Prof. Jerzy Przystawa
Patent westminsterski
Skargi na jakość naszej "klasy politycznej" należą już do dobrego tonu w publicystyce i dziennikarstwie. Janina Paradowska ("Polityka" z 9 marca 2002 r.): "Od 1991 r. następuje stałe obniżanie się poziomu debat sejmowych, a w ślad za tym poziomu debaty publicznej. Każdy kolejny Sejm był gorszy od poprzedniego, gorszy, gdy idzie o jakość stanowionego prawa, gorszy gdy idzie o merytoryczną jakość toczonych sporów, gorszy, gdy idzie o wolę parlamentarzystów nauczenia się czegoś o mechanizmach rządzenia państwem i stanowienia prawa". Wypowiedzi w tym duchu można by zacytować dziesiątki. Mankamentem tych powszechnych narzekań jest nieobecność jakiejkolwiek diagnozy, ucieczka przed "postawieniem kropki nad i", przed wskazaniem, gdzie znajduje się źródło tego zabójczego trendu, dlaczego z wyborów na wybory otrzymujemy produkt gorszy nie tylko od naszych oczekiwań, ale wyraźnie gorszy od tego, który wymieniamy? Tymczasem znalezienie odpowiedzi nie wymaga skomplikowanych analiz socjologicznych: głównym odpowiedzialnym za ten stan rzeczy jest systemowy mechanizm selekcji negatywnej jakim jest tzw. proporcjonalna ordynacja wyborcza.
Mam nadzieję, że dzisiaj łatwo każdy się zgodzi z poglądem, iż jednym z podstawowych elementów odpowiedzialnych za upadek komunizmu był właśnie negatywny mechanizm selekcji i doboru kadr, gdzie kryterium awansu w hierarchii stanowiła dyspozycyjność i podporządkowanie hierarchicznemu i scentralizowanemu aparatowi. W rezultacie rozwijała się korupcja, rozkwitało lizusostwo i donosicielstwo. Wydaje się, że mechanizm tzw. ordynacji proporcjonalnej, przynajmniej w jej wariantach zastosowanych w Polsce, niszczy i degeneruje klasę polityczną szybciej, skuteczniej i wydajniej.
Lokalny sekretarz partii komunistycznej, jeśli tylko dbał o dobre stosunki z "górą", mógł sobie pozwolić, aby w jego egzekutywie zasiadali ludzie mądrzejsi i bardziej kompetentni od niego, a nawet, jeśli miał trochę zdrowego rozsądku, sam takich ludzi poszukiwał. Silne korupcyjne więzi z hierarchią i rozwinięty system donosów zabezpieczały go przed łatwą i nieoczekiwaną detronizacją. Inaczej sprawa się przedstawia w przypadku lokalnego lidera partyjnej listy wyborczej. On nie może sobie pozwolić na to, żeby na tej samej liście znalazło się nazwisko człowieka bardziej popularnego, cieszącego się większym uznaniem w oczach partyjnych wyborców. Jak pokazuje doświadczenie 12 lat, mandatów do wzięcia jest najwyżej parę, jeden ? dwa, w wyjątkowych sytuacjach więcej. Poprzeczka jest więc ustawiona na wysokości lidera: wszystko co go przerasta, musi zostać wycięte w przedbiegach, jeszcze przy układaniu listy partyjnej, żeby rozstrzygnięcie konkursu nie zależało od czegoś tak nieprzewidywalnego jak elektorat.
