25 grudnia 2007    -  113

Życzenia

Obdarowujemy się w tych dniach wielostronnie świątecznymi życzeniami. Jest to wyraz pamięci i sympatii dla adresata życzeń, często przypomnienie o więzach wspólnoty i przywołanie nadziei, że będzie dobrze i szczęśliwie. W przeciwieństwie do wielu innych krajów, w Polsce wciąż jeszcze większość życzących nawiązuje do duchowego przesłania, które niesie religijny wymiar Świąt Narodzenia Pańskiego, a nadzieja dotyka tego zapowiedzianego przez Proroków daru Boga dla ludzi, który dokonał się w Betlejem.

Bywa też tak, że otrzymujemy życzenia, w których zawarte są te same, dość powszechnie używane wzniosłe słowa, ale zastanawiamy się, czy mogą być one szczere, bo tak bardzo zaskakuje, gdy otrzymujemy je od właśnie tego człowieka, który składa nam życzenia. Jestem pewien, że każdy mógł się zetknąć z takimi wątpliwej szczerości życzeniami, bo większość z nas choćby od czasu do czasu ogląda telewizję, w której tylu polityków składa nam życzenia, choć ich czyny wskazują na intencje, które są zgoła odmienne od treści życzeń.

Dlatego powiem jak najprościej: Życzę wszystkim Polkom i Polakom, a zwłaszcza tym, którzy zaglądają do moich Zapisków, by PRAWDA wreszcie zwyciężyła nad panoszącym się kłamstwem.

Te życzenia sięgają wątku religijnego najgłębiej, jak można, bo szukanie PRAWDY jest najściślej związane z poszukiwaniem Boga. Jednak wyzwalająca moc prawdy dotyczy każdej dziedziny naszego życia doczesnego, dlatego schodząc do prozy życia, pozwolę sobie rozszerzyć te życzenia o moje własne rozważenie kilku prostych prawd dotykających najbardziej aktualnych spraw.

Są prawdy tak oczywiste, że nie sposób ich zakwestionować, a jednak pojawiają się zwykle sofiści, wyspecjalizowani w tworzeniu pojęciowego chaosu, którzy tak wszystko przekręcą, że burzy się wszelki porządek rzeczy. Nie wynika to z żadnych zasadniczych różnic w sposobie myślenia, jest to wyłącznie sposób na podporządkowanie sobie kontroli nad ludźmi, a motywacją jest tajemnicza odwieczna żądza władzy i skłonność do zgarniania bogactw materialnych. Jedyną odpowiedzią może być uparte obstawanie przy rozumowaniu, które z obca nazywa się "common sense", a u nas "zdrowy rozsądek", czasem "chłopski rozum", jeśli ktoś chce wyrazić hołd tej najbardziej ofiarnej części naszego narodu, która właśnie najpełniej zachowała respekt dla prawa naturalnego i cennej prostoty logicznego myślenia.

Posłużę się niezbyt wyszukanym przykładem

Kilka osób widzi naocznie sytuację, w której złodziej wkłada rękę do kieszeni ofiary i wyciąga z niej portfel. Łapią złodzieja na gorącym uczynku i oddają go w ręce policji; z satysfakcją dowiadują się też, że kamery telewizyjne zarejestrowały to zdarzenie. Kiedy zjawiają się na miejscu żądni sensacji ludzie mediów, rozgorączkowani ludzie opowiadają historię zdarzenia, jak to złapali na gorącym uczynku złodzieja. Ale pojawia się też szybko prawnik-obrońca przestępcy, który najpierw przysłuchuje się tym wypowiedziom, a wkrótce wkracza w akcję. Mógłby to być Ćwiąkalski, Zoll, Kalisz, Widacki, Stępień lub jakikolwiek inny "wybitny" prawnik; mógłby to być nawet RPO J.Kochanowski.

Mówi więc:

- radziłbym państwu trochę ostrożniej się wypowiadać, przecież nie wolno krzywdzić człowieka. Obowiązuje jednak podstawowa zasada domniemania niewinności, którą uznaje się w całym cywilizowanym świecie. Nie wolno obrażać człowieka, bez wyroku sądowego - ten człowiek może być niewinny.

- Jak to niewinny? Przecież myśmy widzieli, że ukradł.

- Sytuacja jest bardziej złożona, niż się państwu wydaje, przecież to trzeba udowodnić, że to on ukradł.

- Przecież widzieliśmy, że to on wkładał rękę do kieszeni ofiary i wyjął portfel

- Być może macie państwo rację, ale sąd jednak potrzebuje niezbitych dowodów, że to była jego ręka, że portfel był własnością ofiary, a nie jego, że miał wreszcie pełną świadomość tego, co czyni.

- Jak mógł nie mieć świadomości, wkładając rękę do kieszeni obcego człowieka?

- No proszę państwa, ja nie wiem, może macie rację, ale przecież mógł myśleć, że to jego kieszeń, mógł chcieć sobie po prostu ogrzać ręce, mógł też myśleć, że to jego okradli i poszukiwał swojego portfela. Mamy zapis całego zdarzenia na taśmie, muszą się wypowiedzieć biegli, by sąd miał do dyspozycji prawdziwe fakty, a nie dość dowolne obserwacje przypadkowych ludzi. Proszę nie wydawać przedwczesnych werdyktów, bo mogą państwo ponieść konsekwencje. Przecież żyjemy w państwie prawa i nie można arbitralnie pozbawiać godności człowieka, który może okazać się niewinnym, a tym bardziej nie wolno tego czynić tak publicznie.

 

Przepraszam za tę naiwna historyjkę, ale oddaje ona w najprostszy sposób istotę problemu, z jakim mamy ustawicznie do czynienia. To jest bardzo groźne, dlatego nie wolno nam poddawać się takim zabiegom, nie wolno rezygnować ze zdrowego rozsądku, nie wolno rezygnować z nazywania rzeczy po imieniu. Nazwijmy zatem po imieniu prawdę w trzech aktualnych sprawach:

 

Sprawa B.Blidy

Nikt nie kwestionuje faktu, że było to samobójstwo. Zatem główną okolicznością, która może być przedmiotem dociekań komisji śledczej powołanej w tej sprawie, musi być motywacja samobójczyni, skłaniająca ją do odebrania sobie życia. Moment aresztowania, jego okoliczności i sceneria były jedynie końcowym akordem w procesie dojrzewania do dramatycznej decyzji. B.Blida, przez wiele lat zaangażowana w politykę pełną emocji, a więc osoba z natury uodporniona na różne stresy, przeciwności i nie trywialne okoliczności, musiała czuć się potwornie zapętlona w sytuację, by uznać, że nie ma innego wyjścia. Do tak drastycznej decyzji nie mógł dojść człowiek pewien swojej całkowitej niewinności. Poszukiwanie prawdziwej motywacji musi być skoncentrowane właśnie na tych sprawach, które postawiły samobójczynię w sytuacji w jej ocenie bez wyjścia, a więc spraw, które były przedmiotem ustaleń śledztw związanych z mafią węglową. Każdy, kto próbuje ograniczać te wątki, a zwłaszcza ci, którzy chcą skupić się na badaniu najbardziej nieprawdopodobnej wersji, że to ludzie w kominiarkach bez powodu śmiertelnie przestraszyli ofiarę, w istocie współdziałają z prawdziwymi winowajcami i powinni stać się również obiektami rozważań komisji.

Warto też zwrócić uwagę na potencjalnie ważną rolę męża ś.p. B.Blidy jako świadka komisji, bo ma on prawdopodobnie największe możliwości by przyczynić się do ujawnienia prawdy. Być może Aleksis, lub inni nieznani publicznie uczestnicy afery węglowej będą źródłem nowych istotnych informacji, ale mąż musiał najlepiej znać problemy i stan ducha swojej małżonki w okresie poprzedzającym samobójstwo. Wiedział o tym, że żona posiada w domu broń, wiedział, że jest wyczerpana nerwowo, mógł bardziej niż ktokolwiek przewidzieć to, co się stało, wiedział, że czas wejścia funkcjonariuszy do domu był dostatecznie długi, by pójść po broń i przygotować ją do użycia.  

W gruncie rzeczy, mimo arbitralnej decyzji większości sejmowej o ograniczeniu zakresu dociekań, członkowie komisji pragnący dotrzeć do prawdy mogą z łatwością kierować rozważania na te sprawy, w których tkwią najbardziej prawdopodobne źródła motywacji samobójczyni. Mogą też w ciągły sposób kwestionować wszelkie decyzje większości, które oddalą komisję od tych głównych wątków. Niech jasno wyjdzie kto się boi i czego się boi.

 

Sprawa B.Sawickiej

Widzieliśmy, słyszeliśmy i czytaliśmy to, co było publicznie dostępne i przez nikogo nie było kwestionowane. Mamy więc pełne prawo uznawać B.Sawicką za przestępcę. Przyszły wyrok sądu, po pełnym zbadaniu sprawy określi rozmiar przestępstwa i karę, ale wobec publicznego ujawnienia faktów, nikt nie może zakwestionować, że był to ciężki przypadek korupcji. Jaka by nie była droga prowadząca do uzyskania tak bezpośredniego dowodu na korupcję, był to wielki sukces CBA, a końcowy efekt podważa prawo kogokolwiek do kwestionowania sposobu działania funkcjonariuszy. Zastawiono pułapkę na przestępcę i rzeczywiście przestępca wpadł w pułapkę.

Po stokroć ważniejszą jest sprawa, która wyszła przy okazji, a mianowicie ujawnienie mocnego sygnału o przygotowywanej w wielkiej skali korupcji w dziedzinie prywatyzacji i przekształcania infrastruktury służby zdrowia. Zapisy rozmów B.Sawickiej nie są fikcją, nie są paplaniną podlotka, który chce wziętymi z powietrza wymysłami zaimponować chłopakowi. To są zwierzenia osoby nawykłej do dokonywania przekrętów i do sprawnego funkcjonowania w układzie. Można mieć nadzieję, że nowy rząd nie wyczyścił jeszcze prokuratury do końca i pozostały jakieś jej fragmenty niezależne od układu. Jest więc szansa, że prokuratura mocno pociągnie ten wątek. Natomiast bez względu na bieg śledztwa w prokuraturze, sprawa B.Sawickiej powinna być w samym centrum uwagi kolejnej komisji śledczej, a ten jej fragment, który jest związany z samym aktem zgarnięcia łapówki, winien być jedynie argumentem potwierdzającym właściwość działań CBA. Skierowanie zainteresowania komisji na planowaną korupcję w słusznie zdrowia, a zwłaszcza szloch B.Sawickiej przerywany zeznaniami o innych uczestnikach układu, będzie wstępem do tryumfu i chwały dla CBA.

 

Sprawa Mirosława G.

Także w tym przypadku, com widział, tom widział, co słyszałem, to słyszałem. Niech sąd domniemywa niewinność. Dla tych, co widzieli i słyszeli, Mirosław G. jest przestępcą. Łapówka, jeśli ma miejsce sporadycznie, czy okazjonalnie, jest przykrym przekroczeniem prawa, jest wpisuje się w ciągłe funkcjonowanie, jest procederem przestępczym. Ale jeśli jest wpisana w sposób regularny w działanie w służbie zdrowia jest ciężkim przestępstwem, a może również wiązać się ze zbrodniczym działaniem.

W krótkim okresie czasu, gdy CBA zbierało bezpośrednie dowody, Mirosław G. brał regularnie łapówki, do płacenia których rodziny ofiar były ewidentnie przymuszone. Był to szantaż - pieniądze za zdrowie, a nawet pieniądze, albo życie.

Jeżeli rzeczywiście miał miejsce omawiany publicznie przypadek żądania seksu od córki za ratowanie życia jej matki, to w świetle prawa może to być przestępstwo równoważne tym związanym z tzw. aferą "praca za seks", ale w normalnym ludzkim wymiarze jest to przestępstwo szczególnie ohydne, domagające się znacznie poważniejszej kary, niż tamten bulwersujący proceder. Dlatego cały ten kontekst sprawia, że podejrzane przypadki śmierci pacjentów, które zaistniały w związku z działaniem, lub zaniedbaniami Mirosława G. wolno i trzeba uznawać jako bardzo prawdopodobne zbrodnie. Sąd rozstrzygnie, czy to były zbrodnie, ale zdając sobie sprawę z prawnego rygoryzmu traktowania dowodów przy orzekaniu winy, i tak, bez względu na wyrok, w potocznej opinii oczyszczenia nie będzie.

Min. Zbigniew Ziobro nie ma się z czego tłumaczyć, to co powiedział na konferencji prasowej było prawdą. Prócz korupcji, podejrzenie o zabójstwa było przedmiotem rozpoczynającego się śledztwa, a rozmiar przestępstw i wiedza o wielu dowodach, które już wtedy były dostępne dla ministra, usprawiedliwiały mocną wypowiedź. Ta wypowiedź i tak zawierała ostrożną formułę odwołującą się do przyszłych ustaleń niezawisłego sądu. Ale rzekomo kontrowersyjne zdanie, które stale podnoszone jest jako podstawowy zarzut przeciw ministrowi, jest po prostu najzwyczajniej prawdziwe. "Ten pan już nigdy nikogo nie zabije" to nie jest zdanie równoważne stwierdzeniu, że "ten pan zabił". W całym kontekście sprawy, było to najbardziej oczywiste podkreślenie wagi tego, że wśród zarzutów, na podstawie poważnych przesłanek, postawiono także najpoważniejszy zarzut zabójstwa.

Atakujący ministra, zwykle bez żadnych zahamowań deformują tę wypowiedź, a nagminną delikatną deformacją jest dodawanie słowa "więcej" po słowie "nigdy".

Przy tym poziomie demagogii, atakującym winno się odpowiadać, że jeśli uważają, że w tym zdaniu min.Ziobro nie powiedział prawdy, to oznacza, że uważają, że "ten pan jednak zabije kogoś w przyszłości".

 

Zacząłem skromnie od życzeń, ale rozwinęło się tak obszernie, że musiałem zasiąść do Wigilii i powrócić dopiero po dłuższej przerwie. W międzyczasie posunęliśmy się w stronę prawdy, bo każdy dzień zbliża nas do końca rządów PO.

 

15 grudnia 2007    -  112

Bestia mruga

W jednym z artykułów podsumowujących przed-akcesyjne argumenty przeciw przystąpieniu Polski do UE zarysowałem obraz nowego, apokaliptycznego totalitaryzmu, który nam szykują. Nie był to obraz szczególnie odkrywczy, bo wielu ludzi o tym pisze, choć w niektórych aspektach chyba nawet Orwell'owi nie starczyło wyobraźni. Totalitaryzm ten rezygnuje z przemocy fizycznej, jest wszechogarniający, można powiedzieć globalny i sprowadza się do przymusu ekonomicznego, sterowanego różnymi narzędziami. Skrótowo, główne narzędzia można wymienić jako: totalna kontrola informacyjna, rozbicie wszelkich wspólnot i atomizacja ludzi, obezwładniająca pętla biurokratyczna i dyktatura prawników. To ostatnie narzędzie ukazuje teraz wyraźniej swoje oblicze - bestia mruga do nas.

Pierwszy raz z Lizbony - w postaci całej otoczki towarzyszącej traktatowi europejskiemu i Karcie Praw Podstawowych. W ciekawym artykule "Sztuka owijania w bawełnę" Agnieszka Kołakowska [Rzeczpospolita 15/16.12.2007] przytacza bezwstydne wypowiedzi różnych polityków reprezentujących "kwiat" europejskich żonglerów sztuk prawno-politycznych, szczycących się używaniem obezwładniających kłamstw. Oni naprawdę szczycą się tym, że okłamują ludzi, serwując tę samą odrzuconą konstytucję pod inną nazwą. Także bez żenady piewcy demokracji starają się odmówić społeczeństwom prawa do głosowania w referendum, argumentując, że zachodzi poważna obawa ich przegrania. Co więcej przechwalają się, że obecnie traktat jest nieczytelny, bo gdyby był czytelny, ludzie domagaliby się referendum.

Jest dobrze znaną prawidłowością, że prawnicy dzielą się na dwie grupy - na tych, co formułują i stanowią nieczytelne, pełne luk prawo i tych, którzy dowolnie interpretują to prawo, także wykorzystując w razie potrzeby owe luki stworzone przez ich kolegów  - obie grupy czerpią z tego procederu wielkie profity i śmieją się ze sprawiedliwości. Nieliczni, pozostający poza tymi dwoma grupami w roli szlachetnych wyjątków potwierdzają regułę. Ale nie spotkałem się jeszcze z tak otwartym i bezwstydnym przyznaniem zamierzonego tworzenia nieczytelnego prawa.

Drugi raz bestia mruga w mniej ważnej sprawie, ale ponieważ jest ona lokalna i może nas boleśnie dotyczyć, też nie może nam umknąć. Min. Z.Ćwiąkalski zaproponował, by nie umocowana konstytucyjnie Krajowa Rada Prokuratorów ustanowiła władzę nad nami, właśnie tę wspomnianą wyżej dyktaturę prawników, przez prawo wyznaczania nam Prokuratora Generalnego, który, gdy zechce, oskarży każdego, i o cokolwiek (paragraf się znajdzie). Aby zakpić sobie z nas i z Prezydenta, Ćwiąkalski zaproponował, że KRP pozostawi Prezydentowi wybór jednego z dwóch kandydatów.

Cóż nam czynić?

W pierwszej sprawie musimy wszelkimi dostępnymi sposobami żądać referendum i traktat odrzucić, bo trudno liczyć, że Irlandczycy to za nas zrobią. Ale oprócz tego powinniśmy wykorzystać ten precedens, by rozpocząć likwidację obłędu prawnego, który nam bezpośrednio zagraża - prawo nieczytelne powinno być z definicji nieważne, a twórcy takiego prawa bezwzględnie odsuwani od wpływu na stanowienie prawa. Te sprawy wymagają wielkiego zjednoczenia w oddolnym ruchu społecznym.

W drugiej sprawie rozwiązanie się wprost narzuca - Z.Ćwiąkalskiego trzeba wyrzucić na zbity (pardon, ospowaty) pysk, z rządu, z uczelni, …a najlepiej z Polski.

Natomiast zapisy Karty Praw Podstawowych, a także tworzenie Rady Mędrców, to już prawdziwa farsa. I byłoby śmiesznie, gdyby nie to, że mamy coraz częściej do czynienia z zabójczą mieszanką horroru i farsy, a zwykle okazuje się, że to nie żarty.

 

8 grudnia 2007    -  111

Coś się już wyjaśnia

Przez blisko dwa lata, nie licząc długiego okresu przed wyborami 2005, karmiono opinię publiczną atrakcyjną wizją koalicji PO-PIS. Byłem zdumiony, gdy nawet bardzo rozsądni ludzie stwierdzali, że marzyli o takiej koalicji, a niektórzy nawet przekonywali, że głosowali na PIS lub PO, tylko dlatego, że wierzyli w dobre owoce takiej współpracy.

A przecież  już w założeniu możliwości współdziałania takiej koalicji od początku istniała podstawowa sprzeczność. Sprzeczność ta nie wynikała z rozbieżności głoszonych programów, bo PO nigdy żadnego programu nie przedstawiała; jeśli już pojawiały się jakieś hasła, były raczej kamuflażem prawdziwych intencji. Sprzeczność jawiła się jako oczywista dla każdego, kto dysponuje pamięcią polityczną, kto zapamiętał to wszystko, co w latach po 1989 roku inicjowali, współtworzyli, wspomagali, lub, co z premedytacją zaniedbywali ludzie Platformy Obywatelskiej. Program głoszony przez PIS zakładał naprawę właśnie tego wszystkiego i nigdy nie mógłby być realizowany wspólnie z tymi, którzy czerpali korzyści, byli dumni i radowali się każdym skutkiem swoich wcześniejszych działań, choćby był najbardziej bolesny dla Polski i Polaków.

I nawet jeśli tę prawdę o całkowicie odmiennej dla PO i PIS wizji Polski można było wydedukować z wcześniej dostępnych przesłanek, najwyraźniej dopiero wymowa bezpośredniego doświadczenia ma moc prowadzenia ludzi do ostatecznych konkluzji. Mam nadzieję, że tym razem będą to konkluzje ostateczne, bo doświadczenie jest drastyczne.

Z jednej strony dwa lata trudnych rządów udokumentowały, że główny nurt PIS rzeczywiście pragnie realizować to, co głosili jego przywódcy. Można czuć niedosyt skutków, można mieć wątpliwości, można wreszcie być rozczarowanym, jeśli nie dostrzega się skali występujących trudności - nie można jednak nie zauważyć dobrych intencji i wysiłków realnie inicjujących zasadniczą naprawę tych dziedzin, które są najistotniejsze dla losów naszej narodowej wspólnoty.

Z drugiej strony, już w tych samych dwóch latach łatwo było zauważyć liczne zabiegi ludzi PO, by hamować procesy naprawcze prawie w każdym ich elemencie. A teraz, po wyborach, gdy PO objęła pełnie władzy, każdy ma jak na dłoni pokaz haniebnego procesu wycofywania tego wszystkiego, co udało się osiągnąć. Spójrzmy na najważniejsze dziedziny:

Z impetem powraca ledwie naruszone korporacyjne panowanie zastępów zdegenerowanych prawników, którzy po krótkim okresie niepewności szybko przywrócą stare układy i nawyki, czyniąc na nowo fikcję z praworządności i kpinę ze sprawiedliwości. Każdy dzień odsłania wyjątkową bezczelność podejmowanych kroków, poczucie całkowitej bezkarności i całkowity brak szacunku dla osiągnięć poprzednika, tak docenianych przez opinię publiczną.

Zorganizowana po raz pierwszy na poważnie walka z korupcją zaczyna być blokowana. Wysiłek skupiony jest na próbach likwidacji CBA i usunięcia szefa instytucji. 

MSW knuje w ciszy i swoi ludzie opanowują wszystkie ważne punkty.

Te trzy dziedziny - zdegenerowany aparat sprawiedliwości, pozorowana walka z korupcją i podporządkowana policja - to powrót dobrych czasów dla przestępców - pierwsze symptomy już są - Krauze wraca do Polski, Stokłosa oddał się w ręce szykujące mu bezkarność, a w innym wymiarze, zorganizowane grupy kradną potężne fragmenty trakcji komunikacyjnej - można sobie łatwo wyobrazić rozmiary i sprawność tej grupy przestępczej. Wygląda to prawie jak sygnał- "dobrze, że znów jesteście, my w ten skromny sposób meldujemy swój powrót".

Zlikwidowane WSI przetrwało w rozsypce organizacyjnej - dzisiaj zaczynają zdobywać pierwsze przyczółki dla operacji "wielki powrót w nowej wersji". Armia, w której dopiero zaczęto przywracać rygor, karność, honor i godność, została upokorzona namiestnictwem młokosa psychiatry, który niewątpliwie pójdzie tropem Onyszkiewicza i Komorowskiego, by Polskę uczynić bezbronną.

Zręby polityki zagranicznej, w której postawiono na obronę polskiego interesu narodowego, ponownie zastępuje się polityką służenia interesom obcych i rezygnacji z suwerenności Polski.

Rozwój gospodarczy i poprawę finansów przez ostatnie dwa lata tłumaczono koniunkturą zewnętrzną, dzisiaj już mówi się o dekoniunkturze, antycypując szybkie negatywne skutki rządów PO.

Jeśli do tego dodać zapędy PO do likwidacji TVP i dążenie do uzyskania pełnego monopolu w mediach - "by PIS już nigdy nie wrócił do władzy", to sytuacja jest niezwykle groźna. Każdy dzień trwania tej władzy, to potężna strata dla Polski - cztery lata, to tragedia. Można tylko liczyć na przyśpieszone uczenie się i dojrzewanie Polaków do zmiany sytuacji. Może przyjdzie czas na skorzystanie z pomysłu autorstwa PO - na "obywatelskie nieposłuszeństwo"?

Bo zastępy rosną i dla tych, co dotąd nie wiedzieli, coś się jednak wyjaśnia.

 

P.S.    Co za ulga!  Jarosław Kaczyński na Kongresie PIS przyznał, że złudzenia co do Platformy Obywatelskiej były błędem. Koniec złudzeń jest zawsze początkiem realizmu, który upraszcza wybór działania. Trzeba pójść o mały krok dalej - Ujazdowski i Zalewski to PO. Jeśli ktoś ma wątpliwości niech przypomni sobie, co myślał przy odejściu Marcinkiewicza, Mężydły, Sikorskiego i przyjrzy się tym postaciom dzisiaj.

 

26 listopada 2007    -  110

Expose?

Czytelnik moich zapisków zwrócił się do mnie z pretensją, że już kilka dni temu "ich premier" wygłosił expose, a ja tak długo ociągam się z komentarzem (jakaż dopingująca pretensja!). Czy naprawdę miałbym analizować przemówienie, w którym D.Tusk przedstawił oszukanym wyborcom program rządu tworzonego przez specjalistów od "kręcenia lodów", sfrustrowanych dwuletnimi trudnościami w robieniu interesów?

Sformułuję jednak krótki i dosadny komentarz na temat tego expose…. i przetłumaczę go z polskiego na tak wykwintny angielski, by nawet wykształciuchy zrozumiały: I shall tell without a small garden - shit is walking around me.

Z zainteresowaniem patrzę na rozwój wydarzeń i mam wrażenie, że wyborcy PO mają teraz wyjątkową okazję by przejść przyśpieszony kurs edukacji politycznej, gdy 18 lat im nie wystarczyło - tak naprawdę jeszcze się nic nie zaczęło, a już tyle się zdarzyło.

Także ja uczę się nowych rzeczy. Jeśli J.Pitera wpadła na pomysł, by pracowników CBA sprawdzić wykrywaczami kłamstw, to przecież aż prosi się, by wszystkich posłów potraktować wariografem i sprawdzić zmiany oporności skóry przy składaniu przysięgi w Sejmie. Tych bardziej gruboskórnych można by wcześniej zmiękczyć jakimiś nowoczesnymi środkami, np. paralizatorami.

Zamiast dalszych złośliwości zamieszczę mój list do znawcy insektów, który został w Sejmie wywyższony, by upaść z wysoka, gdy przyjdzie czas. Deklaruję ten list jako otwarty, ale nie mam zamiaru go wysyłać, bo nie warto. Niech wibruje w przestrzeni jako moja odpowiedź na każde publiczne wystąpienie tego pana.


Profesor Stefan Niesiołowski
v-ce marszałek Sejmu RP
Warszawa

 Panie Profesorze,

 W liście do Pana z lipca 1992 roku wyraziłem dezaprobatę dla Pana zaangażowania w tworzenie rządu H.Suchockiej. Uznałem to za fatalny krok, który rozmywał prawdę ujawnioną w parlamentarnym zamachu stanu z 4 czerwca i wprowadzał groźny fałsz w życie polityczne. Zwróciłem się wtedy do Pana, ponieważ Pańska emocjonalna obrona rządu Jana Olszewskiego w tę dramatyczną noc, sprawiała wrażenie bardzo szczerego wystąpienia.   

W odpowiedzi Pan zapewnił mnie, że czyni to wyłącznie dlatego, by komuniści nie przejęli władzy. Na mój kolejny list, w którym argumentowałem, że w ten sposób właśnie toruje Pan drogę do władzy komunistów i to na dłuższy czas, Pan po prostu nie odpowiedział.

Dzisiaj po 15 latach bieg wydarzeń ukazał, że to ja wtedy w tej sprawie miałem rację. Myliłem się jednak w ocenie Pana intencji i szczerości, a Pana postawa w minionych latach wykazała, że była to bardzo błędna ocena. Dzisiaj wiem też to, czego nie mogłem wiedzieć w 1992 roku, mianowicie, że Pan osobiście uczestniczył w naradzie spiskowców z L.Wałęsą, gdy ustalano szczegóły operacji nazwanej wtedy z całą prostotą przez W.Pawlaka "gangsterskim chwytem". Jest zatem jasne, że Pan, nawet jeśli nie czuł się uczestnikiem spisku, wiedział o jego zawiązaniu i nie wykrzyczał tej piorunującej prawdy, gdy w Sali sejmowej odbywała się  dramatyczna i tak negatywna dla losów Polski realizacja spisku, a Pan stwarzał pozory, że można rządu bronić.

Minęło wiele lat, podczas których swoim zachowaniem, politycznymi wyborami i działaniem przekazał Pan wystarczającą ilość informacji o sobie, by wszelkie wcześniejsze mylne wyobrażenia zastąpić bardziej prawdziwym obrazem, człowieka niepoważnego, aroganckiego, niekulturalnego i często po prostu niemądrego. Także karty Pana "pięknego życiorysu" jakby nieco wyblakły, a odsłaniane fakty z przeszłości lokują Pańskie działania gdzieś pomiędzy głupią naiwnością, a tchórzostwem, mimo że owocowały także osobistymi cierpieniami. Tysiące ludzi, którym nie przyszło nigdy do głowy, by przywoływać swoje dokonania dla wyzwalania Polski z komunizmu, działały o wiele mądrzej, odważniej i skuteczniej, a swoje poświęcenia przekazali w bezinteresownym darze dla Polski.

Pana najświeższe zachowania i wypowiedzi, obserwowane przecież uważnie przez wielu ludzi, wyczerpują zwykłą tolerancję dla słabości i niedoskonałości osób zajmujących publiczne stanowiska. Gdzieś na obrzeżach życia publicznego jest miejsce dla takich jak Pan, bo statystyczne procesy, które rządzą decyzjami wyborców, dopuszczają odchylenia od normy oczekiwanej przez większość. Jednak nie da się zaakceptować sytuacji, w której Pan sięga po stanowiska umożliwiające szkodzenie Polsce, zwłaszcza w tym układzie, który posługując się oszustwami uzurpuje sobie prawo do kontynuacji nierządu sprzed 2005 roku.

Dlatego uznałem, że nie wolno godzić się z takim stanem rzeczy i trzeba przekazać Panu słowa dezaprobaty.  Mam pełną świadomość, że tak jak wtedy przed 15 laty, Pan zlekceważy moje słowa. Mimo to kieruję do Pana wezwanie do rezygnacji z udziału w życiu publicznym - będzie to pożytkiem dla Polski, dla wizerunku Sejmu Rzeczypospolitej, dla prestiżu stanu profesorskiego, także dla opinii o Pana macierzystej uczelni i Pana środowisku zawodowym.

 
          Z poważaniem
          Rafał Broda
          Kraków 25 listopada 2007

 

16 listopada 2007    -  109

Spadło dużo śniegu

                        tak jak wtedy, 13 grudnia 1981. No, może nie aż tyle; w końcu ileż śniegu może spaść w połowie listopada?

Ich rząd został zaprzysiężony! Miałem wrażenie, że pałac prezydencki zatrząsł się od eksplozji zbiorowego krzywoprzysięstwa, a chichoczący do siebie D.Tusk i B.Schetyna podkreślili swoim zachowaniem prostacką naturę autorów najnowszego skoku na Polskę.

Nie mam żadnych złudzeń i dlatego nie dam żadnych stu dni kredytu zaufania tym, których przeszłość i dzisiejsze intencje znam aż nadto dobrze. To będzie ciężkie uderzenie w Polskę, a jak długo będzie trwało i jakie przyniesie skutki dla nas wszystkich, będzie zależało od zdolności organizacyjnych tych 5 milionów świadomych wyborców głosujących za kontynuacją naprawy Rzeczypospolitej, od umiejętności dostrzeżenia własnych błędów przez tych, którzy nie głosowali, albo głosowali inaczej i od woli Polaków do odzyskania wpływu na bieg wypadków.  Otrzeźwiające obserwacje już sypią się jak z rękawa, a skład rządu wskazuje na niezawodną sekwencję kolejnych sygnałów.

Mamy złowieszcze wyjaśnienia, kim jest ten ważny, choć nieznany dotąd filar nowego rządu - minister finansów Jan Vincent Rostowski. Widziałem i słyszałem laurkę dla niego wygłoszoną przez ściganego niechlubną sławą L.Balcerowicza - dla wielu z nas to już musi być wystarczająca "rekomendacja". Wyszła jednak też sprawa podwójnego obywatelstwa, przy czym brakujące numery NIP i PESEL wskazują na iluzoryczność obywatelstwa RP. I tutaj zaszła chyba jakaś wpadka informacyjna. Podano mianowicie, że J.V.Rostowski doradzał L.Balcerowiczowi, ale wynagrodzenie pobierał od brytyjskiego rządu. Prawdopodobnie intencją było zatuszowanie faktu, że ob. Rostowski nie płacił podatku, ale wyszła sprawa po stokroć poważniejsza -  minister finansów polskiego rządu L.Balcerowicz korzystał z doradztwa eksperta finansowanego przez rząd UK. Czy tak wysokie umocowanie w Polsce lobby Rządu Jej Królewskiej Mości, było zgodne z Polską Racją Stanu? Czy dzisiaj osoba dzieląca swoją lojalność wobec Rzeczpospolitej i poddaństwo w stosunku do Królowej Zjednoczonego Królestwa, może pełnić stanowisko tak istotne dla losów naszej Ojczyzny?

D.Tusk, ślący pełne obłudy przyjazne sygnały w stronę Prezydenta, by ten zechciał współpracować, w żaden sposób nie uwzględnił zastrzeżeń głowy państwa i wciągnął do rządowej karuzeli R.Sikorskiego i Z.Ćwiąkalskiego. Sikorski jawi się jako wyjątkowo nadęty bufon, którego błyskotliwa kariera zdaje się opierać na podobnie tajemniczych związkach, jak kariera agenta Olechowskiego. Nie wiem, czy coś się kiedyś wyjaśni - czy te związki wywodzą się z Anglii, czy z Rosji, czy też z obu mateczników dziwnych karier. Gdyby jednak w Sikorskim drgnął na poważnie duch polskiego patrioty, to te związki staną się bardzo znaczące i  będzie musiał uważać, by w podróżach zagranicznych unikać międzylądowań w Gibraltarze.

Z Ćwiąkalski okazał się być profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, Uniwersytetu Rzeszowskiego, jakiejś Szkoły Wyższej w Przemyślu i jeszcze prowadził kancelarię adwokacką chroniącą przestępców przed sprawiedliwością dla ofiar. Klasyczna charakterystyka wykształciucha z parciem na kasę. Dużo mówił i wiemy czego się spodziewać, ale już zdążył uzupełnić informując o nowych ciekawych kierunkach swych działań. Otóż powiedział, że nie będzie się interesował przebiegiem śledztw, natomiast będzie wizytował sędziów. A jakże, po co się bawić w zawiłe dociekania, jak utrudniać śledztwo - przestępców najskuteczniej można bronić, ustalając bezpośrednio wyrok. Postawę moralną obecnego ministra "sprawiedliwości" najlepiej ilustruje fakt, że wraz z prof. A.Zollem fałszywie oskarżyli prof. W.Mąciora z UJ o współpracę z SB. Za to kłamstwo powinni obaj ponieść surowe konsekwencje. Na razie prof. Mącior słusznie zrezygnował z Komisji Kodyfikacji Prawa Karnego - nie sposób współpracować i udawać, że nic się nie stało.

Bogdan Klich na stanowisku ministra obrony to prawdziwa groteska, mało że lekarz, to jeszcze psychiatra. Od wielu lat tkwił w mojej świadomości jako "nieodpowiedzialny młodzik" i fakt, że nie uznaję legalności tego rządu, pozwala mi podtrzymać tę kwalifikację, bez obrazy majestatu Rzeczpospolitej. W 1987 pewien zacny profesor z Akademii Medycznej skierował go do mnie z prośbą o wygłoszenie wykładu na temat skutków katastrofy w Czarnobylu. Student i młody działacz - ekolog Klich, budujący podwaliny pod przyszłą karierę polityczną starannie uzgodnił ze mną charakter mojego wystąpienia- 45 min wykład popularno-naukowy w podziemiach kościoła św. Józefa w Krakowie-Podgórzu. Była to rocznica katastrofy i zdziwiła mnie ogromna liczba słuchaczy, a wśród nich sporo dziennikarzy. Klich zapewnił mnie, że wszystko ma przebiegać tak, jak ustaliliśmy, ale po kilku minutach zorientowałem się , że w pierwszych rzędach siedzieli zniecierpliwieni dziennikarze zagraniczni, którzy oczekiwali czegoś w rodzaju konferencji prasowej. Dostosowałem się do tych oczekiwań i nawet zmieniłem język komunikacji, ale irytacja wobec organizatora pogłębiła się, gdy nawet nie próbował wyjaśnić sytuacji i po prostu zniknął. On był zajęty - robił karierę, a potem to już widziałem go, jako aktywistę młodzieżówki Unii Demokratycznej…i dalej po takich najprostszych schodach do wyżyn. Dzisiaj, gdy odwołał z ministerstwa A.Macierewicza, z zadęciem takiej samej postawy karierowicza, znów pomyślałem "nieodpowiedzialny gówniarz".

Minister zdrowia - E. Kopacz - któż nie widział tej eksplozji demagogii w czasie strajków lekarzy, któż nie dostrzegł, że wrzask, potoki niezbornych słów i histeria przykrywają daleko posuniętą niekompetencję, a nawet zwyczajną głupotę. Czeka pewnie z utęsknieniem na "merytoryczne" wsparcie ze strony B.Sawickiej, która wkrótce wróci w blasku niewinności z głową Mariusza Kamińskiego na srebrnej tacy. I może funduszy NFZ będziemy mieli dwadzieścia, a nie sześć, bo stanowisk do kręcenia lodów potrzeba więcej, gdy interes dobrze się rozwija. Ja już od 10:15 czuję, że z moim zdrowiem jest gorzej.

Zobaczymy! A właściwie to Państwo zobaczycie, bo ja swoich poglądów nie zmieniam. Może poza jednym - od 21 października stałem się przekonanym zwolennikiem kary śmierci.

 

10 listopada 2007    -  108

Święto Niepodległości jeszcze z polskim rządem

W piątek 9 listopada, o godz.15:00 Donald Tusk został desygnowany na premiera i rozpoczął misję formowania rządu. Na szczęście, do czasu powołania nowego rządu Premier Jarosław Kaczyński z podległymi mu ministrami będzie dalej pełnił obowiązki władzy wykonawczej. Jutrzejsze Święto Niepodległości 11 listopada będziemy więc, obchodzić z polskim rządem i z poczuciem bezpieczeństwa, którego wkrótce może zabraknąć.

Tak! Chciałem powiedzieć, że rząd D.Tuska nie będzie polskim rządem i zaledwie powstrzymuję się od powiedzenia, że będzie anty-polskim rządem.

Zbyt wiele widziałem działań i skutków działań i zaniedbań, zbyt wiele słyszałem wypowiedzi, by mieć jakiekolwiek złudzenia. Władzę obejmują ludzie, którym na Polsce w ogóle nie zależy. W istocie to ta sama klasa ludzi, o których niedawno powiedziano, że mają Polskę w d…  Pewnie nawet gorsza klasa, bo wśród nich jest wielu, którzy nie kończą na tej dosadnej obojętności wobec Polski, a swoje zaangażowanie wywodzą z ideowego przekonania, że trwanie Polski przeszkadza w budowaniu nowego porządku świata.

Czy można mówić o polskim rządzie, gdy ponad 5 milionów najbardziej świadomych Polek i Polaków odczuwa rozpacz, a raduje się Berlin i Moskwa?

Czy inni Polacy są nieświadomi? Tak! Są w sposób przerażający nieświadomi. Bez względu na to, czy się do tego przyznają, czy nie, są ofiarami medialnej manipulacji, która jest wyznacznikiem nowego totalitaryzmu, ofiarami, które tak powierzchownie traktują sprawy najważniejsze, że odbierają wyłącznie bodźce skierowane do nich przez sztaby socjotechników. To jest powód do wielkiego wstydu, ale też winno być powodem do ochłonięcia, do zadumy i głębokiego przemyślenia obowiązków wynikających z przynależności do Narodu Polskiego.

Jutro wyśpiewamy te znane i najbardziej dziś aktualne słowa: "Jeszcze Polska nie zginęła póki my żyjemy" ("PÓKI", a nie "kiedy", bo ta forsowana nie wiadomo przez kogo zmiana, wypacza sens naszego hymnu). Niech one będą  przypomnieniem i ostrzeżeniem dla tych, którzy ośmielili się oszustwami przejąć władzę.

A pojutrze zacznie się mroczna rzeczywistość, która wyjaśni prawdziwy sens słów ustępującego Premiera, że będziemy mieli powtórkę z 13 grudnia 81. Już zetknąłem się z przywoływaniem takiej analogii przez ludzi, którzy głęboko przeżywają atmosferę po wyborach. Atmosfera ta budowana jest przez butne wypowiedzi, czyny i zapowiedzi polityków szykujących się do skoku na Polskę, do czasem prostolinijnych wyznań o chęci recydywy tego wszystkiego, co próbowano w ostatnich dwóch latach naprawić.

W zapisku z 22 października, w dzień po wyborach, przedstawiłem karykaturalną wersję składu rządu, która miała dosadnie zobrazować antycypowaną linię działania nowych władców. Dotychczas nie znamy rzeczywistego składu rządu, ale większość medialnych spekulacji koncentruje się wokół nazwisk, które przekonująco podtrzymują takie wyobrażenia, jakie chciałem zasygnalizować. Dotychczas nic nie jest pewne i nie warto komentować wirtualnych nominacji. Może z jednym wyjątkiem, bo nawet rozważanie tej kandydatury jako możliwości obsadzenia funkcji Ministra Sprawiedliwości zapowiada recydywę starych zwyczajów w najgorszym wydaniu. Chodzi o prof. Zbigniewa Ćwiąkalskiego.

Jest to najbardziej wyrazista próba nominacji ministra - "anty-Ziobro". Będzie on chciał przywrócić ten stan aparatu sprawiedliwości, który ledwie naruszył Min. Z.Ziobro, a który od 1989 roku był jedną z głównych przyczyn bezprawia, korupcji, raju dla przestępców i chaosu we wszystkich dziedzinach życia publicznego. Prof. Ćwiąkalski był sztandarową postacią, krytykującą dosłownie każde posunięcie ministra Ziobro i nie owijał w bawełnę swych intencji. Prawdopodobnie jego bezpośrednie zaangażowanie w obronę H.Stokłosy, czy ekspertyza podsuwająca możliwość linii obrony R.Krauzego, były uzupełnieniem jego atakujących komentarzy, demonstrującym, jak należy praktycznie bronić przestępców. Według takich ideologów prawa, obrońca nie powinien ograniczać swojej roli do starań o to, by jego klient nie odpowiadał za nie popełnione czyny, a kara była sprawiedliwa. Według nich adwokat winien wykorzystać wszystkie drogi, by przestępca był uniewinniony, jeśli jest możliwość ukrycia przestępstwa. Dla nich i zresztą dla większości środowisk adwokackich nie ma żadnego znaczenia, że przedstawiciel aparatu sprawiedliwości staje się tym samym rzecznikiem niesprawiedliwości. Gdyby jednak Ćwiąkalski zyskał nominację, byłaby z tego jedna niebagatelna korzyść - przestałby na chwilę kształcić studentów UJ, a właśnie tam, na uczelniach, zaczyna się problem z etyką prawników - odkryłem tę prawdę już w czasie studiów na Uniwersytecie, prawie pół wieku temu.

Zapowiadają się ciężkie czasy, ale są też pozytywy. Ponad 5 milionowa rzesza wyborców PIS stanowi potężną część Narodu świadomego swych praw i obowiązków. To już nie jest zalążek - to jest Naród, który z łatwością przyjmie do swej Wspólnoty te kolejne miliony zbłąkanych owiec, które dotychczas nie doceniły wagi obowiązku wobec Ojczyzny. To już 18 długich lat doświadczeń i wystarczająca ilość informacji, by zrozumieć na czym ten obowiązek polega. Być może wiele ludzi, zwłaszcza młodych, młodych potrzebuje własnych doświadczeń - na pewno się ich doczekają, szkoda, że ich skutki musimy przeżywać razem z nimi. Wyborcy PIS muszą się uaktywnić i trzymać się razem, drobne różnice twórczo wykorzystywać, ale mamy wokół kogo się skupiać i nie ma potrzeby, by poszukiwać czegoś nowego.

I jeszcze ważna dygresja:
Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski na swoim blogu przedstawił następującą wypowiedź:

Wspieram duchowo Michała Boniego   2007-10-31

Już miałem wyjeżdżać na cmentarze na Dolnym Śląsku, gdy zawrócony zostałem telefonicznie przez dziennikarzy TVN24, którzy prosili mnie o nagranie wypowiedzi w sprawie Michała Boniego. Stała się bowiem rzecz zaskakująca. Otóż Michał Boni, potencjalny kandydat na ministra w rządzie PO-PSL, przyznał się publicznie do podpisania współpracy z SB. Powiedział to dopiero po 20 lata, ale w swojej wypowiedzi, szczerej i dramatycznej, nie tylko przyznał się do błędu, ale i powiedział słowo "przepraszam", a także poprosił swoich kolegów o przebaczenie.

