Jerzy Przystawa

 

Diabeł się w ornat ubrał...

 

 

 

(komentarz wygłoszony w Katolickim Radio Rodzina, 15 maja 2003)

 

          W ostatnim tygodniu ponownie wypłynęła na powierzchnię sprawa FOZZ i stała się przedmiotem lawiny artykułów, dociekań, hipotez i oskarżeń. Stało się tak, po części przynajmniej, za sprawą zeznającego w procesie FOZZ świadka Anatola Lawiny, w swoim czasie dyrektora Zespołu Analiz Systemowych NIK i bezpośredniego przełożonego Michała Tadeusza Falzmanna, człowieka który wykrył i ujawnił aferę FOZZ.

 

Kontrola i dochodzenie Michała Falzmanna ujawniły takie fakty, że jego przełożeni, w szczególności Anatol Lawina, wpadli w panikę i na wszelkie sposoby starali się utrudnić pracę Falzmannowi, a nawet wręcz ją uniemożliwić. Kiedy na początku czerwca 1991 roku we wrocławskiej Gazecie Robotniczej ukazał się artykuł Waldemara Koczewskiego „Wielki bałagan w wielkich pieniądzach” i padło w nim nazwisko Falzmanna, Lawina wykorzystał to jako pretekst do zawieszenia Michała Falzmanna w pracy i odsunięcia go od sprawy. Działanie Lawiny było bezprawne, ponieważ to nie z Falzmannem, ale ze mną rozmawiał dziennikarz gazety, Lawina nie miał takich uprawnień, i dlatego Prezes NIK, prof. Walerian Pańko, zmuszony był decyzję Lawiny uchylić. Lawina zeznał na procesie, że po tym uchyleniu, złośliwie skierował Falzmanna na kontrolę w Narodowym Banku Polskim, ponieważ był przekonany, że to wywoła wielki skandal i dalsza praca Falzmanna w NIK stanie się niemożliwa. Miał rację o tyle, że w dwa dni po tej decyzji Michał Falzmann już nie żył. Była to pierwsza śmierć z szeregu śmierci ludzi związanych jakoś ze sprawą FOZZ. Następnym był sam Prezes NIK, Walerian Pańko, który zginął w tajemniczym wypadku samochodowym w trzy miesiące po śmierci Falzmanna.

 

Anatol Lawina przez wszystkie lata od tamtych wydarzeń pozostawał gdzieś ukryty w cieniu, i oto powraca na pierwsze strony gazet, ponieważ w swoich sensacyjnych zeznaniach potwierdził to, co dwa lata temu ogłosił niejaki Cliff-Pineiro, publikując, razem z dziennikarzem Trybuny Jakubem Kopciem książkę „Po drugiej stronie lustracji”, w której doniósł, że Bracia Kaczyńscy i ich partia „Porozumienie Centrum” dostawali od Grzegorza Żemka, dyrektora generalnego FOZZ, pieniądze. Wywołało to głośny skandal, który teraz odżywa, bo Kaczyńscy gwałtownie protestują, posłowie SLD domagają się powołania nowej sejmowej komisji śledczej w tej sprawie. Jarosław Kaczyński w rewanżu twierdzi, że ma dowody, iż SLD jest organizacją przestępczą i, ze swej strony, też domaga się powołania sejmowej komisji śledczej. W najlepsze rozwija się więc wzajemne wylewanie na siebie pomyj po FOZZie.

 

Jan Onufry Zagłoba herbu Wczele wypowiedział taką znamienitą frazę: „Diabeł się w ornat ubrał i ogonem na mszę dzwoni”. Nic lepiej nie pasuje do tych publicznych wypowiedzi polityków i tego jazgotu wokół sprawy FOZZ. Głównym dziennikiem, jaki z największą uwagą śledzi proces FOZZ i zamieszcza najobszerniejsze z niego relacje jest Trybuna. Ta sama Trybuna, której właścicielem, jeszcze parę lat temu, był Dariusz Tytus Przywieczerski, jeden z głównych oskarżonych w procesie FOZZ. Kiedy już było jasne, że nie uniknie on postawienia przed sądem, pismo przekazał swojej kuzynce czy szwagierce, Annie Turskiej, która kiedyś pracowała w Gazecie Wyborczej i była pośrednikiem w przekazywaniu pieniędzy od Przywieczerskiego do Jacka Kuronia. Jak wiemy z wypowiedzi Przywieczerskiego, po pieniądze zwracały się do niego wszystkie partie oprócz SLD. Ponieważ Bracia Kaczyńscy twierdzą, że do nikogo się nie zwracali i po żadne pieniądze nie wyciągali ręki, więc grzeczność nie pozwala im nie wierzyć i trzeba ich uważać za chlubny wyjątek w tym zabieganiu o kasę. Kiedy w roku 1991 ujawnialiśmy, Michał Falzmann, Mirosław Dakowski i ja, sprawę FOZZ, wtedy Trybuna, Nie i Gazeta Wyborcza oskarżały nas nie ledwie o zdradę ojczyzny. Twierdziły, że, po pierwsze, to co piszemy i mówimy o FOZZ jest nieprawdą, a poza tym ujawnianie tej nieprawdy godzi w interesy Rzeczypospolitej, ponieważ nielegalne operacje FOZZ miały być podobno niesłychanie zyskowne dla Polski, podczas gdy ich ujawnienie grozi poważnymi konsekwencjami i stratami dla kraju. Według tych pism stratą dla Polski nie było rabowanie finansów publicznych na niewyobrażalną skalę miliardów dolarów, ale mówienie i pisanie o tym. Dzisiaj te pisma zmieniły front, nie tylko o tym głośno piszą, ale jeszcze ujawniają swoich wczorajszych rzekomych wspólników, oczywiście, z przeciwnego obozu. Dzisiaj domagają się nadzwyczajnej sejmowej komisji śledczej. Tego samego domagają się ich przeciwnicy.