Drugim ważnym elementem mechanizmu doboru negatywnego jest wymagana ordynacją długość list wyborczych. Aby lista okręgowa jakiejś partii mogła być zarejestrowana musi na niej figurować co najmniej tyle nazwisk ile mandatów poselskich na ten okręg przypada. W praktyce oznacza to, że każda partia wystawia ok. 20 kandydatów w każdym okręgu. Aby wszystkie listy zapełnić partie urządzają formalne łapanki na ludzi, którzy gotowi są posłużyć za "wypełniaczy" list. Jak się okazuje, zawsze znajdzie się wystarczająca ilość naiwnych, gotowych zapłacić za, iluzoryczną nawet, szansę zasiadania w Sejmie, reklamę swojej osoby itp. W ten sposób na listy wyborcze trafiają ludzie bez jakichkolwiek kwalifikacji, nawet tacy, którzy mieli trudności z ukończeniem szkoły podstawowej. Z drugiej strony, takie listy "z łapanki" częstokroć skutecznie zniechęcają do kandydowania ludzi z kwalifikacjami i charakterem, dla których jest nie do przyjęcia publiczne pokazywanie się w byle jakim towarzystwie. Zarzut ten w takim samym stopniu dotyczy wyborów samorządowych, w szczególności reklamowanych ostatnio "bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast". Ustawa z 22 maja 2002 wymaga, żeby komitet wyborczy, który chce zgłosić kandydata na stanowisko wójta burmistrza czy prezydenta miasta najpierw nałapał co najmniej tylu chętnych ile jest mandatów w odpowiedniej radzie gminy, zebrał pod ich kandydaturami odpowiednie ilości podpisów, zarejestrował te listy w co najmniej połowie okręgów wyborczych i dopiero wtedy może wysunąć kandydata na burmistrza. A i to pod warunkiem, że zbierze dodatkowo dużą liczbę podpisów (w miastach powyżej 100 tysięcy mieszkańców tych podpisów trzeba zebrać co najmniej 3 tysiące).
Te "łapanki na kandydatów" rykoszetem biją w wynik wyborczy poszczególnych partii. Częstokroć wyborca, gotów oddać swój głos na któregoś z kandydatów danej listy, widząc w jakim towarzystwie jego kandydat występuje, wycofuje się z poparcia, a najczęściej, po prostu nie idzie głosować w ogóle. Ten mechanizm wycofywania poparcia jest w dużym stopniu odpowiedzialny za to, że żadna z konkurujących partii nie jest w stanie uzyskać bezwzględnej większości w Sejmie, co zapewniłoby jej samodzielne formowanie rządu.
Obok mechanizmu "wycofywania" wynik wyborczy partii osłabia mechanizm "wycinania na tym samym elektoracie". Partie o zbliżonych programach i, w konsekwencji, o tym samym elektoracie, zamiast w wyborach ze sobą współdziałać i w ten sposób zmaksymalizować uzysk wyborczy, ulegając partykularnym ambicjom liderów, konkurują ze sobą i nawzajem wycinają. Nadmiaru przykładów ilustrujących tę tezę dostarczają wszystkie kolejne wybory od roku 1991.
Sumarycznym efektem tych, degradujących jakość elity politycznej, mechanizmów są słabe, koalicyjne i niekompetentne rządy, a w konsekwencji słabe i niesterowne państwo.
Odmiennie przedstawia się sytuacja w krajach o systemie wyborczym opartym o zasadę jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW). Przede wszystkim nie ma tam absurdalnych zapisów, ograniczających czy wręcz likwidujących bierne prawo wyborcze obywateli. Do zgłoszenia kandydata w Wielkiej Brytanii czy Kanadzie, nie trzeba tworzyć żadnych quasi-partii politycznych, w Anglii wystarczy 10 podpisów uprawnionych do głosowania mieszkańców danego okręgu plus wpłacenie niewielkiej kaucji. Partie o zbliżonej ideologii i programach, zamiast się wzajemnie wycinać, zawierają sojusze wyborcze i koalicje przed wyborami, poszukując najodpowiedniejszego, wspólnego kandydata, który ma szansę zdobyć jedyny do wzięcia mandat. Zasadą stają się partyjne prawybory, aby jedynym kandydatem był nie ten, który najbardziej podoba się partyjnej centrali, ale ten, kto cieszy się największym poparciem w okręgu wyborczym. Pomyłka drogo kosztuje, a jeśli partia pominie, z jakichś względów, swego najlepszego człowieka, to zdarza się, że założy on własny komitet wyborczy i w ten sposób utrze nosa baronom z centrali. JOW to nie poszukiwanie tego, który jest "bierny, mierny ale wierny", ale poszukiwanie atrakcyjnej osobowości zdolnej przyciągnąć na swoją stronę ludzi niezdecydowanych, a nawet niechętnych. W ten sposób, zgodnie ze znanym w politologii prawem Duvergera, tworzy się dwubiegunowa scena polityczna, powstaje stabilny rząd oparty o solidną parlamentarną większość.