Podchodzę do tej sprawy z największym szacunkiem, ale nie dlatego, że znam Michał Boniego z jego pozytywnej działalności, ale dlatego, że wybrał on drogę św. Piotra.  W całym procesie zmagania się o prawdę historyczną zawsze chodziło mi nie o osądzanie ludzi, ale o to, aby sami zainteresowanie mogli wyjść z tego uwikłania.  Boni powiedział też słowa o pokorze i uczciwości, które są ważniejsze niż kariera, co powoduje, że pokonał on sam siebie. Po 20 latach pokonał też komunistyczną bezpiekę, wyrywając się raz na zawsze z jej sideł.

Wspieram więc duchowo Michała Boniego i z całego serca mu gratuluję. Oby inni, w tym też duchowni, nieli odwagę pójść jego śladami. A na cmentarze dolnośląskie pojadę dopiero w Zaduszki.

W artykule "Zaprogramowana lustracja" zasygnalizowałem przykrą rolę autora tej wypowiedzi w realizacji ostatniej fazy scenariusza, polegającej na "przyswajaniu" agentów i mieszania ich z ofiarami. Zastrzegłem wtedy, że nie wiem, czy robi to świadomie.  Dzisiaj myślę, że świadomie.

 

2 listopada 2007    -  107

Casus Michała Boni - element scenariusza

Nieistniejący od dawna w przestrzeni publicznej - Michał Boni - przypomina się, niespodziewanie ogłasza, że podpisał "lojalkę",  przeprasza, prosi o wybaczenie i stara się o stanowisko w rządzie D.Tuska. Rozpoczyna się medialna gra, która jak zwykle obejmuje komentatorów świadomych celu gry i tłumu uczestników nieświadomych, o co w tym wszystkim chodzi. Dla przeciętnego obserwatora obie grupy są nierozróżnialne.

M.Boni powiedział to, o czym od 1992 roku wszyscy wiedzieli, że są dokumenty wskazujące na jego współpracę. Tak wtedy, jak i teraz wypiera się współpracy. Wtedy dramatycznie - podobno pęka mu wrzód na dwunastnicy, a jego przypadek służy jako przykład haniebnego skutku eksplozji nienawiści lustratorów oskarżających niewinnego i zasłużonego działacza. Dzisiaj, może już powiedzieć wprost, że podpisał i jest niewinny, z cała pewnością jego teczkę zdołano już wyczyścić. Jest tego tak pewien, że nie potrafi nawet ukryć tej pewności, gdy oznajmia przygotowaną formułę przeproszenia, a w ślad za nią słowa, które oznaczają - "możecie mi skoczyć", choć brzmią jak umycie rąk. Wkrótce udawaną skruchę zastępuje buta i groźba wezwania M.Dakowskiego, który wie coś więcej, do sądu.

Żurnaliści zdają się rozumieć potrzebę chwili i analizują przypadek M.Boni z całą gamą wrażliwości. Od umiarkowanego potępienia, przez zrozumienie i współczucie, aż po zachwyt dla bohatera, który tak szlachetnie przyznał się do błędu. Afera powoli wygasa, łagodnie ujawniony agent jest już oswojony na rynku medialnym i wszyscy przyzwyczajają się do myśli, że jakieś stanowisko jednak mu się należy.

Wierzę Mirkowi Dakowskiemu i uważam, że M.Boni był szkodliwym donosicielem i agentem. I nie wyczytuję tego z jego twarzy, która zresztą zawsze odbija cechy charakteru człowieka. Wystarczy mi ten prosty fakt, że po podpisaniu współpracy, podobno w wyniku szantażu, nie powiedział o tym w swoim środowisku. Takie postępowanie jest nie do pogodzenia z prawym charakterem, bo tutaj w ogóle nie wchodzi w grę przełamywanie wstydu, strachu, czy choćby zakłopotania. Wręcz odwrotnie, brak takiego naturalnego i prostego zachowania, dowodzi łajdactwa.

Ale o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi? Chodzi o ostatni etap scenariusza, który opisałem w artykule "Zaprogramowana lustracja?" (patrz załącznik do zapisku 101 z 26 września 07), w którym ma nastąpić oswajanie cząstkowej prawdy o prawdziwych agentach i zachowanie rezerwuaru archiwów dla dalszego kompromitowania oskarżeniami wcześniejszych ofiar SB.

Całkiem przypadkowo natrafiłem na symboliczne ukazanie takiego zestawienia tych uzupełniających się celów scenariusza, w blogu jednej z figur polskiej żurnalistyki:         

            Piotr Semka - Rzeczpospolita, 2.11.2007

            "…Przykro mi, ale nie robi na mnie wrażenia oświadczenie Donalda Tuska, że Michał Boni powinien odpokutować swoje winy ciężką pracą w rządzie PO - PSL. Dotąd premierzy o opozycyjnej przeszłości uważali, że ujawnienie faktu bycia TW  uniemożliwia danej osobie pełnienie wysokich stanowisk w rządzie. Na tej samej zasadzie przecież arcybiskup Stanisław Wielgus chciał odpokutować swoje grzechy z  przeszłości, pełniąc niełatwą funkcję metropolity warszawskiego. Ponad rok temu nikt nie akceptował tej logiki. Dlaczego akceptuje się ją dzisiaj?..."

Przekaz raczej klarowny: Boni-agent i Wielgus-agent, łączą ich podobieństwa - ciężkie grzechy przeszłości i żądza objęcia wysokiego stanowiska. Można jeszcze zwrócić uwagę na postawę i technikę żurnalistów - cały wachlarz rozważań w jednym        przypadku i jednostronne potępienie w drugim.

Mam nadzieję, że wycofanie lustracyjnej sprawy abp S.Wielgusa nie jest aktem nieodwracalnym. Ta prawda jest wciąż ogromnie ważna - dla Polski i dla Kościoła.   Jeżeli uzasadnieniem wycofania było dobro Kościoła, to jest to pomyłka o najcięższej wadze. Dobro hierarchów, którzy stanęli po stronie zła, nie jest dobrem Kościoła, a         słuszność słów "prawda was wyzwoli" jest nieprzemijająca i nie podlegająca    relatywizacji.

 

29 października 2007    -  106

Votum separatum

Od czasu ogłoszenia wyniku wyborów ogarnia mnie coraz większa złość. Nie złoszczę się jednak na tych, którzy wygrali wybory, ani na tych, którzy manipulowali wyborcami - najemników wytwarzających stosy papierowego chłamu, aktorów telewizyjnego cyrku, statystów medialnego show, kreatorów sondaży opinii publicznej, socjologów, politologów, różnych psychologów społecznych, ani na tych kilku biskupów, którym Polska przeszkadza, a o Kościół nie dbają. Ani też nie złoszczę się na miliony wyborców, którzy dali się ogłupić, na młodych, których wciągnięto w zgubną dla Polski zabawę, na wykształciuchów, którzy uważają się za tym wybitniejszych inteligentów, im bardziej są w stadzie prowadzonym przez tzw. autorytety. Ci wszyscy mnie dzisiaj nie złoszczą, bo wiedziałem, że oni są. Nie wiedziałem tylko ilu wciąż jeszcze ich jest, ilu z nich ujawni swój chocholi taniec, i co przeważy w tych wyborach. Zdawało mi się, że warunki do tego, by podjąć właściwą decyzję i pokazać siłę dojrzałego Narodu były tym razem wyjątkowe i były podstawy do optymizmu.

Złoszczę się na tych wszystkich z naszej strony, którzy zrozumieli sytuację Polski, zrozumieli historię 18 lat przemian, bez wahania podjęli decyzję i głosowali na PIS, a dzisiaj zabierają publicznie głos. Bo zdaje mi się, że prawie wszyscy, od polityków, publicystów, internetowych komentatorów, po ludzi z najbliższego mi otoczenia, w jakichś masochistycznych łamańcach analizują przyczyny przegranych wyborów i dzieląc włos na czworo poszukują błędów właśnie po stronie PIS. A mimo, że analiza własnych błędów jest zawsze pouczająca i pożyteczna, dzisiaj nie o tym trzeba mówić, bo nie to było główną przyczyną porażki. Własnymi błędami można się zająć, ale dopiero po wykrzyczeniu tej najprostszej prawdy, że wybory 2007 były po prostu nieuczciwe. I, do jasnej cholery, niech nikt nie mówi, że była to demokratyczna decyzja Narodu, bo to jest coś więcej niż kłamstwo, to jest potężnie szkodliwe kłamstwo.

 

Pamiętam sytuację po referendum akcesyjnym do Unii Europejskiej, a jeszcze lepiej pamiętam ten długi okres przed referendum, gdy z żadnym poważnym argumentem przeciw UE nie można się było przebić w mediach, za wyjątkiem ograniczonego zasięgu, którym dysponowało Radio Maryja. W przestrzeni publicznej, prawie cały front argumentacji przeciw, sprowadzony został do prymitywnych pohukiwań młokosów z LPR, które często nawet zrażały ludzi myślących. Po przegranym referendum herszt tych młokosów ogłosił, że wszystko jest OK., on jest Europejczykiem i nie ma o czym już gadać. Tak więc w historii wydarzenie to zapisane jest jako w pełni demokratyczny wybór Polaków - po prostu święto demokracji, z którego wszyscy dzisiaj zdają się być dumni. A prawda była całkiem inna - nie było żadnej debaty, była wyłącznie jednostronna propaganda, z kłamstwami, które dzisiaj śmieszą. I był dobijający głos Pasterzy Kościoła, którzy w zasadzie zadecydowali o wyniku referendum. Nie wykrzyczano tej prawdy, kłamstwo zwyciężyło i żadnej nauki na przyszłość nie wyciągnięto.

 

Prawdę o wyborach 2007 i właściwe wnioski słyszę wyłącznie w Radio Maryja i to głównie w wypowiedziach słuchaczy w nocnej porze (oni są niezawodni - "…czują Cię tylko umysły poczciwe"). A ta prawda jest taka:

Dwa lata wściekłych, 24-godzinnych, indywidualnych i zbiorowych ataków w ogromnej większości mediów (TVP była oskarżana o działanie pod kontrolą PIS, tylko na tej podstawie, że była mniej agresywna w atakach na PIS).  Były to dwa lata takiego szczucia przeciw "Kaczorom", że całe rzesze wyborców, zwłaszcza młodych, wytresowano do reakcji na zaplanowane bodźce - wykształcono u nich odruch Pawłowa. W krótkiej kampanii wyborczej będącej zwieńczeniem tego dwu-letniego przygotowania, kształtowano wyborców zwykłą techniką prognoz sondażowych i napędzaniem histerii wykształciuchów. Były też efekty specjalne. Strajki służby zdrowia, straszenie antylustracyjne etc. Przykład sprawy Blidy pokazuje, jak można było wielokrotnym powtarzaniem najdziwaczniejszego kłamstwa odwrócić sens wydarzeń. To, co winno być dowodem winy, zostało powszechnie przyjęte jako dowód okrucieństwa służb. Horror udokumentowanej prawdy o B.Sawickiej jednym machnięciem zamieniono w kłamstwo o prześladowaniu. I nawet dzisiaj manipulacja zdaje się działać, bo powszechnie słyszę, że ujawnienie sprawy, którą każdy konkurent wyborczy nie zawahałby się wykorzystać, to był podobno błąd.

I były też owe słynne debaty, które rzekomo miały decydujący wpływ, bo podobno winniśmy wierzyć w podawaną frekwencję tele-widowni. Mówią dzisiaj, że J.Kaczyński przegrał debatę z Tuskiem i to było decydujące. Może i przegrał, ale nie w tak oczywisty sposób, by miało to przechylić szalę.

 Tu zrobię dygresję, bo uważam, że JK popełnił błąd nie reagując na chamstwo, choć nie było łatwo podjąć taką decyzję w trakcie trwania debaty ( łatwo się wymądrzać po fakcie). Myślę, że po 5-minutach powinien przerwać debatę i mocnym głosem oznajmić, że nie będzie kontynuował, jeśli Tusk nie dotrzyma umowy i nie przywróci elementarnej kultury w grupie swoich zwolenników w studio. Winien był opisać ten szum, krzyki, obraźliwe uwagi i tupanie - zachowanie, które nie daje możliwości skupienia się. A potem powinien kilkakrotnie dobitnie podkreślić w stronę Tuska: "Wy nawet najprostszej umowy nie umiecie dotrzymać" i w stronę widzów: "Uważajcie Państwo, oni naprawdę nie dotrzymują nawet prostych uzgodnień, nawet w oczywistych sprawach nie można im zaufać". Takie wejście zamieniłoby debatę w sukces JK, ale nie wiem, czy miałoby to duży wpływ na wynik wyborów.

Bo wszystko i tak rozegrało się tak, jak zaplanowano - zwłaszcza w ostatnich dniach, gdy uruchomiono końcowe bodźce i pies Pawłowa zaczął się ślinić. To było tylko wykonanie scenariusza z wszystkimi współgrającymi elementami, z udziałem wszystkich sił, które wyłożyły "ręce na pokład" przeciw PISowi. Były nawet tricki nietypowe, jak S.Ziobro-nieznany nikomu kierowca - nr1 na liście PPP w Krakowie, zabierający 8000 głosów prawdziwemu Z.Ziobro. Były metody stare - umieszczanie na listach różnych Rossów, Big-Brotherów, sportowców - po prostu Cicioliny dla lubiących zabawę wyborców. No i ten główny zabieg, wyćwiczony na  generalnej próbie bodźca SMSowego, pod hasłem: "Zabierz babci dowód osobisty". Potem rozegrano go perfekcyjnie i to było absolutnie masowe, z olbrzymią wagą dla wyniku. Sondażyści dostarczali meldunków o aktualnej sytuacji i dopracowywano wynik przedłużając czas wyborów zgodnie z potrzebami (kto wie w ilu komisjach?). A naiwni oburzają się, że "zabrakło kart" - nawet konstytucjonaliście Winczorkowi wymknęło się stwierdzenie, że "ta sytuacja może być podstawą do unieważnienia wyborów". Obserwatorzy OBWE czekali, by orzec rzetelność wyborów, gdyby się ktoś skarżył. Ale nikt się nie skarżył, i po dziś dzień się nie skarży.

 

Jeśli o tym całym łajdactwie wiemy, to myśląc o przyszłości  mamy dwa wyjścia.

     Albo milczymy i w następnych wyborach wchodzimy w tę grę, bo mądrale powiadają, że polityka jest zawsze brudna. Wtedy już dzisiaj trzeba myśleć, odkładając na półkę zasady, skupić cały bezwzględny spryt i rozważyć, jakie zastosować oszustwa, by przechytrzyć drugą stronę.

Albo staramy się uświadomić wszystkim, co się teraz stało. Po to, by dzisiaj protestować, a jutro zapobiegać takim metodom i powodować ich powszechne odrzucenie.

Po stokroć wolę to drugie wyjście, a ono wymaga dzisiaj powszechnego krzyku, a nie zaciemniania prawdy cynicznymi twierdzeniami, że Naród podjął decyzję. I to wcale nie oznacza, że odrzuca się skutki tego, w łajdacki sposób uzyskanego, wyniku. To jest wyrażenie ostrej dezaprobaty dla sprawców, którzy właśnie liczą na milczenie ofiar oszustwa.    

 

Witam serdecznie Panią Alinę, która z pewnością doda ognia Zapiskom.

 

 

22 października 2007    -  105

Nie przyjmuję tego wyniku

Słupki wyprodukowane wspólnym wysiłkiem medialnych manipulatorów, grona aktorów dyszących pożądaniem profitów związanych ze sprawowaniem władzy, kilku nędznej miary autorytetów i tabunów politologów, psychologów społecznych i socjologów, wskazują, że naród nie dał kopniaka tym ostatnim. Wygląda na to, że po raz kolejny ukradziono nam Polskę. Ja tego nie przyjmuję do wiadomości.

Po pierwsze, trudno przyjąć taką wiadomość przez kogoś, kto ma na karku blisko 64 lata i tylko dwukrotnie (od grudnia 91 po czerwiec92 i marzec 2005 po październik 2007)  przeżył krótki czas, gdy Polska była rządzona przez ludzi, którym na Niej zależy.

Po drugie, trudno poddawać się wyrokom demokracji, gdy się wie, że ta demokracja jest pod pełną kontrolą mediów, w ogromnej większości dyspozycyjnych wobec obcych właścicieli i polityków "mających Polskę w d…" (zapożyczone od tow.Oleksy)

Po trzecie, trudno uwierzyć w wyniki wyborów, którym towarzyszyło tyle zagadkowych okoliczności i które są kontrolowane przez takich orłów sztuk prawnych, intelektu i precyzji, jak sędzia (podobno?) Kacprzak. Zapowiedzią powrotu znanych manier w traktowaniu ludzi była sytuacja, w której showmani telewizyjni i politycy, znający już wyniki, zabawiają oczekujący w napięciu lud swoimi niemądrymi i trywialnymi uwagami, a sędzia Kacprzak dawkuje napięcie.

Po czwarte, nie przyjmuję do wiadomości wyników, które napełniają radością ludzi znanych ze swej wrogości dla Polski.

Nie przyjmuję, a będę musiał znów żyć w państwie rządzonym przez ludzi, z którymi nie czuję żadnej wspólnoty. Co więcej, będę musiał żyć wśród ludzi, którzy są współudziałowcami tego nieszczęścia, choć mówią po polsku.

Mówią po polsku, ale czy warto z nimi rozmawiać, gdy nie widać nawet punktu zaczepienia? Bo im Polska nie jest do niczego potrzebna, bo ich inni ludzie nie obchodzą, bo można kraść, byleby nikt nie złapał. Bo krew przelana za Polskę to dla nich dziwna, niepotrzebna historia; trzeba tylko patrzeć w przyszłość, by osiągnąć dobrobyt. Honor, Ojczyzna, to puste słowa; zdrada, donosicielstwo to drobne ułomności warte przedawnienia i zatarcia. Trzeba mieć tylko kasę, wszystko można sprzedać, żyje się raz.

Dobrze, róbcie ten rząd, ale zróbcie taki prawdziwy, by nikt nie miał wątpliwości, o co chodzi. Proponuję:

Premier - niech będzie D.Tusk i niech tak jak lubi "bezmyślnie leży i patrzy w sufit".
Do swoich doradców niech dołączy G.Grassa i E.Steinbach.

MSW - A.Michnik, jako ekspert od grzebania w archiwach i od podsłuchu

MSZ - J.Oleksy, by przez Ałganowa poprawić kontakty z Rosją

MON - P.Piskorski - tam można zrobić duży biznes

Min.Finansów - K.Marcinkiewicz- już się wykształcił

Min. Zdrowia - Mirosław G.

Min. Przekształceń Własnościowych - Beata Sawicka

Min Kultury - Palikot, koniecznie z atrybutem męskości w ręce

Min.Edukacji - M.Środa

Min.Gospodarki - R.Krauze - na pewno zdąży wrócić

Min.   Środowiska - H.Stokłosa - po przekazaniu listu żelaznego

 

I koniecznie S.Niesiołowski jako rzecznik prasowy rządu.

 

Jako pierwsze rozporządzenie proponuję formalnie zezwolić na pobieranie łapówek przez lekarzy i pielęgniarki. W miarę pojawiania się strajków w innych zawodach to zezwolenie można zgodnie z potrzebami rozszerzać na inne branże.

Będzie to pójście śladem wytyczonym przez J.K.Bieleckiego, gdy zezwolił na prywatną działalność gospodarczą ludziom zatrudnionym na stanowiskach państwowych. Do dzisiaj ludzie mu są wdzięczni i odbiera za to ciągłe wieloletnie honorarium.

 

A my zbierajmy się wokół PIS i zacznijmy od walki o media, bo tam jest główne źródło problemów Polski.

 

19 października 2007   -  104

Co nam przyniesie cisza?

     Powiedziano i przypomniano prawie wszystko, co trzeba, by świadomie przystąpić do urny wyborczej - kto chce dobrze wypełnić tę najbardziej aktualną i ważną powinność Polaka - usłyszał, rozważył i podjął decyzję. Są też po drodze i inne refleksje.

To bardzo dziwne, że obok siebie żyją ludzie o tak drastycznie odmiennych postawach, że mogą w sposób naturalny przyjąć wyznanie: "kocham Polskę" - jedni od spalającego się dla Polski Jarosława Kaczyńskiego, a drudzy od Donalda Tuska, który "lubi leżeć w łóżku i patrzeć bezmyślnie w sufit", a "polskość to nienormalność…. i brzemię, którego nie ma ochoty dźwigać…..bo piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski, tej ziemi, konkretnej, brudnej, przegranej i biednej …".

A jednak żyjemy obok siebie - z jednej strony ci, w których przetrwał instynkt narodowy, wielkie pragnienie życia w tej wspólnocie, którą ukształtowała historia, kultura i wiara w Boga,  z drugiej strony ci, których wyzuto z takiego pragnienia i zdają się dobrze czuć w świecie pozbawionym zasad, w dżungli, gdzie walka o byt i skrajny egoizm tłumi zdolność do szukania sensu  tych dwu słów: "kocham Polskę". Żyjemy i aby móc żyć na tej samej ziemi, ktoś z nas musi się uleczyć. Myślę jednak, że to o tych pierwszych mówią słowa naszego hymnu "Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy". Zatem leczyć się muszą ci drudzy, skoro z nieodgadnionego powodu też wyznają uczucia dla Polski, choć mają w nosie to wszystko, co się z Polską kojarzy. 

Jest dzisiaj jedno, w czym zdajemy się być zgodni i można to wydobyć nawet spośród wielu niemądrych uwag wygłaszanych ostatnio przez Lecha Wałęsę. Jest to przekonanie, że te wybory są najważniejszym wydarzeniem od 1989 roku.

Wynik wyborów z 1989 roku wykazał nadzwyczajną mobilizację Polaków i stworzył możliwość dokonania tak zasadniczego przełomu, że data wyborów zostałaby uznana za prawdziwy koniec PRL. Możliwość tę zaprzepaszczono, ale chyba niewielu z nas spodziewało się, że tak długo przyjdzie nam czekać na kolejną okazję. Gdyby wierzyć socjologom, którzy nam wieszczą sondażami zdecydowaną wygraną PO w niedzielnych wyborach - także ta dzisiejsza okazja byłaby zmarnowana. Ale ja chcę wierzyć w powtórkę cudu nad Wisłą, bo nadchodzące wybory kojarzę raczej z tym 4 czerwca, który odbył się trzy lata po 1989 roku.

I chyba tylko Ojcowie z Radia Maryja i Telewizji Trwam uznali wagę takiego właśnie skojarzenia, bo kilkakrotna emisja filmu "Nocna zmiana" uświadomiła analogię z tamtymi wydarzeniami. Próba odzyskania Polski, jaką był rząd Jana Olszewskiego, zakończyła się niepowodzeniem, ale dzisiejsze szansę są niepomiernie większe. Nawet nie ma  sensu wykazywanie tej tezy, bo wystarczy świadomość, że wtedy o losie Polski decydowali posłowie, wśród nich wielu agentów, a dzisiaj decyzja leży w rękach Narodu. Naród zawsze zachowywał się racjonalnie w ramach tych warunków, które wyznaczały okoliczności tworzone przez polityków. Także w niedzielę zachowa się racjonalnie i można to kontemplować w tej ciszy, którą nas obdarzono w sobotnim oczekiwaniu. Trzeba tę ciszę wykorzystać na modlitwę, bo w 1920 wszyscy żarliwie się modlili. Ale w tym rozmodleniu można też zbierać siły do wymierzenia potężnego kopniaka wszystkim socjologom, ankieterom i innym sondażystom - oni na to bardzo mocno zapracowali, a będzie to kopniak ozdrowieńczy, zgodny z chrześcijańskimi nakazami.

 

13 października 2007    -  103

Solidarnościowe korzenie

Piękny to był czas, gdy w gnilnej fazie końcówki PRL-u powiało od morza nadzieją, a jesienią stała się wiosna. Każdy ma swoją pamięć o tym czasie i każdy ma też wspomnienia o swoim udziale w rodzeniu się nowego. Mam na myśli zwyczajnych ludzi, z różnych środowisk, którzy włączyli się w zryw Solidarności i wybrali swój rodzaj uczestnictwa. Bo nie zawsze było to uczestnictwo w pierwszych szeregach działaczy, ale karne ustawienie się w ordynku, którego zwartość dawała moc tym nielicznym, uznającym się za godnych, by stawać w pierwszych rzędach.

A takich, co chcieli stawać w pierwszym rzędzie nie brakowało - były wśród nich jednostki szczególnie predysponowane do przewodzenia, ludzie uczciwi, ofiarni i odważni, ale byli też inni, bo był to czas wyjątkowej koniunktury dla moszczenia sobie przyszłej kariery. Im wyższe szeregi, tym więcej chętnych - czasem dziwiłem się niezwykłemu parciu w górę niektórych znanych mi ludzi, których nigdy wcześniej nie podejrzewałem o skłonność do bohaterstwa. Nie był to jednak czas na grymaszenie, a ogólne uniesienie i atmosfera sprzyjały snuciu optymistycznych rozważań o przyszłości opartych na wierze, że to wszystko się wyklaruje. I wyklarowało się, ale nie tak, jak myśleliśmy. To ta druga strona przeprowadziła rozpoznanie i pod osłoną stanu wojennego przeczyściła szeregi, wykopując za granicę większość z tych, których tak bardzo miało później zabraknąć; jeszcze innych marginalizowano taktyką faktów dokonanych.

Kiedy dzisiaj politycy i różni klakierzy obdarzają się nawzajem wciąż atrakcyjną klasyfikacją nawiązującą do "solidarnościowych korzeni", mam zasadnicze wątpliwości, zwłaszcza gdy mowa o ludziach, którzy kręcili się, albo po prostu byli, albo nawet pełnili funkcje w okolicach głównego nurtu kierowniczych gremiów Solidarności. A im głośniej mówią o swoich zasługach, im bardziej stawiają je ponad zasługi innych, im trudniej rozpoznać, co konkretnie w tym czasie robili, tym są większe wątpliwości. Czasem tylko zdarza się, że poznajemy fragmenty innej, zaskakującej prawdy, a czasem "pięknym życiorysom" towarzyszą białe plamy.

Jedyne, co dzisiaj jest pewne i co pozwala na niezawodną ocenę ówczesnych motywacji, zamiarów i celów związanych z tamtym uczestnictwem, to doświadczenia tych dwudziestu sześciu lat, które minęły od pojawienia się pierwszych zalążków "korzeni solidarnościowych". W licznych przypadkach doświadczenia te niosą wystarczające informacje, by spojrzeć na ludzi wchodząc w perspektywę tamtego czasu. Czy wiedząc to wszystko, co dzisiaj wiemy, dalibyśmy się przekonać do tak entuzjastycznego wsparcia działań przywódców, pośród których główne role grają Kuroń, Michnik, Mazowiecki, Geremek, Wałęsa, Celiński, Borusewicz? Czy patrząc na to, co czynili, co dzisiaj mówią i jak postępują Onyszkiewicz, Lityński, Niesiołowski, Komorowski, Frasyniuk, czy wreszcie Tusk, czy mielibyśmy przekonanie, że tam rodzi się wizja Polski, której chcemy, o której marzymy? Czy wiedząc to wszystko, co się stało, nie uznalibyśmy ich wtedy za obce ciała w ruchu Solidarność? Czy potrafimy sobie wyobrazić tę obcość i rozterki, które przeżywali w tamtym czasie, gdy musieli udawać patriotyczne uniesienie, naturalną pobożność, czy skrywać pogardę dla prostego człowieka, której nawet teraz nie potrafią ukryć.  

Nikt nie ma dzisiaj prawa do automatycznego przypisywania "korzeni Solidarności" wszystkim, którzy się o ten Ruch otarli, bez względu na to, jakie motywacje tego uczestnictwa ujawnili w późniejszych działaniach. Dopiero upominanie się o tamtą, jednoczącą Polaków wizję Polski, a także postawa sprzeciwu wobec wielu negatywnych zjawisk uwłaczających ideałom Solidarności i niszczących Polskę, które określiły dominujący kierunek przemian po 1989 roku, weryfikuje prawo do powoływania się na "korzenie Solidarności".  W istocie określenie to, o wiele precyzyjniej dotyczy całej generacji Polaków, która nadała ówczesnym wydarzeniom znamię powszechności, a przynależność konkretnych ludzi do tych korzeni wynika z potwierdzenia tej genealogii własnymi czynami po 1989 roku.

Przedstawiłem ten pogląd, by także samemu sobie wyjaśnić dlaczego tak bardzo irytuje mnie powoływanie się D.Tuska, B.Komorowskiego i wielu innych na "korzenie Solidarności", gdy w istocie tak dobitnie pokazali, że ich motywacje były zgoła inne, a może nawet sprzeczne z ideą Solidarności.

 

Kampania wyborcza

 jak zwykle, odsłania całe pokłady fałszu i szkoda, że napiętnowanie zakłamania jest tak skutecznie utrudnione w medialnym szumie informacyjnym. Tylko ktoś, kto sięgnie do almanachu Jerzego Roberta Nowaka i, na przykład, zapozna się z dokładnymi cytatami wypowiedzi D.Tuska, dostrzeże kłamstwo jego dzisiejszych wynurzeń w całej maestrii hipokryzji polityka. Tymczasem pogłębia się zapaść W.Bartoszewskiego, nabiera werwy tragikomiczna końcówka kariery politycznej A.Kwaśniewskiego, brzydko upada A.Lepper i opada zasłona niepamięci nad R.Giertychem - śmiesznym ponad miarę, wyrośniętym chłopcem w krótkich spodenkach, któremu rodzina kazała być politykiem.

Główna atrakcją kampanii mają być debaty. Niezorientowanym w sytuacji niczego nie wyjaśniają, poza ujawnieniem znanej już dobrze prawdy, że telewizyjni specjaliści nie potrafią niczego zrobić uczciwie, a nieudolni aktorzy obsadzeni w rolach dziennikarzy mogą między sobą konkurować tylko w tym, który(a) jest gorszy(a). I zastanawiam się często, co z tego całego kampanijnego telewizyjnego spektaklu dociera do ludzi.

Bo są rzeczy warte tego, by dotarły do ludzi. Np. dzisiejsze wystąpienie Premiera o polityce dla polskiej wsi. Gdyby cała wiejska społeczność to usłyszała i uwierzyła w prawdziwość intencji mówcy, stanęłyby kolejki do urn wyborczych, a w każdej wiosce frekwencja byłaby wyższa niż w Godziszowie.

W 1990 roku ostro posprzeczałem się ze znajomym, który snuł wizje nowoczesnej Polski w oparciu o superszybki rozwój techniki. Istotą sporu nie były te właśnie marzenia, które z pewnością warte były wsparcia - istotą było to, że on gotów był zlekceważyć i zaniedbać problemy wsi, jako mało perspektywiczne. Niezbyt wiele łączy mnie ze wsią, poza sentymentalnymi wspomnieniami z wakacyjnych wizyt u Babci w dzieciństwie. Mam jednak nadzwyczajny respekt dla ludzi żyjących na wsi. Uważam, że tam częściej spotyka się ludzi mądrych, nawet jeśli nie w pełni wykształconych, także na pewno ludzi lepszych, bo bliskość natury i zmaganie się z codziennym trudem wykształca odpowiedzialność i uczłowiecza. Dlatego w trudnym początku przemian zadbanie o rozwój wsi wydawał mi się naturalnym, najprostszym i perspektywicznym działaniem. Rolnicy i generalnie ludność wiejska byli znakomicie przygotowani do nowych czasów, bo doskonale wiedzieli, czym jest odpowiedzialność, gdy gospodaruje się na swoim. Szybka poprawa warunków życia na wsi rozładowałaby częściowo problem przeludnienia w miastach, zapewniłaby wyżywienie całego Narodu, a już wtedy można było przewidzieć, że produkcja rolna pochodząca z gospodarstw rodzinnych, będzie atrakcyjnym towarem eksportowym. Powrót na wieś, lub osiedlanie się poza miastem ludzi szukających prawdziwego komfortu życia, uruchomiłoby natychmiast rozwój małych przedsiębiorstw, ułatwiając ewolucyjne, powolne i naturalne przemiany wprowadzające nowoczesność i kształtowane rynkiem proporcje rolników w stosunku do innych zawodów. Jakże drażnią mnie po dziś dzień ci politycy PSL, którzy uczestniczyli w niszczeniu wsi i przekształcaniu gospodarstw w zakłady przemysłowej produkcji rolnej. Jakże cieszę się, że we współpracy z PISem rośnie PSL-Piast, który tak właśnie te sprawy widzi. I jaka radość, że Premier Jarosław Kaczyński tak te sprawy rozumie, tak chce je prowadzić i tak klarownie je przedstawia. Oby to mieszkańcy wsi usłyszeli, bo z tej szansy nie można nie skorzystać.

 

6 października 2007    -  102

Łomot przechodzi w oklaski - prawdziwa elita zaczyna ujawniać swe istnienie

Patrzyłem wielokrotnie na zdumiewające akty autodestrukcji ludzi, którzy w opinii publicznej odgrywali role autorytetów. Często autorytet ten był sztucznie napompowany uwielbieniem medialnie aktywnych środowisk, które żyły i kazały żyć wszystkim w przekonaniu o genialności, mądrości, wyższej etyce i szczególnej moralności, a często także o pięknie życiorysu, wybrańców arbitralnie powołanych do roli autorytetu. Kiedyś, gdy nastąpiła cała seria takich przypadków samozniszczenia, zdarzyło mi się powiedzieć:
"Od początku przemian 1989 roku słyszę przez cały czas jakiś nieprzyjemny, towarzyszący tym przemianom hałas. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że jest to łomot upadających autorytetów."  Mam znajomego, któremu spodobała się ta metafora i zwykle telefonuje do mnie, gdy znów słychać ten charakterystyczny i nieprzyjemny odgłos. Zadzwonił i tym razem, po wystąpieniu W.Bartoszewskiego na konwencji PO w Krakowie, ale ten przypadek upadku autorytetu akurat nie zwrócił mojej szczególnej uwagi.

Bo autorytet Władysława Bartoszewskiego już wielokrotnie wcześniej upadał. Już dawno temu z nosiciela tego zaszczytnego tytułu opadła sztuczna maska zacnego, dojrzałego, mądrego i ideowego patrioty. Zdążył już wiele lat temu ujawnić cechy zaprzeczające charakterystyce autorytetu - pogardę dla własnego narodu nazwanego "ciemnogrodem i kołtunerią", respekt i uniżoną przyjaźń dla agresywnego narodu nadludzi, wreszcie wyraźne zaznaczenie swojego miejsca w kosmopolitycznym gronie, gdzie interes Polski ma znaczenie całkowicie drugorzędne. Ten kolejny upadek był już dla mnie bezszelestny, choć tak bardzo publiczny, że słowa o dewiantach psychicznych, frustratach, dyplomatołkach, wypowiedziane z wielką zapalczywością i gniewem, musiały otworzyć oczy niejednemu naiwnemu wielbicielowi autorytetu bawarskiego profesora. Mnie zaskoczyło coś zupełnie innego, mianowicie, zachowanie ludzi zgromadzonych w uniwersyteckim audytorium.

Można było oczekiwać, że po tej eksplozji nieprzyzwoitych słów i skojarzeń, których trudno spodziewać się od mówcy w tym wieku i o tym statusie, na sali zapadnie kłopotliwe milczenie. Dałoby to możliwość szybkiej refleksji, powiedzenia słowa "przepraszam, strasznie brzydko się uniosłem", które wygładziłoby trochę sytuację. Ależ nie! Sala rozbrzmiała oklaskami. Każda fraza, im paskudniejsza, tym większy wzbudzała entuzjazm i zadowolenie. Łomot upadku zastąpiły oklaski. Mieliśmy więc prawdziwy pokaz zgromadzenia wykształciuchów, elity Platformy Obywatelskiej.

Oni naprawdę są inni, oni są wciąż obcy i dopiero stoją przed wyborem wspólnoty, do której chcą należeć. Dzisiaj stanowią swoją własną wspólnotę, cywilizowaną w jakiś inny od nas sposób - bieda tkwi w tym, że stanowią grupę zorganizowaną i żądną władztwa nad Polską. Są wśród nich nawet biskupi.  Bo oto, kilka dni wcześniej bp T.Pieronek, także już wcześniej kilkakrotnie upadły autorytet, dał podobny pokaz. Zrobił to jednak na piśmie, a więc w sposób w pełni kontrolowany, w wywiadzie dla "Dziennika", gdzie wyrzucił z siebie słowa, określając dzisiejszą sytuację w Polsce, że "przekracza Orwellowski obraz zdziczałego państwa totalitarnego".  I kilka zdań dalej dał wyraz temu, ile warte są jego słowa; odpowiadając na pytanie: "…czy żyjemy w państwie totalitarnym?", zaprzecza: "Nie, takiej tezy nie wysuwam…".  Oczywiście wysuwa tezę gorszą - jest gorzej, bo sytuacja przekracza zdziczały totalitaryzm.

To zbiorowisko klakierów Bartoszewskiego miało kiedyś swoje oparcie w Unii Demokratycznej, potem w Unii Wolności, ale gdy maski opadały i łomot trwał, pozostały z tego oparcia resztki rozmyte w zbieraninie o nowej nazwie - Platforma Obywatelska. Jestem pewien, że PO podzieli los UD i UW, to tylko kwestia czasu, ale 21 października ten proces będzie skokowo przyspieszony. Nadmuchane autorytety zgasną, a ci, którzy czerpią swe pozycje z przebywania w ich blasku, utracą pokarm światła i nie będzie już czego odbijać, by być stale dostrzeganym.

Jednocześnie pojawiają się zwiastuny procesu odkrywania prawdziwych autorytetów. Seria wywiadów, które przeprowadziła i opublikowała Joanna Lichocka w "Rzeczpospolitej", ukazuje takich ludzi. Rozpoczęło się od Jarosława Marka Rymkiewicza, na co już wcześniej zwróciłem uwagę, przez głos Marka Nowakowskiego, a później chyba najcieplejszą rozmowę z Wojciechem Kilarem, aż po wywiad z ostatniej soboty września  z Tomaszem Burkiem. Wszystkich tych ludzi łączy to, że są wielkimi indywidualnościami, mają niepospolity osobisty i powszechnie uznany dorobek, charakteryzują się łatwo zauważalną pokorą i skromnością, a także rzadko biorą udział w życiu publicznym, zwłaszcza w medialnym życiu elity hałaśliwie gromadzącej się przy politykach. Nawet nie wypada, by ich określać mianem autorytetów, bo w przypadku prawdziwej elity jest to po prostu zbędne. Jest w tym jednak jakiś znak czasu, że właśnie teraz ci ludzie ujawnili dyskretnie swoje poglądy na sytuację w Polsce, z jakiegoś powodu uznali oni, że dzisiaj trzeba i warto o tym powiedzieć. Dobrze, że tak uznali. Dobrze, że są, i chcą byśmy wiedzieli o tym, że są.

Uważam, że to są bardzo znaczące i pokrzepiające głosy, bo wszyscy potrzebujemy potwierdzenia, że wbrew uzurpacjom aroganckich środowisk, nasza Wspólnota Narodowa obejmuje wszystkie stany i może poszczycić się także jednostkami wybitnymi, które myślą, czują tak, jak wszyscy normalni ludzie i pragną tego samego, co wszyscy czujący się częścią Wspólnoty. Jest w tym jakieś odtworzenie tej wielkiej wiary, że tak właśnie jest, która popychała ludzi do czynów i marzeń w 1980 roku.

Wiem, że nie wolno mi kończyć na patetycznym uniesieniu, bo walka trwa i nic do końca nie jest pewne. Przed chwilą usłyszałem słowa Premiera z konwencji PIS w Łodzi, który ostrzegał, by nie wpadać w euforię, gdy kolejny sondaż wskazał już na 41% dla PIS - bo walkę toczy się przy urnach i trzeba do końca pracować.

Tak też trzeba zwrócić uwagę na fakt, że zjawisku upadku sztucznych autorytetów towarzyszy nadmuchiwanie nowych. Oto jawi się na scenie nowy bohater Jarosław Gowin- wybraniec do nadmuchiwania - ilu ludzi da się nabrać? Czy śmieszna maskarada K.Marcinkiewicza zadziała? On sam jest ciekawym przykładem, jak dalece medialnymi sztuczkami można napompować wizerunek polityka. Wprawdzie już wetknięto szpilę w ten balon, ale on sam jeszcze nie wie, że powietrze w znacznym stopniu uszło. Sam jestem ciekaw, w którą stronę gesty Marcinkiewicza wpłyną na wyniki wyborcze Gowina, czy Sikorskiego - nie będzie to jednak łatwa analiza, a wnioski z niej płynące staną się po wyborach całkiem drugorzędne.  

 

26 września 2007    -  101

O lustracji w Polsce - zamiast zapisku

Sprawa lustracji przewija się przez wszystkie ważne wydarzenia polityczne w Polsce od 1989 roku. Także dzisiaj sensacje lustracyjne konkurują z bieżącymi meandrami kampanii wyborczej, choć wzajemny związek obu wątków zdaje się być wątpliwy, a co najmniej mało przejrzysty. Od dawna próbowałem zrozumieć sens tego wszystkiego, co od wielu lat dzieje się z lustracją w Polsce - kilka dramatycznych przypadków lustracyjnych skłoniło mnie do próby podsumowania problemu.

W czasie wakacji napisałem bardzo obszerny artykuł p.t. "Zaprogramowana lustracja", w którym postawiłem hipotezę, że cały proces lustracyjny odbywa się według zaplanowanego wcześniej scenariusza, a dzisiejsza wersja lustracji jest ponownym wykorzystywaniem, tego samego co dawniej, narzędzia niszczenia ludzi przez siły starego systemu. Ponowne wykorzystanie własnych zbrodni, czy przestępstw dla realizacji nowych celów jest specjalnością komunistów. Sprawa Katynia jest  ilustracją tej szczególnej taktyki komunistów - najpierw zgładzili ważną część polskiej elity, by zapewnić sobie powojenne zdobycze, następnie z powodu Katynia zerwali stosunki z polskim rządem i weszli w porozumienie kłamstwa z aliantami, później wykorzystywali sprawę Katania, by prześladować ludzi, po upadku imperium płaczący Jelcyn wykorzystał Katyń, by pokazać jak wspaniale Rosja się zmienia, wkrótce Putin wykorzystał sprawę Katynia ponownie, by zadeklarować powrót tego samego imperium w nowych warunkach. Oczywiście nie ma żadnej analogii z przypadkiem lustracji, ale chodzi mi o podkreślenie faktu, że blokowanie wyjaśnienia spraw z przeszłości po to, by je ponownie wykorzystać, jest stałym elementem działań komunistów.

Postawiłem więc, i uzasadniłem hipotezę, która prowadzi do wniosku, że lustrację trzeba dzisiaj prowadzić tak, by zabezpieczyć się przed skutkami zaplanowanymi przez dawnych, a bezmyślnie realizowanymi przez nowych właścicieli archiwów dokumentacji SB i wywiadu. Spróbowałem też zasugerować sposób lustracji, który może pozwolić na właściwe wykonanie procesu oczyszczenia, niezbędnego dla uwolnienia Polski z uścisku komunistycznych służb.

Artykuł jest bardzo obszerny i przedstawiony jest na gościnnym dla mnie portalu Ojczyzna.pl. Dwa tygodnie temu, zdopingowany przez prof. J.R.Nowaka, przekazałem ten tekst do Naszego Dziennika i dopiero dzisiaj uzyskałem wymuszoną przeze mnie odpowiedź, że Redakcja ND tego tekstu nie opublikuje. Ta kolejna moja niefortunna przygoda związana z próbą publikacji tekstu w Naszym Dzienniku skutecznie zniechęca mnie do ponawiania takich prób. Z różnych względów nie widzę żadnego innego miejsca, w którym tak długi tekst mógłby się ukazać, zatem pozostaje mi obszar internetowy. Byłbym usatysfakcjonowany, gdyby Czytelnicy moich zapisków zadali sobie trud przeczytania i przemyślenia tego artykułu, a następnie wyrazili opinię w tej części forum dyskusyjnego, która związana jest z Zapiskami. Bardzo liczę na mocną krytykę i jestem gotów do przyjęcia uzasadnionych korekt mojej analizy. W zależności od tej reakcji podejmę odpowiednie kroki związane z tym tekstem i z moim udziałem w debacie na temat lustracji. 

          Prof. Rafał BRODA: Zaprogramowana lustracja?

 

23 września 2007-09-22   -  100

Na uboczu wydarzeń,

Jubileuszowy - setny zapisek skłania do napisania czegoś szczególnego. Postanowiłem opisać pewną internetową przygodę, w której uczestniczyłem, a którą można by zatytułować "Masoneria w akcji". Życie niespodziewanie dopisało dodatkowy bardzo aktualny element, który ściśle wiąże się z sednem tej przygody. Dlatego opis tej historii będzie jeszcze dłuższy, niż planowałem; mimo to zachęcam do przeczytania i do przemyśleń.

