PRZEKLEŃSTWO WIEKOWEJ PRZYJAŹNI

 

 

            Coraz więcej zjawisk szokuje nas ponieważ obserwujemy coś co zupełnie nie zgadza się z naszymi przekonaniami, poczuciem piękna, tradycją, wiedzą, ideałami, etyką, z tym wszystkim co składa się na definicję naszej kultury. Towarzyszy temu czasem gest zdziwienia, czasem dezaprobaty, a czasem mówimy powstrzymując się od zdecydowanego określenia i posługujemy się językiem dyplomaty - być może jest to dobre ale jakoś inaczej.

 

Czas nie stoi w miejscu i to co dla starszego pokolenia jest "inaczej" dla młodego pokolenia staje się stopniowo normalnym.

 

Sądzę, że zdają sobie wszyscy sprawę z potęgi masowej propagandy bez której taki właśnie stan rzeczy nie mógłby mieć miejsca. Wiemy kto kieruje głównymi mediami propagandy i jak. Widzimy jak na naszych oczach dewiowana i mordowana jest prawda, piękno, etyka, historia, moralność i to co w sumie nazywamy Kultura Lacińska. Pokazuje się na scenie telewizji amerykańskiej, którą ogląda dziesiątki milionów ludzi sceny "prysznica", w której młodzi ludzie po wypiciu odpowiedniej ilości laksatiwu w pewnym momencie spuszczają spodnie i szprycuja nie poinformowane o scenariuszu dziewczeta-harcerki, zwabione na scenę. Incydent polewania moczem sceny naśladowany był także w polskim plenerze tego "kulturowego" krajobrazu.

 

Jakże naiwni są ci, którzy sądzą, że pozostała jeszcze opera, przynajmniej klasyczna, klasyczny teatr.

 

Wybrałem się kiedyś, parę miesięcy temu, do Liric Opera of Chicago. Sądziłem, że taka instytucja kultury jaką jest opera zachowuje swój wiekowy charakter. Coś takiego jak Macbeth, a wiec Sheskspeare w połączeniu z Verdim, a wiec klasyka, nie może być niszczona. Jakże naiwny. Niszczy się największe świętości i wprowadza nowe - ale inaczej, a wiec sprofanowanie takiej rzeczy jak klasyczna opera jest stosunkowo prostą rzeczą.

 

Scenografia okropna, powinienem napisać kontrowersyjna - przyznaje. Nie nazwę jednak kontrowersyjną, bardzo spektakularnie i ekspresyjnie wyreżyserowaną scenę kopulacji. Tutaj to nawet w słownictwie dyplomatów brakuje określenia.

 

Dobrze że przynajmniej wokalnie, aktorsko i muzycznie zachowano poziom.  Mam nadzieję że nie usłyszę Verdiego - ale inaczej, chociaż nie będę się bardzo dziwił jeśli przy współczesnym trendzie muzyka Wagnera, której chyba nie da się sprofanować po prostu zniknie z bibliotek i repertuaru orkiestr symfonicznych. Ostatnie wydarzenia w Izraelu w związku z Wagnerem dają jednak trochę nadziei, ale czy faktycznie?

 

Także w Chicago zaglądnałem na przeciwny kraniec kalibru sztuki scenicznej - malutkiej sceny z widownia mieszczącą 70 - 100 osób, - "Skybox". Jest to jedna z czterech scen wchodzących w skład Second City Theatre w Chicago. Second City Theatre ma swoje sceny także w niektórych większych miastach US. To co zobaczyłem to sztuka - show - komedia, trudno mi to zakwalifikować. Zakwalifikowanie tego do dna kultury scenicznej chyba byłoby najwłaściwsze.

 

Tytuł tego scenicznego wydarzenia był - "I Polack". Mieszkańcom USA nie muszę tłumaczyć co znaczy taki tytuł. Mieszkańcy z innych terenów niż USA nie wiedzą, ze "polack", "polock", "pollack", czy "You polack", mimo że fonetycznie nic złego dla nie znających angielskiego, używane jest w celu obrażenia kogoś narodowości polskiej. Cos w rodzaju ty s... synie, lub "you niger" w stosunku do murzyna. O ile nikt poważny nie ośmieli się powiedzieć  publicznie "Niger", a w słowie pisanym, jeśli to jest nieuniknione napisze "Ni...er", o tyle w tej niby sztuce scenicznej używanie terminu "you  polack" w stosunku do Polaków jest bez ograniczenia.

 

Nie jest to bezprecedensowa sprawa ponieważ nawet bardzo znana osoba z byznesu amerykańskiej telewizyjnej propagandy wyrażając kilka słów pozytywnych o Papieżu skonkludowała, "ale przecież on jest Pollack". Spowodowało to oburzenie nie tylko w polskim środowisku co zmusiło ją do przeproszenia. Przeproszenie jej jednak sprowadziło się do tego, że przeprosiła chrześcijan w cyniczny sposób mówiąc "Dałabym się ubiczować gdybym wiedziała że to może obrazić chrześcijan". Że to było obrazą Papieża i Polaków to jakoś uszło uwadze. Przeprosiła...chrześcijan.

