Tadeusz M. Płużański

 

Prezes Kieres i łuski w Jedwabnem

 

 

 

            Przed świętami prof. Leon Kieres oświadczył, że „rozważa dalszą celowość swojej misji”, czyli – mówiąc po ludzku – nie wykluczył rezygnacji z funkcji prezesa IPN, którego kadencja trwa normalnie pięć lat. Jeśli tak by się stało, byłby to świetny prezent pod choinkę dla SLD. Prowadzi to bowiem do opanowania Instytutu przez postkomunistów, a w dalszej perspektywie do jego likwidacji.

 

            Czy oświadczenie Kieresa jest związane z politycznymi naciskami, czy może ze sprawą Jedwabnego? Ostatnio okazało się, że łuski znalezione przy byłej stodole Śleszyńskiego, w której w 1941 r. spłonęli Żydzi, nie pochodzą z tego okresu. Wbrew sugestiom „Wyborczej” nie oznacza to jednak, że Niemcy nie inspirowali i nie brali udziału w mordzie.

 

            Współpracownicy Kieresa nie chcieli komentować wypowiedzi swojego szefa, ujawnili jedynie, że po ostatnich wydarzeniach prezes ma prawo być zmęczony.

 

Co takiego stało się ostatnio? Rąbka tajemnicy uchylił sam prof. Kieres. Mówił o trudnościach, które „przekraczały jego wyobraźnię”, a były związane z:

 

1) organizacją IPN oraz śledztwami w sprawie:

2) Jedwabnego,

3) uwięzienia prymasa Wyszyńskiego,

4) zabójstwa księdza Popiełuszki,

5) śmierci górników w kopalni „Wujek”.

 

 

PROBLEMY ZASADNICZE

 

            To jednak tylko część problemów, związanych z Instytutem. Pierwsza sprawa to ujawnianie teczek agentów, a właściwie jego brak. Pierwsi poszkodowani przez służby specjalne PRL zbierane na siebie materiały mieli zobaczyć w styczniu 2001 r., a następni niedługo potem. Tymczasem proces udostępniania akt ruszył dopiero niedawno. Nawet gdy spojrzymy na IPN przychylnym okiem, należy stwierdzić fakt, że z trudem wywiązuje się on ze swojego ustawowego obowiązku.

 

            Druga sprawa to poważne problemy finansowe Instytutu, z czym związana jest kwestia określona hasłowo przez prof. Kieresa jako „organizacja IPN”. Planowany budżet Instytutu na 2001 r. został przez Sejm znacznie ograniczony. Właściwie starczyło pieniędzy jedynie na rozruch Delegatury Instytutu, z braku funduszy, powstawały z opóźnieniem. Nie udało się zatrudnić tylu osób, ile zamierzano, co ma niewątpliwy wpływ na stan prac.

 

            Z pieniędzmi związana jest sprawa również wymieniona przez prezesa IPN, a mianowicie Jedwabne. Jednak czy biedną placówkę stać na prowadzenie wielomiesięcznego śledztwa i do tego na taką skalę? Jeżeli tak, to można się domyślać, że odbywa się to kosztem innych spraw, które rzeczywiście zasługują na zbadanie i narodową pamięć – zgodnie z nazwą Instytutu.

 

 

JEDWABNY PRIORYTET

 

            Mimo to do sprawy Jedwabnego IPN przywiązuje szczególną wagę. Dlaczego? Przede wszystkim jest to zgodne z priorytetami ustalonymi przez prezesa Kieresa i wynika z jego sposobu myślenia. W wywiadzie dla „Polityki” (kwiecień 2001 r.) stwierdził: „Nie czuję się jako Polak odpowiedzialny za to, co zdarzyło się w Jedwabnem, ale czuję w sobie za to winę”. Prof. Kieres czuł się winny i przepraszał już wówczas, kiedy śledztwo prowadzone przez jego placówkę było dopiero w powijakach.