Rozpocznę od tego zapowiedzianego dodatkowego elementu, którym jest artykuł Stanisława Krajskiego p.t. "Nowy odłam masonerii w Polsce", opublikowany w sobotnio-niedzielnym wydaniu Naszego Dziennika. Każdy może ten artykuł przeczytać, ale w skrócie mówi on o tym, że 9 września 2007 ambasada USA podała na swojej stronie internetowej informację o tym, że właśnie w tym dniu otwarto warszawską lożę B'nai B'rith, co stanowi odrodzenie się w Polsce tej żydowskiej organizacji po 70 latach nieobecności. Podano też, że ambasador USA spotkał się z działaczami loży, by omówić sprawę ustawodawstwa dotyczącego zwrotu mienia oraz kwestie związane z Radiem Maryja i Telewizją Trwam. Sprawa ta daje powód do szerokich rozważań, którymi na pewno zajmą się specjaliści od spraw masonerii, bo jak wiemy z opracowania św. bp Józefa Sebastiana Pelczara zrozumienie zagrożeń związanych z masonerią wymaga szczególnie dobrej znajomości tematu. Ale to, co wiąże się z moją przygodą dotyczy tej konkretnej kwestii, jaką jest aktywny udział masonerii w niszczeniu Radia Maryja - powyższa informacja pozwala wskazać wprost na rolę żydo-masonerii w tym procesie niszczenia. Zatem, co się takiego stało, że pragnę o tym poinformować szersze grono, niż kilka osób, które zdążyły śledzić przebieg przygody ?

 

 Tygodnik Powszechny i  środowiska z nim związane stoją w awangardzie walki z Radiem Maryja, a Ojca Tadeusza Rydzyka traktują niemal jak osobistego wroga. Nasilenie  ataków TP nastąpiło po powszechnie potępianym ujawnieniu przez ks. A.Bonieckiego wypowiedzi ks. kard. S.Dziwisza na zamkniętym spotkaniu biskupów na Jasnej Górze. Wśród całej serii artykułów domagających się "rozwiązania problemu Radia Maryja" pojawił się też artykuł młodego i zaciekle promowanego publicysty Marka Zająca pt. "Innego ojca dyrektora nie będzie". Autor powtórzył wszystkie sloganowe hasła potępiające radio, a wyrażając sceptycyzm, co do możliwości szybkiego zlikwidowania Radia przez usunięcie Ojca Dyrektora, ostro skrytykował biskupów, zwłaszcza abp J.Michalika, że utrudniają rozwiązanie problemu. Artykuł był irytujący, zwłaszcza, że wpisał się w serię innych ataków powielanych przez młodych ludzi uzurpujących sobie prawo do wypowiadania się w imieniu katolików świeckich.

Oczywiście można takie ataki przemilczeć, można nie reagować - jednak od czasu do czasu warto pokazać, że istnieje druga strona sporu i ma mocniejsze argumenty. Tygodnik Powszechny ukazuje się na stronie internetowej Onet, a komentarze dotyczące artykułów administrowane są przez ludzi związanych jakoś z redakcją TP. Ma to tę dobrą stronę, że w przeciwieństwie do typowych połajanek na forach Onet, wycinane są wpisy zawierające jałową, lub wulgarną treść; pojawiają się więc dość merytoryczne wypowiedzi, czasem ostre, ale nie przekraczające dopuszczalnego poziomu wzajemnych pokrzykiwań. Zdarzało mi się już na tym forum zabierać głos, więc i tym razem przesłałem poniższy komentarz, na który zareagowało dwoje internatów o pseudonimach Alicja i pastor Jarek: 

___________

woda sodowa

Woda z bąbelkami uderzyła do głowy wielu młodym ludziom. Kimże są ci wszyscy młodzi publicyści - Sz.Hołownia, T.Terlikowski, M.Zając, którzy z taką swadą, bez cienia kompleksów piszą teksty pełne własnych dziwacznych mądrości i kreują się na autorytety uprawnione do pouczania ludzi Kościoła, nie szczędząc nawet Pasterzy z najwyższych kręgów hierarchii. Nie mam nic przeciw temu, by młody człowiek wyrażał kontrowersyjne i nieprzemyślane tezy, których być może w przyszłości będzie się wstydził. Ale, czy intelektualnego młodzika, bez jakichkolwiek poważnych osiągnięć, uprawnia cokolwiek, by wtrącał się tak bezpośrednio w spory biskupów? Czy to, że któryś z biskupów odebrał bezpośrednio jego telefon - to już jest powód do zachłyśnięcia się wodą sodową.
Może lepiej samemu trochę pomedytować na pustelni.
Panu M.Zającowi, po fragmencie jego tekstu:
"....tak ludzie Kościoła powinni bezczynnie przyglądać się np. antysemickim wybrykom o. Rydzyka..." proponuję temat medytacji: "Czy Tygodnik Powszechny jest antysemicki?".
Jestem przekonany, że prawdziwe zgłębienie tego tematu doprowadzi go do pozytywnej odpowiedzi na to pytanie. Ja uważam, że tak w rzeczy samej jest i mógłbym to łatwo udowodnić. Nie ma jednak takiej potrzeby - tego jedynego oskarżenia nigdy nie trzeba udowadniać.

~Rafał Broda, 14.09.2007 00:27

 

___________

woda sodowa

Rafalku kochany - prozak, prozak... Naprawde pomaga. Juz sie nie odczuwa po prozaku takiej intensywnej potrzeby publicznego wymyslania innym od wody sodowej... A co do pana M.Z.:  bardzo rozsadny artykul. Powsciagliwy i wyrozumialy. Klasa. Dzieki.

~Alicja, 14.09.2007 04:14

 

___________

woda sodowa

> którzy z taką swadą, bez cienia
> kompleksów piszą teksty pełne własnych dziwacznych
> mądrości i kreują się na autorytety  
Czytajac, zadalem sobie pytanie: czy byloby lepiej, by Ci mlodzi ludzie byli zakompleksieni? A moze powinni pisac nudno i bez swady - tak, by ich nikt nie doczytal do konca?  
Zas tak jeszcze na marginesie: do postawy 'mlodego gniewnego' przynalezy chyba wlasnie przede wszystkim to, ze 'ma w nosie' autorytety i bez wiekszych oporow zabiera sie do ich pouczania. Nie dlatego, ze mu 'woda sodowa odbila', poniewaz jakis biskup podniosl telefon (to w Polsce jest tak trudno dodzwonic sie do biskupow?), bo jesli dany czlowiek naprawde 'ma w nosie' to i tym sie zanadto podniecac nie bedzie (zreszta - czy jes czym?), tylko dlatego, ze jest przekonany, ze jego 'dziwaczne madrosci' sa warte upubliczniania, nawet wbrew autorytetom i ich opinia. I to jest calkiem normalne, zas od madrosci tychze autorytetow zalezy czy wprowadza one tych ludzi i ich 'madrosci' (czasem w cudzyslowie czasem nie) do publicznego, otwartego dyskursu. Jesli tego nie uczynia, udowadniaja jedynie, ze rzeczywiscie zadne z nich autorytety. Pozdrawiam,

~pastor Jarek, 14.09.2007 12:21

 

Pojawiły się też inne wpisy w międzyczasie, gdy już wysłałem moją odpowiedź Alicji i pastorowi Jarkowi, ale uwagę moją skupił fakt, że moja odpowiedź nie ukazała się na forum. Sformułowałem więc protest, że moją odpowiedź zablokowano i, o dziwo, protest pojawił się na forum. Wkrótce zareagował internauta o nicku - "integrysta", na którego celne wpisy wielokrotnie wcześniej zwróciłem uwagę, także na to, że często jego wypowiedzi cenzurowano. Integrysta doradził mi, bym przed wysłaniem wiadomości zachował kopię i powtarzał co kilkanaście godzin, wtedy jest szansa na zmylenie cenzury. Postąpiłem zgodnie z jego radą i spróbowałem odtworzyć wcześniejszą odpowiedź, a po wysłaniu rzeczywiście ukazała się: 

 

Korzystam z rady ~integrysty (podziwiam za wielką cierpliwość i wyjątkowo kompetentne wypowiedzi) i spróbuję odtworzyć mój wpis, który w niezbyt kulturalny sposób odrzucono. A odpowiadałem na wpis dwóch osób: Alicji i pastora Jacka.

 

Znam trzy Alicje, które mogłyby się do mnie zwrócić w tak żartobliwy sposób, ale wszystkie trzy są miłe i mądre, więc ktoś się tutaj podszywa.

Natomiast odpowiem na wpis "pastora", bo pochodząc z Cieszyna mam dla pastorów ekumeniczny szacunek i wiem, że zawsze warto z nimi rozmawiać.

Otóż zgadzam się, że młodość ma swoje prawa i dobrze jest, gdy młodzi ludzie bez zahamowań odkrywają nowe drogi zbliżania się do prawdy, nie bacząc na bariery stworzone przez autorytety. Tylko, że tutaj nie mamy do czynienia z takim przypadkiem.

W całym tekście p. M.Zająca nie ma żadnej oryginalnej myśli, a są wyłącznie slogany puszczone w obieg przez innych. "Nienawiść płynąca z radia, brak ducha chrześcijańskiego, wybryki antysemickie ..itd." Młody człowiek nawet nie zastanawia się, czy to przystaje do rzeczywistości. Ale operując takimi sloganami, stawia się w środku poważnego sporu biskupów i bez kompleksów rozdziela racje. To nie jest młodość myślenia, to bardziej przypomina odległe czasy, gdy ZMP-owscy aktywiści stawiali na baczność profesorów.

A mówi p.Zając o rzeczach, na których się zupełnie nie zna. Bo, gdyby się znał, nie mógłby drwić z czytelników twierdząc, że chodzi o zmianę zarządu, a nie skasowanie radia. Każdy wie, że zmiana zarządu ma na celu zmianę charakteru radia, co powoduje natychmiastowe wstrzymanie wpłat ze strony słuchaczy i szybki upadek radia.

Pan M.Zając jest najemnikiem koncernu ITI i nie musi się troszczyć o finanse, które zależą od wiarygodności. Jest zresztą kumplem z pracy innych najemników z antykatolickiej i antypolskiej TVN, w tym także red. J.Pałasińskiego, którego można posądzać o wszystko, ale nie o to, że tchnie duchem chrześcijańskim.

Rafał Broda

 

Na tę odpowiedź zareagował bardzo długim tekstem ~pastor Jarek, który opowiedział, że powierzono mu napisanie tekstu o RM dla holenderskiego periodyku i dlatego słuchał uważnie przez 1.5 roku audycji Radia, ale był tak zniesmaczony, że niczego nie napisał. Mój argument o upadku radia po zmianie zarządu uznał za nieuzasadnione proroctwo, a porównanie do czasów ZMP za całkowicie naciągane, bo "wtedy za młodymi aktywistami stał aparat represji". Podał też "powalający" argument, że M.Zając przedstawia jasne stanowisko, a Episkopat unika jasności.

Odpisałem poniższym tekstem i zdziwiłem się, że prawie natychmiast pojawił się on na stronie: 

 

Drogi Pastorze,

Cierpliwie znoszę te internetowe pułapki, gdy z odsłoniętą przyłbicą rozmawia się z anonimem, ale coś jednak Pan odsłania. Mieszka Pan więc poza Polską, prawdopodobnie w Holandii i Pana poglądy są rozpoznane. Wskazuje na to fakt, że "powierzono Panu napisanie artykułu o Radiu Maryja". Jeszcze nie słyszałem, by zwolennikowi RM powierzono takie zadanie, a artykułów cały czas pojawia się mnóstwo - to one zwykle zamieniają argumenty w slogany.

Słuchał Pan 1.5 roku RM i jest Pan zniesmaczony tak bardzo, że nie ma o czym pisać. Przecież żadnemu ze zwolenników RM nie chodzi o to, by zmuszać zniesmaczonych do słuchania, natomiast każdemu z przeciwników chodzi o to, by zamknąć to radio - upadek radia po zmianie zarządu to nie jest  proroctwo - to oczywistość. Ja jestem zniesmaczony większością innych mediów, ale przez głowę mi nie przechodzi myśl, by je zamykać, kasować, czy nękać ciągłymi atakami.

Zgadzam się, że jasność ocen M.Zająca jest bezdyskusyjna, a stanowisko Episkopatu niejasne. Tylko, jak można logicznie zestawiać te dwa fakty? Przecież cały problem podnoszony przez autora tkwi w tym, że jasne, ale sprzeczne stanowiska poszczególnych członków nie przekładają się na jasne stanowisko całego grona - w tej sytuacji nie może być inaczej. Czy takie postawienie sprawy nie jest demagogią?

Analogia do czasów ZMP nie jest ani anachroniczna, ani populistyczna - narzędzia niszczenia ludzi są inne niż wtedy, ale to niszczenie jest często bardziej bolesne i skuteczne niż wtedy. Na szczęście to się zmienia, także dlatego, że coraz więcej ludzi reaguje na takie akcje, jak ta, w którą włączył się Pan M.Zając.

Pan ma prawo do własnej oceny sytuacji, ale myślę, że moja ocena jest bardziej uzasadniona, bo mieszkam w Polsce, dużo czytam, słucham i oglądam.

Rafał Broda

 

Wtedy stała się rzecz, która mnie zaskoczyła - Integrysta zamieścił bez żadnego komentarza notatkę identyfikującą mojego interlokutora. Odtworzyłem to przez wyszukiwarkę, ale prócz tego, co można przeczytać poniżej, w informacji integrysty było podane, że JRK jest współpracownikiem TP i jest znany z tego, że udziela ślubów homoseksualistom.

Jarosław R. Kubacki - mistrz ceremonii loży "Pentagram" na Wschodzie Amsterdamu (NGGV), teolog i filozof, pastor parafii remonstranckiej koło Lejdy oraz w ekumenicznej wspólnocie w Heemskerk koło Haarlemu. Wnuk i prawnuk masona, mąż masonki, należy do wolnomularstwa od 1997 r., czlonek-korespondent prestiżowego Stowarzyszenia do Badań nad Masonerią 'Fryderyk', działającego pod auspicjami Wielkiej Loży Krajowej Wolnomularzy Niemiec oraz Wielkiej Loży Królestwa Danii.

 

W następstwie tej informacji posypała się lawina wpisów potępiających ~integrystę, że donosi, że szpicluje, że sam nie ujawnia swojej identyfikacji ..itd.

I spokojna wypowiedź ~integrysty, odsyłająca do artykułu Jarosława R.Kubackiego OP w Tygodniku Powszechnym z listopada 2004. W dyskusji pod tym artykułem ~pastor Jarosław ujawnia, że jest jego autorem.

 

Chwilę po tym zamieściłem poniższą wypowiedź, która jakimś cudem szybko pojawiła się na stronie:

Dziękuję ~integrysto!  Ciekawe - zwłaszcza reakcja grona. które zawsze wykpiwa "teorie spiskowe" i udział masonów w atakach na RM. W rewanżu więc dodam:

W tygodniku Wprost, w artykule "Klony ojca dyrektora" Wiesław Kot pisze o tym jak pierwszy raz usłyszał Radio Maryja i przerażony napisał tekst, że jest takie radio…. I dalej:

 "Rzucili się na mnie koledzy dziennikarze, zadzwonił z pretensjami Piotr Kuncewicz, wówczas prezes Związku Literatów Polskich. Na ulicy zaczepiali mnie znajomi. Wszyscy zgodnym chórem zarzucali mi jedno: "Nie ma w Polsce takiej rozgłośni! Zmyśliłeś to wszystko!" 

A ja w zapiskach na portalu ojczyzna.pl napisałem:

……W tym samym samolocie rzucił mi się w oczy skromny, oszczędny w informacje nekrolog zamieszczony w Gazecie Wyborczej.

Z głębokim bólem zawiadamiamy,
Że 10 kwietnia 2007 roku zmarł
PIOTR KUNCEWICZ
Wielki Mistrz
Wielkiego Wschodu Polski
                                       Bracia

~Rafał Broda

 

Nie jestem pewien, czy ~integrysta zdążył to przeczytać, ponieważ w niecałą godzinę od ukazania się wpisu, gdy zajrzałem na stronę TP, ze zdumieniem stwierdziłem, że wszystkie (blisko 20) wpisy, od momentu mojej początkowo odrzuconej wypowiedzi, aż po tę ostatnią, zostały wycięte - po prostu zniknęły.

         Rano jeszcze ukazał się sarkastyczny wpis ~integrysty:

___________

woda sodowa

No proszę! Nożyczki mocno się napracowały nocą. Ciekawe czy teraz śpią.

~integrysta, 16.09.2007 08:27

 

, a po długim czasie ~pastor Jarek dał znać, że "jego trzy wypowiedzi też wycięli", by upozorować sytuację, że niby cenzura, o nawet nie do końca jasnej motywacji, dotyka wszystkich.

W tym zestawieniu mogłem zamieścić wyłącznie te oryginalne wypowiedzi, które były dla mnie dostępne po wycięciu cenzora - inne z konieczności musiałem omówić.

 

Mamy klasyczny przykład masońskiej roboty. "Bracia z lóż" starają się kontrolować sytuację wszędzie, czasem ich czujność jest osłabiona, ale tylko na chwilę.

Pełna jawność i przejrzystość ("prawda was wyzwoli") to najprostsza forma obrony, dostępna wszystkim. Należy się przy niej upierać i należy się jej domagać. Dlatego upoważniam wszystkich,  każdego, kto zechce i uzna to za stosowne, by przekazywali tę historię innym, by także używali jej jako argumentu, wobec tych, którzy domagają się dialogu, choć uznają go wyłącznie za narzędzie osiągania własnych, bardzo nieszlachetnych celów.

 

Trzeba jeszcze wrócić na chwilę do wspomnianego we wstępie artykułu S.Krajskiego, który kończy się informacją o reakcji Prezydenta na notkę ambasady USA:

"Ewa Junczyk-Ziomecka - Podsekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta przekazała w imieniu Prezydenta L.Kaczyńskiego wyrazy radości z "odrodzenia się" tej organizacji po 70 latach w Polsce."

 

Larum grają! Liczba spraw, których Prezydent nie może pozostawiać bez wyjaśnienia gwałtownie narasta - to jest prawdziwa bomba z opóźnionym zapłonem. 

 

21 września 2007    -  99

Jaś i Nelly

Mimo wysiłków aktorów, dziejąca się medialnie historia małżeństwa Rokitów nie jest historią romantyczną, tym bardziej nie jest ujmującą wersją partnerstwa na wzór platonicznego związku Stasia i Nel, którzy w pustyni i puszczy przetrwali trudne chwile dzięki wzajemnej bezinteresownej trosce o siebie. W tym bieżącym przypadku chodzi o czystą politykę, a obopólna motywacja pary przypomina bardziej to praktyczne partnerstwo, jakim Amerykanie mogli się fascynować patrząc na Billa i Hilary Clintonów.

Można podziwiać komedię odgrywaną przez polityków, zwłaszcza tych z PO, którzy ustawiają taktyczne ruchy polityczne Rokitów w kategoriach dramatu małżeńskiej pary, a bardziej wewnętrznych rozterek męża wobec rozbrykanej i mało odpowiedzialnej żony. Sądzę, że większość z nich wie, na czym sprawa polega, bo motywacje wszystkich uczestników są raczej przejrzyste, a postępowanie żony i męża starannie przygotowane i w pełni uzgodnione.

J.M.Rokita od dawna poszukiwał sposobu, w jaki może oczyścić sobie przedpole do ponownego skoku na polityczne wyżyny. Nieudane próby przejęcia kontroli w PO postawiły go w sytuacji ostrego, choć cierpliwie znoszonego, konfliktu z aktualnie najbardziej wpływowymi politykami PO. Zasadnie utrwalona opinia, wyrażona w powszechnie znanym przydomku Jasiu Wędrowniczek, uniemożliwia mu zmianę barw partyjnych, bo plany na przyszłość nie pozwalają na przekraczanie granicy śmieszności. Manewr odsunięcia się na krótko z życia publicznego przy pomocy pretekstu, którego dostarczyła żona, jest idealnym ruchem, gdy rysują się klarowne perspektywy szybkiego powrotu.

Po wyborach rysują się różne warianty, ale większość z nich otwiera dla J.Rokity, w mniejszym, lub większym stopniu, dobre możliwości powrotu do polityki. Bez względu na to, czy wygra PIS, czy PO, jeśli nie będzie to wygrana umożliwiająca samodzielne rządzenie, perspektywa koalicji PO-LID spowoduje rozłam w PO, wtedy na czele rozłamowców nie akceptujących współrządzenia z LID stanie J.M.Rokita i wejdzie w koalicję z PIS. Jeśli PO przegra z PIS, to rozłam PO będzie niewielki, D.Tusk wraz ze swym dworem odejdzie w niebyt i Rokita przejmie prawie całą PO gotową do współpracy. Jeśli jednak PIS wygra z możliwością samodzielnego rządzenia, też może skłonić się do współpracy z częścią PO przejętą przez Rokitę, by uzyskać większość konstytucyjną.

Warianty negatywne dla J.M.Rokity są bardzo mało prawdopodobne, ale teoretycznie istnieją - wygrana ponad 230 posłów przez PO, lub możliwość stworzenia większości z PSL, jeśli ta partia przekroczy próg.

Sytuacja, w jakiej J.M.Rokita się ustawił jest więc pomyślna dla niego, bo nawet dramatyczna przegrana PO wciąga go z powrotem do polityki, chociaż wejście na jej wyżyny będzie musiał chwilowo odłożyć.

Jeśli spojrzę na postępowanie J.Kaczyńskiego, utrzymując swój poprzedni poziom tolerancji dla niezbyt ładnej, ale skutecznej gry politycznej, to widzę w traktowaniu małżeństwa Rokitów przemyślane i całkowicie zrozumiałe zabiegi. Jest więc przygotowanie zabezpieczające pozytywne wyjście, gdy w wyborach PIS nie zdobędzie możliwości samodzielnego rządzenia. Jest też otwarcie możliwości na bezpieczne zagospodarowanie niektórych ludzi PO, gdy możliwość samodzielnego prowadzenia Polski się pojawi. Jest wreszcie doraźne uderzenie w PO w samym początku kampanii wyborczej.

Jednego nie jestem pewien. Jak dotkliwe będą i jak wpłyną na wybory negatywne skutki zagospodarowywania Nelly Rokita ? Nawet nie potrafię wyczuć reakcji elektoratu, a zwłaszcza pięknej połowy wyborców - bo niezbyt mądra Niemka z Kirgizji, która bez zahamowań pragnie pouczać Polaków, jak powinni urządzać Polskę, to zjawisko przekraczające granice politycznej estetyki. Jeśli miałbym do końca zachować optymizm, to liczyłbym na to, że ten, zdaje się, nieuchronny powrót do polityki Jana Marii Rokity, nie będzie powrotem na długo. W najbardziej prawdopodobnych wariantach będzie to powrót na pozycję drugorzędną, a tego długo sam Rokita nie wytrzyma.

 

15 września 2007    -  98

Transfery, przepływy, bomby

Dopiero kilka dni kampanii wyborczej, a sytuacja tak pomyślnie się klaruje, że aż chciałoby się milczeć, by nie zapeszyć. Wiele miesięcy temu, wyrażając opinię, że najlepszym wyjściem byłyby wybory, postawiłem optymistyczną tezę, że PIS może te wybory wygrać, a nawet wygrać je tak, by samodzielnie rządzić. Dzisiaj ładunek realizmu zawarty w takiej prognozie jest o wiele większy, niż wtedy, ale lepiej nie wpadać w przesadny optymizm, bo Naród trzeba raczej budzić, niż usypiać.

Wszystkie media nakazują fascynację transferami, przepływami i bombami, jakie dokonują się i wybuchają w kampanijnych utarczkach głównych partii rywalizujących w walce o władzę. Transfery dotyczą przechodzenia polityków z partii do partii, ale dotychczas żaden z nich nie miał charakteru bomby - wszystkie były raczej do przewidzenia. Jest to swoista "czystka" w szeregach partyjnych, która różni się od złowrogich historycznych czystek w partiach komunistycznych tym, że następuje dobrowolnie, z własnej inicjatywy poszczególnych polityków. Jest to właściwie wyjaśnianie postawy wobec rysujących się coraz wyraźniej alternatyw. To, czego nie można było przewidzieć, to sposób zachowania się poszczególnych polityków po wykonaniu decyzji o przejściu w inne szeregi.

Religia i Gilowska tak dobrze współpracowali z PISem, że nikt nie może się dziwić, że pragną się dalej spełniać w komfortowych warunkach w tym, co dotychczas robili. Ich decyzja kandydowania z list tych, z którymi od dwóch lat byli, na pewno nie była zaskoczeniem, a zachowanie względem dawnych kolegów jest honorowe i poprawne. W drugą stronę przejścia Mężydły i Sikorskiego też można było oczekiwać, choć czas tego przejścia został wybrany tak, by uderzyć w PIS, a ich dzisiejsze zachowanie dramatycznie psuje wizerunek osobisty i obraz środowisk, do których się przyłączają.

Bomba, jaką miało być ogłoszenie o kandydowaniu B.Borusewicza z list PO, wygląda na kiepski żart. Kapiszon? A może bomba próżniowa, bo ujawnia kłopotliwą pustkę w arsenale wyborczych narzędzi i pomysłów PO. Borusewicz nie był z PISu, był popierany przez oba ugrupowania, ale zawsze nadawał się bardziej do Platformy, może nawet do Lidu. No i ten "piękny życiorys", o którym tak miłosiernie wspominają także koledzy z PIS, ma przecież bardzo kłopotliwe białe plamy. (Gdybyż to w telewizji publicznej pokazano programy, w których Jerzy Zalewski rozmawia z różnymi ciekawymi ludźmi - cykl pokazywany jedynie w telewizji PULS).

Ciekawsza jest sytuacja z przepływami, bo chodzi o trudne pytanie, jaki jest przepływ elektoratu związany z transferami poszczególnych polityków. Ale o tym dowiemy się dopiero 21 października z liczb głosów uzyskanych przez nich.

Te wszystkie ekscytacje musiał przesłonić dramat rodziny Rokitów. Właściwie należałoby powiedzieć dramat odegrany przez rodzinę Rokitów, bo medialny show był w tym wszystkim najważniejszy. W końcu Nelly Rokita jest w całości wytworem mediów, chyba nawet bardziej niż popularność Marcinkiewicza. To są prawdziwe paradoksy naszych czasów, bo liczba błędów, fatalnych posunięć i upadków Rokity kwalifikuje go od dawna do zejścia w polityczny niebyt (nawet to dawne i zapomniane już nie wpuszczenie kontrolerów NIK do URM pozwoliłoby mówić o nim: przestępca, gdyby nie miał szczególnych umocowań wśród tych, którzy rządzą mediami). Media mają swoją gigantyczną siłę i pozycja Rokity jako wybitnego polityka jest utrwalona w pewnych środowiskach. Na szczęście, ….. nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło….,  prawdopodobnym skutkiem będzie ciężkie lanie, jakie PO dostanie w Krakowie. Ubocznym skutkiem, a raczej kosztem, będzie obniżenie autorytetu środowiska doradców Prezydenta. Użyłem określenia "rodzina Rokitów", bo PO pragnie zniwelować skutek tego zajścia przez zarzut wobec Prezydenta i Premiera, że uderzają w rodzinę. Z tego, co wiem mamy do czynienia raczej z małżeństwem Rokitów, a nie z rodziną, choć te publiczne wyznania miłości, które oglądaliśmy dają pewne perspektywy na zmianę statusu.

 

8 września 2007    -  97

Wielka ulga i …..wielka szansa

Niewielu komentatorów wydarzeń spodziewało się, że samo-rozwiązanie Sejmu uzyska poparcie aż 377 posłów. Jeśli chodzi o mnie, obawiałem się, że będziemy mieli do czynienia z o wiele większym dramatem, rozciągniętym jeszcze przez kilka dni i bogatym w narastające napięcie wobec wielkiej niewiadomej - jak to się wszystko skończy?

Doznałem wielkiej ulgi, że dokonał się nieodwracalny krok, który rysuje przed Polakami wielką szansę, największą od 1989 roku. Z punktu widzenia politycznej kalkulacji, która bierze pod uwagę wyłącznie interes partyjny, PO powinna była przejąć władzę przez konstruktywne votum nieufności i zmiażdżyć do zera polityczną pozycję PIS przed wyborami. To podpowiadał im Lepper, Giertych i SLD, na szczęście bezskutecznie. Dlaczego PO nie dała się na to namówić, przecież nie dlatego, że stawiają interes Polski ponad własny interes partyjny. Przypuszczam, że wyobraźnia podpowiadająca, co działoby się w przypadku podjęcia takiego kroku, skutecznie wystraszyła ludzi PO. Po chwilowym rozwiązaniu problemu, pojawiłyby się dziesiątki nowych problemów - wewnątrz, od podzielonych w tej kwestii członków PO, z zewnątrz ze strony wrogich i kąśliwych współsprawców zła, wreszcie od kapryśnego elektoratu, wrażliwego na estetykę całej sytuacji. W sumie dalsza przyszłość rysowałaby się całkiem niewyraźnie, z projekcjami totalnej katastrofy. Z ich punktu widzenia, nie mieli dobrego wyjścia, D.Tusk i towarzysze wybrali dobro Polski, jako mniejsze zło dla siebie.

Analogia do rozciągniętej w czasie "nocnej zmiany" z 1992 roku w pełni pasuje do napięcia i stawki, jaka towarzyszyła ostatnim tygodniom, ale rozkład sił był całkowicie inny, i to prawie w każdym elemencie - wsparcie Prezydenta, skład rządu i jego zakorzenienie w strukturach, większa świadomość społeczeństwa i mimo wszystko inne, bardziej obiektywne zaangażowanie mediów. Trwanie "rządu technicznego" byłoby z pewnością czasowo ograniczone, a kara wymierzona przez wyborców mogłaby pogrążyć zamachowców i doprowadzić do bolesnych dla nich konsekwencji. Nawet w niesprzyjających warunkach 1992 roku, gdyby wybory nastąpiły w przeciągu dwóch miesięcy, wrażenie tamtej nocy miałoby wielki wpływ na wynik. Wtedy jednak zdołano ubezwłasnowolnić społeczeństwo i zacierać ślady zbrodni przez bardzo długi czas.

Dzisiaj mamy nową sytuację, w której gra idzie w otwarte karty, a wszystko jest w rękach Narodu. Jest to wielka szansa, której nie wolno zmarnować i myślę, że wszystko zaczyna się bardzo dobrze, lepiej niż można było oczekiwać. Wrażenia z dzisiejszych konferencji prasowych, a zwłaszcza z Konwencji Wsi Polskiej w Wierzchosławicach pobudzają entuzjazm i optymizm.

Jeśli przez chwilę retrospektywnie powrócić do ostatnich wydarzeń, to było w nich wiele potwierdzenia dla opinii o różnych politykach i o ich sposobie działania. Niewiele mnie w tym wszystkim zaskoczyło. A jednak dwa przypadki zasługują na zwrócenie uwagi. Pierwszy, to zachowanie Marka Jurka i jego towarzyszy niedoli, rozświetlane dodatkowo przez treści różnych publikowanych wypowiedzi Pawła Milcarka, doradcy MJ. Obawiam się, że dotąd nie zrozumieli oni swojego błędu, nie doceniają wagi dużego i groźnego kryzysu, który w trudnym czasie wywołali, a co gorsza postępują całkiem inaczej, niż wcześniej obiecywali (MJ mówił, że nie ma zamiaru budować nowej partii, że nie chce szkodzić PISowi, bo wiele go z nim łączy, itd.) Szczerze mówiąc uważam, że zachowują się dzisiaj parszywie, ale też wiem z całą pewnością, że będą nieskuteczni - zdziwiłbym się nawet, gdyby w akcie jakiegoś miłosierdzia M.Jurek został senatorem.

Drugi przypadek, to sprawa Antoniego Mężydło. Od dawna zauważyłem, że jego opinie bardzo często bliższe są PO niż PIS, ale podziwiałem go dotychczas za lojalność wobec Premiera i kolegów z partii. To była dla mnie podstawowa przesłanka dla pozytywnej oceny, bo moja wrażliwość na argumenty o "pięknym życiorysie" od wielu lat bardzo stępiała, zwłaszcza gdy to "piękno" wywodzi się głównie z cierpień, których doznał od prześladowców (cierpiał Kuroń, Michnik, Isakowicz-Zaleski, a nawet internowany był Szczypiorski). Nagle ten główny powód mojej sympatii dla Pana Mężydło drastycznie ustał, bo przecież kroku, który wykonał, nawet nie można nazwać brakiem lojalności. Przejście w takim momencie do obozu przeciwnika, skrajna łatwość, z jaką tego dokonał, natychmiastowe włączenie się w kampanię ze zwrotem o 180 stopni, …i to śmieszne uzasadnienie, z którego wynika, że wcześniej bardzo udawał; to wszystko nie podlega ocenie w kategorii lojalności, to jest łagodna wersja przypadku Karczmarka. Już po zademonstrowaniu aktu zdrady dowiedzieliśmy się, że Polskę skrzywdził już bardzo wcześnie - dowiedzieliśmy się, mianowicie, od D.Tuska, że pierwszy w politykę go wciągnął właśnie A.Mężydło. Prawdopodobnie jeszcze wielokrotnie będziemy świadkami podobnych odkryć.

 

Dzisiaj, gdy staje przed Polską wielka szansa, wracam myślami do tajemniczych słów bp. Józefa Zawitkowskiego wypowiedzianych w homilii podczas Pielgrzymki Radia Maryja w lipcu 2005 roku, na dwa miesiące przed poprzednimi wyborami. W mojej pamięci były to słowa: "….te wybory pójdą jeszcze na straty…".

Pasowało mi to bardzo do wielu okoliczności związanych z tamtymi wyborami, także do tych związanych z moim własnym zaangażowaniem. Wiedziałem jednak, że bp. J.Zawitkowski ma szczególny talent do łączenia w swoich homiliach najbardziej właściwych fragmentów historii i kultury Narodu, z teraźniejszością i z przyszłością. Niesie, więc, w tych homiliach, z wyczuciem Wieszcza, treści profetyczne. Zastanawiałem się przeto, co miałoby to znaczyć, bo jeśli "te wybory są na straty", to następne mogą być szczególnie ważne i wyjątkowe. Ale jak się to stanie, by doprowadzić do takiej sytuacji, że następne wybory będą miały charakter przełomowy.

Stało się. Teraz wszystko zależy od Narodu. Sursum corda!

 

2 września 2007    -  96

Dwa przesłuchania i "naiwność" najemników mediów,

Jeszcze nie dojrzałem na portalu mojego zapisku nr. 95 z dzisiejszej nocy, a już poczułem potrzebę zapisania kolejnych wrażeń.

Genezą tego imperatywu były dwa długie wywiady, których w niedzielne przedpołudnie udzieliły najważniejsze osoby w państwie, funkcjonariuszom koncernu ITI ulokowanym w telewizji TVN.

Najpierw był, przeprowadzony w Radiu Zet, wywiad M.Olejnik z Prezydentem RP Lechem Kaczyńskim, a później, wywiad w programie "Kawa na ławę" w TVN24, przeprowadzony przez B.Rymanowskiego z Premierem RP Jarosławem Kaczyńskim. Nie mam zamiaru wnikać w treść obu wywiadów, które dotyczyły najbardziej aktualnych wydarzeń związanych ze sprawą J.Kaczmarka i układu, który PIS rozbija, a "dziennikarze" bronią. Chodzi o metodykę tych wywiadów, które w żadnym razie nie były rozmową z dociekliwymi dziennikarzami, a przybrały formę ostrych przesłuchań.

Prawdopodobnie nabyte z domu nawyki M.Olejnik, jej długa służba w medialnym sterowaniu polityką, a także bardziej uległy charakter rozmówcy przyczyniły się do tego, że zwłaszcza wywiad z Prezydentem miał charakter przesłuchania. Ale ten drugi także, w nieco łagodniejszej formie, ukazywał sytuację, która wymaga radykalnej zmiany. Oto "dziennikarze", jak równy z równym, lekceważąc rangę rozmówcy, stawiają go w ogniu krzyżowych pytań. Niektóre z zadawanych pytań mają charakter insynuacji, zwykle bezpiecznie wyjmowanych z ust polityków opozycji, jest chamskie przerywanie odpowiedzi, wybijanie frazy z toku, wchodzenie w słowo i arbitralna zmiana tematu, gdy coś się wyjaśnia nie po myśli pytającego. W istocie, w ogóle nie chodzi o wyjaśnienie czegokolwiek, chodzi o te krzyżowe pytania, stawiane wprawdzie bez oślepiającego oczy światła, ale mające na celu jedno - chodzi o to, by w mętliku przerywanego toku myślenia interlokutor powiedział jedną nieostrożną myśl, a choćby jedno nieostrożne słowo. I wtedy rozpocznie się nowa faza spektaklu - rzucą się politycy opozycji śledzący każdy szczegół rozmowy, rzucą się inne hieny dziennikarskie, by powtarzać - "Telegraf, telegraf, telegraf, maybach, maybach ,maybach".

Mamy przykład innego dziennikarstwa i ono jest obecne prawie wyłącznie w Radiu Maryja i Telewizji Trwam. Zaproszony rozmówca, po zadaniu pytania, które nawet gdy dociekliwe, zawiera należny szacunek, ma komfortowe warunki i pełny czas, w którym wyczerpująco może odpowiedzieć. Rozmówca może sobie pozwolić na szczerość, jeśli ma możliwość pełnego przedstawienia całej kwestii. Rozmowa kontynuowana ze słuchaczami może nawet obejmować bardzo trudne i kontrowersyjne pytania, ale program trwający kilka godzin wiele spraw wyjaśnia, rozwiewa mgłę chaosu i co najważniejsze pozwala bardzo dobrze ocenić wiarygodność osoby zaproszonej. Takie właśnie publiczne rozmowy z Premierem niezwykle podniosły w moich analizach wiarygodność Jarosława Kaczyńskiego, były też źródłem nieufności w stosunku do niektórych innych bohaterów "rozmów niedokończonych".

Moim zdaniem, byłoby niezwykle pożyteczne, gdyby wszyscy politycy PIS przestali uczestniczyć w programach prowadzonych przez ludzi, którzy są funkcjonariuszami, a nie dziennikarzami. To w tych drobnych decyzjach polityków mogłaby być zapoczątkowana naprawa fundamentalnej dziedziny demokracji, jaką są środki masowego przekazu. Rozumiem intencje Premiera i Prezydenta, by nawet w tak wrogich mediach przedstawić swoją prawdę, która reprezentuje także mój punkt widzenia, ale obawiam się, że i doraźnie i na przyszłość szkody są o wiele większe, niż pożytki.

 

Jedną merytoryczną sprawę związaną z tymi wywiadami chciałbym wszakże podnieść. Chodzi o pytanie związane z motywacją J.Kaczmarka, R.Krauzego i innych, która spowodowała ich zaangażowanie się w obronę A.Leppera. To jest pytanie stawiane z udawaną naiwnością prawie we wszystkich mediach, a także na forach internetowych: "A cóż za interes mieliby mieć Karczmarek i Krauze uczestnicząc w tak ryzykownych przedsięwzięciach w obronie Leppera". O dziwo, nigdzie nie znalazłem odpowiedzi, więc sam sformułuję taką, która dzisiaj wydaje mi się najbardziej prawdopodobna.

J.Kaczmarek był podstawionym agentem wpływu, szkolonym człowiekiem do wynajęcia, by chronić interesy oligarchii. Nie ma danych, by stwierdzić, jak szeroko pracował, ale w tym przypadku wynajął go R.Krauze. Człowiek taki, jak Krauze zorientował się, że trwanie aktualnie realizowanego kierunku naprawy Polski, jakiego na serio podjął się J.Kaczyński, zagraża jego interesom i trzeba wpływać na sprawy w ten sposób, by przerwać władzę PIS. Uratowanie Leppera, a co za tym idzie, kompromitacja CBA, ABW, prokuratury i ministra sprawiedliwości, miała być w końcu kompromitacją rządu, osłabieniem go i umożliwieniem mocnego przejścia opozycji do kontrataku i odsunięcia PIS od władzy. Lepper jest dość utalentowany w skuteczności takich manewrów, ale byłby tylko krótkotrwałym narzędziem do wykorzystania. Karczmarek, blokując różne inicjatywy kontrolne, działania prokuratorskie..etc. stale oddawał drobne usługi, ale tym razem podjął się zadania bardziej wymagającego i przegrał.

Jeśli nastąpią jakieś większe dramaty, niewyjaśnione wypadki, samobójstwa (J.Marzec wygląda na zdesperowanego), to wskaże, że sprawa ta ma o wiele szerszy wymiar, a Krauze nie wróci do Polski - dlatego z daleka dzisiaj zapowiada, że przez następne dwa tygodnie będzie obserwował rozwój sytuacji. 

 

1 września 2007    -  95

Bezwstyd i kłamstwo - nokaut i spadanie masek

    Rocznicę narodzin Solidarności i rocznicę wybuchu II wojny światowej przesłonił cień bieżących wydarzeń, które pochłaniają całą uwagę opinii publicznej. Ale  chciałbym najpierw dotknąć na chwilę tego, co jest od wielu lat stałym elementem atmosfery w obszarze publicznym - bezwstydne, nie liczące się z niczym odwracanie znaczenia słów i idące z nim w parze bezczelne kłamstwa.

Lech Wałęsa, który ostatnio jest bardziej zdenerwowany niż kiedykolwiek (intuicję miał zawsze niezłą), dał kilka wypowiedzi rocznicowych krążących wokół pytania, czy wstydzi się tego, w jakim stanie jest Polska po tylu latach. Powiedział, że wstydzi się za Kaczyńskich, Macierewicza i wymienił jeszcze kilka ludzi wspierających obecny rząd. Nie wpadło mu nawet do głowy, by przyznać, że choć trochę wstydzi się też za siebie. Mnie wpadło do głowy, że Wałęsa zobrazował głęboką etymologię słów "być bezwstydnym".

Z kolei Donald Tusk przemówił rocznicowo w Gdańsku, proponując maskę, jaką Platforma Obywatelska przywdzieje na czas kampanii wyborczej. Powiedział, że dla PO najważniejsza jest prawda i o nią cały czas dbają. Następnie przywołał słowa Ojca Świętego o solidarności, które mu najbardziej głęboko utkwiły w sercu, i które poleca innym: "nigdy jeden przeciwko drugiemu" i "jeden drugiego brzemiona noście". Zarówno przed tym wystąpieniem, jak i po nim, słyszałem i widziałem, jak on rozumie te pierwsze słowa, a już od wielu lat martwią mnie brzemiona, które każe nosić Narodowi, by zaspokajać interesy sitwy, której jest częścią. Jedno muszę przyznać, by nie być całkiem niesprawiedliwym. D.Tusk nie umie z zimną krwią kłamać. Widziałem wielokrotnie mistrza tego gatunku Wiliama Clintona, jemu nawet muskuł twarzy nie drgnął. Tusk tego nie umie, wyraźnie widać, kiedy kłamie - czyżby drzemało w nim sumienie, które może się kiedyś obudzić?

 

Prokuratura przedstawiła nokautujący materiał dowodzący, że Kaczmarek kłamie i ukazała fragment tego światka, dla którego korzyści usadowił się on w najwyższych kręgach władzy. Każdy, kto chciał, widział tę starannie przygotowaną i dobrze zaprezentowaną dokumentację. Każdy, kto jest normalnym człowiekiem, musiał też przyjąć jednoznacznie wymowę tego dokumentu. Ja odczuwałem sporą satysfakcję i  rzadkie w ostatnich latach przekonanie, że warto płacić podatki, by mieć takie służby państwowe. W absorpcji całego materiału przeszkadzały mi tylko próby wyobrażenia sobie tego, co będzie się działo w dniu następnym, w jaki sposób obrońcy układu zechcą przytłumić prawdę i zgasić jej polityczne skutki. Przecież wiedziałem, że nie przeproszą ani rządzących, ani Naród, któremu intensywnie wmawiali swoje bzdurne oskarżenia - czy chociaż przez chwilę zamilkną? Ale gdzież tam, jazgot się zaczął prawie natychmiast.

Jedni "rżnęli głupa", przekonując, że niczego nie udowodniono w sprawie przecieku i udawali, że nie wiedzą, o co w tej dokumentacji chodziło. Ale zasadniczy przekaz, wielokrotnie podkreślany przez prokuratorów, że Kaczmarek skłamał pod przysięgą i budował dla siebie fałszywe alibi, z łatwością dotarł do większości odbiorców.

Giertych i Lepper wpadli w taką panikę, że im w głowach już pomieszało i w różnych formach "idą w zaparte", by odejść z politycznej sceny raczej w boju, niż na katafalku, który sobie zbudowali własną pychą i tak strasznie kosztownymi dla Polski błędami. Szkoda, że LPR nawet hymnu polskiego nie szanuje i nadużywa go dla wsparcia człowieka, dopiero co przyłapanego na przestępstwie.