 

Powołania nadzwyczajnej sejmowej komisji śledczej domagał się w 1991 roku Michał Falzmann. Jednakże wtedy nie poparli go w tym Bracia Kaczyńscy, ani nikt z czołowych postaci ówczesnej sceny politycznej. W książce „Via bank i FOZZ” opisujemy naszą wędrówkę po wszystkich liderach etosu, w owym czasie zasiadających w najwyższych władzach Rzeczypospolitej. Książkę naszą zadedykowaliśmy kolejnym premierom: „Tadeuszowi Mazowieckiemu, Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu, Janowi Ferdynandowi Olszewskiemu oraz wszystkim tym, którzy milczeli, chociaż wiedzieli, a także tym, którzy nie wiedzieli pomimo, że ich obowiązkiem było wiedzieć”. Przypomnijmy: Bracia Kaczyńscy byli wówczas ministrami stanu w Kancelarii Prezydenta, jeden był szefem Kancelarii, drugi szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Jan Parys był ministrem Obrony Narodowej, Antoni Macierewicz ministrem Spraw Wewnętrznych, Adam Glapiński ministrem Gospodarki, Maciej Zaleski ministrem stanu – by tylko na nich poprzestać. Nikt z nich nie kiwnął palcem, wszyscy pozostawali głusi i ślepi. To samo dotyczy, rzecz jasna, i wszystkich innych ówczesnych prominentów. Jedynie minister Jerzy Grohmann w ogóle chciał z nami rozmawiać. Nie przypominam sobie, aby od tamtego czasu, któryś z tych mężów stanu uderzył się w piersi i przyznał, że nie zrobił tego, co do niego należało.

 

Skąd dzisiaj to domaganie się nadzwyczajnego śledztwa? Odpowiedź jest prosta. Dowody na rabunek finansów publicznych znajdują się w sejfach polskich banków. Ponieważ rabunek finansów publicznych dokonywał się w bankach i poprzez banki. Jak wiadomo kwity bankowe są przechowywane tylko przez 5 lat. Dzisiaj już nie są dostępne, kwity zniszczono, komputery wyczyszczono. Dzisiaj można na mszę pod nazwą nadzwyczajna komisja śledcza dzwonić nie tylko dzwonkiem z pod ornatu, ale ze wszystkich dzwonów z Dzwonem Zygmunta włącznie. Kwitów tych nie zabezpieczyli prokuratorzy prowadzący śledztwo w sprawie FOZZ i nie ma ich sąd, ponieważ tym aspektem sprawy, tym zorganizowanym rabunkiem finansów publicznych, z którego liche grosze rozdawane były partiom politycznym, prokuratorzy się nie interesowali.

 

Dzisiaj jedyną drogą, jak nam pozostała, jeśli chcemy naprawdę wyjaśnić czym był FOZZ i kto odpowiada za ten niewyobrażalny rabunek państwa, i ewentualnie odzyskać jeszcze jakąś część pieniędzy, jest jak najszybsza zmiana ordynacji wyborczej do Sejmu i wprowadzenie wyborów w 460 jednomandatowych okręgach wyborczych. Wiemy o tym od czasu, kiedy składaliśmy ciało Michała Falzmanna do grobu na Powązkach i to jest ten dzwon, w który trzeba bić, jeśli chcemy, żeby Polską nie rządzili bez końca ci, którzy FOZZ zorganizowali i na zrabowanych nam pieniądzach oparli swoją władzę. Jednakże ci, którzy dzisiaj domagają się nadzwyczajnej komisji śledczej w sprawie FOZZ proponują nam też niemiecki system wyborczy, pół – na pół, Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek, a właściwie nie tyle ogarek ile pół świecy albo drugą świecę. Chcą nas załatwić ponownie „niemieckim majstersztykiem demokracji”, jak ordynację niemiecką nazwał jakiś ich politolog z bożej łaski. Nie dajmy się jeszcze raz oszukać. Tylko jednomandatowe okręgi wyborcze, w małych, jak w Anglii, okręgach wyborczych otworzą przed nami drogę zadbania o polskie, narodowe i państwowe, interesy. I może wtedy będzie miało sens powołanie nadzwyczajnej komisji sejmowej do wyjaśnienia sprawy FOZZ.