 

            W pierwszym numerze „Biuletynu Instytutu Pamięci Narodowej” z lutego 2001 r. prezes mówił, że oczekiwania są takie, że IPN „ma pielęgnować pamięć o dobrych uczynkach Polaków. Tymczasem odkrywamy również sprawy, które nie przynoszą nam chluby. (...) Instytut musi być również instytutem pamięci narodowej o tych niechlubnych kartach w naszej historii”. Biorąc pod uwagę zaangażowanie IPN i w sprawę Jedwabnego i okolicznych miejsc, gdzie w podobnym czasie dokonano mordów na Żydach, słowo „również” trzeba zastąpić innym – „przede wszystkim”. W ten sposób powstało wrażenie, że Instytut zamierza przede wszystkim dbać o tę drugą czarną stronę narodowej pamięci.

 

            Trudno się dziwić, że wielu środowiskom – głównie prawicowym – taka postawa osoby odpowiedzialnej za pielęgnowanie pamięci o narodowej historii nie spodobała się, ale prezes powinien wyciągnąć z tego wnioski, a nie obrażać się. Przecież wielokrotnie podkreślał, że jest przygotowany na różne „ataki”. W przypadku Jedwabnego jednak naciski z drugiej strony – lewicowo-postępowej musiały być ogromne i prezes nie był w stanie im sprostać.

 

 

ŁUSKI A SPRAWA POLSKA

 

            W czerwcu 2001 r., podczas ekshumacji w Jedwabnem (przerwanej przez ortodoksyjnych Żydów), wśród szczątków ok. 300 ofiar (J. T. Gross w „hicie” ubiegłego sezonu pt. „Sąsiedzi” podał liczbę 1600) odnaleziono ok. 100 łusek z niemieckiej broni. Minister sprawiedliwości Lech Kaczyński powiedział wówczas, że jest to dowód na udział w mordzie Niemców. Potwierdził to dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu prof. Witold Kulesza, który stwierdził, że odkrycie to pozwala przyjąć hipotezę, że ktoś strzelał do ofiar. Łuski, jak wówczas informowano, mogły pochodzić z dwóch rodzajów broni:

 

1) długiej, jaką dysponowała wówczas niemiecka żandarmeria na posterunku w Jedwabnem,

2) krótkiej, która była na wyposażeniu gestapo i działającego na tym terenie komanda Obersturmfiihrera SS Hermana Schapera, dowódcy Einsatzkommando złożonego z gestapowców z Ciechanowa, którzy inspirowali mordy w Łomżyńskiem.

 

            Łuski zostały poddane specjalistycznym badaniom. Na wyniki ekspertyzy trzeba było czekać przez pół roku. Teraz IPN ustalił, że łuski nie pochodziły z lipca 1941 r., ale z okresu I wojny światowej i 1942 r., a więc zostały wystrzelone już po mordzie. „Gazeta Wyborcza” odetchnęła (szczególnie po podważeniu przez wielu naukowców wiarygodności tez „Sąsiadów”) i triumfowała. Twierdziła (nie wiadomo, na jakiej podstawie), że owe łuski były koronnym dowodem na niemiecki współudział w zbrodni. Piotr Pacewicz w komentarzu napisał: „Dla Polaków, którzy nie mogą pogodzić się z ogromem zbrodni w Jedwabnem [„Wyborcza” znów nachalnie, kreuje tezę, że winę za Holokaust ponoszą również Polacy – red.], niemieckie łuski były ostatnią nadzieją, że może to jednak Niemcy wymordowali naszych sąsiadów Żydów. Tej nadziei, niestety już nie ma”.

 

            Sugestia „GW” jest prosta: skoro łuski jako dowód są niewiarygodne, to  Niemcy nie mają nic wspólnego ze zbrodnią. Nic bardziej błędnego, to kolejne uporczywe manipulowanie faktami. Co ciekawe, prof. Kieres w ogóle nie zareagował na te rewelacje. Z konferencji IPN w „sprawie łusek” nic przełomowego dla sprawy nie wynika. Mogło być inaczej, gdyby żydowscy ortodoksi pozwolili dalej grzebać w jedwabieńskiej ziemi w okolicach byłej stodoły Sleszyńskiego (chyba najbardziej obecnie popularnej stodoły w Polsce). Może wtedy udałoby się znaleźć właściwe (koszerne) łuski? A tak łuski stały się tylko wodą na młyn „Wyborczej”, która dzięki odkryciu ich pochodzenia chce podważyć wszystkie dotychczasowe ustalenia. Fakty są jednak niepodważalne.