Jeśli dysponuje się monopolem medialnym, kłamstwa wystarczy przekazywać, nie trzeba ich bronić. W tej sytuacji jednak monopolu nie ma i można było oczekiwać ciekawej ekwilibrystyki intelektualnej ze strony przeciwników PIS - ktoś, kto chce bronić kłamstwa, musi zwykle wykazywać znacznie większą finezję od tego, który stoi po stronie prostej prawdy. Niczego takiego nie daje się jednak zauważyć ze strony stałych, zużytych już polemistów PO i SLD, którzy walą jak obuchem, bez oglądania się na to, czy ktokolwiek kupi ich hasła. Znakomitą demonstracją takiej konfrontacji kłamstwa i prawdy było starcie senatora Kutza z prof. Zybertowiczem. Sądzę, że każdy bezstronny obserwator zwrócił uwagę na totalną kompromitację Kutza i wyróżniające się poziomem merytorycznym riposty Zybertowicza.

Muszę tutaj samokrytycznie wtrącić, że przykro mi za zbyt beztroskie uogólnienia, które zdarzają mi się, gdy potępiam i wrzucam do kosza wszystkich socjologów. Prof. Zybertowicz jest autorem bardzo ciekawych analiz, a jest socjologiem. Mógłby wprawdzie służyć jako wyjątek potwierdzający regułę o kiepskim poziomie polskich socjologów, gdyby nie to, że zauważyłem już na horyzoncie także inne ciekawe postaci z tej dziedziny nauki.

W sytuacji tak prostej konfrontacji, z jaką mamy do czynienia po rewelacjach prokuratury, pole do obserwacji zachowań polityków jest szczególnie szeroko otwarte. Niczego nowego się nie dowiemy o politykach już wcześniej rozpoznanych, ale parę  masek już spadło w innych przypadkach. Nie powiem dzisiaj o nich, by nie płoszyć okazji do lepszego rozpoznania.

Jedna tylko sprawa nasuwa mi się jako groźba przygotowywanej prowokacji. Chodzi o coraz bardziej narastający chór głosów kierujących uwagę na konieczność wyjaśnienia "udziału" Prezydenta w aferze Kaczmarka. Ta sprawa wysunęła się już na front chaosu informacyjnego tworzonego w mediach, ale stała się groźna, gdy Kaczmarek powiedział o "układzie L.Kaczyńskiego" i o swojej lojalności dla Prezydenta, która się już teraz wyczerpała. Bo to zabrzmiało jak groźba oparta na czymś, co mogło być od dawna przygotowane. Z przebiegu wypadków dość jasno widać, że J.Kaczmarek był wyszkolonym i z premedytacją ulokowanym agentem.

 

29 sierpnia 2007    -  94

Dobrze idzie!

Dzieją się dramatyczne wydarzenia. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że to wciąż dopiero początkowa faza i czekają nas dalsze dramaty, chwile niepewności, momenty irytacji i błyski nadziei. Według mnie, wszystko idzie w dobrą stronę, bo rysują się realistyczne możliwości, by Polska mocno stanęła na własnych nogach.  Dzisiejsze doświadczenia trzeba przyjmować jako elementy ciekawej i wcale nie trywialnej historii, której jesteśmy świadkami i uczestnikami. Ta wojna sprawia wrażenie jakby skondensowanej powtórki tego, co działo się przez ponad 200 lat.  W tej wojnie chodzi o wszystko: Czy Polska będzie? Czyja Polska będzie i jaka Ona będzie? Mamy tych samych odwiecznych wrogów zewnętrznych, raczej obojętny świat i wewnątrz, aktywnych jurgieltników, organizujących wokół siebie głupców pochłoniętych własnym egoizmem. Nie używa się w tej wojnie dawnego oręża - są media i jest dominujące, bezczelne kłamstwo, pogarda dla elementarnych zasad przyzwoitości, honor zamieniony na słowny bełkot - celem taktyki jest skuteczność w zdobywaniu synekur, krojenie postawu sukna, łupem jest kasa. Ale i tak, w końcu Polskę wygrają ci, którzy przywracają pierwotne znaczenie słowom: prawda, uczciwość, honor, patriotyzm, którzy wiedzą, czym jest pokora wobec Boga i służba ludziom.

Człowiek oddycha lepiej, gdy spotyka wokół siebie innych, którzy widzą podobnie sprawy i potwierdzają realizm optymizmu. W gruncie rzeczy tylko optymizm jest konstruktywny, bo pogrążanie się w pesymizmie istotnie redukuje chęć do jakiegokolwiek działania. Nieoczekiwanie potężną szczyptę optymizmu znalazłem w sobotnio-niedzielnym wydaniu Rzeczpospolitej. Jarosław Marek Rymkiewicz w bezpośrednich i prostych słowach, wzbogaconych literackim ujęciem własnych przemyśleń, wyraził to, co sam czuję już od dłuższego czasu.

Każdy może przeczytać i powinien nawet to zrobić, naprawdę warto. JMR (Rymkiewicz oczywiście, przecież nie Rokita) już dzisiejszą Polskę uznał za kraj szczęśliwy, zasobny i spokojny, bo zmierza ku dobremu. Przyrównał Polskę do żubra, który był uśpiony, ale "Kaczyński ugryzł go w dupę" - "Polska wstała na nogi i poszła naprzód". Poeta i eseista mówi wprost: "wszystko co robi Kaczyński jest dobre", nawet gdy popełnia błędy, z tego też wynika dobro, ludzie to widzą i dlatego "Kaczyński wygra wybory".

Widzę dzisiaj sprawę Polski tak samo, niezdarnie próbuję to od czasu do czasu wypowiadać, a nawet próbuję uzasadniać, dlaczego Kaczyński robi dobrze także wtedy, gdy popełnia błędy. Po stokroć się już przekonałem, że ta droga, którą wybrał, choć często budziła wiele prostych zastrzeżeń i wątpliwości, była najlepsza, bo dała skuteczność.

Wrócę do dawnych dziejów z 2005 roku, gdy wraz z innymi uznałem, że trzeba budować coś nowego, bo PIS chce współdziałać z PO, a ta deklaracja wyklucza możliwość poważnego potraktowania ich programu naprawy Polski. A jednak tak trzeba było, mimo świadomości, kim są ludzie Platformy. Gdyby poszli na otwartą wojnę z PO, nie uzyskaliby takiego wyniku wyborczego, bo jego osiągnięcie było możliwe tylko przy powściągliwej neutralności decydentów mediów. Patrzę dzisiaj na sytuację, w której PIS ma prawie pełnię władzy, a mimo to jest pod ciągłym ostrzałem i ledwo dyszy w powszechnie jadowitej atmosferze praktycznie wszystkich mediów.  Wbrew naiwnym wyobrażeniom, wcale nie jest możliwe proste przejęcie telewizji publicznej - tu nie wystarczy jeden dobry prezes, odzyskiwanie TVP raczej będzie procesem. Urbański jest fatalny, ale on wciąż jeszcze musi udawać naszego i hamować swoje rzeczywiste sympatie, w międzyczasie młodzi ludzie się uczą i rozpoznają, a świadomość telewidzów i słuchaczy poprawia się jeszcze szybciej.

W ten sam weekend mieliśmy konwencję PIS, która była znakomitą, choć jeszcze mądrze hamowaną demonstracją tego, z czym będziemy mieli do czynienia w kampanii wyborczej. Od dawna nie traktuję poważnie żadnych analiz prof. J.Staniszkis (czy można poważnie traktować socjologów?), ale musiała na niej zrobić wrażenie ta konwencja i jej porównanie do smutnych obrazków z mityngu PO, bo zaryzykowała śmiałą tezę, że PIS wygra wybory - w przyszłości może się jej przydać przypominanie trafności własnych prognoz.

Jak zwykle mamy też do czynienia z cyklicznie powracającą falą ataków na Radio Maryja. Kiedyś ktoś powiedział, że "trzeba stale bić w ten mur, aż się skruszy". Tutaj też widzę powody do optymizmu, bo biją w mur głowami i coraz gorzej, rozpaczliwiej planują ataki. Ujawniają się też wcześniej skrywane prawdy, gdy panika osłabia ostrożność. Czy ktoś jeszcze potraktuje poważnie J.Pałasińskiego, który zwymiotował całą swoją nienawiść do Rodziny Radia Maryja tak obrzydliwie, że sama Magdalena Bajer przypomniała sobie, czym jest etyka dziennikarska. Czy ktoś jeszcze potraktuje z powagą kwalifikację Czaczkowskiej, czy Terlikowskiego, jako katolickich dziennikarzy, a Sakiewicza, jako "naszego" publicystę? E.Czaczkowska w jednej ze swoich dezinformacji, związanej wprost z atakiem na RM, wyjawiła bezwiednie cel tych ataków. Otóż, snując swoje wyobrażenia, jak to biskupi na Jasnej Górze podejmą decyzję, by zwrócić się do Watykanu o odwołanie O.T.Rydzyka, napisała: "Co z tej debaty wyniknie?  Chciałoby się powiedzieć, że nic, bo tak już bywało, a wtedy można oczekiwać, że w najbliższej kampanii wyborczej dowiemy się z RM, na kogo glosować, a na kogo nie." Chyba nikt jeszcze nie wyraził tak jawnie tego głównego bólu atakujących, którzy chcą uciszyć głos wyłamujący się z monopolu gwarantującego utrzymanie władzy.

Każda taka ujawniająca się prawda ma wymiernie pozytywne skutki. Dzisiaj bp.T.Pieronek już nie jest groźny, bo nikt nie traktuje poważnie jego komentarzy, jako głosu zatroskanego o Kościół i Polskę. Podobna jałowość udziału w debacie publicznej dotknęłą już abp. J.Życińskiego, a dzisiaj ta przypadłość ogarnia szybko abp. T.Gocłowskiego. Prawda wyzwala, a brak prawdy zniewala, ale zniewala szczególnie dotkliwie tych, którzy kłamią - czy A.Michnik może czuć się człowiekiem wolnym, gdy jego wolne słowo ulatuje w pustą przestrzeń, bez żadnego poważnego oddźwięku.

Wreszcie ta prawda, której oczekiwałem, bo przewidziałem w 2002 roku. Gdy już było dla mnie jasne, że R.Giertych i M.Kotlinowski oszukali nas i wielu innych, oszukali także wyborców LPR i nie ma żadnych możliwości, by skłonić ich do uczciwej naprawy łajdackiego postępowania, rozstając się z LPR powiedziałem w prywatnej rozmowie M.Kotlinowskiemu: "Oczywiście możecie tak dalej łgać i prowadzić tę grę. Powiem jednak Panu, że jesteście skończonymi głupcami, bo wy to przegracie i najbardziej przegracie własną przyszłość polityczną. Nie wiem, jak to się stanie i nie wiem kiedy, ale na pewno wasz upadek będzie bolesny. Wtedy nie liczcie na współczucie, bo dzisiaj robicie krzywdę Polsce." Dzisiaj już wiem, jak to się dzieje i jest to koniec żałosny.

 

Najważniejsze, że w Polsce idzie ku dobremu. 

 

18 sierpnia 2007    -  93

Frau Steinbach

W zapisku z 11 sierpnia 2006 (już dawno przesuniętym do archiwum) napisałem wszystko, co mam do powiedzenia w związku z działalnością Frau Steinbach i jest to, niestety, wciąż w pełni aktualne. Ale dzisiaj, przy okolicznościach wydarzeń i wypowiedzi na zjeździe ziomkostw w Berlinie, trzeba chyba spojrzeć trochę inaczej i docenić pewne pożytki, jakie płyną z jej działalności.

Otóż, działalność Eriki Steinbach:

-nieustannie nam przypomina o prawdziwości ostrzeżeń zawartych w przysłowiach typu "jak świat światem nigdy Niemiec nie będzie Polakowi bratem"

- uświadamia, że arogancja, buta, brak poczucia odpowiedzialności za wyrządzone zło i  bezwzględna realizacja swoich interesów kosztem innych, to cechy przeważającej części Niemców. Wskazuje na to zachowanie niemieckich polityków, praktycznie z wszystkich opcji politycznych - oni doskonale wiedzą, co się podoba ich wyborcom.

- prowokuje do realizmu w ocenie tego, co się cały czas dzieje. Z Polską toczona jest od wielu lat regularna wojna na wszystkich frontach - na froncie gospodarczym, finansowym, politycznym, prawnym i propagandowym - front czysto militarny nie został otwarty, ponieważ nie jest potrzebny i dzisiejsze uwarunkowania to wykluczają.

- uczy, że istotnie, tak jak wielu już od dawna ostrzegało, Unia Europejska jest narzędziem budowania kolejnej wersji Rzeszy. Obecność Hansa Gerta-Poetteringa i jego jednoznaczne wypowiedzi, ukazują, że jesteśmy już na tak zaawansowanym etapie, że można już dzisiaj tego nie ukrywać. Dlatego Niemcy tak chętnie używają argumentu, że "Unia Europejska przecież chroni nas przed wojną", który należy uzupełnić dopowiedzeniem: "….i pozwala nam osiągnąć te wszystkie cele bez uciekania się do wojny".

- przestrzega, że Niemcy nie zrezygnują z wtrącania się w wewnętrzne sprawy Polski i będą dalej wspierać tych polityków, którzy bardziej im służą, niż Polakom. Słowa o dzisiejszym Rządzie RP, ukazują jasno Platformę Obywatelską jako faworyta niemieckich zabiegów wspierających. Już dzisiaj było słychać odpowiedź - krytyka min. Fotygi, jako zakodowane słowa wdzięczności polityków PO.

 

Te pożyteczne rady, udzielone nam mimochodem, trzeba uwzględnić w działaniach. Najpierw w kampanii wyborczej świadomość Polaków musi być wzbogacona o proste prawdy płynące z wielu wypowiedzi E.Steinbach i jej otoczenia - to znacznie lepsze argumenty, niż prawda o dziadkach polityków. Później trzeba głęboko przemyśleć, w jaki sposób przez regulację spraw wewnętrznych w Polsce można uwzględnić, wynikającą z historii, specyfikę polsko-niemieckich stosunków. Uważam, że musi być ograniczenie sprzedaży ziemi, ograniczenie udziałów w systemie bankowym, w strategicznych gałęziach gospodarki i przede wszystkim w środkach masowego przekazu. Zawsze mieliśmy podstawy, by Niemcom nie ufać, dzisiaj mamy pewność, że takie zaufanie jest potężnym zagrożeniem.

 

14 sierpnia 2007    -  92

Czasem opadają ręce

Po krótkim epizodzie z rządem J.Olszewskiego mamy pierwszy polski rząd, który wie, co to jest interes narodowy i stara się, w niezwykle trudnych warunkach, budować fundament dla jego realizacji. Jarosław Kaczyński jest głównym i jedynym architektem sytuacji, w której taki rząd mógł powstać i wykazać skuteczność.

Fakt, że posłużył się Samoobroną i LPR, jako niezwykle kłopotliwymi i trudnymi koalicjantami w osiągnięciu dwuletniego trwania tego rządu, jeszcze powiększa te zasługi, a w bardzo małym stopniu przenosi je na A.Leppera i R.Giertycha. W gruncie rzeczy J.Kaczyński płacił wielką cenę za tę współpracę. Za głosy potrzebne dla przeprowadzenia ważnych i oczywistych spraw, musiał patrzeć przez palce na kompromitującą rząd obsadę różnych stanowisk ludźmi niekompetentnymi i pazernymi, czasem nawet kompletnie nieopierzonymi, za to aroganckimi młokosami. Musiał też tolerować kryzysy wywoływane ciągłymi wybrykami nieodpowiedzialnych koalicjantów, którzy czasem zdawali się wręcz sabotować działania rządu.

Jednocześnie przez cały ten czas trwała atmosfera niepewności, z czym koalicjanci wyskoczą jutro, bo cena wciąż była podbijana, a szantaż ciągłej gotowości do zmiany partnera umowy, aż nadto widoczny. Dzisiaj, po zerwaniu koalicji, liderzy Samoobrony i LPR już całkiem otwarcie deklarują tę gotowość, nawet z programowymi przeciwnikami, bo cele programowe nie mają żadnego znaczenia, są jedynie użytecznymi hasłami.

Towarzyszył temu wszystkiemu bezprecedensowo intensywny i ciągły atak medialny. Hordy pismaków i telewizyjnych manipulatorów, którzy obsiedli wszystkie możliwe media, w zbiorowym amoku potrafili wszystko postawić na głowie. Przestępca, którego łajdactw już nie mogli znieść lekarze z jego otoczenia, uznany za ofiarę niesłusznych oskarżeń. Samobójczyni, która desperackim aktem potwierdziła ciężar zarzutów, uznana za ofiarę nagonki, bo nie zdołano zapobiec jej ucieczce przed odpowiedzialnością. Polityk, wobec którego przeprowadzono całkowicie nieskuteczną prowokację, oskarżony o korupcję polityczną, a nędznej reputacji posłanka, która z pomocą dziennikarzy próbuje korumpować uznana za bohaterkę, "dziennikarze" otrzymują nagrody. Notoryczny kombinator, blagier i spryciarz, będąc w ciężkiej opresji atakuje kłamstwem ministra, który w szczególny sposób trzyma się prawdy, bo jest pod ciągłym nadzorem przeciwników, z drugiej strony znający blagiera od najgorszej strony, potępiający go i gardzący nim dziennikarze rozważają, czy czasem nie mówi prawdy. A równolegle ciągła deprecjacja osiągnięć - no tak, budżet dobry, bezrobocie spada, gospodarka się rozwija, ale to dzięki temu, że rząd się nie wtrąca. Tak jakby same efekty walki z korupcją nie zatkały kilku dziur budżetowych i nie stworzyły atmosfery, w której Polacy i obcokrajowcy znów uwierzyli, że warto inwestować. Tak zmasowanego i długotrwałego ataku jeszcze nie było.

Dziwiłem się, że Premier to wszystko wytrzymywał, że cierpliwie znosił ciągły sabotaż przeciwników politycznych i ustawiczne sypanie piasku w tryby przez koalicjantów. Nie zdziwiłem się, że kiedy ślady afery poszły głęboko w stronę Samoobrony, powiedział "Dość! Basta! Dalej nie można!" i podjął zdecydowane posunięcia, by sprawdzić, czy koalicjantów można ucywilizować. Okazało się, że nie da się tego zrobić.

Mam nadzieję, że do nowych wyborów dojdzie. Szczerze mówiąc czekałem na nie od jakiegoś czasu, bo jest szansa, że będą to wybory wyjątkowe i zaskakujące. Po roku 1989 będą to chyba pierwsze wybory merytoryczne, w których wyborcy będą wiedzieli na co głosują. Wszystkie wątpliwości i niewyjaśnione sprawy, jakie dzisiaj mam w stosunku do J.Kaczyńskiego i PIS, stają się chwilowo drugorzędne. Z całym ryzykiem jakie niesie to zaufanie, mimo wielu zawodów w przeszłości, widzę wyjątkową możliwość na dokonanie przełomu w sytuacji Polski. Mam nadzieję, że jest wystarczająco wielu Polaków, którzy widzieli, słyszeli i rozważali to wszystko, co działo się od czasu wyborów 2005 - tu już było wiele czynów potwierdzających słowa jednych, a równie wiele wydarzeń zadających kłam słowom innych. Jedno czego się boję, to niedojrzałości, lub zagubienia się niektórych patriotycznych środowisk, które przyblokują to, co jest niezbędne dla zwycięstwa - chodzi o atmosferę wielkiego zrywu na miarę tego z wyborów w 1989 roku. 

 

A zagubienie już zauważam, i to niestety na łamach Naszego Dziennika.

Najpierw kłopotliwa demonstracja niekompetencji w wydaniu z 13 sierpnia w artykule Magdaleny M. Stawarskiej p.t. "Przedterminowe wybory to polityczny straszak?" Autorka, propagując tezę, że te wybory to właściwie blef, zapoznaje czytelnika z arytmetyką wyborczą, w której przypisuje omyłkowo PIS i PO sumę 181 głosów, o 100 mniejszą, niż rzeczywista. Przecież nie czepiałbym się o drobne przeoczenie, błąd drukarski, gdyby autorka nie potraktowała poważnie swojej liczby, wywodząc, że nawet z poparciem 80 głosów SLD+PSL do 307 potrzebnych głosów brakuje jeszcze 46, których Samoobrona i LPR nie dadzą. Wychodzi na to, że autorki nawet nie zaskakuje dziwaczny fakt, że praktycznie prawie wszyscy musieliby głosować za rozwiązaniem Sejmu, by to się dokonało. Jeżeli ten rodzaj bezmyślności dotknie bardziej złożonych problemów, które w podobnie błędnej formie dotrą do czytelnika, to o zagubienie nietrudno.

W sobotnio-niedzielnym wydaniu 14/15 sierpnia Nasz Dziennik zamieszcza na str. 16 i 17 analizy i komentarze "W perspektywie wyborów" -prof. Artura Śliwińskiego, Klaudiusza Pobudzina, Jana Łopuszańskiego i Agaty Gardas. Nie podejmę szczegółowej polemiki, choć wszystkie z nich czytałem z irytacją, którą wzmocniły jeszcze długie wypowiedzi dr Mieczysława Ryby w dwóch kolejnych dniach w aktualnościach RM. Dr Ryba nie mówił o konkretnych sprawach, ale grzmiał o tym, o czym zapewne nikt nie wie - jaka powinna być polityka, a dobro Polski trzeba stawiać ponad dobro partii. Sens był taki, jak we wspomnianych komentarzach, w których wspólną tezą było stwierdzenie, że PIS z premedytacją, w interesie swojej partii skasował całkiem nieźle działającą koalicję. W interesie Polski było dalsze działanie koalicji, bez względu na trudności, ponadto także dalsze funkcjonowanie małych partii jest dla Polski korzystne, a próba konsolidacji życia politycznego wokół dwóch dużych partii jest dramatycznym błędem.

Zarysowano zdradziecki plan PIS, które w porozumieniu z PO chce wyborów, by wyeliminować mniejsze partie i zmonopolizować życie polityczne kraju. Agata Gardas przyjęła to nawet tak dosłownie, że uznała zapowiedź plebiscytu - "Jakiej chcemy Polski?" za hasło programu realizowanego w przyszłej koalicji PIS-PO. Ona nawet się nie zastanawia nad tym, że być może większość Polaków zechce tej dobrej alternatywy w plebiscycie, w którym PO właśnie reprezentuje alternatywę przeciwną.

Nie rozumiem, jak czworo autorów wyobrażało sobie dalsze trwanie koalicji, jaki pożytek widzą w dalszym uczestnictwie Samoobrony i LPR w polskiej polityce, jak wyobrażają sobie możliwość gruntownej zmiany Polski bez maksymalnej konsolidacji wokół jednego centrum. Dlaczego J.Łopuszański dwu-partyjny system uznaje za partio-krację, a nie nazywa tak 25 małych, kłócących się partii, które prawie niczego nie potrafią uzgodnić, za wyjątkiem miejsc na listach, gdy sytuacja wyborcza ich do tego zmusza.

Przez wiele lat próbowałem jednoczyć małe partie i środowiska wokół wspólnego patriotycznego programu - zawsze wszystko rozbijało się o ambicje poszczególnych liderów, którym się wydawało, że to właśnie oni powinni prowadzić, a im mniejsze kompetencje, tym większe ambicje. Programy to zawsze były tylko słowa, lojalności nie było żadnej, a wygrywali zawsze ci najgorsi, najbardziej przebiegli i nieuczciwi.

Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się to, czego inni nie zdołali dokonać - zasłużył na to, by go najmocniej wesprzeć, bo tej jednoznaczności właśnie potrzebuje dzisiaj Polska.

 

11 sierpnia 2007    -  91

W Polsce pomylić się w ocenie polityka - to nie wstyd

Od początku przemian w Polsce doznajemy bolesnych zawodów i rozczarowań. Najczęściej dotyczą one polityków, których obdarzaliśmy zaufaniem, aż do chwili, gdy stało się coś, co zburzyło nasze wyobrażenia. Po dłuższym czasie, wobec poznania nowych negatywnych faktów, zastanawiamy się, jak w ogóle mogliśmy kiedyś obracać się w sferze takich złudzeń. Stajemy się coraz bardziej ostrożni, a czasem trochę wstydzimy się własnej naiwności.

Sądzę, że ten wstyd jest całkowicie niepotrzebny. Z jednej strony polityka jest tą szczególną dziedziną, która przyciąga negatywne osobowości o często wybitnych zdolnościach do mimikry, z drugiej strony jest taką dziedziną, w której ludzie będący obiektem polityki muszą posiadać umiejętność wykrzesania z siebie zaufania, nawet za cenę sporego ryzyka. W przeciwnym razie żylibyśmy w świecie, którego nie można pozytywnie zmieniać, w którym nie istnieje coś takiego jak zaufanie, który zmienia się w dżunglę wyłącznie interesownych powiązań i walki o byt sterowanej zwierzęcymi instynktami.

Te same prawidłowości rządzą w stosunkach między politykami, tyle że wszystko zdaje się być zwielokrotnione - także tam niezbędne jest zaufanie, ale ostrożność powinna być większa, bo i ryzyko jest większe. Najdziwniejsze jest to, że tak trudno jest przekazać innym swoje własne doświadczenia, intuicje, konkluzje - te pozytywne i te negatywne. Często wydaje się, że każdy musi osobiście przejść własnymi, czasem bolesnymi drogami, by wysnuć własne wnioski. No i bywa tak, że sceptycyzm jest dobrym wyborem.

W obfitej sekwencji dramatycznych wydarzeń politycznych ostatnich tygodni, sensacyjna dymisja min. Janusza Karczmarka była dla mnie prawdziwym szokiem. Przez długi czas uznawałem tandem Karczmarek-Ziobro za wzorcowy przykład efektywnej i przyjaznej współpracy dwóch polityków, którzy znakomicie zmieniają jeden z najważniejszych fragmentów polskiej rzeczywistości. Na podstawie krytycznego oglądu tego czasu w mediach, gdy J.Kaczmarek pełnił funkcję prokuratora krajowego, byłem zachwycony kompetencjami, ale jeszcze bardziej harmonijnym uzupełnianiem się funkcji obu polityków. Pierwszym dziwnym sygnałem, lekko naruszającym ten sielankowy obraz, było wejście J.Kaczmarka do szpitala MSWiA, gdzie w nieoczekiwany sposób sprzymierzył się z lekarzami. Tę zaskakującą nielojalność wobec ministra próbowałem sobie wytłumaczyć chęcią obniżenia temperatury konfliktu i dopuszczałem, że mogło to się odbyć w porozumieniu z ministrem. Dzisiaj wiadomo już, że był to przejaw dramatycznego konfliktu, który eksplodował z tak nieoczekiwaną intensywnością, że my sami też będziemy zmuszeni do dokonania wyboru strony, której przyznajemy rację.

Już pierwsze reakcje J.Kaczmarka na dymisję ułatwiły mi jednoznaczne dokonanie wyboru. Gdyby był człowiekiem, za jakiego go uznawałem, powiedziałby: "Nie byłem źródłem przecieku, wierzę, że wszystko się wyjaśni. Zgodnie z normami postępowania, podaję się do dymisji, odchodzę z urzędu i udaję się na dłuższy urlop. Odmawiam wszelkich kontaktów z mediami, by nie komplikować wyjaśniania sprawy. Jestem niewinny i czekam na prawdę. W stosownym czasie, jeżeli prawdy nie będzie, przerwę milczenie." Ale ten gwałtowny atak, który przybrał wręcz karykaturalną formę, całkowicie zdegradował moją ocenę zdymisjonowanego ministra. Tym bardziej wzmocnił zaufanie do min. Z.Ziobro, bo trochę jakby pozwolił zrozumieć, że pewne ślimaczenie się niektórych spraw mogło być spowodowane trudnymi do zidentyfikowania działaniami hamującymi.

I jak to zwykle bywa, ruszyła lawina dodatkowych argumentów pozwalających stwierdzić, że J.Kaczmarek nas oszukał i w istocie rzeczy był naprawdę obcym elementem w rządzie PIS, wykonującym specjalne zadania. Jednym z najmocniejszych argumentów są ujawnione fakty z jego życiorysu (wikipedia) - od 1980 członek ZSMP, 1987/89 członek PZPR, lektor Komitetu Miejskiego PZPR w Gdyni, uczestnik szkolenia oficerów politycznych w Łodzi….?  Okazuje się, że te fakty nie były znane w PIS, żaden "dziennikarz śledczy" nie był dostatecznie dociekliwy, by to znaleźć.  Dodatkową ciekawostką jest to, że był człowiekiem rekomendowanym z otoczenia Prezydenta L.Kaczyńskiego. Czyżby oprócz wszystkich trudności, które stają na drodze Premierowi, dochodziła jeszcze konieczność osłabienia zaufania do Prezydenta ?

Tak jak nigdy nie wstydziłem się tego, że z całych sił popierałem L.Wałęsę, mimo że dzisiaj wiem jak bardzo na to nie zasługiwał, tak nie wstydzę się tego, że jeszcze parę dni temu szanowałem J.Kaczmarka. Dzisiaj już wiem, że się myliłem.

Zbliżamy się zatem do wyborów, które będą bodaj jednym z najważniejszych rozstrzygnięć w naszej najnowszej historii. Nawiązując do tego, co napisałem w części wstępnej nie będę argumentował, którzy z polityków są warci zaufania, a których należy odrzucić. Ze swej strony zrobię wszystko, by Jarosław Kaczyński kontynuował to wszystko, co zaczął. Wiem, że to będzie możliwe jedynie wtedy, gdy PIS wygra ponad 50% miejsc w Sejmie. Wiem także, że jest to osiągalne, bo rzeczywiście te wybory będą plebiscytem - jakiej Polski chcemy? Uważam, że te wybory będą wyjątkowo komfortowe pod względem decyzji i dlatego łatwo będzie o frekwencję, a to budzi wielką nadzieję.

 

5 sierpnia 2007   - 90

Irytacja w zgiełku

Myślałem, że uda się uniknąć skupiania uwagi na tych przetasowaniach koalicyjnych, które nazwałem w poprzednim zapisku zgiełkiem. I pewnie bym tak postąpił, gdyby nie obszerna wypowiedź prof. Anny Raźny w sobotnich aktualnościach Radia Maryja, która mnie najpierw zasmuciła, a potem zirytowała.

Niby wszystko już zostało przez publicystów, socjologów i politologów dogłębnie, z prawdziwą skrupulatnością sezonu ogórkowego skomentowane, cała polityczna gra wyjaśniona i ustalono cały wachlarz możliwości, co do politycznego spektaklu, który ma być następstwem tych zawirowań. Ale nikt z komentatorów nie dopuścił tej jednej możliwości, że J.Kaczyński od początku postanowił być bezwzględnie konsekwentny w eliminowaniu korupcji i z autentycznie ważnych powodów nie zawahał się, by zaryzykować utracenie władzy i realizację swojej wizji przemiany Polski. Nie rozumiem, dlaczego miałaby być mniej prawdopodobna wersja, w której CBA odkryło poważne wątki afery gruntowej sięgające wprost do Leppera, od wersji, w której to wszystko było zaplanowanym polowaniem na vice-premiera. Fakt, że A.Lepper uzyskał dostatecznie wcześnie informacje i wywinął się z afery, może pokazywać, jak trudną sprawą jest czyszczenie tej stajni Augiasza.

Prof. Anna Raźny nie ma żadnych wątpliwości - J.Kaczyński prowadzi nieczystą grę polityczną, chce oddać władzę PO i SLD, bo ma plany związane z reelekcją jego brata, a w ogóle to chce tępić narodowców, bo to wynika z jego KOR-owskiej przeszłości.  ….Boże drogi! Słyszałem wiele wspaniałych wypowiedzi Hanki Raźny i miło wspominam czas, gdy jeszcze uważała się za członka Klubu "Myśl dla Polski", ale tę wypowiedź muszę uznać za wielce niefortunną.

Od bardzo dawna, we wszystkich komentarzach dotyczących Jarosława Kaczyńskiego wypowiadam się o nim bardzo pozytywnie, a czasem nawet próbuję interpretować pozytywnie jego zachowania, mimo pewnych trudności. Nie znaczy to wcale, że jestem zaślepionym zwolennikiem tego polityka i nie zauważam wad i błędów w jego postępowaniu. Rzecz w tym, że próbuję dokonać syntezy na tyle pełnej, na ile to jest możliwe, staram się także puścić wodze wyobraźni i zastanowić się, jakbym sam postąpił w danej sprawie. Jak dotąd zawsze stwierdzam, że jego wybory są bliskie optymalnym w danej sytuacji, a często zauważam, że ma on wyczucie polityczne tak dalekosiężne, że z pokorą czekam także na wyjaśnienie tego postępowania, które doraźnie może mi się nawet bardzo nie podobać.

Także dzisiaj mam sporo wątpliwości, ale udaje mi się je wyjaśniać roboczo pewnymi hipotezami, które mogą, choć nie muszą się sprawdzić. Wymienię je w dość przypadkowej kolejności, wraz z tymi hipotezami:

1. Zachowanie w trakcie wielkiej mistyfikacji w sprawie abp. S.Wielgusa - Premier nie wypowiadał się w tej sprawie, ale zadeklarował publicznie swoją nieobecność na ingresie, a więc poparł oskarżenia (tak samo postąpił marszałek M..Jurek). Myślę, że nie przyjrzał się dobrze tej sprawie i przyjął wersję swojego brata Prezydenta za prawdziwą.

2. Brak zdecydowanych działań w sprawie telewizji publicznej. To może mieć najgorsze konsekwencje, ale tutaj są potrzebne rewolucyjne rozwiązania, do których potrzebni są sojusznicy. Nawet we własnych szeregach nie widać tych sojuszników, bo najbardziej aktywni posłowie PIS zdają się kompletnie nie rozumieć tych spraw. Świadczy o tym ich beztroska współpraca z mediami komercyjnymi. Zwracałem już uwagę, że pod tym względem Premier zachowuje się wzorcowo i w rzadkich jego wystąpieniach zawsze widać niepospolity respekt "dziennikarzy" wobec jego osoby; respekt, który jest w rażącym kontraście do sytuacji innych polityków dosłownie pomiatanych przez telewizyjnych osiłków propagandy. Ten respekt jest ściśle związany z szacunkiem, jaki Premier sam sobie okazuje w postępowaniu z mediami.

3. Brak zdecydowanych działań w przegrupowaniu MSZ i uwolnieniu go od starych PRL-owskich kadr , zwłaszcza w placówkach dyplomatycznych. To jest jeszcze trudniejsza sprawa, bo lista kadrowa jest rzeczywiście krótka i akcja wymaga niezwykle solidnego przygotowania. Coś się jednak ostatnio rusza w tej sprawie, a panika jaka eksplodowała po tym nieznacznym ruchu, wskazuje na to, jakiego oporu można się spodziewać.

4. I to ostatnie, najbardziej aktualne - współpraca z tygodnikiem Wprost i publiczne wyznanie: "bardzo szanuję red. S.Janeckiego". Tutaj nie ma miejsca na naiwność i ja tego "szacunku" dla łajdaka nie rozumiem. A jednak, gdy zastanowić się, jakie czasy nadchodzą, trzeba mieć przynajmniej jedno przyjazne medium tego typu. Gazeta Polska jest skończona, Nasza Polska ma skrajnie niski nakład, a Nasz Dziennik przejawia dość kapryśną linię polityczną, z zatrważającymi reminiscencjami sympatii dla LPR.

Wypisałem to wszystko, by podkreślić, że mimo zastrzeżeń,  w przeciwieństwie do prof. Anny Raźny uważam Premiera J.Kaczyńskiegi i PIS za jedyną siłę polityczną wartą poparcia. Już mamy dostatecznie wiele dowodów na to, że naprawdę chcą zmieniać Polskę we właściwym kierunku i potrafią to robić. Dzisiaj rzeczywiście cierpliwość dla koalicjantów mogła się wyczerpać. Wprawdzie głosują tak jak trzeba, ale regularnie, co jakiś czas, trzeba ich obłaskawiać nowymi ustępstwami, a w międzyczasie tracić czas na jałowe utarczki i rozwiązywać problemy, które stwarzają. Dzisiaj nawet wymagają, by dla nich przymknąć oko na bardzo nieczyste sprawy. W tej sytuacji warto chyba postawić sprawy na ostrzu noża - albo kompletna zmiana postępowania, albo wybory. A PISowi należy się wynik wyborczy dający możliwość samodzielnego rządzenia (uważam, że jest to całkiem realne).

Trudno pojąć, skąd u prof. Raźny bierze się tak wielka empatia do LPR - w czasach, gdy tworzyliśmy w KMdP całą prawie ideologię nowego prawicowego ugrupowania LPR, nie przejawiała zbyt wielkiego entuzjazmu. Dopiero wtedy, gdy R.Giertych zawłaszczył LPR i każdym swoim zachowaniem zaczął kompromitować tę wizję, która legła u podstaw pierwszego sukcesu wyborczego, dopiero wtedy zaczęło się jej podobać. Wiem, że prof. A.Raźny głęboko czuje sprawy polskie i jej intencje są całkowicie pozytywne, dlatego nie rozumiem tej słabości do LPR Giertycha, Wierzejskiego, Orzechowskiego i tych młodych zmanierowanych ludzi, którzy nie mają żadnych oporów, by sięgać po stanowiska bez żadnego doświadczenia, bez kompetencji, bez odpowiedzialności. Dlaczego nie przeszkadzają jej te wszystkie kłamstwa, wygłupy, kompromitacje. Czasem się zastanawiam, co jeszcze musiałoby się stać, by dostrzec tę prawdę, którą  dostrzegły już masy wcześniejszych wyborców.

A tym bardziej się dziwię, że A.Raźny powiedziała to wszystko w Radiu Maryja, które w jednym z najtrudniejszych momentów R.Giertych chciał dobić, a w innym z najtrudniejszych momentów J.Kaczyński podał mocną dłoń i nic nie wskazuje na to, żeby te gesty nie odzwierciedlały prawdy o stosunku obu polityków do jedynego wolnego polskiego i katolickiego głosu w eterze.

 

29 lipca 2007    -  89

Zgiełk i milczenie

Na scenie politycznej widać i słychać zgiełk związany z przetasowaniami koalicyjnymi - wszystkie media dbają o to, by żaden szczegół gry politycznej nie umknął uwadze elektoratu, który być może za chwilę zostanie wezwany do urn wyborczych. Obaj Przewodniczący - Lepper i Giertych, są w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Od bardzo dawna nie wiedzą, jak przedstawić się wyborcom, by wykazać, że w zasadzie chcą tego samego co PIS, ale chcą tego lepiej, mocniej i atrakcyjniej dla ludzi. Wyskakują więc, co chwila z zaznaczaniem swej odrębności, nie bacząc na to, że taki zamiar jest bardziej przejrzysty w każdej ich inicjatywie, niż sprawa, o którą walczą. Często mogliby to samo spokojnie realizować w ramach jednej wspólnej z PIS-em partii, choć musieliby przyjąć oczywistą prawdę, że na przywódców Narodu nikt ich nie wybierze. Zwykle kończy się na awanturach, które pochłaniają wiele energii i przez to obaj są obok opozycji dodatkowym hamulcem naprawy Rzeczypospolitej.

Dzisiaj w znacznie gorszej sytuacji jest A.Lepper, bo mimo wszystko utrwala się wrażenie, że w swoim cwaniactwie posunął się poza bezpieczne granice. R.Giertych zaś działa tak, jakby liczył na amnezję wyborców - owszem, warto być przeciw Euro-konstytucji, ale by uwiarygodnić ten swój pogląd powinien napisać artykuł do Gazety Wyborczej - "Jestem najpierw Polakiem, a dopiero potem Europejczykiem", owszem może się przymilać do Rodziny Radia Maryja, ale nawet nie potrafię mu podpowiedzieć, jak zatrzeć w pamięci ludzi ten epizod, gdy wprost deklarował zniszczenie Radia Maryja, i to w bardzo dramatycznych dla RM okolicznościach.

Premier realizuje swój dawny plan związany z porządkowaniem sceny politycznej i chyba mu się to powiedzie, nawet gdyby miało się to stać w wyniku wyborów. Spokojnie się temu przyglądam i zupełnie bez niepokojów. Czasy są tak nieprzewidywalne, że może nastąpić wyjątkowa mobilizacja ludzi i PIS wygra  wybory tak zdecydowanie, że będzie rządził samodzielnie.

 

W cieniu tego zgiełku Pan Sebastian Karczewski pisze w Naszym Dzienniku kolejne artykuły z cyklu: "Wielka mistyfikacja - sprawa księdza arcybiskupa Stanisława Wielgusa". Już po pierwszym artykule gratulowałem autorowi, że podjął temat, a im więcej o tym wszystkim myślę, tym bardziej przekonuję się, że jest to najważniejsza sprawa w naszym pokoleniu - tu ogniskują się wszystkie główne problemy dzisiejszego świata ( rozwinięcie tego wymagałoby dłuższego osobnego tekstu - może znajdę siły, by kiedyś spróbować uzasadnić to twierdzenie). Nie składam tych artykułów, bo domyślam się, że zostaną one spięte w książkę i szybko wydane. Obszerne fragmenty poświęcone są przypomnieniu dni grozy, w których arcybiskup przeżywał dni szczególnie nowoczesnej wersji męczeństwa - jestem zachwycony tym, że autor przytacza także słowa wypowiadane przez oprawców, które pochodzą z bardziej ulotnych źródeł, jakimi są przekazy telewizyjne i radiowe. Są też pierwsze nie trywialne analizy dokumentów, które sam dość szczegółowo wtedy przeglądałem w internecie, ale do moich ówczesnych wątpliwości i wniosków o ewidentnych fałszerstwach, doszły teraz argumenty podparte wiedzą o zasadach i technice dokumentacji SB-ckiej. Najnowszy artykuł zapowiadający dowody na to, że oświadczenie arcybiskupa, które służyło jako argument, że sam przyznał się do współpracy, nie było napisane przez niego, jest prawdziwie rewelacyjną informacją.

W moim otoczeniu znalazło się już kilka osób, które początkowo wierzyły w winę arcybiskupa, ale od jakiegoś czasu całkowicie zmieniły zdanie. Przykrość sprawia mi mój serdeczny przyjaciel, który zdania nie zmienia, unika dyskusji i opiera się na argumencie: "Sam słyszałem co arcybiskup powiedział i nie trzeba mi niczego więcej". Myślę, że udokumentowana informacja o "tajemnicy" oświadczenia arcybiskupa naruszy jego spokój. Zadziwia mnie, mimo wszystko, postawa ludzi, którzy, jak struś chowają głowę w piasek, by nie dowiedzieć się pełnej prawdy. Kiedyś, gdzieś napisałem, że dotarcie do prawdy może być bolesne - jeśli okaże się, że arcybiskup był winny, jego obrońcy znajdą się w gronie naiwnych - jeśli był niewinny, ludzie, którzy poddali się manipulacji znajdą się w gronie łajdaków. To może zachęcać do chowania głowy w piasek.

Temu sprzyja kompletne milczenie mediów w tej sprawie. Jest ono charakterystyczne dla spraw przegranych, które lepiej przemilczeć, gdy nie ma odpowiednich argumentów. Mamy w tym przypadku szkolną lekcję postępowania mediów, które manipulują - dopadli nas, nie mamy argumentów, więc milczmy.

Jedynie Tomasz Sakiewicz wydaje jęki, ale jak zaznaczyłem kiedyś, gdy komentowałem jego śmieszny list do Benedykta XVI, wpadł w szał …. I w tym szale trwa. Zatem na koniec mała dygresja.

Podczas spotkania w Sejmie RP, upamiętniającego rocznicę obalenia rządu Premiera J.Olszewskiego (zapisek z 5 czerwca b.r.), zamieniłem kilka słów z T.Sakiewiczem. Przypomniałem mu o początkach Gazety Polskiej, gdy byłem głównym udziałowcem, a on początkującym dziennikarzem. Przypomniałem, że uczestniczył pośrednio w oszustwie P.Wierzbickiego, który w bezczelny sposób próbował pozbawić właścicielstwa mnie i kilku udziałowców, a mimo, że przegrał sprawę w sądzie, zagarnął połowę naszego majątku. T.S. rozpoznał mnie, ale bardziej jako obrońcę abp. S.Wielgusa i po krótkiej wymianie zdań ustaliliśmy, że nie ma możliwości uzgodnienia stanowisk w tej sprawie. Zapytałem więc: "rozumiem, że w sprawie abp. S.Wielgusa działał pan w porozumieniu z Prezydentem i przyjmuję za prawdziwy fakt, który pan przekazał do publicznej wiadomości że w przeddzień ingresu Prezydent do pana zatelefonował z wiadomością, że ingresu nie będzie. Ale dlaczego pan o tym telefonie Prezydenta powiedział publicznie, czy pan nie zdaje sobie sprawy z tego, że obowiązuje jakaś elementarna lojalność, a pana rewelacja zaszkodziła Prezydentowi?" Bąknął coś w rodzaju: "prawda jest najważniejsza" i rozstaliśmy się. Mam nadzieję, że prawda rzeczywiście ujawni się w pełni, także prawda o Prezydencie.