 

Wracając do tej niby sztuki. Akcje rozpoczyna scena z niewidomym uczniem 3 klasy stojącym przy tablicy i siostrą zakonną - nauczycielką, wrzeszczącą  na niego "ty świnio", "tylko świnia może to zrobić", dlatego że ktoś  krzyknął, że on kradnie kredę do pisania.

 

Te słowa padają wielokrotnie przeplatane narracją - tłumaczeniem - komentarzem, sprowadzającym się do tego że dla polskich sióstr zakonnych - szkoły i kościoła wszystko jest grzechem, wszyscy są świnie, lub odwrotnie i właściwie siostry są też świniami co wynika pośrednio z całości tej sceny. "tylko świnie..." . Autor tekstu uznał też ważnym i może śmiesznym wplatanie wątku głośnego zanieczyszczania przez uczniów powietrza i to, że siostra rozpoznawała kto, po zapachu. "tylko świnie..." powtarzane wielokrotnie wbijają w głowy widowni i utrwalają jednoznaczne przekonanie o kim mowa.

 

Akcja dalej toczy się narracja, dialogiem, przeplatanym inscenizacjami niby to dowcipnymi od groteski do makabry, nie wzbudzającymi śmiechu na widowni poza klakerami. Chrzest przez wsadzenie głowy do wiadra lub obrzezanie przy pomocy wielkich ogrodowych nożyc, "bez anastezji", co widownia przyjmuje jako także polski zwyczaj czy tradycje ponieważ mowa tylko o Polakach. Padaja 3 słowa po polsku, zresztą jedyne słowa po polsku w całej tej sztuce - pierogi, golubki i czernina - jako personalna dieta Polacks.

 

Autor tekstów nie traci czasu i wypunktowuje kolejno skrajną głupotę, prymitywizm, wulgaryzm i inscenizuje to w skeczach. Nie sądzę żeby przeoczył coś czym możnaby scharakteryzować to co już ustalono wcześniej - "you pig", "only pigs...", only pigs do that". To co nie dało się wyrazić słowami zostało inscenizowane. Wulgaryzmy padaja gęsto od "f..ck" ze wszystkimi możliwymi sufiksami, off, out, in, - do "mother f..er", przeplatane w odpowiednio umieszczonym momencie słowa Polack, z reakcja ha, ha, klakerow. Autor także uznał za stosowne bawienie widowni obszernym, wymownym gestem onanizowania się.

 

Główny aktor, narrator, komentator, autor tekstów i reżyser w jednej osobie mówi, że jest polskiego pochodzenia i wychowywał się w polskim środowisku ale nie zna i nigdy nie znał polskiego języka. Wymienia jakieś raczej brytyjsko brzmiące nazwisko swojej matki i twierdzi że ona była tylko Polką "by injection",(ha, ha, klakerow) czyli przez wstrzykniecie czy zastrzyk. O swoim ojcu powiedział, że wyglądało na to że on rozumiał ten język w jakim porozumiewali się Polacks ale to co wyraźnie powiedział to to, że rozmawiali z matka w jakimś jemu nie rozpoznawalnym języku. Z całości wynika, że był to polski język lecz on nazywa go "dzidisz" czy cos w tym brzmieniu. Nie brzmiało to napewno yiddish.

 

Porozumiewanie się Polaków inscenizuje w makabrycznej formie dwu karykaturalnych postaci połączonych głowami w rodzaju braci sjamskich wydających jakiś odrażający bełkot nie zrozumiały przez nich samych. Tyle autor wymyślił w celu audio-wizualnego zobrazowania polskiego języka i sposobu porozumiewania się Polaków.

 

W częstych skeczach przeplatanych komentarzami pada kilka niby to pozytywnych słów, - "dobry robotnik", "dobry kochanek", "romantyczny", czego wartość została zobrazowana w skeczu - scenie w której zakochana para trafia na jakiegoś obcego chłopca z innego środowiska niż polskie z którym dziewczyna odchodzi zaklinając się, że ten chłopiec z którym była nie jest jej bojfriendem. Komentarz do tego nie był nawet potrzebny poza tym że dziewczyna była pochodzenia fracuskiego. (jedyna dygresja od podmiotu całości sztuki.)

 

Żeby bardziej i głębiej przekonać widza w swoim przeświadczeniu o Polakach autor sięga do historii Polski. Wspomina rok 964, powołuje się na książkę z której cytuje jakieś bzdury. Cytuje z tej książki, że Polacy to ludzie "violent and have tendency to aggression", czyli "okrutni i skłonni do agresji". Stwierdza, że to chyba prawda przypominając sobie, że jako uczeń 3 klasy stojąc przed pisuarem w toalecie zobaczył obok jakiegoś nieznanego mu rówieśnika. Obłożyli się pięściami bez żadnego powodu co inscenizuje w krótkim skeczu.

