Jerzy Przystawa
Leninowska parodia JOW
(Komentarz wygłoszony w Katolickim Radio Rodzina, 4 czerwca 2002)
Złowroga ideologia, marksizm – leninizm, doprowadziła do ruiny całe kontynenty, zainfekowała na długo ludzkie mózgi i nie łatwo jest się z niej otrząsnąć. Szczególnie wtedy, kiedy życiem publicznym i politycznym kraju kierują ludzie na marksizmie – leninizmie wyrośli i wykształceni, i którzy już w ogóle nie potrafią myśleć inaczej niż tylko po leninowsku – marksistowsku, partyjnie i kolektywistycznie. W bolszewickim myśleniu jednostka, obywatel, osoba ludzka z jej walorami indywidualnymi, godnością, prawami obywatelskimi jest niczym, nie liczy się w partyjnych statystykach. Jak pisał ich wieszcz, zanim popełnił samobójstwo, kiedy już sam tego bolszewickiego wieszczenia nie był w stanie wytrzymać, Włodzimierz Majakowski:
Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą,
Jednostki głosik podobny do pisku.
Do kogo dojdzie? Zaledwie do żony,
A i to jeśli pochyli się blisko.
Jednomandatowe okręgi wyborcze stanowią esencję demokracji, tej demokracji, o której pisał markiz Alexis de Tocqueville, opisując demokrację w Ameryce, demokracji, której historycznym i pięknym przykładem była I Rzeczypospolita, demokracji, która zniosła niewolnictwo i ucywilizowała świat, demokracji, w której jednostka, osobowość, personality jak mówią Anglicy, musi zdobyć zaufanie i głos większości, to jest pojęcie z gruntu obce i sprzeczne z marksistowską ideologią i marksistowskim kolektywizmem. W marksizmie – leninizmie jednostka, owszem, ale tylko jako Lenin, jako emanacja i wykwit leninowskiej partii nowego typu, jako Wódz, jako Führer. Wtedy, owszem, wtedy tak. Jak u Majakowskiego:
Kogo dziś bardziej matka–historia ceni?
Mówimy Lenin, a w domyśle – partia;
Mówimy partia, a w domyśle – Lenin.
Taka, i tylko taka „jednostka” ma prawo bytu w marksistowskich mózgach. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko ta infekcja umysłowa zaraziła mózgi zachodnio – europejskich inteligentów, natychmiast wymyślili partyjne ordynacje wyborcze, sprytnie i przewrotnie nazwając „proporcjonalnymi”. Ordynacje wyborcze, które od razu zamieniają demokrację w partiokrację, w której nie liczy się osobowość i kwalifikacje kandydata, tylko jego relacja do partii, czytaj: do jej Wodza. Jeśli Wódz odnajdzie w tobie zdyscyplinowanego, zaufanego, posłusznego wykonawcę jego woli – wtedy możesz liczyć na „demokratyczny” tj., pardon, proporcjonalny wybór, jeśli nie, to bye–bye.
Przemiany ostatnich dwóch dekad spowodowały, że marksizm – leninizm został, chwilowo przynajmniej, schowany do lamusa, a tej zbójeckiej ideologii wyrwano kły i pazury. Sami marksiści – leniniści, wytrwali i zasłużeni krzewiciele tej zarazy, odżegnują się dziś od ideologii, którą karmili, ad nauseam, swoje dzieci. Odżegnać się łatwo, do tego marksiści przywykli: Wódz każe, to możemy iść ławą do kościoła i przystępować zbiorowo do komunii świętej, podejmować pod nogi nawet Ojca Świętego, cóż to dla nas? Nie takie rzeczy już się robiło! Inaczej ma się sprawa z zainfekowanym mózgiem: tu zmiany są trwałe, tego szczoteczką do zębów nie wyczyścisz!
Kiedy w Polsce wypłynęła na światło dzienne, stara jak świat, idea jednomandatowych okręgów wyborczych marksiści – leniniści wpadli w panikę: przecież to warcholskie, indywidualistyczne, niezdyscyplinowane społeczeństwo, które dostaje wysypki na święte słowo PARTIA, które wszelkie partie znienawidziło do tego stopnia, że żadna leninowska partia już się nawet nie ośmieli partią nazwać, tylko musi się okrywać „sojuszem”, „unią”, „przymierzem” – ono może podjąć tę ideę. Może przypomnieć sobie, że „człowiek” to nie „kolektyw”, to nie „masa”, ale jednostka wolna i dumna, to charakter, osobowość. Że państwo obywatelskie, społeczeństwo obywatelskie, nie jest trzodą popędzaną batem WODZA, że ta idea może spodobać się Polakom, tak jak 10 lat temu urzekła Włochów, a potem Japończyków!
Zaczęli więc straszyć, że jednomandatowe okręgi wyborcze oznaczają... ich stuprocentowe zwycięstwo. A co za tym idzie: nawrót komuny i peerelu do końca świata. Na konferencji JOW w Tarnowie, sekretarz generalny SLD Krzysztof Janik zapewniał nas, że wprowadzenie JOW oznacza, iż SLD weźmie co najmniej 420 mandatów w Sejmie! Podobnie głosili Miller i cały legion posłusznych aparatczyków.