 

13 lipca 2007    -  88

Było wiele ataków na Radio Maryja,

     .. ale tak frontalnego ataku jeszcze nigdy nie było. Z cały arsenałem narzędzi, w skoordynowany sposób, z klarownym podziałem ról, z udziałem potężnych sił spoza Polski, z użyciem zużytych po stokroć, ale zawsze skutecznych argumentów, ruszyli do boju wszyscy wrogowie Ojca Tadeusza Rydzyka i Radia Maryja, wrogowie Polski i  Narodu Polskiego, wrogowie Kościoła i całe szeregi pożytecznych w takich momentach idiotów.

Chciałbym uchronić ten tekst od zbytniego patosu, ale dzisiaj się nie da tego zrobić. Wyobraźmy sobie całkiem realistycznie, co by się stało, gdyby udało się osiągnąć cel tych ataków. Oceniam na podstawie dobrego rozeznania, czym to Radio jest dla ludzi i jaką wagę ma dla Polski i dla Kościoła. Miliony słuchaczy RM i ci, którzy atakują też to wiedzą. Nie wie jednak wielu innych - ogromne rzesze Polaków żyją wyłącznie własnymi, prywatnymi sprawami i nawet nie domyślają się, o co w tym wszystkim chodzi. A chodzi właśnie o wszystko, o Kościół, o Naród, o Polskę.

Gdyby to Radio nagle zamilkło, gdyby Ojciec Dyrektor zamilkł, byłby to wstrząs na miarę stanu wojennego. Ale po tylu wstrząsach, których już doświadczyliśmy, po tylu zawiedzionych nadziejach, ten wstrząs mógłby doprowadzić do rozruchów. W najlepszym razie, w poczuciu kompletnej bezsilności, pogłębiłaby się apatia ludzi, rozpocząłby się proces atomizacji środowisk i Polska powoli poczęłaby zanikać, wyludniać się, kościoły pustoszeć, …i rozpoczęłoby się czekanie na końcowy akt, na Apokalipsę.

Bo, czy się to komuś podoba, czy nie, Premier na Jasnej Górze zobaczył i zrozumiał to, co wyrwało mu z serca okrzyk: "Tu jest Polska". Jeżeli w Polsce mamy jeszcze do czynienia z Narodem, to jego najbardziej świadomą częścią jest ta część Polaków, która skupia się wokół wspólnoty Radia Maryja. Jest też trochę na uboczu potężna i nieświadoma zagrożeń część Narodu, która nie odczuwa potrzeby wysiłku w poszukiwaniu drogi do wolności.  - to są ludzie, którzy jeszcze nie odkryli wspólnoty, ale Radio Maryja im zupełnie nie przeszkadza, są po prostu zimni i obojętni. Mamy jednak w Polsce niewielką, choć bardzo wpływową i silnie umocowaną grupę ludzi, którzy zamieszkują na polskiej ziemi, ale z Polską się nie identyfikują, a nawet Polska im przeszkadza. Nie jest nadmiernym uproszczeniem stwierdzenie, że stosunek do Radia Maryja jest dzisiaj identyfikacją. Tak potoczyły się nasze sprawy, że ta wskazówka identyfikacyjna działa najbardziej niezawodnie.

Widać jak na dłoni, że w kampanię ataku włączone zostały praktycznie wszystkie media, z małymi, dobrze znanymi wyjątkami. Wśród atakujących przewijają się wszyscy, którzy już pozwolili się rozpoznać we wcześniejszych podobnych działaniach.

Żadna polemika z tymi ludźmi nie ma najmniejszego sensu. Ich styl działania jest taki jak w dzisiejszej "debacie" TV Puls, gdzie pod kierunkiem I.Janke i z udziałem R.Ziemkiewicza, P.Zaremby i A.Kaczorowskiego, bez obecności kogokolwiek reprezentującego odmienne poglądy - rozmowa polegała na uzupełnianiu swoimi spostrzeżeniami stanowiska uzgodnionego już przy selekcji rozmówców. Jedyne uczucie, jakie mi towarzyszy przy takim spektaklu, to poczucie wstydu, że ci ludzie mówią po polsku. Przecież każdy z nich doskonale wie, że jest wiele ludzi w Polsce, którzy reprezentują całkiem odmienny pogląd. Jaką wartość ma taki spektakl ? I wreszcie, kim są ci ludzie uzurpujący sobie prawo do monopolizacji poglądów? Czy mają w ogóle jakiś dorobek poza tymi niezbornymi tekstami, które piszą, lub głoszą w telewizjach? Czy to, że ktoś im kiedyś wydrukował tekst, pozwolił wziąć do ręki mikrofon, czy nazwał prześmiewczo wybitnym publicystą, daje im tytuł do ciągłego narzucania się innym ze swoimi zaprogramowanymi poglądami?

Albo propagowany (oczywiście najpierw przez KAI) list tzw. katolickich świeckich intelektualistów. Oczywiście nie podano, że chodzi głównie o żydowskich intelektualistów, którym nie przeszkadza, że oskarżają w sprawie, w której zaznacza się konflikt interesów. Wielokrotnie wcześniej dali wskazówki, że ich żydowska identyfikacja jest o wiele ważniejsza od polskiej. Wolno im. To jest przecież świadomy i wolny wybór, który warto uszanować. Ale to jest bardzo istotny szczegół, z jakiej pozycji oskarża się kogoś bez powodu o antysemityzm. Myślę, że właśnie taka postawa tworzy grunt dla budowania niechęci do Żydów.

Polemizować nie warto, warto uważnie patrzeć i pamiętać. Warto też patrzeć szeroko - polecam blogi ks. Isakowicza-Zaleskiego - jaskrawie potwierdzają się moje wcześniejsze wnioski i oceny, odnotowane w tych zapiskach.

Są powody do irytacji, ale myślę, że będzie dobrze, że korzenie Rodziny Radia Maryja tkwią już bardzo głęboko. Jedno, czego bym naprawdę pragnął, to kompletnej zmiany całego otoczenia Prezydenta RP. Dzisiejsi doradcy czynią wiele zła, a korekty personalne są zbyt ślamazarne. To oni bardzo przyczynili się do dzisiejszego kryzysu i można mieć pewność, że niektórzy z nich odegrali świadomie swoje role w jego pogłębieniu.

 

9 lipca 2007    -  87

Po pielgrzymce Radia Maryja

Wracając z Jasnej Góry z 15-tej pielgrzymki Radia Maryja rozmyślałem o znaczeniu tego wszystkiego, co się tam działo. Obecność Rządu RP, w najmocniejszym do wyobrażenia składzie, przydała temu spotkaniu wymiar szczególny, a liczebność zgromadzenia pielgrzymów z całej Polski, jeszcze bardziej podkreśliła wyjątkowość wydarzenia. Po raz pierwszy miałem wrażenie, że w prawdziwej jedności, uświęconej tym szczególnym miejscem, spotkała się duża część polskiej wspólnoty narodowej wraz z reprezentatywnymi przedstawicielami swojego własnego państwa.

Okrzyk - "Tu jest Polska!", który wyrwał się z ust Premiera, był spontanicznym wyrazem tego, co odczuwała pewnie większość zgromadzonych. To było tak naturalne, że tylko ktoś całkowicie wyobcowany ze wspólnoty mógł nie doświadczyć spontaniczności tego hasła.

W rozważaniach nie mogłem uniknąć próby wyobrażenia sobie, jak zareagują na to wszystko ludzie niechętni obecnemu Rządowi RP, a więc ci, którzy nie łakną bycia we wspólnocie, którym Polska jest obojętna, a nawet zupełnie niepotrzebna. Wiedziałem, że tych ludzi nie trzeba szukać, wystarczy włączyć telewizję, radio, albo sięgnąć do większości gazet, pism, czy zasobów internetowych wynurzeń. Wiedziałem, że to, co także oni musieli zobaczyć w niedzielę pielgrzymkową, wstrząśnie nimi i tym razem niewypowiedziane słowa "wszystkie ręce na pokład" zabrzmią jeszcze bardziej dramatycznie. Oczywiście byli od dawna przygotowani na najgorsze i akcja poszła w sposób jakby lepiej skoordynowany, niż kiedykolwiek przedtem.

Po powrocie do domu włączyłem telewizor i zobaczyłem to, czego oczekiwałem - kpiące komentarze, ustalona liczba na ok. 150 tys. pielgrzymów i to święte oburzenie - jak można łączyć politykę z religią? Najemni komentatorzy, którzy zwykle sączą przy takich okazjach duże porcje jadu, jakby trwali w uśpieniu, bo właśnie trenowali swoje wystąpienia w związku z tym, co miało wkrótce nastąpić. Poziom wewnętrznej agresji tak narastał, że już dłużej nie było można utrzymać na uwięzi i trzeba było całą sforę wypuścić do centralnego ataku.

Naczelny redaktor tygodnika Wprost daje hasło do ataku i dozując dramaturgię snuje swoje dyrdymały o strasznych wypowiedziach Ojca Dyrektora, które zgodnie z  rytuałem "śledczego dziennikarstwa" zawarte są na taśmach nagranych przez anonimowego donosiciela. Natychmiast rozpoczyna się koncert we wszystkich stacjach telewizyjnych, w którym unisono wszyscy powtarzają to samo oburzenie, choć każdy inaczej. Niesiołowski - wulgarnie, Pitera - wrzaskiem, Terlikowski - dyszkantem, Janecki - donosicielskim szeptem, Lizut - parodiując głos Michnika, Wołek - z agenturalnym zacięciem i inni.

Wszyscy zgodnie twierdzą, że Pani Prezydentowa i Pan Prezydent nie mają wyjścia i muszą czuć się straszliwie obrażeni, a gdyby tego było zbyt mało, to na wszelki wypadek wszyscy dostrzegają elementy antysemityzmu.

Boże drogi! Takie bzdury, zaklinanie rzeczywistości i stawianie spraw na głowie  może uprawiać tylko ten, kto ma pełny monopol medialny i pistolet w garści, by zabić nawet to dziecko, które gotowe jest wykrzyczeć, że "król jest nagi!".

Wiem, że ci aktorzy przyzwyczaili się do monopolu i nawet nie zauważyli, że ostatnio został nieco nadwątlony, a pistolety też odebrano. Powiedzmy więc, kilka prostych prawd dotyczących tej ostatniej prowokacji:

  1. Prowokacja Janeckiego jest akcją uruchomioną w reakcji na to, co wydarzyło się na Jasnej Górze 8 lipca 2007. Taśmy trzymane od kwietnia były przygotowywane na specjalną okazję.

  2. W Polsce mamy tylko jedną osobę, która jest od wielu lat permanentnie i masowo obrażana w najgorszych możliwych formach - jest nią Ojciec Tadeusz Rydzyk. Wszystkie przejawy obrażania innych ludzi w Polsce, jakkolwiek również bardzo liczne, są praktyką nie wartą wspominania wobec tego, co musi znosić Ojciec Dyrektor. Uczestniczą w tym procederze praktycznie wszyscy ci, którzy dzisiaj się oburzają i oskarżają.

  3. Prezydent obrażany jest prawie codziennie przez różnych polityków, działaczy, dziennikarzy, publicystów, internautów, a także przez media zagraniczne - towarzyszy temu milczenie, otoczenie Prezydenta jest powściągliwe, a gdy następuje reakcja, jest natychmiast tłumiona oskarżeniami o przewrażliwienie.

  4. Nawet, gdyby cytowane wypowiedzi były prawdziwe i nawet gdyby je wyrwać z kontekstu - wyrażają one emocjonalnie tę prawdę, z którą zgadza się znacząca część Polaków. Taka forma nie daje żadnego powodu do obrażania się przez osobę, która przyjęła na siebie odpowiedzialność związaną z ryzykiem wywoływania emocji.

  5. Całkiem niedawno tygodnik Wprost, z Red. Janeckim na czele, obraził Panią kanclerz Niemiec, a jeszcze bardziej Premiera i Prezydenta RP, okładką, która raziła wulgaryzmem. Jest czymś kompletnie żałosnym, że sprawca obrazy tak drastycznie przewyższającej to wszystko, co zawarte jest w krytykowanych wypowiedziach, ma czelność oskarżać innych. Histeria wspierających go krzykaczy jest w tej sytuacji przykładową ilustracją hipokryzji we współczesnej Polsce.

  6. Podobnie jest z zarzutem antysemityzmu. Argument ten jest całkowicie wypalonym argumentem, po stokroć nadużyty w wątpliwych celach przestał mieć swoją siłę. Ale, gdy spojrzeć w te wszystkie fora internetowe, które przynależą do oskarżycieli, gdzie produkują swoje durne bezmyślne frazy, to okaże się, że lubią przebywać w towarzystwie prawdziwie antysemickich wybryków….i to wyrażonych słowem pisanym,….i to monitorowanych przez administratorów. To się dopiero nazywa hipokryzja.

  7. Jakby nikt nie zauważył najbardziej niepokojącego zjawiska, które wyłania się z zaistniałej sytuacji. Rodzi się prawdziwy totalitaryzm medialny. System, w którym dziennikarze, bez starań o zezwolenie prokuratora lub sądu, mogą zakładać podsłuchy, wkraczać w prywatne życie, w osobiste sprawy każdego i szkalować, obrażać, oskarżać, pomawiać, być może szantażować - horror globalny, zwłaszcza gdy człowiek uzmysłowi sobie z jak nędznymi moralnie kreaturami mamy do czynienia.

Nic mnie nie zdziwiło. Może trochę intensywność i koordynacja tego kolejnego ataku na Radio Maryja. Ale to, co mnie naprawdę zdziwiło, to infantylne wypowiedzi niektórych ludzi PIS w związku z tą prowokacją - zwłaszcza posła. Karskiego i posłanki Szczypińskiej. Powstrzymam się od komentarza, bo oto rozpoczęła się prawdziwa burza na zgoła innym froncie. Burze mają to do siebie, że mogą przynieść czasem zniszczenie, ale tylko czasem, natomiast oczyszczenie atmosfery, to skutek pewny.

 

6 lipca 2007    -  86

KAI w kłopotliwej sytuacji,

Krakowska Komisja Duszpastersko-Teologiczna "Pamięć i Troska" opublikowała dokument p.t. "Prawda i odpowiedzialność", w którym sformułowane są zasady postępowania przy publikowaniu informacji na temat osób współpracujących z SB.

Dotychczas nie dotarłem do pełnego tekstu, ale szerokie omówienie, które podano w serwisie KAI pozwala zwrócić uwagę na bardzo aktualną wymowę tego dokumentu w związku ze sprawą abp. S.Wielgusa.

Można mianowicie z całą pewnością stwierdzić, że w całym przebiegu sprawy abp. S.Wielgusa, i w dramatycznych wydarzeniach wokół "ingresu, którego nie było" i w tym, co się dzisiaj dzieje, złamano prawie wszystkie zasady z katalogu zasad podanych w dokumencie "Prawda i odpowiedzialność". Cóż za kłopotliwa sytuacja dla Prezesa KAI Marcina Przeciszewskiego i jego współpracowników. Trzeba o dokumencie pisać, nawet go rzetelnie omówić, a nie wypada go krytykować, czy w inny sposób zdeprecjonować, wszak przewodniczącym komisji "Pamięć i Troska" jest bp. Jan Szkodoń, lepiej się nie narażać bezpośrednio.

Co w tej sytuacji czyni KAI ? To oczywiste! Trzeba posłużyć się głosami z "zewnątrz". Tuż obok zamieszczone są krytyczne wypowiedzi na temat dokumentu:

Pani K.Mokrosińskiej:

Na rozbieżności pomiędzy opublikowanym wczoraj dokumentem  Komisji "Pamięć i Troska" a Kartą   Etyczną Mediów zwraca uwagę w  rozmowie z KAI prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich,  Krystyna Mokrosińska. Jej zdaniem fragmenty o "moralnie  nieuprawnionym ujawnianiu prawdy" oraz o "dyskrecji" nie idą w parze z zapisaną w Karcie Etycznej Mediów zasadą "niezbywalnego prawa człowieka do prawdy".

ks. T. Isakowicza-Zaleskiego:

…opublikowany w środę dokument pt. "Prawda i odpowiedzialność" krakowskiej Komisji Teologiczno-Duszpasterskiej "Pamięć i Troska" jest argumentem dla lobby antylustracyjnego. - Daje bardzo mocny oręż tym, którzy są przeciwni ujawnianiu akt IPN i lustracji w Kościele - uważa autor książki "Księża wobec bezpieki" 

red. T.Terlikowskiego:

Z ogólnymi zasadami dokumentu krakowskiej Komisji "Pamięć i Troska" trudno się nie zgodzić, jednak brakuje w nim troski o tych, którzy byli ofiarami współpracy niektórych osób z SB - uważa red. Tomasz Terlikowski komentując dla KAI wydanie dokumentu "Prawda i odpowiedzialność"

 i jest link do wypowiedzi redaktora naczelnego "Więzi"  Z.Nosowskiego:

…zdaniem Zbigniewa Nosowskiego, redaktora naczelnego miesięcznika "Więź" jest jednostronny, gdyż mówi jedynie o niebezpieczeństwach związanych z ujawnianiem prawdy…

…Natomiast dużo mniej dokument ten mówi o znaczeniu prawdy. Mowa jest jedynie o niebezpieczeństwach związanych z jej ujawnianiem…   

 

Można się tylko zdziwić, że "nożyce się odezwały" - prawie jak zespół współdziałający w poniżaniu arcybiskupa, choć dalece niekompletny. Może to już początek poczucia winy? Ale wszyscy z nich dopominają się o prawdę. Trzeba zatem im uświadomić, że prawda, to znaczy: obiektywna prawda, tylko prawda i cała prawda, sprowokować, by pod tym kątem zanalizowali swoje postępowanie i zachęcić do przystąpienia do naprawy krzywd, właśnie w imię prawdy.

Ale nagle, wypowiedział się też abp. J.Życński:

Zdaniem abp. Józefa Życińskiego najnowszy dokument krakowskiej komisji "Pamięć i Troska" stanowi ważny wyraz mądrego pochylenia się nad zagrożeniami współczesności po to, aby szukać, jak łączyć sprawiedliwość i szacunek dla człowieka, prawo do dyskrecji i prawo do prawdy. Metropolita lubelski przestrzega też przed zbyt uproszczonym obrazem świata, cechującym niektórych współczesnych radykałów.

Cóż za kłopot dla KAI. Przecież nie można nie zamieścić wypowiedzi głównego mentora agencji, a tak dobrze szło. Arcybiskup wszystko zepsuł i przecież nie myślał o przypadku abp. S.Wielgusa, myślał pewnie bardziej o swoim przypadku.

Zauważyłem, że w międzyczasie, gdy piszę ten tekst, wypowiedź Z.Nosowskiego, wcześniej zamieszczona tylko w linku, pojawiła się w sekwencji serwisowej. Czyżby mały prztyczek dla mentora? Czy to nie nazbyt ryzykowne?

KAI ma kłopoty, a będzie ich więcej, bo prawda lubi zwyciężać.

 

4 lipca 2007   -  85

Szał Tomasza Sakiewicza !

Redaktor Naczelny Gazety Polskiej, inicjator linczu medialnego na arcybiskupie Stanisławie Wielgusie nie wytrzymał napięcia i wpadł w szał. Napisał list do Jego Świątobliwości Benedykta XVI, ogłosił ten list za otwarty, opublikował go na politycznym blogu salon24, zamieścił na stronie internetowej Gazety Polskiej w języku polskim i niemieckim i nawet zaprosił do składania podpisów.

Przeczytałem tekst tego listu trzykrotnie - z niedowierzaniem, że może to być autentyk. Trudno uwierzyć, że ktoś przy zdrowych zmysłach może skierować do tak wyjątkowego Adresata list o takiej formie i takiej treści. Jedyna informacja, jaka z tego listu płynie, dotyczy stanu umysłu autora, w którym uwidoczniły się wszystkie jego frustracje i gniewy wynikające z podstawowych trudności w rozróżnieniu dobra od zła, prawdy od fałszu, uczciwości od nieuczciwości. Najbardziej przykre jest to, że T.Sakiewicz zdaje się nie kompletnie nie wyczuwać, co wypada, a czego nie wypada robić. Moim zdaniem jest to łabędzi śpiew dziennikarza T.Sakiewicza - saper popełnił błąd, mina eksplodowała.

Teksty w politycznym blogu salon24, prowadzonym przez Igora i Bognę Janke, zdominowane są przez dziennikarzy i publicystów znanych z różnych mediów. W przekroju dwóch miesięcy, w których sporadycznie przeglądam zawarte tam wypowiedzi, utwierdziłem się w przekonaniu o katastrofalnym poziomie polskiego dziennikarstwa i o niemożliwości zaistnienia autentycznego dialogu z tak ukształtowanymi autorami. Ale nawet tam, tekst listu T.Sakiewicza w większości przyjęto z zakłopotaniem, a tylko niekiedy wyrażano poparcie, czasem nawet skłonność do podpisu odpowiednio ubarwiona pohukiwaniem zaczerpniętym z repertuaru Grzegorza Piotrkowskiego -zabójcy ks. J.Popiełuszki.

Jaki efekt będzie miał upadek T.Sakiewicza na zachowanie innych uczestników linczu? Na pewno najpierw będzie długie milczenie.

 

1 lipca 2007    -  84

Brawo Nasz Dziennik! Brawo Sebastian Karczewski!

Wyraziłem już wcześniej pogląd, że tzw. sprawa abp. Stanisława Wielgusa jest jedną z najważniejszych spraw i musi być kiedyś do końca wyjaśniona. Chwała Naszemu Dziennikowi i w szczególności Sebastianowi Karczewskiemu za odważne podjęcie tematu. Nie wiem, jak przekonujące argumenty ma w zanadrzu, by wykazać w trudny do obalenia sposób, że metropolita padł ofiarą wielkiej prowokacji, ale od początku byłem przekonany, że taka właśnie jest prawda i wierzę, że zostanie odsłonięta.

Dlaczego uważam, że ta prawda jest tak szczególnie ważna? Dlatego, że sprawa ta dotyczy najważniejszego frontu walki Zła z Dobrem - frontu bitwy o przyszłość cywilizacyjną świata, dokładnie tego frontu, który jest głównym przesłaniem większości homilii, konferencji i wykładów abp. S. Wielgusa. Wyjaśnienie tej sprawy może rzucić światło na rolę różnych aktorów, którzy stanęli na linii frontu po stronie Złego. Byli w tej bitwie animatorzy ukryci i publiczni. Do tych ukrytych trudno będzie dotrzeć, ale publicznych warto w pełni napiętnować. Tutaj mam następujące typy: J.Gowin, M.Przeciszewski, T.Isakowicz-Zaleski, J.Kochanowski, A.Dudek, który z dumą kiedyś wyznał publicznie, że miał znaczący udział w niedopuszczeniu do ingresu i wreszcie J.M.Rokita, który obwieścił, że ten dramatyczny dzień był najszczęśliwszym w jego życiu, bo po raz pierwszy świeckim udało się zmienić decyzję Kościoła). Byli też w tej bitwie najemni wojownicy; nie można mieć dzisiaj pewności, w jakim stopniu ich uczestnictwo było świadome. Wojowników było wielu - od harcowników typu T.Sakiewicza, T.Terlikowskiego, E.Czaczkowskiej, J.Karnowskiego, J.Pośpieszalskiego, przez wojów rangi J.Kurtyki, J.Żaryna, członków Komisji RPO, Komisji Kościelnej i kilku polityków włącznie z M.Jurkiem i jego doradcą P.Mielcarkiem, aż po hetmana, którego rolę odegrał sam Prezydent RP.

W swojej roboczej klasyfikacji stosuję taryfę ulgową wobec tych, których nazwałem wojownikami, wynika to z mojej subiektywnej oceny, dopuszczającej możliwość działania "w afekcie", tzn. z nierozpoznanym przez nich do końca, choć błędnym przekonaniem, że arcybiskup współpracował. Wiem, że to wielka naiwność, ale taka ocena pozostawia im możliwość zreflektowania się dzisiaj i dokonania zadośćuczynienia przez uczciwy udział w odsłanianiu prawdy. Na innych nie ma co liczyć, bo cała akcja nosi przejrzyste znamiona klasycznej roboty masońskiej.

Sebastian Karczewski w artykule "Kłamstwo Gazety Polskiej" [N.D., 30.VI-1.VII.2007] znakomicie zestawił wydarzenia, wypowiedzi i manipulacje mediów rozpoczynające prowokacyjną akcję. To wszystko mogliśmy sami zaobserwować, a nawet mogliśmy wysnuć wniosek, że T.Sakiewicz nie widział dokumentów, gdy to wszystko rozpoczynał 19/20 grudnia. Uzupełnieniem jest ważna informacja o trybie, w jakim Gazeta Polska próbowała skonfrontować swoją sensację z ofiarą prowokacji - abp. Wielgusem. Wszystko przedstawione jest w ciągłej sekwencji powiązanych ze sobą faktów, które jasno wykazują łajdackie intencje głównych aktorów działań przeciw metropolicie. Nowe i szczególnie interesujące dla mnie są fakty związane z tajemniczą rolą J.Żaryna w całym przedsięwzięciu. Jego zagadkowe odwiedziny u arcybiskupa, przeprowadzenie z nim rozmowy, w której arcybiskup zaprzeczył współpracy i późniejsze zachowanie Żaryna, to wydarzenia niesłychanie obciążające, których nie wolno mu pozostawić bez wyjaśnienia.

W istocie, wszyscy, a zwłaszcza Prezydent RP muszą wyjaśnić do końca swoją rolę w sprawie, która postawiła Kościół w Polsce w niezwykle trudnej sytuacji. Niech doświadczenia L.Wałęsy będą przestrogą dla tych, którzy uznają, że warto trwać w kłamstwie i ukrywać prawdę.

 

Mamy w tym wszystkim jeszcze jedno doświadczenie związane z mediami w Polsce. Gdy Gazeta Polska uruchomiła sprawę abp. S.Wielgusa, w krótkim czasie sprawa stała się głównym tematem praktycznie wszystkich polskich mediów. Niektórzy tłumaczą to skłonnością mediów do prezentowania sensacji. Ale rewelacje Naszego Dziennika są jeszcze większą sensacją i gdyby po pełnym cyklu publikacji okazały się prawdą trudną do obalenia, byłyby megasensacją. Tymczasem wszystkie polskie media milczą, lekceważąc tak niepospolitą szansę. Specjalnie pod tym kątem przeglądam wszystko, co dostępne i …..pełna cisza w tej sprawie. Znajomy powiedział mi, że przez chwilę na Onecie pojawiła się informacja i po krótkiej chwili znikła. Kto ma taką moc, by postawić efektywną blokadę wszędzie? Czy to możliwe, by do tego stopnia  można było okiełznać ludzi mediów, którzy są zwykle z takim zacięciem demonstrują swoją "wrażliwość" na wolność słowa.

Nasz Dziennik poruszył najważniejszą sprawę. Mam nadzieję, że pojawią się jeszcze nowe i mocne argumenty, przy których milczenie innych nie będzie już możliwe - dla wielu dziennikarzy pozostanie tylko wstyd.

 

26 czerwca 2007    -  83

Koniec złudzeń

O szczycie w Brukseli powiedziano już prawie wszystko. Dla polityków i publicystów rozważanie kwestii - sukces, czy porażka, jest politycznym folklorem, ale bezstronny obserwator musi przyznać, że Premier i Prezydent RP osiągnęli maksimum z tego, co w tak trudnych warunkach było do osiągnięcia. Dzisiaj ważniejsze są nauki, które dla Polaków płyną z tych wyjątkowych wydarzeń, dostarczających unikalnie przejrzystych obserwacji. Dwie z nich uważam za podstawowe. Pierwsza dotyczy odpowiedzi na pytanie: czym są i do czego dążą dzisiejsze Niemcy? Druga nauka dotyczy jednoznacznego rozpoznania tych ludzi i środowisk wewnętrznych, które spisały Polskę na straty - to wszystko, co wyczyniali z Polską w minionych 18 latach, znalazło swój wyraz i potwierdzenie w zachowaniach związanych z polską batalią w Brukseli.    

Skoro ta druga nauka wydaje się być oczywista, potwierdzające jedynie to, co od dawna wiedzieliśmy, zajmijmy się wnioskami na temat Niemiec.

Powtórka z historii jest zwykle farsą, ale gdy powtórka dotyczy polsko-niemieckich stosunków, to farsa jest także bardzo groźna.

Chyba nikt nie ma już wątpliwości, że Niemcy mają nieposkromioną ambicję, by przewodzić Europie i organizować ją na wzór bizantyjskiej cywilizacji, której specyfikę uznają za szczególnie dla nich pożyteczną. Pragną, więc, budować Czwartą Rzeszę pod nazwą Unia Europejska i to stawiają sobie jako cel nadrzędny.

Nauczeni bolesnym doświadczeniem, wyrzekli się używania środków militarnych, ale nie wyrzekli się chęci osiągania tych celów, które dawniej realizowali drogą wojenną. Farsa będąca powtórką z historii uwidoczniła się w Brukseli przez analogię rozkładu sił. W przedziwny sposób mieliśmy do czynienia z namiastką tego, co ułożyło się w 1939 roku - Węgry, Słowacja, Estonia, Włochy, Finlandia w koalicji, Czechy niby przeciwko, ale nie będą "umierać za pierwiastek", Francja i Wielka Brytania- niepewny i zabiegający wyłącznie o swój interes sojusznik, Szwajcaria poza UE, zatem neutralna, Skandynawia się też nie wtrąca, Hiszpania w harmonii z Niemcami, ale stoi z boku, no i Rosja, czekająca z oddali na okazję i związana rurą, która już wcześniej była nazwana paktem Ribbentrop-Mołotow.  Była cała akcja propagandowa, tak jak wtedy, przygotowanie przez atak różnych związków, powiernictwa, jęki Niemców - ofiar wojny - były zrywy i długie akcje całej prasy i mediów niemieckich i była piąta kolumna.

Bardzo rzadko spotyka się Niemca, który miałby negatywny stosunek do Unii Europejskiej - oni dobrze wiedzą, jaki jest długofalowy interes i gotowi są nawet ponosić dzisiaj niektóre koszty. Ilekroć z nimi na ten temat rozmawiam, przyjmują do wiadomości niektóre ewidentne wady i śmieszności tego politycznego potworka, ale mimo wyraźnych oznak, że sytuacja stale się pogarsza, uznają, że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Prędzej, czy później, właśnie od Niemców zawsze słyszę argument: najważniejsze, że integracja w ramach Unii wyklucza możliwość wybuchu wojny w Europie i mamy ciągłą perspektywę pokoju. Niezmiennie wtedy odpowiadam: nie wywołujcie wojny, to jej nie będzie. Ale oni wojnę przeciw Polsce wciąż prowadzą -od 1989 roku- od zjednoczenia.

Byłem wtedy, po raz drugi, na dwu-letnim pobycie w Niemczech i dziwnym zbiegiem okoliczności nawet znalazłem się w Berlinie, gdy nielegalnie rozbijano mur. Sam się do tego procederu przyczyniłem i do dzisiaj mam kilka małych kawałków oryginalnego muru, które osobiście odbiłem pożyczonym młotem. A później, po zjednoczeniu, widziałem u Niemców raptowną zmianę nastawienia - gwałtowny przyrost pewności siebie, aż po poziom arogancji - wtedy też zaczęły się pojawiać prasowe artykuły obraźliwe dla Polaków i wykorzystujące incydentalne sprawy, by nas gremialnie szkalować. Dostałem nawet pięknie zaadresowany (Die Familie Dr.Broda), anonimowy list, zawierający antypolskie wycinki z gazet, wzbogacone o mocne, odręcznie wykaligrafowane hasło - "Scheisse Polaken, Go home!!!".    Pamiętam, że ten incydent mniej mnie zdenerwował, niż reakcja znajomego Niemca, który starał się wykazać, że te paszkwile są uzasadnione. Później pamiętam powszechną histerię, gdy nadszedł czas otwarcia granicy dla Polaków - nie spotkałem się z nikim, kto nie poddałby się psychozie nakręcanej przez media - co się stanie, gdy szarańcza z Polski ruszy na zakupy. Nie spotkałem też cienia wstydu, gdy w "godzinie zero" okazało się, że ruch graniczny jest mniejszy, niż w poprzednie dni. Dla pełnej prawdy muszę powiedzieć, że moje dzieci znakomicie czuły się w swoich klasach w liceum, do dzisiaj mają tam wiele trwających przyjaźni i to jest tym elementem, który pozwala zachować szczyptę optymizmu. A ja znosiłem tę inną, nieprzyjazną atmosferę i starałem się to wszystko zrozumieć; dlatego dzisiaj nie jestem niczym zaskoczony.

Obserwowałem dalszy ciąg tej wojny już z Polski i byłem szczególnie wyczulony na wszelkie objawy niemieckiego udziału w likwidacji polskiej konkurencji, w przejmowaniu ziemi, zakładów, banków, fragmentów energetyki., a nawet całych branż. To była i jest prawdziwa wojna, wojna z zamysłem na daleką przyszłość i mam nadzieję, że będzie kiedyś detalicznie zanalizowana i opisana.

To, co się miało stać w Brukseli i brutalność z jaką Niemcy chcieli dokonać tego skoku, były zimnym prysznicem, który prawdopodobnie obudził opinię publiczną w Polsce i choćby częściowo w Europie. Kaczyńscy wygrali Brukselę przez to, że udało im się w porę ukazać niebezpieczeństwo.

 Niemcy muszą uświadomić sobie do końca, że to, co zrobili w Europie, w świecie, a zwłaszcza w Polsce w XX wieku, wyklucza możliwość akceptacji kiedykolwiek ich przywództwa, nie wolno im tego żądać; zgoda na uczciwe partnerstwo jest najdalej posuniętym warunkiem, którego mogą domagać się od wybaczającej, ale pamiętającej Polski. Pora też, by zrozumieli, że przy całym uznaniu dla wielu ich osiągnięć, mają wystarczająco dużo cech, właściwości i obyczajów, które są mało atrakcyjne i nie są warte naśladowania.

Znam wielu światłych i sympatycznych Niemców, którym nawet nie wypada tego mówić, ale to jest garstka pozostająca bez wpływu na bieg wydarzeń. Dlatego potrzebne jest, byśmy wreszcie powiedzieli Niemcom i wszystkim Europejczykom bardzo detalicznie o tym, co się naprawdę stało w historii - w 68 lat od wybuchu wojny oni rzeczywiście wciąż niewiele wiedzą, a wielu z nich to ludzie dobrej woli. To tylko o dziennikarzach nie wiemy do końca, czy są ignorantami, czy kanaliami.

Cudzoziemcy, którzy rzeczywiście lubią i szanują Polskę zawsze mówią - nie zmieniajcie się, zostańcie sobą. To bardzo dobra i uczciwa rada, która jest także wezwaniem do pamięci o doświadczeniach płynących z naszej historii

 

13 czerwca 2007    -  82

Wałęsa chyba nie zrozumiał, o co mi chodzi ?

 

W zakończeniu zapisku 78 z dnia 17 maja napisałem:

"Prawda o Wałęsie jest kluczem do Prawdy o najważniejszym etapie współczesnej historii Polski - o wychodzeniu z komunizmu. Jestem przekonany, że jest to prawda bardzo przykra dla Wałęsy, ale jeszcze dzisiaj jego spowiedź przed Narodem, tak drobiazgowa i szczera, jakby spowiadał się samemu Bogu, ułatwiłaby powstanie prawdziwej Polski. Sądzę, że przywróciłaby też jemu spokój i godność."

 

Nie wiem, co skłoniło Lecha Wałęsę, by nagle prezentować w internecie dokumenty, z których miałby wynikać ratunek dla jego mocno nadwątlonej reputacji. Prawdopodobnie perspektywa przygotowywanych publikacji historyków IPN, które mają zawierać rzetelne dociekania prawdy o czasach narodzin Ruchu Solidarność, z włączeniem istotnych fragmentów wcześniejszej biografii niektórych przywódców, uświadomiła mu, że coś trzeba zrobić zanim tornado uderzy. Założę jednak roboczo, że akcja Wałęsy jest reakcją na moje słowa, bo tak będzie mi wygodniej wytłumaczyć, dlaczego taka realizacja spowiedzi przed Narodem, której się podjął, nie przyniesie mu ani spokoju, ani godności.

Lech Wałęsa sam zniszczył swoją legendę. Dzisiaj nie ma on już żadnej możliwości przekonania kogokolwiek o swojej niewinności i obronienia mitu o sobie, jako charyzmatycznym przywódcy Narodu, który poprowadził Polaków ku wyzwoleniu. Zbyt wiele się stało, zbyt wiele widzieliśmy i słyszeliśmy, a także zbyt ciężko nas doświadczono i skrzywdzono - w sferze materialnej bardzo wielu, a w sferze psychicznej prawie wszystkich. I w tym ciągu oszustwa, łajdactwa, złodziejstwa i zwyczajnej bezczelności podsycanej poczuciem całkowitej bezkarności, Wałęsa miał czynem i zaniedbaniem zbyt znaczący udział, by chciało się bronić jego legendy. Właśnie to wszystko, co działo się na naszych oczach i nie wymagało wglądania w jakiekolwiek dokumenty, bo jawiło się publicznie i na co dzień, gdy zdjął maskę po objęciu urzędu prezydenta RP, postawiło najbardziej palące pytania. Kim właściwie jest ten człowiek? Jak można wytłumaczyć to, co czyni? Jak wyjaśnić ten wstrząsający dobór podejrzanych ludzi, którzy go otoczyli i zaczęli decydować o najważniejszych polskich sprawach? Skąd się wziął jego obłędny brak wrażliwości na podstawowe interesy Polski?

Proste rozumowanie wprost narzucało alternatywę- albo mamy do czynienia z człowiekiem, który niewiele rozumie, albo z kimś uwikłanym i sterowanym z zewnątrz. Poszerzający się zasób informacji ujawnianych w sposób dość przypadkowy w kolejnych latach wskazywał na tę drugą alternatywę, a zachowanie samego Wałęsy, włącznie z tym, co czyni dzisiaj, uprawdopodobnił ponad miarę taką właśnie wersję. Dokonało się to, co nazwałem kiedyś białą lustracją - w sposób jawny, czynem, słowem i zaniedbaniem Wałęsa przekazał prawdę o sobie. Dokumenty z lat 70-tych byłyby tylko formalnym uzupełnieniem tej prawdy i to świadectwo nawet nie jest już tak bardzo potrzebne. Dopiero zrozumienie i przyznanie tej prawdy w punkcie wyjściowym, z całym jej dramatyzmem, mogłoby Wałęsie otworzyć drogę do oczyszczającej spowiedzi, która mogłaby go obdarzyć spokojem i godnością.

Gdybym był jego doradcą, zaproponowałbym mu następujący początek spowiedzi, który mógłby być przekonujący dla Narodu i stać się zaczynem Prawdy korzystnej dla niego samego, a zwłaszcza dla przyszłości Polski.

" Bóg i przeznaczenie wyznaczyły mi niezwykłą rolę w historii Polski, której się podjąłem z wielką wiarą w siebie, nie do końca zdając sobie sprawę z własnych słabości. Po latach trudu i walki przeżyłem wiele lat chwały i otrzymałem liczne nagrody, ale później nastąpiły dla mnie lata porażek, klęsk osobistych i gorzkich upokorzeń ze strony znacznej części Narodu, którego czuję się częścią i któremu chciałem służyć. Dopiero po odejściu ze służby publicznej, z poziomu prywatności, w natłoku płynących zewsząd oskarżeń, zacząłem dostrzegać, że ta Polska, która wyłoniła się z blisko dwóch dekad przemian, jest bardzo odległa od wizji, która jednoczyła Naród w pamiętnym zrywie lat 80/81. Zacząłem też sobie uświadamiać, że ja sam bardzo przyczyniłem się do takiego stanu rzeczy, że źle poprowadziłem polskie sprawy, byłem głuchy na ostrzeżenia i w zaślepieniu nie dostrzegłem w porę bezwzględnej gry naszych dawnych prześladowców.

Kiedy szukam przyczyn tych moich złych wyborów, nie mogę już dłużej ukrywać okoliczności, które z biegiem czasu coraz silniej ograniczały moje decyzje. Rzeczywiście, od początku byłem uwikłany we współpracę z tajnymi służbami - rozpoczęło się od chwili słabości i strachu o rodzinę w dramatycznych zajściach roku 1970, ale później już traktowałem tę współpracę jako grę, w której uda mi się wygrać. …….".

 

I pisałbym dalej ten hipotetyczny tekst, ale raczej skupię się na obserwacji tego, co przynosi rzeczywistość. Napisałem już w różnych okresach trzy listy do L.Wałęsy, ale wszystkie trzy zlekceważył, choć jeden bardzo go zdenerwował.

 

8 czerwca 2007   -  81

Wrogowie Kościoła i Polski zacierają ręce

Stało się coś bardzo niedobrego. Kilku biskupów zamieniło święty dzień Bożego Ciała w czarny dzień Kościoła w Polsce. Tych kilka niefortunnych fragmentów homilii wygłoszonych w różnych miejscach w Polsce z całą pewnością poważnie osłabi autorytet hierarchów. Dotychczas wielu z nas miewało kłopoty z irytującymi politycznymi wypowiedziami stałej grupy tzw. biskupów medialnych, którzy ostatnio jakby się uspokoili i tylko z rzadka przypominają o swoim istnieniu. Ale wczoraj było prawdziwe bombardowanie z całkiem nieoczekiwanej strony.

Dotarcie do pełnych tekstów, nieobrobionych przez medialne hieny, nieco łagodzi wymowę słów niektórych biskupów, ale żyjemy już tak długo w medialnej rzeczywistości, że nie sposób przyjąć, że nie są oni zorientowani, co będzie wyłowione przez media w większości wrogie Kościołowi.

Nie warto wchodzić w polemikę z poszczególnymi wypowiedziami, trzeba jednak z przykrością skonstatować wrażenie, że w sprawach bieżących związanych z polityką wielu biskupów jest całkowicie zagubionych. To aż dziwne, że mając tak wspaniałe wzory z przeszłości i bliskiej współczesności, ci biskupi jakby nie rozpoznawali, co jest naprawdę ważne dla Narodu, co czują ludzie prawdziwie zatroskani o Polskę i generalnie, co się dzieje w polityce, a dokładnie mówiąc, w kim warto pokładać nadzieję na współtworzenie fundamentów pod dobro Polski i Kościoła.

Do posłuszeństwa i tak jesteśmy zobowiązani we wszystkim tym, co wiąże się ze sprawami wiary, ale przyszłoby mi to o wiele łatwiej, gdybym nie musiał doznawać rozczarowań co do rozeznania biskupów także w innych sprawach. I na tym dzisiaj poprzestanę, wyrażając wdzięczność tym biskupom, którzy wciąż idą śladem Prymasa Tysiąclecia.

 

5 czerwca 2007    -  80

Znów minął dzień 4 czerwca

Byłem w sobotę w Warszawie w sali kolumnowej Sejmu RP na konferencji upamiętniającej 15-tą rocznicę obalenia rządu J.Olszewskiego. Przyjemnie jest spędzić kilka godzin wśród ludzi, którzy tak samo widzą i oceniają sprawy minione, których łączą troski i nadzieje związane z dniem dzisiejszym, którzy nie dali się wtłoczyć w beznadziejne schematy myślenia dyktowane przez nieprzerwane zabiegi medialnych manipulatorów. Jeśli sama obecność Premiera Jarosława Kaczyńskiego na konferencji nie była dla mnie całkowitym zaskoczeniem, pozytywnie zaskoczyło mnie jego przemówienie, w którym jednoznacznie określił swój rząd jako kontynuatora linii podjętej przed 15-tu laty przez Premiera Jana Olszewskiego, a dramatycznie przerwanej nocnym zamachem agentury. Znamiennym akcentem konferencji była optymistyczna pointa wystąpienia Jana Olszewskiego: "Tym razem Polska wygra!", która wybrzmiała szczególnie profetycznie w ustach polityka znanego z powściągliwości w ujawnianiu optymizmu.

Pomimo różnych wątpliwości, a czasem niepokojących sygnałów, podzielam ten optymizm, bo wydaje się, że Polacy już dostatecznie szeroko rozpoznali oszustwo okrągłego stołu; głównym problemem jest dzisiaj pokonanie zniechęcenia i budowa zaufania do tych polityków, którzy rzeczywiście pragną Polskę naprawiać. To zakończenie przemówienia J.Olszewskiego powinno stać się sygnałem do rozpoczęcia wielkiej narodowej mobilizacji, by kolejne wybory zakończyły etap dramatycznej walki o odzyskanie państwa i rozpoczęły okres budowania Rzeczypospolitej według najlepszych pomysłów ludzi, którzy mają autentyczną wizję Polski wymarzonej przez najbardziej ofiarne pokolenia naszego Narodu.

