamion ducha żydowskiego, jak nekroforyzm, koprolalia, koprofagia, pornografia, plazmatyzm itd., posiada w sobie także ten wspólny z komunizmem pędzik niewinnie zielony, który się wyraża dążeniem do socjalizacji sztuki. Różne ona przybiera formy - od demokratyzacji społecznej aż do geometryzacji wewnętrznej, różne też przybiera imiona i hasła, ale cel ostateczny ma przed oczami jeden: wyzucie sztuki z ducha, z twórczości, z osobowości narodowej i jednostkowej. Wszystkie izmy judoformizmu dążyły i dążą do tego już przez to samo, że z furią fanatyczną narzucane są, jako dogmaty, lecz celu na czoło doktryn swoich nie wysuwały. Był on w fałdach ich szat skromnie ukryty, rozumiał się sam przez się, jako nieunikniony skutek uboczny każdego izmu. Trochę wyraźniej, a czasem niemal jawnie występował w żydowskich teoriach krytyki, gdzie, na przykład, obrazy Matejki oceniano wyłącznie według charakteru i kierunków płaszczyzn i linii (nn. pani "Stefania" Zahorska o Matejce w "Monografiach Artystycznych"). Wreszcie jednak przyszedł czas na bezpośrednią manifestację i powstał w malarstwie nowy, sto pierwszy izm pod nazwą "Unizm". Siedzi on w kącie jakimś, gdzie wkrótce zamrze, ale jako poszczególny objaw ogólnej akcji Syjonu jest ciekawy, więc warto jedno mu poświęcić spojrzenie.
Ukazała się w roku ubiegłym, pod względem graficznym ordynarnie i brzydko wydana, broszurka pt. "Unizm w malarstwie", przez p. Władysława Strzemińskiego kiepskim językiem i jeszcze gorszym stylem napisana. Nie wiem, czy nazwisko autora prawdziwe jest, czy zmyślone, ale graficzną szatę broszury skroił jakiś żydek warszawski, czy lwowski, więc już według tego tropu można kierunek szakalej nory wyznaczyć. Treść broszury zarysowuje się całkowicie w następującym autora okresie:
"Wynikiem dodatnim stosowania metody obliczeniowej jest obiektywizacja obrazu, usunięcie sposobów indywidualnych i drgnień grafologicznych, przeniesienie punktu ciężkości na obraz, na jego prawa, na jego budowę - zamiast uzewnętrzniania na obrazie drgnień woli i temperamentu tego lub innego malarza, zamiast uzewnętrzniania takich lub innych jego gustów. Prawo budowy obrazu powinno stać ponad indywidualnością malującego. Dzieło malarza powinno zawsze być większe, niż taka lub inna natura malarza - przypadkowa i zmienna".
Klasyczny okaz teorii socjalizacji sztuki! Precz z temperamentem, wolą, gustem, indywidualnością twórcy! Precz z jego naturą - 'przypadkową i zmienną"! Syjoński Komitet Artystyczny w New Yorku (Syjkomart) metodą obliczeniową opracuje cyrkularz pt. "Prawa budowy obrazu", roześle go wszystkim Penklubom kuli ziemskiej, naznaczy cenzurę i tym sposobem zniszczy w zakresie malarstwa (przynajmniej!) nienawistne kopce graniczne między rasami, epokami, narodami, kulturami, jednostkami tych gojów twórczych, którzy inicjatywą geniusza swego i odrębności tyle na świat sprowadzają bogactw duchowych, że biednym żydkom pozostaje tylko handel i handel! A oni - biedne żydki pęcznieją od nadmiaru ambicji, którym nie może sprostać ich starcza w dziedzinie ducha bezpłodność, ich odwieczny zastój jaskiniowy, ich beznadziejna, nieuleczalna skleroza nerwu twórczego, na próżno reklamą masowanego. Więc trzeba zabić "drgnienia grafologiczne" tak samo, jak zabija się gospodarstwa indywidualne, za pomocą socjalizacji. Malarstwo będzie jedno na cały świat pod nadzorem siódmej Międzynarodówki, kierowane geometrią Talmudu. I wtedy dopiero, na tym tle w kratkę, zabłysną talenty Kislingów, wyzwolone z pęt obcych, niższych narodowości. Sic itur ad astram Sionis!
Wszystko to, naturalnie, tymczasem pali się tylko w eksplodujących mózgach przywódców "narodu osobliwego", pomiędzy szelestem dolara i bolszewickiej ulotki. Ale cel idzie przed nimi w dzień jako słup dymu czarnego, w nocy jako słup ognia krwawego, a oni wytrwale idą za słupem sami czarno-czerwoni, jako stado hien i szakali - głodni, wściekli i tchórzostwem śmierdzący. Wszystko bowiem, co czynią, czynią podstępnie, fałszywie, kłamliwie, oszukańczo, cudzymi rękami, pod cudzymi nazwami, a odwaga wstępuje w nich tylko na cmentarzach, pobojowiskach, w trupich dołach, nad ciałami chorych, rannych śmiertelnie, umierających. Od trzech tysięcy lat włóczą się z komunizmem swoim za obozami cywilizacji Wschodu i Zachodu, płaczliwym wyciem synagog wypełniają noce ludzkości, w dniach jej upadku obsiadają i zatruwają studnie jej i krynice, plugawią drogi przebyte, tumanią i podjudzają czernie ciurów i maruderów, tumulty nimi wzniecając na tyłach każdego narodu, zawsze na tyłach, a jeśli na front się przedzierają, samotrzeć, lub w pojedynkę, to nie inaczej, jak tylko w aktorskim przebraniu prowokatorów, w teatralnej charakteryzacji szpiegów, szulerów, włamywaczów, międzynarodowych oszustów, a więc pod wystudiowaną maską lordów, dyplomatów, uczonych, pisarzów, artystów, krytyków, generałów i wszechsekretarzów.
W Polsce dzisiejszej, a w szczególności w Warszawie, pokolenie dojrzałe, które kieruje surowym jeszcze stadem społeczności, - to nie jej przyszłość, ale reszta z umarłej przeszłości, niedobitki haniebnej niewoli, cmentarzysko, istne Brudno Woli i Ochota glinianek, nieprzytomne Nalewki inteligencji, Łazienki carskich nierządów, Ujazdów karierowiczów, Czerniaków czerni i Królikarnia papuasich królików, Bielany grobów pobielanych, Wilanów Sobie -Jana Bożego, Belweder sentymentalii, Pelcowizna szmelców cywilizacji, Grochów z kapustą kultury, Utrata obyczajów, Mokotów socjalkokotów, Czyste nieporozumienie z niepodległością, murowany Muranów Wolnych Murarzów. Łatwe żerowisko dla żydów, którzy już nawet między sobą żrą się o miejsca najlepsze, - tak się poczuli swobodnie. Kraj daleko, ale tu można już kulturę i sztukę socjalizować. Czyni się to praktycznie, nawet bez teorii unizmu, ale również bez uwagi na to, co się dzieje w szeregach młodzieży naszej - tego świeżego brzasku wiosennego nadchodzącej przyszłości...
Za widnokręgiem jeszcze słońce, ale nadejścia jego nic nie powstrzyma. Pod pierwszym snopem jego złotych strzał rozbiegnie się kłębowisko szakalów i w ziemię zapadnie się pokutujący upiór złej, chorej przeszłości.
STANISŁAW PIEŃKOWSKI
1930 r.