Ale widocznie przedobrzyli z tym straszeniem! Ich partyjni koledzy sami uwierzyli w głupstwa, które dla celów taktycznych wypowiadali liderzy. Jeśli to da nam takie wspaniałe zwycięstwo, to dlaczego nie? I stąd zrodziła się koncepcja „bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast”! No, bo przecież „bezpośrednie wybory” to nic innego jak wybory w okręgach jednomandatowych!
No i teraz jesteśmy wszyscy świadkami, jak marksiści – leniniści przetwarzają ideę jednomandatowych okręgów wyborczych w jej zaprzeczenie.
Najpierw usiłowali od razu wyhamować, usiłując narzucić wybory w dwóch turach, ale takich, że w drugiej turze decydują nie wyborcy, tylko partyjne rady. Opór przeciwko temu wynaturzeniu był tak silny, że musieli z tego wspaniałego pomysłu zrezygnować. Zasadzili więc swoich marksistowsko – leninowskich specjalistów, w celu znalezienia bardziej wyrafinowanych metod oszukania społeczeństwa, aby jeszcze raz pod szyldem demokracji kupiło popłuczyny po demokracji ludowej. Owocem tego heroicznego wysiłku jest Ustawa z 22 maja 2002 o bezpośrednim wyborze wójta, burmistrza i prezydenta miasta.
Istotą jednomandatowych okręgów wyborczych jest to, że kandydatem do mandatu może być każdy obywatel, który ma odpowiedni wiek i nie ciążą na nim wyroki sądowe. W Anglii, aby zgłosić kandydata wystarczy 10 podpisów mieszkańców danego okręgu wyborczego i wpłacenie niewielkiej kaucji. Kaucja wyklucza ludzi nie posiadających żadnych realnych szans wyborczych, a jeśli się już zgłoszą to ze świadomością, że to będzie kosztowało – ich, osobiście. Natomiast partia polityczna może wystawić tylko jednego kandydata. W konsekwencji tych zapisów, w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych, do konkursu w danym okręgu staje zaledwie kilku kandydatów, a wyborcy mają prosty i jasny wybór.
Tak nie będzie w Polsce, jeśli przejdzie uchwalona właśnie ustawa.
Przede wszystkim nie ma zapisu, że partia może wystawić tylko jednego kandydata na wójta, burmistrz czy prezydenta. Brak takiego zapisu razem z tzw. drugą turą, jest właśnie pomysł na to, jak tylnymi drzwiami wprowadzić to, co się nie udało wprowadzić frontem. Po co? A no po to, żeby wystawiając kilku kandydatów, przez różne komitety wyborcze, doprowadzić do maksymalnego rozbicia głosów w pierwszej turze, i żeby potem, w drugiej turze, połączyć w jedno to, co się przedtem rozbiło. Wprowadzenie zapisu, że partia wystawia tylko jednego kandydata oznacza, że partia musi najpierw poszukać wśród swoich ludzi takiego, który zdobędzie zaufanie wyborców i wygra wybory bez tricków i sztuczek, musi, innymi słowami, od razu rozejrzeć się za najlepszym kandydatem. Brak tego zapisu otwiera drogę dla „miernych, biernych ale wiernych” i wybór nie tego, który się podoba wyborcom, tylko tego, którego chce widzieć „partia”. To są te leninowskie „jeden krok w tył, dwa kroki w przód”.
Zapisem, który z tych „bezpośrednich” wyborów czyni parodię JOW jest zapis art. 7 ust. 2. Przewiduje on, że prawo zgłaszania kandydatów przysługuje tylko takim komitetom wyborczym, które zarejestrowały listy kandydatów na radnych w co najmniej połowie okręgów wyborczych. Żeby te kpiny z jednomandatowych okręgów wyborczych doprowadzić do absurdu, dodatkowo wymaga się, że każda taka lista zawierać musi co najmniej tylu kandydatów ile jest mandatów radnych w okręgu! To jest ten genialny przykład bolszewickiego myślenia: drodzy wyborcy, wybieracie bezpośrednio, nawet w okręgu jednomandatowym, ale pod warunkiem, że najpierw zrobicie łapankę na kandydatów na radnych, przynajmniej w takiej ilości ile jest mandatów, a jeszcze, że ich listy zarejestrujecie w połowie okręgów wyborczych, a jeszcze zbierzecie masę podpisów pod tymi listami (w dużych miastach co najmniej 3 tysiące), dopiero wtedy wasz kandydat na wójta czy burmistrza będzie mógł być zgłoszony!
Aby nie zaciemniać obrazu, pominę na razie inne zapisy tej ustawy, pochodzące z tego samego źródła.
Istnieje niewielka szansa, że zdominowany przez marksistowsko – leninowskie pociotki Senat te kpiny z „bezpośrednich wyborów” skoryguje i usunie. Miejmy jednak nadzieję, że wyborcy szybko się zorientują, iż to jest podobna bolszewicka pułapka, jak tzw. ordynacja proporcjonalna. Zobaczą na czym polegają i do czego prowadzą sztuczki dialektyczne. Ważne, żebyśmy przy tym zrozumieli, że te „bezpośrednie wybory” leżą na antypodach jednomandatowych okręgów wyborczych. I że tylko proste, jasne, uczciwe reguły gry mogą przywrócić wiarę w demokrację i sens aktu wyborczego, i że tylko prawdziwe, jak w Wielkiej Brytanii, jednomandatowe okręgi wyborcze mogą oczyścić nasze państwo i przywrócić podmiotowość obywatelom.
4 czerwca 2002