A potem wróciłem do Krakowa i przyglądałem się jazgotowi medialnych komentatorów, których ogarnęła wściekłość, że w Sali kolumnowej upamiętniano rocznicę obalenia (oni mówią: upadku) rządu, zamiast świętować 18 rocznicę zwycięstwa w wyborach 1989 roku. Wtedy, istotnie, Naród odniósł znakomite zwycięstwo, które zostało kompletnie zmarnowane przez małą grupę uzurpatorów mających całkowicie odmienne plany wobec Polski. Po z górą dwóch latach, nielicznej grupie, która wcześnie rozpoznała te zamiary udało się na moment uchwycić władzę, by przez pół roku w skrajnie trudnych warunkach próbować odwrócić bieg spraw. Zamach czerwcowy określany jako "Nocna zmiana" jest bardziej wart upamiętnienia niż tamte zwycięskie i natychmiast zmarnowane wybory, bo one wbrew woli zwycięzców stały się początkiem wielkiego kłamstwa. Początkiem Prawdy stało się to drugie wydarzenie, nawet jeśli ta Prawda miała gorzkie oblicze. Jawną zdradę interesu narodowego dokonaną przez WSZYSTKICH uczestników parlamentarnego zamachu w czerwcową noc 1992, mógł naocznie zobaczyć każdy Polak. Karty zostały odsłonięte, choć dla niektórych Polaków sporo czasu musiało upłynąć od zobaczenia zjawiska, do jego zrozumienia.

Przy wielu ważnych obserwacjach i naukach płynących z tamtego wydarzenia, jedno doświadczenie pozostaje szczególnie istotne i dzisiaj najbardziej aktualne. Otóż, ów haniebny i dramatyczny zamach przeciw Polsce miałby o wiele mniejsze znaczenie, a w gruncie rzeczy rozpłynąłby się w medialnym chaosie, gdyby wtedy nie udało się na moment opanować telewizji publicznej i ukazać Narodowi pełny, rzeczywisty przebieg wydarzenia. Późniejszy film "Nocna zmiana" odsłania dalsze, wtedy niedostępne elementy, ale i tak nastrój tej nocy zapamiętany z bezpośredniego przekazu telewizyjnego miał znaczenie decydujące. Jestem przekonany, że byłem jednym z bardzo wielu, dla których wtedy ostatecznie skończył się mit Wałęsy i złudzenia wobec wielu innych postaci politycznych.

Gdyby dzisiaj telewizja publiczna była nasza, film "Nocna zmiana" byłby emitowany o godz. 20:00, a nie o 22:40, w konkurencji do atrakcyjnego przekazu koncertu w Krakowie. Ale telewizja wciąż nie jest nasza, a Urbański musi odejść.

 

I jeszcze dygresja:

 

Na marginesie awantury o Sienkiewicza

R.Giertych jest prawie jak Midas - wszystko czego się dotknie, zamienia w złoto - "prawie", bo nie o złoto chodzi. Cierpnie mi skóra, gdy słyszę o każdej nowej akcji Giertycha, zwłaszcza gdy chodzi o sprawy słuszne i ważne. Z góry wiem, że sprawa będzie spalona, bo R.G. nie ma nawet szczątkowej wiarygodności, nie ma politycznego wyczucia, nie ma dostatecznego taktu i nie ma kompetencji. Ze wszystkich stron mu dokładają, więc jako przykład pomijający jego osobę przytoczę tylko horrendalne zjawisko, jakim są publiczne dialogi telewizyjne (widziałem dwa) Wierzejskiego i Szczuki na temat Gombrowicz-Sienkiewicz. Gdyby na miejscu Wierzejskiego siedział ktoś inny, mógłby Pani Szczuce wyjaśnić, że właśnie przykład jej osoby, ceniącej Gombrowicza bardziej niż Sienkiewicza ukazuje dobrze istotę problemu. Jest osobą, która nagminnie ujawnia publicznie pogardę dla wszystkiego, co jest istotą polskości, zupełnie nie identyfikuje się z wartościami, obyczajami, historią, religią i dążeniami, które są wyznacznikami wspólnoty narodowej, nawet jej agresja, specyficzna kultura osobista i często wulgarny język, skłaniają do uznania jej za osobę z zewnątrz, po prostu za obcą. Być może jest to wpływ tego szczególnego literackiego upodobania i nie ma powodu, by polską młodzież przymuszać do rozwijania takich właśnie upodobań.

Na szczęście w moich czasach szkolnych Gombrowicza nie było w spisie lektur, ani obowiązkowych, ani nadobowiązkowych. Miałem wolny wybór sięgnięcia po Gombrowicza w późniejszym okresie i sięgnąłem tylko raz.

Jako zupełnie zaskakujący odprysk tej awantury przeczytałem kuriozalny list napisany przez Bartłomieja Sienkiewicza w imieniu tzw. Stowarzyszenia Rodziny Sienkiewicza, domagający się wycofania dzieł swojego przodka z kanonu lektur, aby mogły one współtowarzyszyć dziełom innych odrzuconych z tego kanonu i cenionych pisarzy. Okazało się, że Pan Bartłomiej Sienkiewicz to ten sam, który publicznie występuje jako ekspert do spraw wschodnich, a którego całkowicie amatorskie wypowiedzi każą ustawicznie stawiać pytanie: komu ten ekspert doradza? Zwrócił moją uwagę w przededniu kijowskiej wyprawy polskich polityków biorących czynny udział w pomarańczowej rewolucji. Gdy publicznie wykrzykiwał buńczuczne hasła, że oderwiemy Ukrainę od Rosji, zdawało mi się, że werbalizując tak głośno słuszne skądinąd zamysły, był w istocie sprzymierzeńcem Putina, który tylko czekał na takie materiały telewizyjne z Polski, by konsolidować wokół siebie tłumy dla antypolskiej polityki.

Nie mógł wielki pisarz Henryk Sienkiewicz przewidywać, jakich będzie miał potomków w kolejnych pokoleniach, tym bardziej nie mógł przewidzieć, że niektórzy z nich poczują się dysponentami tego, co osobiście ofiarował Narodowi. Dlatego żaden z nich nie osłabi mojego uwielbienia dla wielkiego Pisarza, który także dla swoich potomków przekazał cenną radę: jeść nasiona słonecznika i popijać miodem, aby oleum w głowę weszło.

 

30 maja 2007    -  79

Zawód zaufania publicznego?

Nie potrzeba wielkiej wyobraźni, by uzmysłowić sobie jak wielką wagę ma wzajemne zaufanie ludzi dla normalnego funkcjonowania we wspólnocie. Już od najwcześniejszych chwil życia każdy człowiek odczuwa komfort, gdy dorasta w otoczeniu najbliższej rodziny, krewnych, a później poszerzającego się kręgu przyjaciół i znajomych, których można obdarzać zaufaniem. Dopiero wchodząc głębiej w życie doznajemy czasem zawodu i uczymy się bardziej realnego spojrzenia na świat.

Potrzeba ciągłego wspierania stosunków międzyludzkich na zaufaniu jest tym bardziej doceniana, im częściej doznajemy przykrości, gdy ktoś to zaufanie zawiedzie. W otoczeniu, w którym zaufanie staje się towarem deficytowym, życie przemienia się w koszmar, z którego pragniemy się uwolnić, poszukując swego miejsca i oparcia gdzie indziej. W tym przypadku nie potrzebuję nawet wyobraźni, bo krótki czas spędzony na obrzeżach polityki pozwolił mi wejrzeć w takie właśnie środowiska, w których zaufanie ma często inny, zdehumanizowany wymiar. Jednakże, także w tych środowiskach funkcjonują pożytecznie ludzie, ale tylko wtedy, gdy mają zaplecze przynajmniej wąskiego grona współpracowników wzajemnie lojalnych i godnych zaufania.

Działalność polityczna jest też związana z zaufaniem o bardziej powszechnym wymiarze - z zaufaniem publicznym. Polityk musi zdobywać zaufanie publiczne, by w ogóle zaistnieć w polityce. Niektórym udaje się przez pewien czas oszukiwać ludzi, ale nastaje moment, gdy wyborcy z irytacją odkrywają, że swoje zaufanie ulokowali w niewłaściwym miejscu. Pomimo powszechnych narzekań, jest jednakże coś naturalnego w sytuacji polityków, którzy po pierwsze wiedzą, że zaufanie muszą sami zdobywać, po drugie mogą być pod tym względem zweryfikowani i ukarani w kolejnych wyborach.

Z odmienną sytuacją mamy do czynienia w przypadku grup zawodowych, które przypisane są do tzw. zawodów zaufania publicznego. To określenie dotyczy szerokich grup wykonujących ważne funkcje w społeczeństwie, których spełnianie wymaga szczególnego zaufania, a jego podważenie, lub brak rujnuje życie wspólnotowe. Jeśli dziennikarze powszechnie tracą wiarygodność i ich przekaz nie budzi żadnego zaufania, przestaje działać społeczna komunikacja i następuje atomizacja wspólnoty. Jeżeli prawnicy odpowiedzialni za funkcjonowanie aparatu sprawiedliwości tracą zawodowe zaufanie, następuje załamanie całego systemu prawnego, bo zanika sens przestrzegania, a nawet tworzenia prawa, którego egzekucja powierzona jest ludziom niewiarygodnym. Jeżeli mamy powody, by przestać ufać lekarzom, korzystanie z ich usług staje się wątpliwym przedsięwzięciem, a troska o zdrowie staje się z konieczności hazardem. Także oddając swe dzieci pod opiekę nauczyciela mamy potrzebę ufności w jego kwalifikacje edukacyjne i moralne.

Mam wrażenie, że w Polsce bardzo często przedstawiciele zawodów zaufania publicznego szermują takim określeniem, zakładając, że już sam wybór ich zawodowej działalności nadaje im kwalifikację osoby obdarzanej automatycznie powszechnym zaufaniem. Takiego automatyzmu po prostu nie ma, co więcej właśnie ludzie wykonujący takie zawody mają szczególny obowiązek, by w ciągły sposób zaufanie publiczne zdobywać. Niektórym się to dobrze udaje w wymiarze indywidualnym, ale jakby zapominali, że rzecz jest znacznie bardziej poważna, bo chodzi o publiczne zaufanie w zbiorowej skali całej grupy zawodowej.

Jest rzeczą normalną, gdy w szerokim środowisku znajdzie się dziennikarz, który kłamie i manipuluje, prawnik, który działa przeciw sprawiedliwości, lekarz, który sprzeniewierza się swojemu powołaniu, czy zachowuje się nieetycznie, nauczyciel, który działa na szkodę powierzonych mu uczniów - można powiedzieć, że są to zjawiska statystycznie oczekiwane. Nie jest jednak rzeczą normalną, gdy takie ułomności są cechami charakteryzującymi wielu przedstawicieli środowiska zawodowego, a walory potrzebne do dysponowania zaufaniem publicznym wykazuje tylko jego część. Zła opinia, w sposób często niezasłużony dotyka całej grupy i powoduje spadek zaufania rzutujący na całą grupę zawodową. Dlatego korporacyjne zabiegi usprawiedliwiające złe zachowania, a także brak potępienia i eliminacji "czarnych owiec" przynosi szkodę nam wszystkim, ale w pierwszym rzędzie tym uczciwym dziennikarzom, prawnikom, lekarzom i nauczycielom, którzy zasługują na publiczne zaufanie.

Z zainteresowaniem patrzę na wysiłki przedstawicieli różnych zawodów zaufania publicznego, którzy próbują naprawiać pozycję swoich zawodów w społeczeństwie. Z wielką dezaprobatą przyglądam się też intensywnym wysiłkom innych, którzy próbują hamować procesy naprawy, by zatrzymać sytuację, w której żyło im się dobrze w dżungli całkowitej bezkarności. Nie wejdę tutaj w szczegóły tych obserwacji, bo cały ten długi wstęp napisałem po to jedynie, by skomentować aktualne strajki lekarzy.

Ten komentarz nie będzie długi, bo już blisko rok temu, 2 lipca 2006, w czasie poprzednich strajków dotknąłem tych spraw. W międzyczasie zaszły jednak okoliczności, które ten obecny strajk każą mi potępić jeszcze mocniej, niż poprzedni.

Strajk ma miejsce w sytuacji, gdy narasta histeryczny opór środowisk, które związane są z urządzaniem Polski w modelu III RP, w którym zepchnięto większość Narodu w beznadziejny stan pauperyzacji, bez perspektyw, bez godności, bez nadziei na zmiany. Z wielkim wysiłkiem rozpoczął się proces wielkiej naprawy, który postępuje zadziwiająco szybko, a jeśli ozdrowieńcze trendy można odnotować w każdej niemal dziedzinie, to przecież realizm oczekiwań wymaga ogromnej cierpliwości. Nie ma żadnej wątpliwości, że także lekarze mają wszelkie powody, by uznać, że odbiliśmy się od dna i także im już trochę poprawiła się sytuacja, a perspektywy na dalszą stopniową poprawę jawią się bardzo wyraźnie.

I ta grupa zawodowa, która jest tylko małym fragmentem społeczeństwa upokorzonego niskimi płacami, zachowywała się raczej biernie, gdy III RP urządzano, gdy także ich relatywne płace obniżały się i nie było żadnych oznak zmiany tej tendencji. Ta grupa nagle zaczęła agresywnie stawiać coraz bardziej wygórowane i coraz bardziej egoistyczne wymagania właśnie wtedy, gdy ich sytuacja zaczęła się trochę poprawiać i pojawiły się perspektywy dalszych zmian. Nie można tego interpretować inaczej, niż zdumiewającym włączeniem się lekarzy do politycznego ruchu oporu przeciw zmianom w Polsce. Czy to w ogóle można wyjaśnić?

Moja robocza hipoteza jest następująca.

Pośród lekarzy mamy dwie grupy. Ta bardziej liczna składa się z uczciwych lekarzy, których do zawodu skierowało autentyczne powołanie, i których cieszy praca dla ludzi. Ci lekarze ofiarnie służą pacjentom za wynagrodzenie, które wynika z listy płac, ale ich cierpliwość dla trwania haniebnego statusu materialnego jest na wyczerpaniu. Bez próby ogarnięcia całości sytuacji, lekarze ci uznali, że pojawiła się możliwość poprawy losu i trzeba solidarnie wesprzeć tych, którzy strajk zainicjowali. Można tych lekarzy zrozumieć, choć trzeba wyrazić żal, że nie doceniają oni stawki, o którą chodzi w tej grze na dłuższą metę.

 Drugą grupę, mniej liczną, stanowią ci, którzy są głównym motorem strajku - to oni zainicjowali strajk, by przerwać proces zmian w Polsce i kontynuować realizację wcześniej zarysowanego planu postępowania. Ci lekarze już dawno zrezygnowali z mitów o powołaniu lekarza, o przysiędze Hipokratesa, o służbie, zawiesili na haku moralność i etykę, by włączyć się w darwinowską dżunglę, którą stworzyli budowniczowie IIIRP. Tu są lewe dochody, korupcja na styku z pacjentem, z firmami farmaceutycznymi, prywatna praktyka pod osłoną publicznej służby zdrowia, przejmowanie sprzętu, prywatyzacja i unikanie odpowiedzialności za błędy. Plan jest prosty - materialnie korzystać z układu dopóki się da, a potem zadbać o udział w prywatyzacji i rozpocząć normalny zachodni standard opieki zdrowotnej dla tych, których będzie na to stać.

Dla tych lekarzy świat się dzisiaj wali. Nagle okazuje się, że lewe dochody stają się coraz trudniejsze, że przez nieokreślony czas trzeba będzie zrównać się statusem materialnym z uczciwymi lekarzami i czekać wraz z nimi na powolny proces poprawy sytuacji. Sygnał strajkowy jest więc wyraźny - zaakceptujemy brak lewych dochodów, gdy dacie nam niespotykaną w historii zwycięstw strajkowych skokową podwyżkę pensji.

Nie wiem jak to wszystko się skończy, ale pod pewnym względem lekarze już przegrali. Cała postawa wskazuje na to, że zanosi się na rezygnację środowiska lekarzy ze statusu zawodu zaufania publicznego. Odejście od pacjentów, ograniczenie zabiegów, szantaż związany z groźbami wyjazdu z Polski, a nawet zatrważająca tolerancja i zrozumienie dla łajdaków z własnego środowiska. 

 Sprawa Mirosława G. jest sprawą kluczową dla dzisiejszej sytuacji, jest też w znacznej mierze katalizatorem strajku. Formalnie trzeba twierdzić, że nie wiadomo, które z zarzutów się potwierdzą, ale wolno mieć własne wyobrażenie o skali przestępstw, choćby prawnikom udało się w przyszłości zniwelować ich rozmiar. Ja wierzę w autentyczność reakcji tych kilku osób, które miały możliwość, by zapoznać się z materiałami śledztwa, a nawet prof. Religia początkowo broniący oskarżonego wyraził się, że są to materiały wstrząsające. Co więcej uważam, że jeśli prawdziwy jest zarzut opisany w prasie o seksualnym wykorzystaniu córki, której MG za taką cenę umożliwił uratowanie matki, to nie razi mnie rozwinięcie jego inicjałów w kryptonim "Mengele". Korupcja lekarza nie jest zwykłą korupcją, bo stawką szantażu jest zdrowie, a nawet życie człowieka. Dlatego publiczna obrona takiego lekarza przez innych lekarzy jest kompromitacją środowiska; ten fałszywy krzyk o domniemaniu niewinności, a raczej wrzask, trudno będzie zapomnieć. Wreszcie chór transplantologów oskarżających ministra sprawiedliwości i nie dostrzegających tych wszystkich horrendalnych zjawisk, które powstrzymują ludzi przed deklaracją donacji organów, na których lekarze zarabiają lewą kasę i zyskują rangę panów życia i śmierci. Te butne, pozbawione wszelkiej pokory wystąpienia orłów przeszczepów zrobiły na mnie odpychające wrażenie, podobnie jak wystąpienia publiczne przywódców strajku, którym wtóruje pełna emocji lekarka-posłanka Ewa Kopacz z Platformy Obywatelskiej. Argumentów nie ma, jest tylko bezrozumny krzyk posługujący się taką logiką, jaką zastosował Pan Radziwiłł, który wykrzyczał, że "nie może być tak, że aparaturę kosztującą kilka milionów dolarów obsługuje ktoś, kto zarabia 10 zł za godzinę pracy".

Ja rozumiem, że projektant, czy budowniczy takiej aparatury powinien stosownie zarabiać, ale jaki ma związek cena urządzenia z wysiłkiem obsługującego. Często cena takiej aparatury jest wyższa dlatego, by umożliwić jej obsługę także przez osobę bez szczególnych kwalifikacji.  

Obecne strajki lekarzy, to czarny okres zawodu lekarza w Polsce - im dłużej potrwa, tym trudniej będzie odbudować rangę zawodu zaufania publicznego. Współczuję wszystkim uczciwym lekarzom, którzy nie rozpoznali zagrożenia.

 

17 maja 2007     -  78

Wszystkie (?) ręce na pokład !

Myślałem, że po dłuższej przerwie można będzie nie wdawać się przez chwilę w rozważanie bieżących spraw z życia publicznego, ale zerknąłem na moment w szklany ekran, z którego płynął obraz auli Uniwersytetu Warszawskiego wypełnionej po brzegi "autorytetami" i zorientowałem się, że nie da się uniknąć komentarza dotyczącego tego, ważnego ze względu na symbolikę, wydarzenia.

Już nauczyliśmy się, że w nowych czasach "autorytetem" jest ten, kogo odpowiednie grona obdarzą tym tytułem, a usłużni heroldowie mediów przy nazwisku pretendenta powtórzą tysiąckrotnie słowa, że jest wybitnym naukowcem, autorytetem moralnym, postacią o krystalicznej i bohaterskiej biografii, wybitnym znawcą prawa, konstytucjonalistą, aktorem, pisarzem, cenionym w świecie fachowcem, czy powszechnie szanowanym człowiekiem. Jest mniej więcej tak, jak z przyjmowaniem do Polskiej Akademii Nauk, ale wejście jest znacznie łatwiejsze - wystarczy zachowywać się tak, jak życzy sobie tych kilka osób, które w danym momencie służą jako wzory "autorytetu". Jest paradoksem, że utytułowani ludzie z uniwersytetów z taką łatwością zgadzają się na koniunkturalną bezmyślność, ale w takim gronie mniej dziwi obecność zdewastowanego moralnie aktora, muzyka, czy reżysera.

Zebrali się więc, w tym licznym gronie różni ludzie, na ogół rozpoznawalni z różnego rodzaju publicznej działalności, często ludzie, których wolałbym nie oglądać. Tych, którzy mogliby dla mnie być autorytetami, nie widziałem.

 Oficjalnie łączyła ich jedna sprawa; mianowicie, zatrwożenie, czy polska demokracja spełnia europejskie standardy. Nieoficjalnym, choć znacznie mocniejszym spoiwem była trwoga o los III Rzeczypospolitej, a ściśle mówiąc strach przed odpowiedzialnością za jej współtworzenie.

Słuszny strach! Bo - "przekręty szły", "Polskę mieli w d..ie", byli "małymi krętaczami", inni dużymi. I można się było zdenerwować i wykrzyczeć, że Oleksy to kretyn i zdrajca, ale obawa o przyszłość pozostała realną, bo wiele spraw, które miały być ukryte już wisi w powietrzu.  Padła więc głośna komenda: "wszystkie ręce na pokład!" Długo trwało podejmowanie decyzji, działo się to prawie bezszelestnie, ale znalazło swe doraźne zwieńczenie w auli UW.

Boże drogi! Czy Koleżanki i Koledzy z Uniwersytetu Warszawskiego, już po kompromitacji z uchwałą Senatu UW, która powinna zbudzić środowisko uniwersyteckie do restytucji honoru uczelni, czy nie zdają sobie sprawę z tego, jaki ślad w historii uczelni pozostawi ten czarny czwartkowy spektakl? Czy czasem już jakiś współczesny Matejko nie zdążył rzucić na płótno szkicu p.t. "Pseudoelity wdarły się na Uniwersytet"?

Mimo wszystko myślę, że to powinno być w jakiś sposób uwiecznione. To nie jest trywialne, codzienne wydarzenie i może mieć wymiar historyczny. Taki zbiór mrocznych postaci trzeciej RP, na takim śmiesznym spektaklu, w miejscu, które winno być kuźnią prawdy, a służy kłamstwu z PRLowskim zadęciem, pod batutą Kwaśniewskiego i przy konferansjerce agenta Olechowskiego, zasługuje na ślad w historii.

Jestem stuprocentowym optymistą, wiem, że ten pokład znajdzie się pod wodą, ale chciałbym, by te fragmenty zmagań Narodu z hołotą (zbyt wiele widziałem i słyszałem, bym się wahał, czy tego słowa wolno mi użyć), która uzurpuje sobie tytuł do bycia elitą, nie przeminęły bez śladu. Ten obraz nazwałbym "Agonia III RP".

Jedyne poważne myśli, jakie przyszły mi do głowy w związku z tym wydarzeniem, prowadzą mnie do konkluzji, że mimo wszystko - Prawda o Wałęsie jest kluczem do Prawdy o najważniejszym etapie współczesnej historii Polski - o wychodzeniu z komunizmu. Jestem przekonany, że jest to prawda bardzo przykra dla Wałęsy, ale jeszcze dzisiaj jego spowiedź przed Narodem, tak drobiazgowa i szczera, jakby spowiadał się samemu Bogu, ułatwiłaby powstanie prawdziwej Polski. Sądzę, że przywróciłaby też jemu spokój i godność. Niestety jego uwikłanie i środowisko, które od wielu lat go otacza pozostaje nienaruszone, musi się to zatem odbyć bez jego udziału.

 

23 kwietnia 2007    -  77

Od zagadki do trywialnej prawdy

Sporo miejsca poświęciłem na rozważanie wydarzeń związanych z inicjatywą marszałka Marka Jurka dotyczącej konstytucyjnego wzmocnienia ochrony życia. Chłodne rozumowanie podpowiadało mi, że w tym sporze rację ma Jarosław Kaczyński, ale szacunek dla Marszałka nakazywał, by dopuścić możliwość pomyłki we własnym myśleniu.

Sprawy potoczyły się szybko w tak nieoczekiwany sposób, że dociekanie przyczyny ulokowanej w kategoriach logicznych stało się praktycznie bezowocne i czekałem cierpliwie na jakiś sygnał wyjaśniający tę zagadkę. Marek Jurek, po wielu wcześniejszych doświadczeniach, w których wykazywał imponujący, ale całkowicie nieskuteczny radykalizm, zdawał się odnaleźć przystań w PIS-ie. Po latach ukazał się jako dojrzały polityk, znakomicie wpasowany w tryb wypracowywania decyzji i współpracujący w ich skutecznej realizacji. Miałem wrażenie, że w pewnym sensie uzupełniają się z Jarosławem Kaczyńskim, a kilka kryzysowych sytuacji wykazało, że uzgodniony podział funkcji bardzo dobrze zapewniał skuteczność w prowadzeniu polskich spraw.

Od piątku 13 kwietnia zaczęły się dziać rzeczy zaskakujące i tak nienaturalne, że początkowo dopuszczałem możliwość rozwiązania zagadki w ramach dziwnej i ryzykownej spiskowej gry, która miałaby na celu uporządkowanie sceny politycznej przez skasowanie LPR i przygotowanie do zaniku Samoobrony. Dzisiaj jednak to rozwiązanie trzeba wykluczyć, bo mamy już pełny obraz sytuacji, gdy podjęte decyzje i coraz jaskrawsze ujawnianie wzajemnej autentycznej niechęci, ustawiły rozwój sporu w taki sposób, że w zasadzie nie ma dobrego sposobu, by wrócić do punktu wyjścia. Zaistniałe wydarzenia mają zbyt ciężką wagę, by można je uznać za niebyłe.

Nie wiadomo jeszcze, jakie będą ostateczne skutki dla Polski, dla Marka Jurka będą to skutki z pewnością bardzo dramatyczne. W ostatnich dwóch dekadach upadało w Polsce wiele autorytetów, ale nie przypominam sobie, by ktoś tak gwałtownie, na własne życzenie i samodzielnie, pozbawił się tak żmudnie przez siebie wypracowanej, ważnej pozycji w życiu politycznym.

Mam wrażenie, że postępowanie M.Jurka jest podobne do bezsilnej złości dziecka, które straciło panowanie nad sobą i rozpłakało się, gdy nie wygrało konkursu, mimo że było tego całkowicie pewne. Jeśli wsłuchać się w podawane przez niego przyczyny szlochu, ma się wrażenie, że mówi to ktoś inny, bo błahość i brak powagi zupełnie nie współgrają z wykazywaną wcześniej odpowiedzialnością. Czy można traktować poważnie argument, że na początku 38 posłów z PO poparło zajęcie się sprawą zmian konstytucji, a później głosowało tylko 24-ech i ten spadek głosów wynika ze sceptycyzmu przywódców PIS i ich niedostatecznego poparcia. Czy tych 14 posłów nie było po prostu zainteresowanych w uruchomieniu sprawy, bo słusznie węszyli poważne kłopoty PISu ? Skargi o "łamaniu sumienia" też brzmią dziecinnie, bo z całą pewnością przyjęcie zmiany art. 38 wróżyło jeszcze poważniejszą wojnę.

To, co pewnie nie tylko mnie zaskoczyło, to wyzwolony poziom wzajemnej agresji, który nie mógł eksplodować nagle bez głębszej przyczyny; konflikt ewidentnie musiał dojrzewać już od dawna. Dla mnie ta sytuacja ujawnia inną, nieznaną mi część osobowości M.Jurka, w której chrześcijańska otwartość i prostolinijność przysłonięta jest do pewnego stopnia wyrachowaniem pozwalającym skrywać prawdziwe odczucia.

Mimo woli retrospektywnie przywołuję w pamięci dziwne zachowania M.J., które już wcześniej zaskakiwały.  Jego wezwanie, by polscy europosłowie wsparli kandydaturę B.Geremka, bo polska racja tego wymaga - czy możliwe jest, by nie zdawał sobie sprawy, że Geremek zawsze działa przeciw Polsce, podczas gdy cudzoziemiec niekoniecznie to będzie czynił? Jego długa kadencja w KRRiT - czy naprawdę coś dobrego się wtedy w mediach działo, poza miałkimi sprawami, które służyły bardziej uwiarygodnieniu Przewodniczącego, niż radykalnej naprawie?

Wreszcie ta najbardziej bolesna sprawa, która, niestety, dotyczy także Premiera, a najbardziej Prezydenta - sprawa arcybiskupa S.Wielgusa. Sprawa pozostaje nadal niewyjaśniona, ale nie wymaga szczególnych wyjaśnień postawa moralna najważniejszych osób w państwie, bo była jak na dłoni widoczna. I nie była to postawa chrześcijańska, więc ta jednoznaczność Marszałka pod tym względem nie jest tak do końca zdefiniowana. To był paskudny, może najgroźniejszy błąd, wierzę, że nieuświadomiony i związany z nierozpoznaną do tej pory prowokacją.

Jarosław Kaczyński pogodził się z rozejściem w sposób stanowczy, bo wymierzył Marszałkowi głośny policzek sugerując mu pozycję zastępcy R.Giertycha w LPR. Obawiam się, że tym samym słusznie ocenił, że rola Marka Jurka w polskiej polityce jest w zasadzie skończona. Jestem przekonany, że niewątpliwe fiasko nowej partii uświadomi M.Jurkowi rozmiar błędu, ale się nie wycofa, bo charakter jego osobowości raczej wyklucza powrót.

Czeka nas dalej bardzo ciekawy czas, IV RP drży w posadach, jej przeciwnicy wpadają w obłęd histerii i  przygotowują się do ataku - być może będą wybory.

I może to będzie niezłe wyjście, gdy w sondaże już dzisiaj nawet PO nie wierzy. Gdyby, tak jak we Francji, do urn poszło 85% wyborców, zwycięstwo PIS byłoby miażdżące - jeśli przyjdzie ten czas, to na walce o frekwencję trzeba będzie się skupić.

Ja w mozliwość takiego obrotu spraw wierzę, bo po raz pierwszy od 1989 roku decyzje wyborcze będą motywowane przejrzystą i łatwą do zrozumienia alternatywą. A gdyby tak się stało, to i dzisiejszy błąd Marka Jurka mógłby okazać się zapalnikiem tryumfu, powróciłby do zasłużonej chwały - gorąco mu tego życzę. Patrząc bardziej  realistycznie, nie dziwię się tym, którzy oczekują prozy, bólu, płaczu i potu.  

 

18 kwietnia 2007     -  76

Polska radość

Z wielką sympatią przyglądam się spontanicznej radości Polaków, która rozlała się po całej Polsce w chwilę po ogłoszeniu decyzji o przyznaniu nam i Ukrainie prawa organizacji piłkarskich mistrzostw Europy w roku 2012. Ta autentyczna i naturalna radość jednoczy ludzi i ukazuje też, jak bardzo Polacy głodni są sukcesów i uznania dla ich potencjalnych możliwości. Jak bardzo Polacy wypatrują pozytywnych wydarzeń i zjawisk, które pozwolą podnosić głowę i odrzucać sztucznie narzucane kompleksy, by odzyskać w pełni godność narodową, na którą zasługują pewnie bardziej niż inni.

Dzielę tę radość, choć nie jestem aż takim miłośnikiem futbolu, by paradować z kolorowym szalikiem i ścigać się z politykami, którzy ani na chwilę nie potrafią zapomnieć o zdobywaniu popularności. Zastanawiam się, czy czasem nie jestem zanadto obarczony politycznymi skojarzeniami, gdy te szaliki przypominają mi tamte pomarańczowe, które w zadziwiającej ponad-partyjnej współpracy założyli nasi politycy, by z wdziękiem przysłowiowych słoni w składzie porcelany, nieść Ukrainie demokrację w tej samej wynaturzonej wersji, jaką zdążyli już wyćwiczyć na własnym narodzie.

Paradoksalnie, te nowe szaliki mogą przynieść lepszy efekt dla poprawy polsko-ukraińskich stosunków, niż tamte pomarańczowe. Żeby tylko ktoś nie wpadł na pomysł, by w imię nowych perspektyw wstrzymywać budowę pomnika ofiar UPA, bo nic nie warta jest przyjaźń dwóch narodów, gdy buduje się ją kosztem prawdy.

Decyzja UEFA rodzi też inne pozytywne perspektywy.

W trudnym politycznie czasie jest chwila uspokojenia, na moment zamilkło ujadanie opozycji, która doznała lekkiego oszołomienia manną, która jakby z nieba spadła władzom IV RP. Jeszcze dziś nie wypada pomniejszać zasług przeciwnika, bo byłby to dysonans szkodliwy z punkty widzenia socjotechniki. Nie wypada też narażać się na przypomnienie tych wszystkich złowieszczych, a niespełnionych prognoz, którymi szafowano, by blokować walkę z korupcją w świecie piłki nożnej.

Może się okazać, że organizacja tej wielkiej imprezy sportowej przyczyni się nie tylko do rozwoju futbolu w Polsce, ale zmieni postawy kibiców. Spodziewam się wielkiej mobilizacji miłośników piłki nożnej dla wypracowania wzorowej atmosfery na stadionach mistrzostw, a ta atmosfera może przetrwać i całkowicie zmienić dotychczasowy stan rzeczy, gdy prawdziwi kibice we własnym interesie zakorzenią w swoim środowisku dobre obyczaje.

I wreszcie ten najbardziej trywialny pozytyw, który wszyscy podkreślają w pierwszym oddechu, że nastąpi znakomita poprawa infrastruktury sportowej i komunikacyjnej, a pozyskane duże fundusze wpłyną dobrze na gospodarkę.

W tym miejscu zrobię dygresję związaną z wysłuchaniem przez chwilę tego, co miała do powiedzenia Janina Paradowska, komentując wiadomość o decyzji UEFA. Jeśli ktoś potrafiłby przewinąć wstecz film, by przejrzeć dziennikarskie akcje tej mało atrakcyjnej postaci w różnych momentach ostatnich 18 lat, gdy decydowały się bardzo ważne dla Polski sprawy, nie miałby wątpliwości, że ma do czynienia z osobą szczerze wspierającą to wszystko, co dla Polski jest niekorzystne. Dlatego bez zdziwienia obserwowałem z trudem skrywany brak entuzjazmu dla sukcesu Polski, a nawet wyraźne zakłopotanie, jak komentować w tej sytuacji taki całkiem niepotrzebny sukces i to jeszcze w chwili, gdy rządzi PIS. J.P. skupiła się więc na rozważaniu tych wielomiliardowych środków finansowych, jakie podobno będą napływać do Polski i wyrażaniu obaw, jak to wszystko się zagospodaruje. Nie powiedziała jednak tego, co akurat w tej sprawie jest najważniejsze, mianowicie tego, że dzisiaj, przy funkcjonującym CBA, przy determinacji rządu w walce z korupcją, jest większe niż kiedykolwiek prawdopodobieństwo, że fundusze te zagospodarowane będą w uczciwy i przejrzysty sposób. Ci politycy, którym J.Paradowska zawsze sprzyja, bez wątpienia takich gwarancji by nie dawali, wręcz odwrotnie.       

 

Porządek spraw - główne przykazanie polityka -"… et respice finem"

Inne myśli, które przywodzi świadomość trwania dramatycznych politycznych wydarzeń przesłoniętych euforią związaną z decyzją UEFA, wiążą się z dziwną kondycją współczesnego człowieka, a dzisiaj konkretnie - Polaka A.D. 2007. Jak to się dzieje, że sprawa igrzysk, fascynującej zabawy w piłkę nożną, chwilowych emocji związanych z rywalizacją drużyn, angażuje tak mocno potężne rzesze ludzi, niesamowite środki finansowe, wysiłek organizacyjny i czas, wywołuje eksplozje radości, łzy wzruszenia, a niekiedy łzy rozpaczy. I w tym samym czasie, sprawa po stokroć ważniejsza, w ogóle nieporównywalna w skali swojego znaczenia, sprawa śmierci, lub życia człowieka, który już istnieje, ale nie zdążył się jeszcze narodzić, ta sprawa angażuje zaledwie nielicznych, wywołuje o wiele mniejsze emocje, a często spotyka się z obojętnością. Przecież krwawa wojna, w której giną ludzie, wstrzymuje normalne życie i cały wysiłek skupia się na ratowaniu życia.

Myślę, że ta trwająca wojna z niewinnymi, bezbronnymi, nienarodzonymi istotami, jest głównie wojną o świadomość, dlatego jest to tak trudna wojna, wymagająca szczególnie wysublimowanych metod, aby skutecznie obronić zagrożonych. Ostatnia przegrana batalia powinna jeszcze raz uświadomić potrzebę poszukiwania najlepszej drogi, by osiągnąć skuteczność.

Rozwój wypadków wydaje się wskazywać, że scenariusz wcześniejszych wydarzeń mógł być bardzo podobny do tego, który opisałem w poprzednim zapisku, ale dzisiaj obrót spraw stał się bardziej dramatyczny, niż można było przypuszczać. Zadziwia mnie, że marszałek Marek Jurek, który wkrótce po głosowaniu wypowiadał się w bardzo umiarkowany sposób, z upływem kolejnych dni zaostrza swoje stanowisko i prowadzi wprost do nieodwracalnego zerwania z J.Kaczyńskim.

Starałem się łowić każdą wypowiedź M.Jurka i wsłuchiwać się w argumenty, ale nie znalazłem niczego ponad to, co wcześniej dostrzegałem tzn. różnice wynikające wyłącznie z oceny drogi dojścia do tego samego celu. Jeśli w najważniejszym głosowaniu praktycznie cały PIS głosował "za", to oskarżanie, że niektórzy posłowie PO zrezygnowali z poparcia zmiany z powodu sceptycyzmu przywódców PIS, jest chyba sztucznym poszukiwaniem usprawiedliwienia swojego błędu w ocenie.

Myślę, że M.Jurkowi ktoś powinien podpowiedzieć, że odpowiedzialność polityka wymaga starannego przemyślenia tej głównej zasady, którą ja też już bardzo wcześnie przytaczałem, właśnie w związku z tą sprawą - "Cokolwiek czynisz, czyń rozważnie
i patrz końca". Dodałbym jeszcze, że lepiej w tym przypadku przemyśleć sprawy samodzielnie, bez pomocy Pawła Milcarka, bo chyba już raz w przypadku sprawy abp. S.Wielgusa jego myślenie okazało się być tragiczną pomyłką.

Jeżeli ten "koniec", na który M.Jurek zdaje się dzisiaj nie patrzeć okaże się być upadkiem IV RP i doprowadzi do restytucji III RP, historia o sprawcy nie zapomni, nawet jeśli dzisiaj dla niektórych jest bohaterem. Coraz trudniej jest ratować sytuację,  ale chyba są wciąż jeszcze możliwości, a jest taka potrzeba.

 

14 kwietnia 2007    -  75

Współczuję Jarosławowi Kaczyńskiemu

W piątek 13-tego leciałem samolotem i czytałem w tej podróży wszystkie możliwe gazety, by dowiedzieć się, jak biegną polskie sprawy. Dopiero po powrocie do domu dowiedziałem się, że ta fatalna data znalazła swój wymiar w dramacie w polskim parlamencie. Skutki zmagań o zmianę konstytucji są bardziej poważne, niż można było przewidywać w rozważaniach możliwych scenariuszy. Powstało nawet zagrożenie dla kontynuacji procesu naprawy Rzeczypospolitej, dla trwania owego "groźnego i nikczemnego reżimu IV RP", jak nazwał rząd PIS agent Olechowski.

W zależności od indywidualnych poglądów na temat zachowania poszczególnych polityków w walce o konstytucyjne gwarancje ochrony życia można mieć różne spojrzenie na to, co się stało. Można powiedzieć, że "partia PIS w dramatyczny sposób odsłoniła swoje drugie oblicze" i obecny kryzys jest dopiero wstępem do przegrania wszystkich szans, jeśli w jakiś sposób partia nie odzyska zaufania wyborców. Tak podsumował sprawę Z.Łabędzki - redaktor portalu, w swoim komentarzu na stronie głównej.

Ja się z tym poglądem nie zgadzam i stanę jeszcze raz w obronie Jarosława Kaczyńskiego, a by zrobić to równie mocno, jak mój czcigodny sąsiad z "Zapisków Polaków", stwierdzę, że Premier ma dzisiaj prawo powiedzieć: "A nie mówiłem?"  Jest to trochę na wyrost i nie jestem pewien swojej racji, ale chcę Premiera bronić, bo tak podpowiada mi intuicja, a dotychczas żaden poważny fakt jej nie przeczy.

Przypomnę, że w tej sprawie J.K.wypowiedział się publicznie bardzo wyraźnie: "Jestem za ochroną życia od poczęcia do naturalnej śmierci (z wyłączeniem przypadków kwalifikujących się do kary śmierci)" i nie pamiętam, by kiedykolwiek przyłapano go na kłamstwie. Nie wolno motywów jego zachowania poszukiwać w podejrzeniach, że skrywa rzeczywiste poglądy i głosi całkiem inne. Motywacja jest inna, bardziej złożona, choć można bez ograniczeń spekulować, gdy nie wierzy się, że chodzi o wybór ostrożnego politycznego działania opartego na dobrym rozeznaniu możliwości, ogarniającym całość sprawy i osiągającym skuteczność. Współczuję J.Kaczyńskiemu, bo wiem, że nie leży w jego naturze, by tłumaczyć, kim naprawdę jest, gdy wokół aż roi się od demagogów, którzy na pokaz wypisują sobie na czole obronę życia, bo akurat ta demonstracja może dać polityczny zysk.

Podsumuję jeszcze raz możliwy bieg wydarzeń, tak jak go sobie wyobrażam.

M.Jurek zgłasza J.Kaczyńskiemu swoją inicjatywę: "Przez cały czas pracuję z tobą, by realizować program, z którym się głęboko zgadzam, choć inne sprawy uznaję za priorytetowe. Chciałbym więc teraz podjąć inicjatywę związaną z tym, co ja uznaję za najważniejsze i liczę na wsparcie. Chodzi o zmianę konstytucji, by prawem wyższego rzędu zagwarantować pełną ochronę życia człowieka i uniemożliwić takie ruchy, które lewica już próbowała zrobić z ustawą. Jesteśmy prawicą i teraz jest właściwy moment, by tę sprawę przeforsować, mamy pod tym względem wyjątkowo sprzyjający układ w parlamencie."

J.K.odpowiada: "Obawiam się, że nie doceniasz przeciwnika i przeceniasz obecny skład parlamentu. Potrzebujemy 307 głosów, ja ich nie widzę - przecież tutaj potrzeba ze 40 mocno zdecydowanych ludzi z PO, a ja nawet wielu z posłów koalicji nie jestem pewien. Ta ustawa z 1993 roku jakoś działa, dla obrony nienarodzonych zrobimy nawet więcej poprawiając byt Polaków, wspomagając rodzinę, a zwłaszcza wielodzietne rodziny - będzie po prostu dobry klimat dla dzieci i to będzie miało skutki jeszcze lepsze niż prawne zapisy. Przyjdzie czas, że z wielkim poparciem z łatwością zmienimy to prawo, ale jeśli to, co dzisiaj robimy zostanie przerwane, gdy tamci wrócą do władzy, to wszystko wywrócą, konstytucję też. Ja boję się ruszać tę sprawę, bo pamiętam jak to się toczyło w 1993 i nie jestem pewien, czy nie wywołamy wilka z lasu. Jak Giertych na to wsiądzie, to uruchomi taką ripostę z drugiej strony, że będziemy żałować żeśmy to ruszyli. A on na pewno wsiądzie, tylko czeka na okazję do zbierania punktów."

M.J.: "To się na pewno uda, mnie na tym bardzo zależy byśmy w tym parlamencie dali sygnał światu, czym ma być IV Rzeczpospolita. Mam prawo do inicjatywy i proszę cię o wsparcie."

J.K.: " Widzę to czarno, jestem nawet bardziej pesymistyczny w ocenie dzisiejszej dojrzałości narodu do przyjęcia tej sprawy i boję się tej zawieruchy. Oczywiście masz prawo do inicjatywy, ja będę się zachowywał neutralnie, bo tak mi nakazuje instynkt polityczny, gdy dostrzegam, że dzisiaj działanie w tej sprawie jest błędem. Zrobisz to całkowicie na swoją odpowiedzialność. Ma się rozumieć, będę cię cicho wspomagał i na pewno nie będę przeszkadzał."

 Marek Jurek zaczął działanie, z pełną otwartością na rozważenie różnych wariantów, także takich, w których zrobi się tylko maleńki krok do przodu. Zgodnie z oczekiwaniem medialnie inicjatywę przejął R.Giertych z LPR, zgodnie ze swoją praktyką - hałaśliwie, brutalnie, egoistycznie, bez niuansów i ze zwiększającym się natężeniem demagogii. Trzeba iść na całość - zmieniamy artykuł 38 - pełna ochrona życia, jakie to wspaniałe, oczywiste i proste w przekazie - punkty polityczne same lecą. To nie ważne, czy są na to szanse, nieważne, czy obudzą się demony, ważne, że punkty lecą, a jakie będą skutki? To też nie ważne, bylebyśmy skoczyli zdecydowanie w sondażach.