Ordynacja proporcjonalna stanowi przeszkodę na drodze powstania społeczeństwa obywatelskiego, blokuje drogi awansu i kariery politycznej, a wszystkie żywotne sprawy rozstrzygają zcentralizowane aparaty partyjne. JOW odblokowują te kanały, decentralizują kraj zarówno w aspekcie politycznym, jak i gospodarczym. Sama kampania wyborcza w istotny sposób służy budowaniu społeczeństwa obywatelskiego. Obecnie w Polsce mamy 42 okręgi wyborcze, partie polityczne tworzą więc 42 okręgowe komitety wyborcze, funkcjonujące pod batutą partyjnych central, a o wyniku kampanii rozstrzyga telewizja. Polska podzielona na 460 JOW to co najmniej 10 razy więcej komitetów wyborczych, a zatem aktywnych grup obywatelskich, budowanych nie na zasadzie partyjnej ideologii, ale wokół ludzi budzących zaufanie i szacunek.
To systematyczne pogarszanie się jakości posłów i obniżanie poziomu elity politycznej, o których piszą publicyści, jak wymieniona we wstępie Janina Paradowska, można zatrzymać i odwrócić: w tym celu trzeba zerwać z partyjniacką ordynacją wyborczą i wprowadzić JOW. Jest to sposób sprawdzony na świecie i opatentowany. Opatentowała go w 1787 roku Konstytucja Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, ale skorzystanie z tego patentu nie jest zastrzeżone i nic nie kosztuje. Wystarczy odrobina rozsądku i autentyczna troska o dobro Polski.
Historia świata dostarcza nam wielu wymownych dowodów na to, że ordynacja tzw. proporcjonalna jest patentem zupełnie na co innego ? na słabe państwo. Wystarczy przypomnieć sobie, co się stało po II Wojnie Światowej i jak zwycięscy Alianci potraktowali pobitych i pokonanych bezwarunkowo wrogów: Niemcy, Japonię i Włochy. Wydawać by się mogło, że zdecydowani demokraci, Anglicy i Amerykanie, likwidując totalitarne reżimy, zechcą, aby były to już kraje demokratyczne, na wzór i podobieństwo nowych panów. Oczekiwalibyśmy więc, że zaproponują tym krajom systemy wyborcze dokładnie sprawdzone przez nich samych. Tymczasem nic takiego się nie stało: wszystkim tym krajom zafundowano systemy wyborcze całkowicie odmienne: ordynacje proporcjonalne. Ze wspomnień Konrada Adenauera dowiadujemy się, że ten ojciec chrzestny nowej Europy zabiegał o to, żeby Niemcy przyjęły westminsterski system wyborczy. Niestety, Alianci odmówili zgody na takie rozwiązanie. Dzisiaj rozumiemy lepiej dlaczego tak się stało: wówczas nikomu nie mogło zależeć na silnym państwie niemieckim, japońskim czy włoskim. Tak jak dzisiaj nikomu, poza Polakami, nie zależy na silnym państwie polskim. Włosi i Japończycy podjęli trud wyrwania się z pułapki "proporcjonalności": w ostatnich latach dokonali istotnej reformy prawa wyborczego. Czy Polska też będzie musiała czekać pół wieku, aby wybierać swoją elitę polityczną w sposób najbardziej odpowiadający jej potrzebom?
Jerzy Przystawa
Wrocław, 20 czerwca 2002
Artykuł został opublikowany w dwutygodniku "Nowy Kurier", który od 30 lat ukazuje się w Toronto, Kanada.
Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1994 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r. Został zgłoszony przez Zarząd Główny Ruchu Odbudowy Polski. Uzyskał wynik 48 935 głosów poparcia.