 

            Mówiąc skrótowo, na inspirację i udział Niemców w mordzie wskazywało wiele wcześniejszych dowodów – nie tylko zeznania świadków, ale przede wszystkim akta odnalezione w archiwum Rejonowego Sądu Grodzkiego w Łomży, dokumenty pochodzące z niemieckich zbiorów w Centrali Ścigania Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu, poprzedzone wieloletnimi badaniami ustalenia prof. Tomasza Strzembosza i młodszych historyków – Marka Wierzbickiego, Piotra Gontarczyka, by wymienić tylko niektórych. O roli Niemców jednoznacznie mówili niemieccy historycy i publicyści. Również wypowiedzi historyków IPN, szczególnie Pawła Machcewicza (szefa działu edukacji IPN), Sławomira Radonia (przewodniczącego kolegium IPN), Edmunda Dmitrowa i Radosława Ignatiewa (pracowników oddziału IPN w Białymstoku) nie pozostawiały co do tego żadnych wątpliwości.

 

Pozostaje nam jeszcze poczekać na ostateczne wyniki śledztwa, które mają być opublikowane w wydanej przez IPN „Białej Księdze” Jedwabnego.

 

 

LEWICA ZNOWELIZUJE

 

            Wracając do prof. Kieresa, półtora roku temu twierdził on, że nie chciał zostać prezesem Instytutu Pamięci Narodowej, ale musiał. Powiedziano mu, zresztą zgodnie z prawdą, że jeśli się nie zgodzi, Instytut nie powstanie.

 

            We wspomnianym już „Biuletynie IPN” z lutego 2001 r. mówił: „straszono mnie od samego początku, że atmosfera wokół Instytutu będzie zła, że będzie się pogarszać i na pewno skończy się tym, że w najbliższych wyborach parlamentarnych Instytut zostanie zmieciony z życia publicznego. Nie potwierdzam tego – te prognozy się nie spełniły”.

 

            Jeszcze tuż przed Świętami („Rzeczpospolita”, 19 grudnia 2001 r.) prezes Kieres twierdził, że współpraca z nową koalicją układa mu się dobrze, a w ogóle „większych rozczarowań nie doświadczył” i jest spokojny o przyszłość Instytutu. Dzień później, na konferencji IPN oświadczył, że... rozważa możliwość swojego odejścia. Co się zatem stało w ciągu doby?

 

            Cofnijmy się na chwilę do Adama i Ewy. Prezesem IPN prof. Kieres został w czerwcu 2000 r., jako kandydat AW„S”, poparty przez UW (mimo iż rządowa koalicja już nie istniała). Znamienne było to, że postkomuniści wstrzymali się wówczas od głosu, co oznaczało ciche poparcie. Kieres zresztą nie ukrywał tego. W wywiadzie dla „Życia” mówił: „Również członkowie SLD na korytarzach sejmowych nieśmiało tłumaczyli mi, że jeśli już musi powstać Instytut, to ja powinienem nim kierować”. „Tygodnikowi Solidarność” oznajmił: „Przed głosowaniem otrzymałem dowody sympatii nie tylko ze strony AW»S« i UW, ale również PSL i SLD. Posłowie Sojuszu mówili mi, że nie są przeciwni mojej kandydaturze, tylko samej koncepcji Instytutu”.