J.K. wiedział, że gdyby nawet był sukces i przeszłaby zmiana artykułu 38, byłby to dopiero początek wojny. Nie miał wątpliwości, że R.G. przy pierwszej okazji pójdzie za ciosem i skieruje ustawę do TK, by zażądać jej zmiany. Wtedy mobilizacja przeciwników jest pewna i z nadzwyczajną łatwością, bez trudu, doprowadzą do referendum - i to już samo w sobie oznacza tragedię i wojnę z włączeniem całej potęgi sił międzynarodowych. Rozpocznie się dramat, w którym wszystkie inne sprawy pójdą na drugi plan, a grunt do oddania władzy zyska taką żywotność, że tylko kwestia, kiedy to się stanie, będzie zagadką. J.K. włącza się, by ratować sprawę i w porozumieniu z M.J. proponuje zmianę artykułu 30, która będzie małym kroczkiem, ale jednocześnie możliwym wyjściem z trudnej sytuacji.

Dalej sprawy nabierają rozpędu i toczą się własną inercją, aż po dodatkową komplikację związaną z inicjatywą Prezydenta. Tutaj jest jeszcze więcej powodów, by współczuć Premierowi, bo już nie po raz pierwszy ma prawo czuć się zawiedziony postępowaniem Prezydenta. Zapewne brat pozostał takim, jakim zawsze był, ale nie było łatwo przewidzieć, że w izolacji prezydenckiego pałacu wpadnie w tak kiepskie i wpływowe towarzystwo, które już niejedną sprawę poprowadziło w całkiem nieoczekiwany sposób.

Zamieszanie piątkowych wydarzeń parlamentarnych dopełniło z nadmiarem czarnej wizji, której Premier obawiał się od samego początku. Skutki są jeszcze trudne do przewidzenia, ale zagrożenia, także dla ochrony życia, rysują się dramatycznie ostro. Jeśli nie będzie drugiego oddechu i szybkiego opanowania sytuacji to Bóg jeden wie, co nas czeka. Wiem, że Marek Jurek dojrzy te zagrożenia i on odegra znaczącą rolę w wyprostowaniu sytuacji. A ja stoję dzisiaj ponownie przy Jarosławie Kaczyńskim, choć nie uważam go za bezbłędnego i wielu rzeczy dzisiaj nie rozumiem, wierzę, że kiedyś się wyjaśnią w ten sposób, że uzasadnią słuszność mojej postawy.

Bo inaczej pozostają spekulacje?

W tym samym samolocie rzucił mi się w oczy skromny, oszczędny w informacje nekrolog zamieszczony w Gazecie Wyborczej.

Z głębokim bólem zawiadamiamy,
Że 10 kwietnia 2007 roku zmarł
PIOTR KUNCEWICZ
Wielki Mistrz
Wielkiego Wschodu Polski
                                       Bracia

Myślę, że kiedyś, za wiele lat może pojawić się podobny nekrolog, dotyczący  jakiegoś Jarosława. Przypuszczam, że nie będzie mi dane go czytać, ale spodziewałbym się rozszerzenia tego imienia raczej o nazwisko np. Gowin, niż Kaczyński.

 

6 kwietnia 2007    -  74

Lis na pokładzie- samopoczucie Sternika jest dobre

Piszę pod świeżym wrażeniem spektaklu telewizji Polsat, w którym Tomasz Lis w rozmowie z Aleksandrem Kwaśniewskim zameldował swoją obecność "na pokładzie", w odpowiedzi na jego wcześniejsze wezwanie "wszystkie ręce na pokład". Jak pamiętamy Sternik w skrajnej panice rzucił to hasło, gdy bieg wydarzeń, a zwłaszcza wyznania J.Oleksego uświadomiły mu, że żarty się skończyły i matecznik trzeciej RP znalazł się w zasięgu blasku wyzwalającej prawdy.

Pokładowy majtek - Lis tak poprowadził program, by nikt nie miał wątpliwości, że chodzi o medialne wzmocnienie wezwania Kwaśniewskiego, które zresztą były Prezydent literalnie powtórzył, by przesłanie dotarło także do mniej uważnych odbiorców. Postawa T.Lisa nie jest oczywiście żadnym zaskoczeniem i nie potrzebowałem tego programu, by się dowiedzieć, że wyłoży "na pokład" wszystko czym dysponuje - ręce, nogi, korpus i cały pseudodziennikarski łeb. Zacisnąłem zęby i w masochistycznym zacięciu, znosząc nieciekawe towarzystwo telewizyjnego audytorium programu "Co z tą Polską?", które tak mistrzowsko reprezentowane jest przez grono klakierów statystujących w studio i przez wyniki tzw. sondy,  obejrzałem  program, by śledzić socjotechnikę zabiegów promujących Sternika ratunkowej arki.  Musi on skompletować liczną załogę, by uratować się przed potopem, a to dopiero początek drogi, a strumienie Prawdy zalewają suchy i bezpieczny ląd trzeciej RP.

Scenariusz spektaklu był przejrzysty: "Olek ! Będę ci zadawał trudne pytania, ale takie, które i tak zawisły już wielokrotnie w przestrzeni publicznej. Ty będziesz miał sporo czasu na wyjaśnienia i odpowiedzi. Przygotuj kilka żartów, ja będę musiał zachować powagę, ale moi klakierzy będą eksplodować śmiechem. No a później przejdziemy do rozważań na temat tego, w jaki sposób i kiedy masz chwycić ster w swoje ręce. Na koniec ogłosimy wynik sondy, w którym ludzie dadzą wyraźny znak, że też są na pokładzie."

Najtrudniejszy był moment związany z przypomnieniem słów Oleksego, że oni wszyscy, także Kwaśniewski "mają Polskę w d…ie". Kwaśniewski mówił, mówił i mówił, a Lis słuchał, słuchał i słuchał….w milczeniu. I wyszło, że obaj kochają Polskę wbrew powszechnemu przekonaniu, że to właśnie Oleksy powiedział prawdę.

A przecież w przypadku Kwaśniewskiego mamy bezpośredni dowód na prawdziwość oceny pochodzącej z chwili nadzwyczajnej szczerości Oleksego. Jest nim znany powszechnie skandal-bluźnierstwo przy polskich grobach w Charkowie. Dla mnie to jedno wydarzenie jest wystarczającym i stuprocentowym dowodem na rzeczywisty stosunek Kwaśniewskiego do Polski. Nawet gdyby nie był komunistycznym aparatczykiem, gdyby nie był kłamcą, gdyby był wykształconym człowiekiem z tytułami naukowymi, uczciwym Polakiem, pobożnym katolikiem, ten jeden całkowicie niebanalny przypadek skłoniłby mnie do przekreślenia tych wszystkich pozytywnych cech i uznania, że ten facet "ma Polskę w d…ie". W istocie gdyby ktoś chciał zademonstrować swoją skrajną pogardę dla Polski, mógłby starać się o stanowisko Jej Prezydenta, by wybrać właśnie taką formę demonstracji. Nie warto szukać podobnego przypadku w historii Polski, ale w tej najnowszej narzuca się porównanie do tej sytuacji, gdy Edward Gierek przypinał Breżniewowi order Virtuti Militari, choć nawet to było chyba mniej obraźliwą demonstracją.

Przez wszystkie minuty programu zastanawiałem się nad jednym wyraźnie widocznym zjawiskiem. A.Kwaśniewski był nadzwyczajnie rozluźniony, tryskający humorem i pewny siebie - potencjalny Sternik miał po prostu bardzo dobre samopoczucie. Rozumiem, że scenariusz programu tego wymagał, ileż czasu jednak można wytrzymać trzymając się precyzyjnie scenariusza, gdy całkiem niedawno dominowało załamanie nerwowe, złość i furia, które przecież nie mogły pozostać bez śladu. Musiała być głębsza przyczyna dobrego samopoczucia Sternika.

We wcześniejszym zapisku proponowałem, by uważnie obserwować "ręce pojawiające się na pokładzie", więc spróbuję sam podsumować dzisiejszą sytuację, bo w niej może tkwić wytłumaczenie optymizmu tego, który sam w ferworze nazwał się potencjalnym "ukochanym przywódcą" ratowniczych trzeciej RP. Kogo więc mamy już "na pokładzie"?

Zgłosili się natychmiast zagubieni młodzi towarzysze z SLD, z boczącymi się jeszcze trochę starymi wyjadaczami pozbawionymi sfrustrowanego Oleksego, który wciąż daje sygnały, że jest do odzyskania i straszy posiadanymi jeszcze asami w rękawie. Zgłosili się "mający także Polskę w d..ie" towarzysze z SDPL zjednoczeni z UW pod wodzą starego towarzysza B.Geremka i nowego towarzysza J.Onyszkiewicza. Pragmatyczni PSL-owcy przebierając nogami rzucają się z furią na PIS, aby pokazać, że ich ręce na pokładzie już prawie są. Ludziom PO właściwie trochę nie wypada ujawniać posłuchu dla wezwania Kwasniewskiego i dopóki termin wyborów nie będzie ustalony, nie wejdą na pokład. Wszystkimi działaniami wyrażają jednak swoją gotowość do ratowania III RP, a wsparciem dla towarzyszki Ostrowskiej udokumentowali pełną lojalność wobec całej załogi arki. Tym najnowszym aktem zrozumienia potrzeby jedności wykazało się też kilku polityków Samoobrony, bo weksle w jedną, czy drugą stronę nie są już takie straszne.

Kwaśniewskiego niewątpliwie najbardziej cieszą pozytywne sygnały płynące ze środowisk poza politycznych, bo ograniczona moc dotychczasowych polityków nie daje żadnej gwarancji sukcesu. Tutaj za sygnał zwiastujący deklarację służby na pokładzie może uznać każdą demonstrację wrogości do aktualnie rządzącej koalicji, zwłaszcza do PIS i osobiście do Kaczyńskich. Pojawiają się natychmiast całe środowiska dziennikarzy, nauczycieli akademickich i naukowców, lekarzy, nauczycieli związanych z ZNP, aparat administracyjno-biurokratyczny, no i wszechobecnych agentów, a nawet niektórych biskupów i księży wchodzących w przedsionek porzucenia kapłaństwa. Sygnały płyną ze wszystkich stron, ale najbardziej wiernopoddańczy przykład zaserwował prof. Winiecki, który wlazł z duszą na pokład, a odzew "jestem z wami towarzyszu Kwaśniewski" przesłał okrężną drogą przez ogłoszenie donosu w Financial Times.

Kwaśniewski wie, że te wszystkie sygnały to wciąż za mało, bo chodzi o działanie, by poruszyć masy wyborców, zwłaszcza tych, na których wszyscy zwykle liczą - tych, którzy już nie chodzą głosować. Tak zabrzmiały jego ostatnie myśli w programie Lisa i myślę, że ma rację zwracając w tę stronę uwagę. Rozpocznie się najważniejszy bój o media, bo tutaj leży źródło potrzebnej siły.

A.Urbański został prezesem publicznej telewizji. W przestrzeni publicznej zawisło pytanie: Kto będzie mógł powiedzieć, że TVP została odzyskana? Kaczyńscy, czy Kwaśniewski?  Obawiam się, że Kwaśniewski……..i może tutaj leży tajemnica jego dobrego samopoczucia.

 

25 marca 2007    -  73

Trzeba dobić tego gada! …. ale, to jest gad wielogłowy

W jednym z publicznych wystąpień, komentując zgubną dla Polski postawę postkomunistów, profesor B.Wolniewicz powiedział: "…bo myśmy nigdy nie dobili tego gada!"

Jestem przekonany, że dzisiaj, podobnie jak wielu z nas, prof. Wolniewicz nie jest zdziwiony niczym z tego, co biesiadujący Oleksy powiedział Gudzowatemu i co przekazano opinii publicznej jako stenogramy zapisu na taśmach. Któż z uważnych obserwatorów wydarzeń politycznych po 1989 roku może być zdziwiony atmosferą, stylem i językiem rozmowy, obrazem stosunków "koleżeńskich" dawnej przewodniej siły narodu, czy faktami opisującymi matecznik, w którym wylęgła się trzecia Rzeczpospolita ? Ja od dawna tak to sobie właśnie wyobrażałem.

 Z pewnością to jest dopiero początek wyznań i dalszy ciąg nastąpi, ale od objęcia pełnym wzrokiem całej obrzydliwości gada, do jego dobicia, jest jeszcze długa droga.

Po raz pierwszy, przez chwilę, w oczach R.Kalisza widziałem prawdziwy, nie udawany strach. Strach nie mniejszy, niż ten dostrzeżony u J.Szmajdzińskiego, A.Kwaśniewskiego, M.Borowskiego i innych bohaterów szczerej gawędy biesiadujących tuzów, z których jeden okazał się być zdrajcą, a drugi wrogiem.

Ale podobny strach zobaczyłem też w oczach D.Tuska. To nie była zwykła obawa polityka, że jego przeciwnik zdobędzie dodatkowe punkty. To nie był żal związany z niepewną przyszłością, w której potencjalny sojusznik może doznać aborcji, zanim się jako sojusznik urodzi. Według mnie, był to strach zaangażowanego uczestnika wylęgania III RP, który już teraz domyśla się, że nitka może prowadzić do całego kłębka.

 

Kiedy mafijne rodziny zewrą się w bitewnych zmaganiach, kłótniach i niekończących się zemstach, i pojawi się śmiertelne zagrożenie dla wszystkich wojujących stron, capo di tutti capi daje sygnał do zakończenia walki, by w jedności usunąć zagrożenie i odbudować bezpieczeństwo.

Tak trzeba zrozumieć wezwanie A.Kwaśniewskiego - "wszystkie ręce na pokład", którym pragnie wrócić do roli "ojca chrzestnego" - publicznie nazywa się to "powrotem do polityki". Czy mu się uda ten powrót? Zależy to od wielu czynników, ale w znacznej mierze zależy to od posłuszeństwa grup zainteresowanych usunięciem zagrożenia.

Obawiam się, że zainteresowanych uczestników jest wielu - od szerokiego spektrum formalnie działających sił politycznych, organizacji, związków, korporacji, po nieformalne grupy działające w różnych środowiskach, także takie, które potrafią zaaranżować zdumiewające akcje typu najnowszych uchwał senatu UW. Oczywiście najsilniejsi zainteresowani znajdują się poza Polską, ale na szczęście ich udział jest tym razem ograniczony, trudną do uniknięcia jawnością oddziaływania.

Mamy kolejną, wyjątkową możliwość dokonania obserwacji, które uporządkują nasze oceny różnych fragmentów sceny publicznej. Trzeba po prostu uważnie patrzeć "czyje ręce pojawiają się na pokładzie?"

"Dobijanie gada" jest zadaniem priorytetowym, ale wciąż niezwykle trudnym zadaniem do realizacji. Dlatego należy zachować umiar w krytyce tych, którzy próbują tego dokonać, choćby zasługiwali na upomnienia, że zaniedbują inne sprawy. Na tym polega dramat, gdy trzeba w polityce wybierać sprawy, którym nadaje się priorytet.

 

22 marca 2007    -  72

Inna cywilizacja - cywilizacja śmierci człowieka!

Wstrząsające wrażenie związane z werdyktem tzw. Trybunału Praw Człowieka w Strasbourgu z 20 marca 2007 wzmocnione jest tym, że ma on charakter precedensowy i z całą wyrazistością ukazuje, że ostrzeżenia formułowane przez wielu ludzi przed akcesją Polski do Unii Europejskiej nie były czarnowidztwem, a były w najwyższym stopniu realistyczne. Sprawa, której ten werdykt dotyka jest najważniejszą sprawą wszystkich, którzy są obdarowani absolutnym dobrem daru życia i są świadomi odpowiedzialności, która się z tym darem wiąże. Jest to sprawa stojąca u źródeł chrześcijaństwa i dlatego trzeba dziś zapytać Pasterzy prowadzących Kościół: Czy nie nastał już czas, by podjąć rękawicę, stanąć w pełni po stronie Prawdy i zakończyć  zabójczą tolerancję dla bluźnierczej herezji? Czy nie nastał czas, by nazywać rzecz po imieniu i objąć ekskomuniką tych, którzy forsują cywilizację śmierci. Przecież nie chodzi o karanie grzeszników, ale o odsunięcie tych, którzy kwestionują, że grzech jest grzechem, którzy sprzyjają jego pomnażaniu, a chodzi przecież bez wątpienia o grzech  śmiertelny.

Przywołam słowa, które napisałem blisko dwa lata przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, jako wyraz dramatycznej rozterki człowieka, który nie rozumiał krótkowzroczności Kościoła w tym czasie:   

"Możemy więc tylko z pokorą pytać: "Dlaczego ukochani Pasterze chcecie nas wprowadzać do tej klatki bez wyjścia?". Słyszymy odpowiedź: "Bo Europa nas potrzebuje i my potrzebujemy Europy". Pytamy więc dalej: "To nie Europa, to Unia Europejska - przecież tam nie ma Boga, tam się z Bogiem walczy?". Odpowiadają nam: " Wy tam Boga wniesiecie, otworzycie Chrystusowi drzwi Europy!". I tutaj rodzą się wątpliwości: Czy my, tak moralnie już osłabieni, tak bardzo zmuszeni do walki o byt, pozbawieni przewodników, upokarzani, już dzisiaj zbałamuceni, czy my potrafimy temu podołać? Przecież warunki będą o wiele trudniejsze, niż te, w których dzisiaj nie potrafimy podjąć wyzwania. Przecież ich narzędzia i metody będą jeszcze bardziej skuteczne, a nasze możliwości obrony jeszcze mniejsze. Więc na co mamy liczyć? Na co Wy liczycie, drodzy Pasterze? Czy naprawdę mamy przestać myśleć i zdać się wyłącznie na Opatrzność? Czy nie powinniśmy z Boską pomocą szukać innej, lepszej drogi? Dla Polski, dla Europy, dla Świata? Musi być inna droga!"

Nie wiem, co teraz myślą nasi Pasterze, ale dzisiaj musimy wspólnie dzielić odpowiedzialność w chwili zagrożenia, które już zaistniało. Musimy, zatem, zrozumieć elementarną wymowę wydarzenia, które miało miejsce w Strasbourgu. Przyjrzyjmy się temu.

Trybunał obradował bez obecności uczestników włączonych w meritum sprawy.  W normalnym trybie postępowania powinni tam być:

Cóż za dramat! Nieobecność potencjalnej ofiary, owego niechcianego dziecka, pozwoliła sześciu cynicznym, odczłowieczonym prawnikom podejść do sprawy tak, jak podchodzą zwykle do tych spraw zwolennicy dopuszczalności aborcji. Skoro matka chciała to zrobić, choćby na podstawie własnego przekonania, że pohamuje postęp choroby oczu, to należało jej pozwolić usunąć tę zygotę, czy płód, bo nie ma potrzeby mówić o człowieku, chodzi tylko o płód. Ale przecież w tej sprawie jest to oczywista nieprawda - to, co nazwano "tylko płodem" żyje dzisiaj i jest człowiekiem.

Tylko jeden odważny sędzia, mimo nieobecności dziecka, dostrzegł, że to, co miało być usunięte, jest dzisiaj żyjącym, pełnym nadziei człowiekiem. To dziecko, które było o krok od niezawinionej przez siebie śmierci, żyje i świadczy, że właśnie jego prawo do życia matka postawiła jako mniejszą wartość, niż niepokój o swój wzrok. Ten jeden sędzia nie tylko zagłosował przeciw werdyktowi, ale wyraził swoje przerażenie własnym uczestnictwem w procesie, w którym na podstawie Konwencji Praw Człowieka zakwestionowano legalność istnienia żyjącemu dziecku.

Tak brutalne wkroczenie barbarzyństwa obcej cywilizacji do naszego systemu prawnego, obyczajowego i etycznego powinien być wstrząsem, który każe odczytać realność zagrożenia dla naszej własnej cywilizacji. Uważam, że to odsłonięcie kart przez zwolenników cywilizacji śmierci, które nastąpiło w momencie, gdy ważą się losy zmian Konstytucji RP, jest wyzwaniem, na które odpowiedź musi być jednoznaczna i zdecydowana. Pasterze Kościoła w Polsce powinni uderzyć w dzwony.

Kiedy przyglądam się "wyzwolonym" kobietom, które w telewizyjnych spektaklach domagają się prawa do aborcji, od wielu lat nie potrafię się pozbyć natrętnie powracającego, a nieprzyjemnego skojarzenia. Skojarzenie to pochodzi z filmu science fiction, który kiedyś dawno temu oglądałem, i choć nie pamiętam jego treści, w pamięci pozostał mi jeden powtarzający się motyw. Mianowicie, agresywne przedstawicielki obcej, nieziemskiej cywilizacji, które przybrały postać dość urodziwych kobiet, zdradzały od czasu do czasu swoją niezwyczajność, udając się w ustronne miejsce, by pożreć żywego szczura - tym motywem reżyser pozwalał widzowi rozpoznać które kobiety pochodziły z obcej cywilizacji. Oglądając te wspomniane wyżej telewizyjne spektakle zawsze wydaje mi się, że za chwilę niektóre z pań wyjdą na zaplecze, by pożreć szczura. Filmów science fiction już dawno nie oglądam.  

 

17 marca 2007    -  71

Zgrzyty na linii PIS - RM

Najemnicy mediów trwają w permanentnym i intensywnym nasłuchu, by wychwycić z Radia Maryja i telewizji Trwam każde słowo, najsubtelniejszy choćby ton, czy barwę wypowiedzi, które podtrzymają tak obiecującą dla nich tezę, że rozwija się konflikt, który świadczy o rozejściu się linii politycznej Premiera Jarosława Kaczyńskiego z dążeniami słuchaczy Radia Maryja, co w konsekwencji oznaczałoby śmiertelne przekreślenie szans na sukces wyborczy PIS.

Oczywiście to, co sam słyszę i staram się zrozumieć, przywodzi czasem czarne myśli, że te drobne zgrzyty i uszczypliwości mogą zaowocować narastaniem wzajemnej niechęci, która może doprowadzić do sytuacji kryzysowej - kryzysowej dla Polski, bo jakość, kwalifikacje etyczne i polityczne kompetencje potencjalnych zastępców PIS w roli obrońców polskiej sprawy, nie pozwalają na myślenie, że nie byłby to kryzys. Traktuję jednak te szpile, którymi PIS jest nakłuwany jako konieczne i pożądane  ostrzeżenie, że są wątpliwości, które trzeba wyjaśnić, by wzajemne zaufanie nie doznawało uszczerbku i mogło trwać. Sądzę też, że prawdopodobnie jedna wizyta JK w rozmowach niedokończonych i publiczne wyjaśnienia niektórych problemów, z otwartym spojrzeniem w oczy pytającym i wątpiącym rozmówcom, wystarczyłaby do zażegnania niebezpieczeństwa.

W tym wszystkim odnajduję ciekawe pole studyjne dla przyglądania się technikom manipulacyjnym, bo z łatwością można dostrzec, że podawany nam obraz konfliktu jest wzorcowym przykładem medialnej realizacji politycznego zamówienia. Przejrzysta dyrektywa brzmi: "Przyjazne relacje, a nawet współpraca PIS z ośrodkami medialnymi skupionymi wokół Ojca Dyrektora Tadeusza Rydzyka jest źródłem siły dla obu stron - siły politycznej PIS, którą chcemy osłabić i mocy oddziaływania znienawidzonego medium, które złamało nasz monopol. Trzeba zatem czynić wszystko, wykorzystywać każdą okazję, by te niekorzystne dla nas relacje osłabiać, aż po ich całkowitą eliminację."

Mamy więc przekazywane "najważniejsze wydarzenia dnia", w których dogłębnej analizie i obróbce poddaje się wszelkie obustronne zachowania, nieostrożne wypowiedzi, lapsusy i gafy, które mogłyby podsycić wzajemną nieufność, niechęć i emocje. Obróbka informacji polega na tym, że wyrywa się z kontekstu całej wypowiedzi słowa, którymi można już bez ograniczeń manipulować. Słowa - "nie nazywajmy nigdy szamba perfumerią", drastycznie podkreślające irytację i absurd związany z pałacową imprezą, w której skandalicznie skojarzono PRL-owskie fanaberie prezydenckiej urzędniczki ze sprawą obrony życia, użyto w najróżniejszych zestawieniach frazeologicznych, by wprost oskarżać, że prezydenckie otoczenie nazwano szambem. Słowa można sobie interpretować dowolnie i powyższa manipulacyjna interpretacja też jest dopuszczalna, ale formalnie trudno się przyczepić, bo jakiekolwiek by nie były intencje autora słów, nie powiedział tego, co mu zarzucają. Efekt medialny jednak został osiągnięty, bo Prezydent wyraził oburzenie, a niektórzy posłowie PIS już zdążyli domagać się przeprosin. Dlatego mnie to niepokoi.

Gdybym doradzał Prezydentowi, zaleciłbym mu odpowiedź medialnym natrętom: "Nie wiem co Ojca Dyrektora tak zirytowało; mam nadzieję, że będzie okazja, by to wyjaśnić, a poza tym zgadzam się, że szamba nie należy nazywać perfumerią".  Tak wykazałby klasę wzmacniającą autorytet urzędu i obróciłby w żart to, co na nic więcej nie zasługuje.

Natomiast, politykom i tzw. dziennikarzom domagającym się przeprosin, powiedziałbym bardziej dosadnie: Tacy jesteście wrażliwi? Przysłuchajcie się własnym słowom, posłuchajcie i przeczytajcie, co z waszych środowisk płynie chociażby personalnie w stronę Ojca T.Rydzyka. Byle gówniarz, którego jedynym dorobkiem jest to, że dopuszczono go przed mikrofon, udostępniono łamy dzienników, tygodników, może pluć, obrażać, nie stroniąc od najobrzydliwszych słów, od najbardziej ordynarnych insynuacji pod adresem Ojca Dyrektora. Poczytajcie sobie wasze fora internetowe, to przecież nie są wykrzyczane w emocjach słowa, to są słowa napisane i z premedytacją dopuszczane przez waszych moderatorów. To jest bez wątpienia wasze szambo, które fermentuje smrodem przez całe lata, ale nikt już nie reaguje, bo prawo po prostu w Polsce nie działa. Ci wrażliwi posłowie stracili czucie i nawet nie wiedzą, że wchodząc do różnych stacji telewizyjnych, radiowych, gazet i tygodników, nurzają się w szambie. No, ale jeśli razi ich  sprzeciw dla nazywania szamba perfumerią, to już w grę wchodzą jakieś poważne nabyte defekty.

Zgrzyty PIS-RM nabrały ostrości i wymiaru publicznego przy okazji wojny o zmianę zapisów konstytucyjnych. Przedstawiłem własny pogląd na tę sprawę w poprzednim zapisku i teraz tylko przypomnę, że przyznaję rację Premierowi, który  rozważa sprawę w wymiarze politycznej skuteczności i związanej z nią odpowiedzialności za skutki. Będąc zdecydowanym zwolennikiem pełnej ochrony życia, liczy siły do przeprowadzenia zmiany konstytucji i dochodzi do wniosku, że dzisiaj próba taka jest jeszcze zbyt ryzykowna. Nie wiem, na jakiej podstawie ktoś ocenia sytuację odmiennie i twierdzi, że dzisiejszy skład sejmu jest pod tym względem lepszy, niż kiedykolwiek przedtem. Czy tamten sejm z 1997, z potężną większością AWS i o wiele silniejszym PSL, nie stwarzał co najmniej podobnej możliwości? Czy komuś może się wydawać, że właśnie dzisiaj, tyradami, moralnym naciskiem, listami poparcia, odezwami, zmieni postawy posłów i wymusi poważne potraktowanie tego, co nie udało się uzyskać, gdy na zachowanie Polaków patrzył jeszcze żyjący Ojciec Święty?

Gdybym był posłem, sam w sytuacji głosowania poparłbym zmianę Konstytucji także w punkcie 38, bo w sytuacji, gdy do tego doszło stanąłbym bez jakichkolwiek kalkulacji za tym, co powinno być; także dlatego, by uniknąć kompromitującej wymowy niskiego wyniku głosowania, który obciążyłby przyszłe starania o zmianę. Nie odczuwałbym jednak żadnej wyższości moralnej wobec tych, którzy obawiając się złych następstw, postąpiliby inaczej. W istocie drażni mnie ta demonstracja wyższości moralnej, którą można dostrzec w zachowaniach i słowach niektórych medialnych i głośnych obrońców życia. Jeśli ogarnąć całość, to Jarosław Kaczyński zrobił już więcej dla obrony życia nienarodzonych, niż niejeden obrońca z pierwszego szeregu, który poza szermowaniem słowem niewiele zmienił, bo nawet to słowo często jest akceptowalne tylko przez tych, których przekonywać nie trzeba. Jarosław Kaczyński otworzył perspektywę dobrych zmian w Polsce, zaczął praktycznie naprawiać ważne aspekty naszego życia publicznego, zaczął w już dostrzegalny sposób poprawiać warunki materialne Polaków i zaczęły się po raz pierwszy pojawiać nuty optymizmu, a to wszystko w szczególny sposób sprzyja losowi nienarodzonych jeszcze dzieci.

Powiedziawszy to, co powyżej, muszę uzasadnić swoje zrozumienie dla drugiej zgrzytającej strony, której postawa i emocje wynikają, moim zdaniem, z wielu niewyjaśnionych wątpliwości, rodzących spadek zaufania do Premiera, Prezydenta i innych polityków PIS. Przy pewnym osiągniętym poziomie zaufania, różne wątpliwości można tolerować, ale tylko do czasu. Akumulacja niewyjaśnionych wątpliwości może osiągnąć taki rozmiar, przy którym zaufanie załamuje się i potęguje powstawanie innych, nawet słabo uzasadnionych wątpliwości.

Chyba najpoważniejszą i wciąż niewyjaśnioną sprawą jest zachowanie się ludzi PIS przy sprawie abp. S.Wielgusa. To było najdotkliwsze uderzenie w Kościół, w Polskę i w Naród, a jego negatywne skutki są wciąż jeszcze trudne do ogarnięcia. Te rany się nie zaleczą, dopóki się sprawa do końca nie wyjaśni, a ewidentne zabiegi, by zapobiec wyjaśnieniu, także te dokonywane przez działania IPN, tylko pogłębiają trwający, choć częściowo ukryty kryzys. Zachowanie wielu polityków PIS, wprost łajdackie wobec ofiary i to niezależnie od prawdy o winie, lub jej braku, zostało przypieczętowane zachowaniem Prezydenta, który postawił znak zapytania nad godnością urzędu. Jeżeli podrzędny dziennikarz, który był motorem niszczenia arcybiskupa, podaje do publicznej wiadomości, że Prezydent z własnej inicjatywy, osobiście przekazał mu w przeddzień ingresu informację, że jego dziennikarski cel został uwieńczony powodzeniem, bo do ingresu nie dojdzie, to nie jest to sprawa, która może pozostać bez wyjaśnienia.

Nie można też przejść do porządku dziennego nad kompletnie tajemniczym spotkaniem Premiera z przedstawicielami organizacji żydowskich, zwłaszcza z tymi, które nieustannie realizują swoją wrogość wobec Polski. Jakie podstawy może mieć rozmowa z tymi organizacjami na temat ewentualnych roszczeń majątkowych ludzi, którzy byli obywatelami Polski - nie są to sprawy, w które mogłyby wkraczać zewnętrzne organizacje, czy instytucje, zwłaszcza te, które wykazały haniebną obojętność w czasach najtrudniejszych.

Jest wiele innych niewyjaśnionych spraw, także tych, o które wielu z nas zwraca się listownie do rządowych instytucji, czasem nie uzyskując nawet zdawkowej odpowiedzi. O wiele z tych spraw nie można mieć pretensji do Premiera, ale dobrze móc je wypowiedzieć, by wybrzmiały i ukazały pełny obraz rzeczywistości.

Wreszcie trzeba powiedzieć o tym nieprzyjemnym odkryciu, które intrygancko wyjawił J.M.Rokita, a omówił dość szczegółowo prof. B.Wolniewicz w Radiu Maryja. Chodzi o odkrycie, że towarzystwo zaproszone przez małżonkę Prezydenta na pałacową imprezę w dniu 8 marca, jest w istocie środowiskiem, z którym podziela ona poglądy na wiele ważnych spraw, a więc poglądy bliskie poglądom kontrkandydata - Tuska. Tę kłopotliwą właściwość Małżonki trzeba dziś potraktować jako ukrytą wadę Prezydenta, o której nie wiedzieliśmy przed wyborami. Nie można winić Prezydenta za taką niedoskonałość, ale można żywić obawy, że wiele z zaskakujących jego zachowań było wynikiem niepożądanego wpływu jego małżonki na sprawy publiczne. Wyjaśnienie  sytuacji musi zawrzeć zapowiedź, że ten wpływ będzie ograniczony w przyszłości, ale, niestety, nie da się już uniknąć szczególnej wrażliwości ludzi na symptomy takiego wpływu.

 

12 marca 2007    -  70

Trudny wybór

Spójrzmy krytycznie na próby osiągania szczytnych celów w warunkach ułomnej, zastanej rzeczywistości.

 

Życie człowieka, które zaczyna się w momencie poczęcia i trwa do naturalnej śmierci jest darem Boga i jako przyrodzone prawo każdego obdarowanego, musi być wartością nienaruszalną, chronioną w możliwie doskonały sposób.

Ta oczywista prawda, będąca podstawą prawa naturalnego, tak powszechnie i okrutnie łamana w świecie, a do niedawna w Polsce, domaga się wszelkich przedsięwzięć, działań, a nawet głośnego krzyku, by została bez żadnych zastrzeżeń przyjęta jako podstawowa zasada naszego współistnienia w człowieczeństwie.

Z uznaniem i wdzięcznością wielokrotnie słuchaliśmy jasnych i mocnych słów Ojca Świętego Jana Pawła II, które docierały z tą prawdą do każdego zakątka globu, niesione siłą opartą na fundamencie niepospolitego autorytetu i darze przekonywania wynikającym ze szczególnej umiejętności doboru odpowiedniego kontekstu sprzyjającego głoszeniu tej właśnie prawdy. Czy ktokolwiek inny może się łudzić, że potrafi głosić te prawdy lepiej, donośniej, bardziej skutecznie? Czy posługiwanie się cytatami Ojca Świętego przydaje im wartości, pożądanego wzmocnienia, rozgłosu, czy też niesie niebezpieczeństwo trywializacji, gdy heroldowi bardziej zależy na pojawianiu się w ich blasku, niż na trafianiu do serc i umysłów.

Każdy, kto w różny sposób staje w obronie życia, budzi szacunek - od Kapłanów głoszących wprost przesłanie Ewangelii, przez świeckich zorganizowanych w stowarzyszeniach obrońców życia, nawróconych lekarzy, którzy po latach parania się procederem aborcji ekspiacyjnie walczą dziś o życie nienarodzonych, po pojedynczych ludzi budzących sumienia, jak ów wspaniały młody człowiek organizujący wystawy wstrząsających fotografii, czy inni, anonimowi, piszący listy, by bronić świętości życia.

Zdawałoby się, że w skali Polski winniśmy mieć do czynienia zaledwie  z garstką odszczepieńców, którzy myślą inaczej. Niestety, wiemy, że to nie jest garstka, a nawet, jeśli jest to mniejszość, to mniejszość bardzo hałaśliwa, zorganizowana i wyposażona w różne całkiem skuteczne narzędzia. Dlatego sytuacja jest chybotliwa, a różne próby z przeszłości pokazały, że trzeba zachować ostrożność, bo orędownicy cywilizacji śmierci czyhają na każdą okazję.

W tej sytuacji nie jest dziwne, że rodzą się pomysły, by konstytucyjnie ograniczyć możliwość zmiany ustawy, która od wielu lat funkcjonuje jako trudny kompromis, dopuszczający w trzech wyjątkowych sytuacjach naruszenie prawa nienarodzonych do życia, ale pozwalający maksymalnie ograniczyć wcześniejszą hekatombę. Wsparcie dla takiego pomysłu jest naturalne i potrzebne, a im bardziej spontanicznie płynie ze strony społeczeństwa, tym większą ma wartość, bo daje moc ustawodawcom sprzyjającym pozytywnej zmianie konstytucji. Taki akt wsparcia, choć z natury szlachetny, jest  jednak w większości przypadków rzeczą dość łatwą, mało zobowiązującą i nie wiążącą się z jakąś szczególną odpowiedzialnością.

Całkiem inaczej sprawa wygląda w przypadku polityków, w których rękach leży skuteczne przeprowadzenie pożądanego procesu legislacyjnego. Ich szczególnie obowiązuje zasada "Quidquid agis, prudentem agas et respice finem" , która nakazuje rozwagę i konieczność przewidywania skutków, a później obciąża odpowiedzialnością za te skutki. Ich też dotyczy mało komfortowa świadomość tego, że mogą być podejrzewani o wykorzystywanie ważnej sprawy w celach koniunkturalnych, co często ma fatalny wpływ na zyskanie niezbędnego poparcia i naraża na klęskę.

Nie rozwinę swoich przemyśleń o motywacjach poszczególnych polityków włączających się w akcję zmiany konstytucji w obronie życia, bo w przypadkach, które mógłbym zakwalifikować sytuacja jest dostatecznie jasna. Chodzi mi jednak o obronę tych polityków, którzy tak jak Premier - J.Kaczyński, wykazują rezerwę, kierując do inicjatora Marszałka - M.Jurka słowa ostrzeżenia - "uważaj, co uruchamiasz, to się może różnie skończyć, ja to poprę, ale to będzie twoja odpowiedzialność". Gdybym był w sytuacji zmuszającej mnie do decyzji, miałbym chyba podobne wątpliwości, a obawiam się, że obserwowana sekwencja wydarzeń wątpliwości te wzmacnia.

Jestem przekonany, że sprawę należałoby podjąć i szybko przeprowadzić tylko w tym przypadku, gdyby była gwarancja zdecydowanego i bezpiecznego poparcia np. co najmniej 330 posłów. Jeżeli dzisiaj zwolennicy zmiany obawiają się, czy uda się zebrać 308 głosów i jest ryzyko przegrania, to lepiej było w ogóle nie zaczynać, bo po przegranej sytuacja może być tylko gorsza. A jest chyba jeszcze gorzej, bo wszystko wskazuje na to, że jest mało prawdopodobne, by tę potrzebną większość można było uzyskać. W tak ważnej sprawie nawet są dodatkowe ograniczenia, bo zwykłe targi polityczne o uzyskanie większości, do których politycy są przyzwyczajeni, rzucałyby cień na ewentualny sukces, który przy pierwszym poważnym wahnięciu politycznym byłby bez skrupułów wykorzystany przez przeciwników. Przeciwnicy dają zresztą już znać o sobie, grożąc referendum, a prawdziwi obrońcy życia zaczynają się martwić, czy wsparcie takiej inicjatywy, wymagającej jedynie 92 głosy, nie nadejdzie z szeregów tych, na których pomoc liczyli przy proponowanej zmianie konstytucji.

Obecny stan rzeczy nie jest tak dramatyczny, by szybka zmiana była na tyle niezbędna, że warto ją podjąć mimo braku pewności, czy akcja nie uruchomi procesów w drugą stronę. Ta gromadka nienarodzonych, o których prawo do życia można dzisiaj drżeć, zdana jest na wolność wyboru postępowania konkretnych ludzi - trzeba tworzyć atmosferę, w której dojrzewać będzie odpowiedzialność do bezwzględnego poszanowania życia. A to w istocie jest najważniejsze, by w stosownej chwili dopiero zaproponować prawo, które reguluje taki porządek, którego prawie wszyscy chcemy.

Jestem trochę przerażony linią argumentacji - teraz jesteśmy mocni, mamy większość, przeprowadźmy zmianę, choćby trochę na siłę, bo chyba już tak mocni długo nie będziemy. Jeżeli wieszczenie i groźby niektórych obrońców życia, że niedostateczne poparcie dla zmiany konstytucji ze strony PIS oznacza bliskość śmierci politycznej tej formacji, a z tego ma z kolei wyniknąć, że elektorat zapomni co wyprawiał Giertych i kupi jego pełne cynizmu figury polityczne, to taki obrót spraw doprowadziłby szybko do sytuacji, w której stała by się możliwa zmiana konstytucji w zgoła przeciwną stronę.

W charakterze dygresji dotykającej aktualności dodam swoje przypuszczenie, że Pani Prezydentowa prawdopodobnie zgodziłaby się z przedstawionym powyżej spojrzeniem na te sprawy. Jednak popełniła fatalny błąd występując właśnie w tej sprawie w takim kontekście i w takim towarzystwie, o jakim z satysfakcją doniosły wszelkie media. Sądzę, że Prezydent bardzo potrzebuje nowych, światłych doradców i współpracowników i powinien się pozbyć kilku ludzi ze swojego otoczenia, którzy nie służą dobrze ani Polsce, ani Jemu.

A my wszyscy, w ramach prostowania narodowych ścieżek, powinniśmy zrezygnować z białych rękawiczek i proceder tzw. aborcji nazywać zawsze po imieniu - zabijaniem nienarodzonego człowieka. Ludzi, którzy uznają takie zbrodnie za dopuszczalne nie należy przeceniać, jako wrażliwych i zasługujących na delikatność

 

7 marca 2007    -  69

Rzeczy ważne i nieważne

Od czasu do czasu powracają w przestrzeń publiczną sprawy, które dotykają rzeczy najważniejszych. Nienaruszalność życia, poszanowanie rodziny, utrzymanie korzeni chrześcijańskich naszej cywilizacji, także dojrzewanie do intronizacji Chrystusa Króla w Narodzie Polskim. Te sprawy wymagają największej powagi, odpowiedzialności i ostrożności, by nie zmarnować tego, co już osiągnięto, by nie ryzykować, a w szczególności, by nie narazić na ośmieszenie, by nie dać przeciwnikom okazji do ataku.
Są to sprawy, o które powinien zabiegać każdy, kto potrafi, ale gdy działanie podejmują politycy, wszystko musi być do końca przemyślane, z wielką wyobraźnią co do potencjalnych skutków. W istocie liczy się tylko pełna skuteczność osiągnięcia zamierzonych celów, bo każda przegrana, to jest niepotrzebny krok do tyłu.

Nie wiem do końca, którzy politycy włączają się w te sprawy z pełnym rozeznaniem tego, co czynią. Wiem jednak, bo myślę, że widzi ich każdy, że najgłośniej krzyczą ci, którzy się do tego w ogóle nie nadają,  którzy całym swoim postępowaniem zaprzeczają wartościom, które głoszą i o które rzekomo walczą. Widać gołym okiem, że w tym wychodzeniu przed szereg z gromkimi deklaracjami o całkiem inne cele chodzi.

Przyznam, że przed wyborami parlamentarnymi nawet nie byłem do końca pewien, czy Jarosław i Lech Kaczyńscy są ludźmi wierzącymi. Byłem pod wrażeniem, gdy kolejne dni, tygodnie i miesiące po wyborach usuwały w naturalny i przekonujący sposób tę wątpliwość. Przyznam też, że wśród innych polityków spotkałem wielu takich, którzy demonstrowali swoją głęboką religijność szczególnie intensywnie przed wyborami, ale później ta głębia okazywała się być coraz płytsza.

Tak więc, jestem pełen zrozumienia dla postawy Premiera i Prezydenta, którzy nie stają do konkurencji, by ścigać się o to, kto bardziej zabiega o sprawy najważniejsze. Wierzę, że ich podejście jest bardziej dojrzałe, a przez to również bardziej skuteczne.

 

A w międzyczasie dzieją się też sprawy znacznie mniej ważne. Oto kilkoro "dziennikarzy"- m.in. E.Milewicz, W.Mazowiecki, J.Żakowski….. mają w nosie prawo i obwieścili, że nie poddadzą się lustracji. Widziałem w telewizji PULS trzech innych- P.Semkę, P.Wrońskiego i P.Zarembę, którzy niezwykle emocjonalnie kłócili się między sobą, czy tak wolno postępować. Przez pół godziny rozważali tę sprawę, częstując się przy tym wzajemnymi zachwytami nad "przepięknym" życiorysem politycznym E.Milewicz i wymownie unikając porównań do życiorysów Żakowskiego i Mazowieckiego ( prawdopodobnie syn T.Mazowieckiego, jak na mój gust intelektualna klęska).

W tej długiej dyspucie na całkiem nieważny temat, żaden z nich nie podał najprostszej, narzucającej się interpretacji, że odmawiający poddania się lustracji, po prostu najzwyczajniej w świecie się boją. No, niby Michnik wszedł kiedyś z tymi trzema innymi do archiwów SB, by się rozejrzeć i coś poczyścić. Niby obiecał, że zabezpieczy, śladu nie będzie. A tu okazuje się, że to się tak łatwo nie czyści, tam coś może jednak być, w końcu ci, co weszli zadbali w pierwszym rzędzie o swoje papiery i mogli się trochę mniej przyłożyć w naszej sprawie. Udawało się tak długo, piękne życiorysy trzeba zachować, może się uda dalej z tym żyć.