 

Wspomina o liberum veto, rozbiorach, liderach elekcyjnych z poza kraju. Nie wymienia królów. To byli liderzy. Wszystko to w kpiącej i w niby to dowcipnej formie. Mówi, że w rozbiorach kościół katolicki pomagał rozbiorcom. Kpi z kościoła w werbalnej i wizualnej formie. Wspomina o Wałęsie jednym słowem i Chopinie - "ex patriota". Konkluduje tym, że w końcu Polska odzyskała niepodległość i jest czym?... - "full of Polacks", czyli tym co niezmordowanie wbija w głowy słuchaczy.

 

Kpi i deformuje nawet z etymologie polskich nazwisk i imienia Willy, który wcale nie jest polskim imieniem ale nie jego zdaniem

 

Co to są Polacy niestrudzenie, zwięźle tłumaczy, komentuje i obrazuje w inscenizacjach przez 1 godzinę i 15 minut. Z osiągnieć to wynalezienie sauny, shock absorbers i karetki pogotowia.

 

Nie sadze żeby pominął coś czym możnaby uzmysłowić widowni kim i czym są Polacy w jego przekonaniu.

 

Jeśli do tej pory ktoś nie bardzo wiedział co kryje się pod hasłem "Polack" w jezyku angielskim, po oglądnięciu tej sztuki nie ma wątpliwości. Kończy swój spektakl baptyzmem białymi skarpetkami, obwołaniem wszystkich z widowni Polakami i nadaniem do ich nazwiska końcówki "ski". Prezentuje aktorów biorących w tym spektaklu udzial (7 lub 8 osob). Wszystkie nazwiska koncza sie na - ski, co nie jest prawda.

 

Miała to być komedia ale dowcipu trudno się tam doszukać poza może ostatnia sceną oklepanego już żartu jak to Polacy wkręcają żarówkę - piramida zbudowana z aktorów, którzy obracają podtrzymywanego najwyżej, trzymającego żarówkę.

 

Opisałem to skandaliczne wydarzenie nieco szerzej ponieważ 5 sierpnia zszedł ze sceny w Seattle WA., trwający około miesiąca podobny spektakl pod tytułem "Polish Joke", a wszedł na scenę 4 sierpnia w Chicago "I Polack". Protesty niektórych członków Poloni spotkały się z milczeniem Polish-American Congress i jakże licznych polskich organizacji, poza PAPUREC w osobie Pani Dany Alvi, belgijskiej polonijnej organizacji reprezentowanej przez Pana Krzysztofa Skotnickiego i paru osób z polskiej i kanadyjskiej Polonii. Polski konsul w Los Angeles pod presja odezwał się ale według artykułu w Gazecie Wyborczej to on przepraszał dyrekcje teatru w Seattle a nie jego. Mało że Polish-American Congres milczał. Jego jeden z dyrektorów p. Ron Jasinski-Herbert w bardzo nieładny sposób powstrzymywał przed protestami i posunął się nawet w swojej w tym zaciekłości do obrażania protestujących, szczególnie Pani Alvi.

 

O sztuce granej w Chicago powiadomiłem Polish-American Congress w osobie Pana Edwarda Moskala i oddział Illinois tegoż Kongresu. Nie doczekałem się odpowiedzi na list ani też nie znalazłem najmniejszej reakcji w mediach którymi dysponuje Kongres ani też w żadnych innych. Natrafiłem jednak na artykuł w Gazecie Wyborczej, "Polskie przekleństwo", Marcina Fabjanskiego (20-08-01) (Sztuka zeszła ze sceny 8.5.01), na temat sztuki granej w Seattle - "Polish Joke". Autor tego artykułu znalazł okazję do propagowania długiej listy degradujących Polskę dowcipów, które równie dobrze mogą być przypisane każdemu innemu narodowi. Zarówno autor sztuki jak i tego artykułu kierują swoje insynuacje w polskim kierunku.

 

Autor artykułu w Gazecie Wyborczej także nie widzi nic złego w tej sztuce ponieważ autor sztuki stwierdził że nie ma tam nic złego o Polakach. Dyrekcja teatru także nie widziała nic złego. Wręcz zachwycała się sukcesem. Pani Trapnell - decydująca o dotacjach dla teatru ze społecznych pieniędzy też nie widziała nic złego.

 

Trzeba być bardzo naiwnym żeby spodziewać się innej opinii od osób które wybrał sobie autor artykułu. Jakoś nikt z nich nie zauważył i nie miał zauważyć skandalicznego plakatu tej sztuki i tekstów w home page teatru, które obiegły świat odnośnie "Polish Joke". Równie skandalicznym jest plakat "I Polack", także wyeksponowany w internecie.

 

Echo słów przedstawiciela światowej organizacji Żydów, który publicznie groził że Polska i Polacy bedą ośmieszani i poniżani na oczach świata rezonuje nieprzerwanie. Masowe media nie wystarczają. Komiks typu "Maus" też nie. Scena teatralna jest znacznie silniejszym medium wyrażania nienawiści i spełniania groźby.

 

Rezonują także słowa  W. Bartoszewskiego - "Psy szczekają, karawana idzie dalej". Nie sądzę jednak żeby ta "Karawana- walec" posuwała się bez końca. Kuriozalną sprawą jednak jest to, że ta karawana żywi się naszymi pieniędzmi.

 

 

Wojciech Właźliński

Polonianet, Chicago, 8.26.2001