 

            Jaka była konsekwencja postawy Sojuszu? Choć w kierownictwie Instytutu wskutek politycznego kontraktu nie znalazł się nikt z SLD, na niższych stanowiskach prof. Kieres zaczął zatrudniać również „merytorycznych” PZPR-owców. Po wyborze na prezesa IPN mówił dziennikarzowi „Rzeczpospolitej”: „Na spotkaniu z Klubem Sojuszu Lewicy Demokratycznej, które zresztą przebiegało w kulturalnej i sympatycznej atmosferze, pan przewodniczący Leszek Miller uprzedził mnie, że jeśli ich formacja będzie miała po wyborach możliwość znowelizowania ustawy, zrobi to”. W związku z tym świeżo namaszczony prezes Instytutu zadeklarował „pełną współpracę” przy udostępnianiu teczek byłym funkcjonariuszom i współpracownikom organów bezpieczeństwa PRL, zgodnie z wcześniejszymi propozycjami SLD i prezydenta Kwaśniewskiego. Hasło powszechnego dostępu do akt jest jednak tylko zasłoną dymną lewicy. W praktyce postkomuniści dążą do tego, aby teczki nigdy nie ujrzały światła dziennego. Chcą również zablokować prowadzone z trudem śledztwa w sprawach zbrodni komunistycznych, aby IPN – ten niewygodny, sprzeczny z ideą „okrągłego stołu” twór – pozostał jedynie placówką naukowo-badawczą prowadzącą wyłącznie działalność edukacyjną.

 

            „Gazeta Polska” (maj 2000 r.) przypomniała, że w 1992 r. Leon Kieres opowiedział się przeciwko lustracji. Kieres potwierdził: „Uważałem, że Polska powinna jak najłagodniej przejść przez Rubikon – wraz z ludźmi dawnego układu. I że takie rozwiązanie będzie mniejszym złem niż dekomunizacja...”. Kieres nie był również entuzjastą... ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Nie był pewien, kogo uznać za pokrzywdzonego przez służby specjalne PRL, komu pozwolić na zajrzenie do teczek i jakie będą skutki ich udostępniania – czy nie spowoduje to jakichś ludzkich dramatów?

 

            Stąd pewnie dzisiejsza sympatia działaczy SLD, którzy wiedzą, że dzięki takim ludziom jak Leon Kieres włos im z głowy nie spadnie. Czyżby jednak stwierdzili, że na stanowisku szefa IPN wolą nie osobę ugodową, przeciwną rozliczeniom, potrafiącą współpracować z każdą władzą, ale po prostu swojego człowieka, który wreszcie zrobi tam porządek?

 

 

DŁUGODYSTANSOWIEC?

 

            W lipcu 2001 r. prezes Kieres zwierzył się „autorytetowi” „Gazety Wyborczej” Teresie Torańskiej (która lubi relatywizować winy komunistycznych zbrodniarzy, ostatnio gen. Jaruzelskiego): „nie mam zaplecza politycznego, nie mam za sobą żadnej partii politycznej. Czuję samotność długodystansowca, jak z tego filmu Tony'ego Richardsona”, ale zarzekał się: „w odróżnieniu od bohatera ja nie zatrzymam się demonstracyjnie przed metą, ale będę walczył do końca. Nie złożę też rezygnacji i nie schowam jakichś dokumentów do szuflady”.

 

Jednak w cytowanej „Gazecie Polskiej” stwierdził co innego: „Jeśli jako prezes IPN będę szkodził Polsce, nie trzeba będzie mnie prosić, bym ustąpił”.

 

            Niezależnie od różnych wypowiedzi prof. Leona Kieresa pewne jest jedno – jego ustąpienie z funkcji prezesa Instytutu Pamięci Narodowej zaszkodzi Polsce. Bo czy przyszły prezes IPN z SLD będzie bronił (albo przynajmniej starał się bronić) polskiej racji stanu? Pani Torańskiej, kiedy chciała za wszelką cenę obalić mit, że „jesteśmy lepszym od innych narodem i że przez całą wojnę pomagaliśmy Żydom”, prof. Kieres odpowiedział: „Bo jesteśmy, proszę pani. I pomagaliśmy. Za przechowywanie Żydów groziła kara śmierci”.

 

 

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Najwyższy Czas!, 5-12.01.2002