 

2 marca 2007     -  68

Dzieje się….., aż głowa boli

Osiem dni poza Krajem i wydarzeń tyle, że nie ma czasu, by to wszystko przemyśleć, a co dopiero napisać. Zatem kilka mało pogłębionych komentarzy.

Rospuda - któż do niedawna wiedział, gdzie to jest? Jestem głęboko przekonany, że także wielu z tych walczących ekologów dopiero niedawno odkryło przyrodniczą unikalność tego miejsca, której walory szczególnie ceni sobie europejski komisarz i wzorem dawnych komisarzy wyrokujących, że nie czas żałować ludzi, gdy toczy się historia, zawyrokował - nie troszczyć się o ludzi, gdy zagrożone są żaby.

Przypadkowo słyszałem wypowiedź rektora UW, która mnie zdumiała - mówił coś w obronie Rospudy, wykrzykując, że "może nam jeszcze Tatry zburzą". Jeśli ktoś się zadaje z ekologami, to musi przesiąknąć demagogią. Zetknąłem się kiedyś z ekologami przy okazji bardzo dawnych dyskusji na temat energetyki jądrowej i wiem, że to są środowiska całkowicie odporne na argumenty, charakteryzujące się kompletnym nieuctwem i wyćwiczone są w demagogicznych chwytach, jak sekta obudowana barierą długotrwałej indoktrynacji. Jeśli do tego dodać międzynarodowe finansowe wsparcie, takie jak Greenpeace, to z góry wiadomo, że chodzi tu o innego rodzaju bagno, niż to tętniące życiem w dolinie Rospudy. Nie przypadkiem znalazł się tam nawet facet, który równolegle, w programie Pospieszalskiego, domagał się szczególnych praw dla homoseksualistów.

Demagogia niech się demagogią odciska. Twierdzę, że obecność tego człowieka w dolinie Rospudy zagraża jej florze i faunie, bo jeśli tam rozplenią się te postępowe tendencje, to wyginą żaby i insekty (sen.Niesiołowski na pewno to potwierdzi), a przez to brak zapylenia znacząco zuboży także rozwój roślinności.

Sprawa ekologów jest złą sprawą. Dowodem na to jest prominentny udział człowieka z Gazety Wyborczej, której ludzie nigdy nie popierali spraw dobrych.

Jestem spokojny, że mieszkańcy Augustowa i okolic wygrają tę sprawę, bo ich argumenty są powalające dla przeciwników, którzy zresztą sami spadają z drzewa.

Ks. T. Isakowicz-Zaleski - w mękach skończył pisanie książki, która w jego mniemaniu powstała w poszukiwaniu prawdy, ale będzie jego klęską. Przy tych ostrzeżeniach płynących od prawdziwie życzliwych ludzi, przy tak długim czasie do dyspozycji na przemyślenie wszystkiego, nawet jedno fałszywe oskarżenie nie będzie tolerowane. Już dzisiaj widać, że w książce od fałszywych oskarżeń, krzywdzących wiele niewinnych ofiar, aż się roi. Ksiądz Zaleski jest sam sobie winien - pycha tworzenia z siebie publicznego bohatera była, aż nazbyt widoczna w dziesiątkach medialnych wystąpień, w emocjach, w których nie oszczędzał nikogo, choć pewności swoich racji nie mógł mieć. Sądzę, że już wkrótce będzie mi go żal i nie chciałbym, by cierpiał samotnie, bo miał wspólników. Mam nadzieję, że wydawnictwo Znak poniesie zasłużone konsekwencje, a także KAI z brutalnie gruboskórnym Przeciszewskim, który już wyczuł, w jaką stronę sprawy zmierzają i pierwszy zaczął kopać księdza, aby rozmyć swój udział w tej bogatej nowoczesnej fazie walki z Kościołem.

Jakkolwiek by się sprawy nie potoczyły, można sądzić, że ks.Zaleski utracił możliwość niesienia światła Ewangelii. Któż potraktuje poważnie jego słowa o miłości bliźniego, o miłosierdziu, o zakazie mówienia fałszywego świadectwa przeciw swemu bratu?

Natomiast, nie wiem, czy zdołam wykrzesać z siebie współczucie dla T.Terlikowskiego, bo tutaj na pewno nie wchodziła w grę bezinteresowna głupota. W tym przypadku było przemyślane działanie w imię tego uderzenia w Kościół, które tak otwarcie i spontanicznie wyraził J.M.Rokita, w radosnym uniesieniu po "ingresie, którego nie było". Czuję satysfakcję, że natychmiast dostrzegłem wtedy wagę tego wynurzenia Rokity (zapisek 58 z 9 stycznia 2007).

Nowe rozdanie w TVP - Bronisław Wildstein odchodzi. Dziwne! W ostatnim zdaniu poprzedniego zapisku (67) zasugerowałem taką potrzebę. Liczę się z tym, że niewielu czyta tę moją pisaninę, ale jeśli i tak są skutki, to warto pisać.

Nauczony wieloma doświadczeniami powstrzymam się od wyrażania oczekiwań wobec jego następców. Mogę tylko skomentować zachowanie Wildsteina, który odszedł w ciszy i pokorze, za co wielu go chwaliło, ale gdy minęło parę godzin zaczął warczeć przy akompaniamencie chóru, oburzonych jak zwykle, politycznych bywalców telewizji, których wystąpienia od niepamiętnych czasów telewidzowie muszą znosić, a jeszcze za to płacić. Wildstein zaczął warczeć, że politycy (oczywiście rządowi) "nie mają pojęcia, jak powinny funkcjonować media publiczne".

No, musiałbym zobaczyć w praktyce, jak wyglądałaby telewizja publiczna, gdyby rządził nią np. J.Kaczyński, albo Z.Ziobro etc.….- po prostu nie wiem. Wiem, natomiast, że sam B.Wildstein na pewno nie ma pojęcia, jak powinna funkcjonować publiczna telewizja. Jeszcze mniej wie, jak powinna funkcjonować polska telewizja publiczna, bo po prostu nie czuje polskiego ducha, o czym się przekonałem na podstawie wielu jego publicznych wypowiedzi. Chyba należałoby podsumować tę kolejną nieudaną próbę zmiany w TVP dłuższym artykułem, aby uzasadnić te twierdzenia, ale teraz zwrócę uwagę jedynie na pewną specyficzną przypadłość, która zawsze była w TVP obecna, ale za Wildsteina przybrała wymiar wręcz karykaturalny. Chodzi o rozbudowanie monstrualnego wprost monopolu najemników mediów nazywanych kłamliwie dziennikarzami, którzy praktycznie wypełniają wszystkie funkcje. Selekcjonują informację z pełnym zaangażowaniem subiektywnych odczuć dysponentów i w sposób zgodny z własnymi upodobaniami przekazują ją ze studia. Następnie sami komentują wydarzenia, rozważają ograniczone własnym, często skąpym rozeznaniem argumenty, a nawet "debatują" na temat najważniejszych polskich spraw. Nie stronią od moralnych i innych pouczeń telewidzów, zakładając, że z drugiej strony siedzi tłum osób, którzy takich pouczeń potrzebują, całkiem bezzasadnie przydają sobie moc występowania w imieniu opinii publicznej, pohukują na polityków i całkowicie zapominają o kulturze, o szacunku dla rozmówcy i dla odbiorcy. Czynią to wszystko w różnych konstelacjach, ale zawsze jako jedna sitwa, która między sobą się "spiera" i kończąc program wydaje im się, że coś ustalili, że taka jest właśnie rzeczywistość. Rozchodzą się do kolejnych stacji telewizyjnych, radiowych i do swoich gazet, by jeszcze dosadniej realizować swój monopol na wolność słowa w przestrzeni publicznej.

W środowisku dziennikarskim potrzebna jest opcja zero - to środowisko rozwinęło się przy tak przemożnym wpływie selekcji negatywnej, że nawet ci, którym dzisiaj wydaje się, że są uczciwi, etyczni i obiektywni, nie wiedzą, że stali się w znacznej mierze takimi, jak te skamieliny PRL-u typu Paradowskiej, Passenta, Wołka, Gugały……, z którymi obcowali i których stylem przesiąkli, terminując w mediach.

Lincz medialny na arcybiskupie Wielgusie, w którym telewizja publiczna miała praktycznie wiodący udział, był bodaj najbardziej widoczną demonstracją celów, do jakich Wildstein został powołany na szefa TVP. I to nie był wybór J.Kaczyńskiego, ale wiązałbym go raczej z przynależnością B.Wildsteina do masonerii.  

Gdyby Wildstein wiedział, czym powinna być telewizja publiczna, D.Wysocka -Schnepf mogłaby wystąpić tylko raz, a potem wydałby jej zakaz wstępu do budynków TVP. Zawsze myślałem, że M.Olejnik jest najgorsza, ale gdy do braku kultury, arogancji, bezczelności i braku kwalifikacji dodać jeszcze braki w myśleniu, to takiej mieszanki nie sposób przewidzieć, to można tylko zobaczyć i skasować.

Jeszcze nowy szef TVP nie zaczął, a już są dobre objawy - paru ludzi odeszło, Gawryluk uwolniła nas od swoich Polsatowskich nawyków, Karnowski słusznie skupi swoje wysiłki na macierzystym Newsweeku, by czytali go ci, którzy naprawdę są ciekawi jego przemyśleń i chcą za to płacić. Zobaczymy, ale po tylu latach udawania gorzej już nie może być. Ja w każdym razie doznałem chwilowej ulgi po odejściu Wildsteina.

 

19 lutego 2007    -  67

Nieobecność jak balsam

Już kilkakrotnie, po burzach rozsadzających rządzącą koalicję, które zaskakująco wywoływali, czasem wspólnie, czasem indywidualnie dwaj koalicyjni wicepremierzy, nastawał krótki czas uspokojenia, gdy znikali oni z pola widzenia i coś ważnego udawało się rządowi przeprowadzić. Ten czas medialnej nieobecności A.Leppera i R.Giertycha, był zawsze jak balsam kojący niepokoje, że może się coś stać, co przerwie dziejącą się historię czyszczenia przedpola, by postawić fundament pod gmach IV-tej Rzeczypospolitej.

Ostatnio mieliśmy dość długi okres takiej zdrowej nieobecności, bo nawet, gdy się z rzadka pojawiali, zdawali się nie przeszkadzać głównemu nurtowi polskich spraw. Niestety, nagle się pojawili w swej zwykłej destrukcyjnej roli i to w momencie niezwykle delikatnym, gdy zatrzęsła się w posadach III RP - poczwarna karykatura Polski, a jej budowniczy dostali białej gorączki, zwłaszcza Lech Wałęsa opuszczony przez swojego uniwersalnie złego kumpla - doradcę, powiernika i kapciowego. Wicepremierzy pojawili się, by intensywnie i publicznie włączyć się we front walki starych sił ze skutkami publikacji raportu w sprawie likwidacji WSI.

Nie ma potrzeby, by opisywać, w jaki sposób to robią, bo jest to wystarczająco widowiskowe w granicach, które ogranicza im ostrożność, by nie przeciągnąć struny. Myślę jednak, że ich wyobrażenie o tych granicach jest nazbyt optymistyczne, bo struna została przeciągnięta. W tym przypadku to właśnie waga sprawy obniżyła próg tolerancji na destrukcję. Coś powinno się teraz stać! Co najmniej coś, co spowoduje ich kolejną nieobecność.

Lepper jeszcze raz dał powód, by zastanawiać się nad genezą i powiązaniami Samoobrony. Z kolei Giertych znów pokazał niedowiarkom, że jest prawdą to, co od dawna wielu z nas mówiło na podstawie własnych doświadczeń, że zawsze stawia on swój prywatny polityczny interes ponad dobro Polski i żadne ryzyko dla najważniejszych polskich spraw nie jest w stanie powstrzymać jego działań, gdy węszy w nich swoje prywatne cele.

Pozwolę sobie w tym miejscu na dygresję:

Byłem kiedyś na publicznym spotkaniu z przewodniczącym KPN L.Moczulskim, wkrótce po obaleniu rządu Premiera J.Olszewskiego. Tłumaczył ludziom, jak bardzo został skrzywdzony nieprawdziwym posądzeniem. Gdy dopuszczono mnie do głosu, powiedziałem: "Panie Przewodniczący, być może został pan skrzywdzony. Nikt z nas tego dzisiaj nie rozstrzygnie. Jedno jest dla mnie oczywiste - nie zachował się pan, jak człowiek, któremu zależy na Polsce. Gdyby panu zależało na Polsce, wiedziałby pan, że lustracja agentów i trwanie rządu Premiera J.Olszewskiego to najważniejsza sprawa dla Polski, której trzeba podporządkować własne sprawy,  a nawet odłożyć swoją krzywdę. Zacisnąłby pan zęby, żeby wytrzymać tę niesprawiedliwość z wiarą, że prawda i tak wyjdzie na jaw. Uczyniłby pan tak tym bardziej, im bardziej prawdą jest to, co pan dzisiaj mówi."

Podobną postawę okazaliby dzisiaj obaj wicepremierzy, gdyby ich troska o Polskę przeważała nad całkowicie beznadziejną zachłannością na polityczne sukcesy. Myślę, że w ogóle nie rozważają spraw w tych kategoriach i dlatego powinni być wyrzuceni z politycznego bytu. Z całą pewnością nie powinni oni pełnić funkcji związanych z dostępem do tajnych informacji. Ich podejście do tajemnic państwowych jest do tego stopnia niepoważne, że staje się niebezpieczne.

Premier z pewnością ma własną, opartą na pełnych przesłankach, ocenę tego czasu, w którym balsam nieobecności wicepremierów stanie się permanentnie niezbędny, ale pozbawienie obu funkcji wicepremierów ograniczyłoby poważnie ich dostęp do tajemnic państwowych i byłoby najwłaściwszą odpowiedzią na ich wnioski domagające się odwołania A. Macierewicza. Kiedyś przewidywałem bardzo spekulacyjnie, że wybory parlamentarne odbędą się wiosną 2007 - ale nie wiem, kiedy będzie wiosna, bo zimy jeszcze nie było. Być może przed wyborami niezbędne jest uzdrowienie sytuacji w telewizji publicznej, bo Wildstein na pewno nie jest zwolennikiem IV RP ….i to ryzyko trochę komplikuje zastosowanie balsamu nieobecności już teraz.

 

17 lutego 2007    -  66

Dzieje się !

Wydarzenia ostatnich dni dotykają wielu ważnych spraw, ale ich wielowątkowość przysparza trudności w ocenie niezbędnej do określenia priorytetów, z jakimi należałoby je śledzić, by móc opisywać. Na pewno nie jest nudno, a wachlarz emocji rozpina się od uniesień związanych ze wszystkim, co otwiera budowę nowej rzeczywistości, po przerażenie, gdy odsłaniane są kolejne fragmenty matecznika PRL-u przepoczwarzonego w III Rzeczpospolitą.

            Dzieje się:

Opublikowano raport prawdy o WSI

Odkryto korupcję i związany z nią horror w szpitalu MSWiA

Dokonano dalszych odsłon w tzw. "lustracji Kościoła"

Żydzi otwierają kolejną synagogę i ogłaszają to jako historyczny moment odradzania żydowskiej społeczności w Polsce, a równolegle inni Żydzi przyjeżdżają, by nas ograbić i zasygnalizować, na czym to odradzanie ma polegać

Ujawniono inicjatora i cel seks-afery, którą karmiono nas przez tygodnie

Odsłaniają się nowe fragmenty prawdy o śmierci ks. J.Popiełuszki

…..a w drugim planie dzieje się jeszcze więcej, ale chyba już to, co powyżej, wystarczy.

 

Raport rozpoczął bieg całego cyklu wydarzeń i otworzył bogate pole obserwacji. Widoczna jest zadziwiająca niekonsekwencja - "W tym raporcie niczego nie ma", "raport jest głupi", "raport jest szkodliwy", "raport jest kompromitacją", mówią ludzie, którzy aż czerwienieją ze złości, z emocji wypowiadają niekontrolowane słowa, oburzają się, wściekają, straszą sądami, a jednocześnie sami bledną i zaczynają się jąkać i zacinać. Zjawiska związane z publikacją raportu będą nam towarzyszyć bardzo długo, dlatego teraz można poprzestać na uwypukleniu nonsensów mówiących o jego szkodliwości.

            Próbują nam wmówić:

 że stworzono wielkie niebezpieczeństwo przez likwidację osłony wywiadowczej Polski - raport wykazał, że najszerzej pojęte kadry dowodzące WSI dbały wyłącznie o swój interes, praktycznie zawsze wbrew interesowi Polski - jak można zatem mówić o osłanianiu polskich interesów, gdy wywiadem dowodzą ludzie, którzy mają w nosie interes Polski ? Czy można im podporządkować ludzi, którzy chcą ofiarnie służyć Polsce, zwłaszcza gdy chodzi o tak specyficzną dziedzinę ?

że ujawnienie agentury zaowocuje niechęcią do współpracy z naszym wywiadem -

Polak, by współpracować musi być przekonanym, że to jest POLSKI wywiad, obcy też woli wiedzieć, z kim naprawdę ma do czynienia -może być zatem tylko lepiej, bo dotychczas współpracowali tylko naiwni, albo ci, którzy robili to dla korzyści, gotowi na wszelkie ryzyko. Trzeba uświadomić sobie, że to było ujawnienie OBCEJ agentury, to zawsze się opłaca i to zawsze ma podobne konsekwencje.

że  poznano tajniki naszych działań-Moskwa się cieszy -

ujawniono niesamowite tajniki, nikt o nich nie wiedział, nawet się nie domyślał, a zwłaszcza Moskwa - pewnie w raportach do Moskwy zaczerniano te informacje.

 

To wszystko brzmi bardzo trywialnie, ale to są argumenty powtarzane w mediach bez końca i nikt autorów tych argumentów nie wyśmiewa.

Równolegle rozwijają się kolejne fale ataku na Kościół i SB podsuwa kolejne odpowiednio przygotowane dokumenty. Tym razem sam Przewodniczący Episkopatu stanął pod ostrzałem, bo jest podobno jednym z kandydatów na metropolię warszawską. Oczywiście wierzę we wszystkie wyjaśnienia abp.J.Michalika, które w tak przyjaznej atmosferze mógł przedstawić w telewizji w towarzystwie dwóch wyjątkowo subtelnych interlokutorów. Zastanawia tylko drastyczna różnica w sposobie traktowania, gdy porówna się z przypadkiem abp. S.Wielgusa, tak świeżym jeszcze w pamięci.

Byłem zachwycony wyborem abp.J.Michalika na Przewodniczącego KEP, a później byłem trochę rozczarowany jego wypowiedziami i zachowaniem, a później byłem zdumiony jego chłodną reakcją w dramatycznej sytuacji "ingresu, którego nie było". I teraz jestem nawet zaniepokojony ciepłym słowem, jakim obdarzył go po telewizyjnych wyznaniach abp.Gocłowski i uznaniem tych, którzy wcześniej stali w czołówce linczu na abp. Wielgusie, a których nazwisk nawet nie warto wspominać. Rzecznik Episkopatu ks. Kloch, który niedawno tak beznamiętnie przekazał nam dobijający ofiarę werdykt kościelnej komisji, o którym już dzisiaj wiemy, że był ewidentnie niesprawiedliwy, tym razem sam rozjaśnia sprawę i składa specjalne oświadczenie o instrukcji SB pozwalającej na rejestrację TW bez wiedzy i zgody figuranta. Rodzą się wątpliwości, co to wszystko znaczy, ale tłumię je oczekując kolejnej decyzji Ojca Świętego. Trzeba ją będzie przyjąć z chrześcijańską pokorą, ale czuję, że entuzjazmu nie będzie, a katedrę wypełni całkiem inny tłum.

 

9 lutego 2007    -  65

Spekulacje

Nie odczuwam szczególnej potrzeby analizowania przyczyn, dla których min. L.Dorn podał się do dymisji i skutków, jakie z tego wynikną dla Polski. W tej kwestii całkowicie wystarcza mi satysfakcja płynąca z obserwacji wściekłości dziennikarzy, publicystów, komentatorów i polityków opozycyjnych, których ta sprawa tak boleśnie zaskoczyła. We wszystkich mediach rozlega się zawodzenie o skandalicznym ciosie wymierzonym w demokrację, gdy osoby publiczne się "pokłóciły", a podmiot demokracji - lud, nawet nie może się dowiedzieć, o co się "pokłócili". Oczywiście rozwijane są w tej materii rozliczne spekulacje, które znakomicie wypełniają debatę o pozornych problemach Polski, by tuszować te prawdziwe. Nie pozwólmy się wciągać w taką grę.

Nie lubię sam zbyt daleko posuwać się w spekulacjach, a jednak myśli, które mi się nasuwają dotyczą tak ważnych spraw, że nie sposób się nimi nie podzielić. Rzecz dotyczy walki z Kościołem, która w dzisiejszym świecie oznacza rozgrywkę główną.

Jest trudnym do podważenia faktem, że skuteczność walki z Kościołem w Polsce w ostatnich 17 latach znacznie przewyższa to, o czym przez dziesiątki lat marzyli komuniści sprzymierzeni, a raczej będący narzędziem w rękach znacznie potężniejszych od nich wrogów Kościoła. Sprawy dla nich toczą się na tyle pomyślnie, że niedawne unieszkodliwienie abp. S.Wielgusa mogą uznać za akcję tak udaną, że można myśleć o kolejnych krokach. Powodzenie akcji mierzy się w tym przypadku liczbą i pozycją opiniotwórczą ludzi, którzy dali się na to wszystko nabrać, którzy uczestniczyli w akcji, lub, co najmniej zaakceptowali jej scenariusz i ostateczny skutek.

Na podstawie syntezy kilku faktów dostępnych w "białym wywiadzie" i, tak jak zapowiedziałem, własnych spekulacji, podejrzewam, że jest przygotowywana kolejna prowokacja wobec Kościoła w Polsce, być może mega-prowokacja.

W Dzienniku, w dniach 1 i 2 lutego, opublikowano wywiad dotyczący sprawy  PiusaXII, oskarżanego kłamliwie od wielu lat o milczenie w sprawie zagłady Żydów, w którym I.M.Pacepa, rumuński szef wywiadu z czasów Ceaucescu, odkrywa prawdę, że szkalowanie Piusa XII było akcją KGB z udziałem rumuńskich służb. Zastanawia fakt, że zbiegły w 1978 roku Pacepa dopiero dzisiaj o tym mówi, mimo że ataki na Piusa XII powtarzają się cyklicznie od wielu lat. Zastanawia, że na ten temat Pacepa udziela pierwszego wywiadu właśnie w Polsce i redakcja Dziennika była tak skuteczna w uzyskaniu tego wywiadu. Redakcja ta uznaje też sprawę za ważną i przeprowadza również wywiad z Hochhutem - niemieckim dramaturgiem, uczestnikiem, a raczej inicjatorem akcji szkalowania sprzed wielu lat. Zamieszczony jest też artykuł J.Żaryna - historyka IPN, kreślący pozytywną sylwetkę Piusa XII, a w tym zestawieniu nadający pewnego rodzaju wiarygodność wynurzeniom rumuńskiego komunisty. Już nie zastanawia, ale włącza system alarmowy ostatni fragment wywiadu Pacepy, zamieszczony poniżej.

 

Z wywiadu I.M.Pacepy dla Dziennika 1.02.2007

W czasie operacji przeciw Piusowi XII pana agenci ukradli interesujące KGB dokumenty z watykańskich archiwów? (trzech agentów DIE podających się za rumuńskich duchownych uzyskało dostęp do dokumentów Watykanu na początku lat 60.).
Raczej nie (KGB potrzebowało jakichkolwiek dokumentów, w których pojawia się Pius XII, by je sfabrykować i na ich podstawie stworzyć czarną legendę papieża - przyp. red.). Ale z tego, co wiem, polska SB miała znacznie większe sukcesy na tym polu. Nic dziwnego. DIE miało agentów na niskim szczeblu. Co innego Służba Bezpieczeństwa, która miała setki agentów. Dziś część z nich jest na wysokich  stanowiskach w hierarchii kościelnej. Są kardynałami. Zachęcające jest, że polski prezydent Lech Kaczyński jest zdeterminowany, by całkowicie otworzyć teczki SB. Duchowni, którzy służyli "komunistycznemu bogowi", nie powinni wpływać na nowe pokolenie, które walczy o odbudowę tożsamości narodowej.


Ion Mihai Pacepa, były szef wywiadu komunistycznej Rumunii, najbliższy doradca dyktatora Nicolae Ceausescu. Zbiegł do USA w 1978 roku i zaoferował przekazanie swojej wiedzy CIA. .. Pacepa do dziś żyje pod przybranym nazwiskiem w USA i jest objęty programem ochrony swiadków. 

 

Ostrzeżeni sygnałem alarmowym możemy dalej dostrzec, toczące się od kilku dni w mediach, rozważania na kanwie informacji "nawróconego" SB-ka, że polscy funkcjonariusze SB dysponowali wczesnymi informacjami o przygotowywanym zamachu na Ojca Świętego Jana Pawła II. Ten wątek jest dopiero zasygnalizowany, dopiero powoli budowana jest dramaturgia, która może dać podłoże do eksplozji, gdy uda się wytworzyć atmosferę jej sprzyjającą. Chodzi o narastanie powszechnego oczekiwania, że znajdzie się odpowiedzialnych za zamach na Ojca Świętego, w którego organizacji uczestniczyły polskie służby we współpracy z KGB. Gdy to oczekiwanie spełni się i niezależnie od politycznych kolorów, tak jak w przypadku sprawy z abp. Wielgusem, wielu opiniotwórczych (czytaj - pojawiających się w mediach) ludzi uzna "ponad wszelką wątpliwość", że odkryliśmy wielką tajemnicę matecznika PRL, wtedy można będzie przystąpić do głównego ataku. Ktoś przypomni, że SB miała "setki agentów….na wysokich stanowiskach w hierarchii kościelnej. Są kardynałami." A potem pojawią się od dawna przygotowane, a może dzisiaj doprawiane dokumenty - z Polski, może też z Rumunii, może nawet wprost z KGB - przecież tu chodzi o sprawę, na której tylu połamało sobie zęby - chodzi o cios w splot słoneczny Kościoła. Kto będzie obiektem ataku?

W ramach tego scenariusza odebrałem program J.Pośpieszalskiego "warto rozmawiać" na temat "polskich śladów" w zamachu z 1981 roku. Prym wiódł S.Janecki, redaktor naczelny  zasłużonego dla wszelkiej maści postkomunistów tygodnika Wprost, który wyraźnie pilotuje medialną oprawę (zbyt ważna sprawa, by korzystać z usług Gazety Polskiej) tej części scenariusza. Teza o roli KGB przypomniana, a o szczególnej roli polskiej SB teza zasiana wprost przez tygodnik Wprost, zyskały wiarygodność dzięki udanemu spektaklowi, w którym stary komunista E.Guz został ofiarowany na stosie. E.Guz, niezbyt inteligentny, ale zaufany pracownik Polskiej Agencji Prasowej w PRL - autor książek przekonujących, że to nie był zamach KGB, został wybrany do programu w innym celu, niż mu to powiedziano, skłaniając go do udziału. Wcale nie chodziło o dyskusję na temat sprawstwa zamachu, ale chodziło o pokazanie, że jeśli ktoś kwestionuje tezę o roli KGB, musi być agentem związanym ze służbami. W dość kiepsko odegranym dramacie, S.Janecki z dumą "dobił" Guza, machając dokumentami (z dziwną łatwością uzyskanymi?) z IPN, odkrywającymi sensacyjną informację, że tenże Eugeniusz Guz był współpracownikiem służb. Ofiara była zdecydowanie zaskoczona, nie potrafiąca się bronić; nawet nie miał na to czasu, bo program się miał ku końcowi.

Nigdy by mi nie przyszło do głowy, by stawać po stronie zasłużonego dla PRL E.Guza, ale też nigdy nie pomyślałbym o możliwości przykładania lepszej oceny motywom ludzi tygodnika Wprost, a zwłaszcza redaktorowi naczelnemu - sądzę, że obaj w istocie służą temu samemu panu, choć pewnie nawet nie wiedzą, kto tym panem jest. Jednak, gdybym był na miejscu Guza, powiedziałbym: "Panie Janecki, a cóż to Pan odkrywa, sensację? Przecież byłem na ważnym stanowisku w komunistycznej PAP, z dostępem do informacji niedostępnych dla innych. Oczywiście, że byłem współpracownikiem służb. Byłoby prawdziwą sensacją, gdyby się okazało, że facet na takim stanowisku nie był współpracownikiem. Dyskutujemy na temat, w którym ja, jako autor książek, także były współpracownik SB, przedstawiam argumenty, a pan Janecki, reprezentujący innego pracownika SB, który mu zapewne z czystej sympatii przekazał informacje o roli polskiej SB, przedstawia swoje racje. Czy chodzi zatem Panu o wyjaśnienie czegoś, czy udawanie, że pan przekazał widzom coś, o czym nie wiedzieli?"

Z żalem zauważyłem, że inni dyskutanci obecni w studio "kupili" sensację Janeckiego, a wobec tego symptomu główny scenariusz można będzie dalej rozwijać.

Zobaczymy, jak się będzie rozwijać. Tymczasem myślę, że powyższe spekulacje mają więcej sensu i dynamiki, niż dociekanie, jakie punkty sporne zakłóciły symbiozę J.Kaczyńskiego i L.Dorna, nawet gdyby takie rozważania uwolniły nas od zajmowania się tym, co nam podsuwają.        

 

6 lutego 2007    -  64

Droga wnioskowania może zbyt prosta, ale wnioski są pewne

Wczoraj Premier przyjął dymisję R.Sikorskiego i zaproponował min. Z. Szczygle stanowisko szefa Ministerstwa Obrony Narodowej. Rozległ się powszechny jęk opozycji, łkanie komentatorów politycznych, redaktorów prasowych, telewizyjnych i radiowych. Szloch tak potężny, że rozlał się poza granice Polski, nawet za ocean i powraca do nas siejąc zwątpienie w działanie Premiera, który nie rozpoznał opatrznościowej misji chłopaka z Bydgoszczy przymierzającego się do wcielenia w postać Generała, którego nam w 1943 roku zabrano w Gibraltarze.

Gdyby ktoś roztopił się w tym płaczu i zwątpił w słuszność zmiany kierownictwa MON, proponuję następujące wnioskowanie:

Jeżeli - cała opozycja, zintegrowana w sprzeciwie wobec IV RP, przyjęła to jako cios i wbrew dotychczasowej totalnej krytyce odkryła nagle zbiorowo, że był niezły minister w tym rządzie - to ta dymisja jest sprawą dobrą.

Jeżeli - dymisją niepokoi się Szmajdziński, Zemke, a za oceanem nawet Kwaśniewski - to sprawa jest dobra.

Jeżeli - wścieka się Zdrojewski i szaleją z rozpaczy skompromitowani własną działalnością w MON  - Komorowski i Onyszkiewicz - to sprawa musi być dobra. Jeśli podważają kompetencje następcy zdymisjonowanego ministra, to zapominają, że do podważania też potrzebne są kompetencje, którymi przecież jawnie nie dysponują.

Jeżeli - niepokoi się i denerwuje "opinia zagraniczna" i podsuwają nam ten argument, to znamy już ten proceder, gdy nam przez długie lata wmuszano durnia szkodzącego finansom państwa. Na taką niefrasobliwość i naiwność w dziedzinie obrony narodowej nie możemy sobie pozwolić.

Jeżeli - wścieka się gwiazda TVN Olejnik, asteroida TVP Wysocka-Schnepf, zapluwają się ze złości wyrobnicy GW, a panika Rolickiego zmienia mu głos w dyszkant, to sprawa jest bardzo dobra.

 

To wszystko są łatwo zauważalne objawy, potwierdzające, że prowadzenie Polski w stronę IV Rzeczypospolitej wymagało tej korekty. Do tego dochodzi wszystko to, co każdy z nas indywidualnie i subiektywnie zapamiętał z dawniejszych wydarzeń. Wiem, że R.Sikorski miał swój udział w nieporozumieniu niszcząco dzielącym ROP tuż przed wyborami bodaj w 1993. Wiem, że jego kariera była dziwna i chyba niesamodzielna, a potwierdza to dość zwyczajne spostrzeżenie, że wyraźnie dostał zawrotu głowy, jakiego dostają ludzie ponad miarę wypromowani. Bo tylko takim charakterystycznym zawrotem głowy można tłumaczyć tę bezczelność, gdy pochwalił się publicznie: "A.Macierewiczowi udzieliłem upomnienia, którego nie zapomni do końca życia". Pomyślałem sobie wtedy - "ty gówniarzu!", proszę wybaczyć, w myślach nie znalazłem bardziej adekwatnego polskiego słowa. Można się tylko domyślać, że obiekcje wobec odchodzącego ministra musiały być o wiele poważniejsze, a dzisiaj już nie można sobie pozwolić na pobłażanie i brak lojalności. Brawo Premierze !

 

2 lutego 2007    -  63

…bo to jest najważniejsza sprawa !

Chodzi oczywiście o sprawę prowokacji wobec abp. S.Wielgusa, którą przedsięwzięto, by nie dopuścić do wzmocnienia Kościoła w Polsce metropolitą warszawskim o wielkim autorytecie i przenikliwej znajomości współczesnych zagrożeń ze strony zewnętrznych i wewnętrznych wrogów Kościoła. Jest to najważniejsza sprawa, ponieważ dotyczy ona wyboru kierunku rozwoju cywilizacyjnego Polski, dotyczy PRAWDY, która jest narzędziem wyzwolenia z mroku kłamstwa sączonego w nas od blisko trzech pokoleń. Jeśli pozwolimy na to, by SB dalej regulowała nasze sprawy i dalej zbierała owoce swojej przestępczej działalności, by posługując się durniami katowała w dalszym ciągu swoje wcześniejsze ofiary, to nie wyzwolimy się z matni kłamstwa.

  Po krótkiej, ale wymownej ciszy, gdy wszyscy prowokatorzy jakby na rozkaz wzięli wodę w usta, nagle gruchnęła wieść o ekspertyzie, która wykazała, że podpis GREY jest sfałszowany. W obozie prowokatorów nastąpiła totalna konsternacja, milczenie, wzruszanie ramionami, ośmieszanie, powątpiewanie, aż po kombinacje, jak by tu sprawę zatuszować.

Najpierw "Katolicka" Agencja Informacyjna, z jej Prezesem - M.Przeciszewskim, być może jednym z animatorów prowokacji, a na pewno żywiołowym jej uczestnikiem. Po prostu wpadli w panikę - w dostępnym publicznie serwisie nie umieścili bezpośredniej wiadomości o ekspertyzie, mimo że wcześniej bezkrytycznie powielali wszystko, co w Arcybiskupa biło. Dopiero ratująca sytuację wypowiedź rzecznika Episkopatu ks. dr J. Klocha umożliwiła KAI ujawnienie informacji o prawdopodobnym fałszerstwie we "właściwym" kontekście. Bo też rzecznik wypowiedział się w tak paskudny sposób, że należałoby oczekiwać reakcji Episkopatu. W istocie należałoby przygotować ks. Klocha do odwołania z funkcji w podobny sposób, jak przygotowano kiedyś bpa T.Pieronka tzn. stwierdzając, że ta wypowiedź rzecznika jest jego prywatną wypowiedzią.

Trudno uniknąć w tym miejscu skojarzenia z reakcją ks. dr B.Stanaszka w odpowiedzi na niedawny list Red. Z.Łabędzkiego do kościelnej komisji historyków zajmującej się dokumentami IPN w/s Wielgusa, gdy ks. Stanaszek odmówił merytorycznej odpowiedzi odsyłając właśnie do rzecznika KEP. Wypowiadając się teraz, mógł więc ks. dr J.Kloch choćby częściowo naprawić wcześniejszy błąd, w którym pogrążono ks.abpa S.Wielgusa oskarżeniami opartymi na materiałach funkcjonariuszy SB, przy okrutnym zlekceważeniu jego zaprzeczeń. Wbrew temu, co ks.Kloch dzisiaj mówi, ten przekazany publicznie przez niego werdykt był oceną, bo stwierdzał jednoznacznie podjęcie współpracy - dodatkowe formułowanie oceny, że taka współpraca jest naganna czy zła, było w tym przypadku całkowicie zbędne. Ks. Kloch z naciskiem też podtrzymuje, że Arcybiskup się "wielokrotnie" przyznał - takie stawianie sprawy uważam za bardzo brzydkie nadużycie wobec treści tych kilku oświadczeń i wypowiedzi, na które w tak trudnym czasie ofierze dozwolono.

KAI zamieścił też wypowiedź swojego mentora, abp.J.Życińskiego, który wcześniej, mimochodem, w cieniu "sprawy Wielgusa", nie atakowany publicznie przez nikogo, tłumaczył, że nie jest TW o kryptonimie "Filozof". Jego wynurzenia o rozmowach z funkcjonariuszami SB nikogo wtedy nie oburzyły, nie zdziwiły, nie zastanowiły, choć za to samo abp. Wielgusa potępiano bez umiaru. Tym razem abp.Życiński oburzył się na prawnika inicjującego dokonanie ekspertyz, który zasugerował Abp. Wielgusowi skierowanie do sądu sprawy przeciw Gazecie Polskiej, ale także przeciw nuncjuszowi, o zniesławienie. Nie wiemy zbyt wiele o szczegółach działań nuncjusza w całej sprawie, ale z aktem zniesławienia wszyscy mogli się zapoznać, bo były to słowa tak mocne i niechrześcijańskie, że nawet umęczony metropolita uznał, że musi zareagować i opublikował tekst przysięgi z 2 grudnia, wraz z oświadczeniem, że podtrzymuje wszystko to, co wtedy przysięgał.

W kolejnym akcie dramatu rozpoznajemy więc dalej negatywnych bohaterów prowokacji, czasem się dziwimy, czasem nic już nas nie zdziwi i żałość bierze, gdy widzi się totalny upadek człowieka. Mam na myśli T.Terlikowskiego, którego o dziwo jeszcze nie wyparła się redakcja "Rzeczpospolitej", udostępniając mu łamy dla żałosnej publicystyki, w której ubiera się w szaty konserwatywnego obrońcy Kościoła. Ale ta maska natychmiast spada, gdy wbrew jego oczekiwaniom powraca ta sprawa, w której tak skutecznie pogrążył swoją przyszłość zaangażowanego publicysty.

 "Podpis sfałszowany? Jak ktoś mógł to stwierdzić na podstawie odbitek z mikrofilmów?" - mówi Terlikowski i nawet nie zdaje sobie sprawy, że zaczyna dopiero teraz rozumieć, co miał na myśli Prymas J.Glemp w swej homilii podczas "ingresu, którego nie było". Ile czasu mu zajmie, by zrozumieć, że to pytanie jeszcze bardziej dotyczy jego własnego podejścia do wiarygodności tych dokumentów, które w końcu wielu z nas widziało.

 Najczęściej muszą się w takiej sprawie wypowiedzieć eksperci, ale zdolność rozpoznania fałszerstwa z kopii materiałów zależy przecież od rodzaju fałszerstwa. Gdy sam przeglądałem dokładnie w powiększeniach te dokumenty - milczałem, mimo że fałszerstwo wydawało mi się tak ordynarne, że rozpoznawalne bez profesjonalnego przygotowania. W najważniejszym dokumencie (str.43) w tekście nazwisko Stanisław Wielgus napisane jest (na 100%) tym samym charakterem pisma, którym to same nazwisko wpisane jest w protokół wytworzenia mikrofilmów z pewnością tworzony przez funkcjonariusza. Jest natomiast zagadka, i może kiedyś Arcybiskup sam wyjaśni, co miał na myśli mówiąc, że "jeden raz miał chwilę słabości i podpisał współpracę z wywiadem". Gdyby np. mnie zmuszono do podpisu "super-Grey", albo "pinokio", nigdy nie pozwoliłbym sobie wmówić, że złożyłem ważny podpis, chyba że podpisałbym wcześniej własnym nazwiskiem oświadczenie, że dobrowolnie przyjmuję taki kryptonim i nim będę podpisywał dokumenty. Terlikowski (a podobnie Sakiewicz) w swej rozpaczliwej sytuacji idzie jeszcze dalej. On twierdzi: co z tego, że jeden podpis jest sfałszowany, tam jest ich więcej, trzeba by udowodnić, że każdy z nich jest fałszywy. Dzisiaj takie odwrócenie logiki pogrąża go, bo wskazuje na motywy, w istocie chodzi o stosowanie zasady racjonalnej z punktu widzenia totalitarnej władzy - "dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie". Dla normalnego człowieka zidentyfikowanie jednego fałszerstwa stawia pod znakiem zapytania wiarygodność całego zbioru dokumentów. Jeśli Terlikowski poza mocodawcami ma także przyjaciół, powinni mu doradzić, by szybko zajął się czymś pożytecznym, czymś, co nie wymaga udziału w życiu publicznym. Znalazł się w sytuacji nie do pozazdroszczenia.

Dochodzenie pełnej prawdy to konieczność. Może być jeszcze wiele zawirowań, zasadzek i rozczarowań, ale jestem pewien, że kiedyś będziemy przez prawdę wyzwoleni - tylko musimy się w tym procesie wspierać, a zaufanie do ludzi budować przez kontakty z nimi samymi, przez zapoznawanie się z ich czynami, z ich dokonaniami, także z opiniami tych wszystkich, którzy ich najbliżej otaczają.

 

29 stycznia 2007    -  62

Łabędzi i syreni śpiew Rokity?

Po całej serii publicznych upokorzeń doznanych od medialnych harcowników jego własnej partii,  J.M.Rokita wystąpił z odwetowym koncertem śpiewaczym, po którym w Platformie Obywatelskiej nic już nie będzie tak jak było. Śpiewaczym nie dlatego, że posadził po swej prawej ręce jednego z socjologów, którego nazwisko pewnie jest tak samo fałszywe, jak dźwięki, które nazbyt często wydaje, ale dlatego, że sam Rokita zaśpiewał jednocześnie jak łabędź i jak syrena.

Jego łabędzi śpiew zasygnalizował rozstanie się z sitwą rządzącą dzisiaj PO, odchodzi więc Rokita od Platformy Tuska, Schetyny, Komorowskiego, Niesiołowskiego i ryzykuje osunięcie się w niebyt polityczny, czemu mogą towarzyszyć rytuały ginącego łabędzia.

Jednocześnie jednak wyraźnie słychać syrenią część śpiewu, która ma zwabić potencjalnych zwolenników, by wypełnić optymistyczną część podjętego ryzyka. Z jednej strony Rokita wabi tych wszystkich polityków PO, którzy mają już dość jałowego udawania opozycji i są zniecierpliwieni zanikającymi perspektywami jakiegokolwiek sukcesu w przyszłości. Z drugiej strony śpiew ma nęcić utraconych wyborców PO i niektórych polityków PIS, których serca zawsze biły dla Platformy, a do tej pory nie udało im się skutecznie pchnąć PISu w jej objęcie.

Gdyby ta gra się udała, gdyby znacząca liczba politycznych żeglarzy nie rozpoznała, że ten kuszący śpiew pochodzi od syreny, Rokita mógłby wygrać bitwę o PO, zepchnąć w niebyt Tusków, a później nawet zagrozić procesowi naprawy Polski, którą rozpoczął PIS. Myślę, że to się nie uda i syreni śpiew zostanie zagłuszony śpiewem łabędzim.

Nie uda się, bo Rokita jest patałachem politycznym - cztero-godzinna rozmowa z Marcinkiewiczem, wsparcie tak mało atrakcyjnych postaci jak Śpiewak i Gowin, nawet sprzyjająca postawa dysponentów mediów, to zbyt słabe atuty dla takiego przedsięwzięcia.

To, że dla jednego upadającego polityka, dwie telewizje dały prawie pół godziny czasu antenowego na bzdurną konferencję prasową, to już dzisiaj nie wystarcza. Nawet dziennikarze nie dali się zwieść i nie dociekali, - o czym syrena śpiewa? Byli zainteresowani wyłącznie tym - dlaczego śpiewa? Obiecywanie naprawy Polski w towarzystwie mało rozumnego socjologa, który prawie w przeddzień dał wyraz swojej obcości wobec polskiego państwa, czy w towarzystwie innego faceta, który do tego stopnia nie szanuje istoty polskości, że wziął znaczący udział w wojnie wytoczonej polskiemu Kościołowi, to fałsz wyczuwalny na odległość. A przecież sama syrena jest już dogłębnie rozpoznana, przecież Rokita przez długie lata uczestniczył w psuciu tego wszystkiego, co dzisiaj w Polsce trzeba naprawiać. Wiele najgorszych spraw nawet inicjował wraz z innymi, także z tymi, z którymi dzisiaj chce się rozstawać. Ten fałsz jest podkreślony nawet przez doraźne kłamstwo, które ujawniło się w kilka godzin po konferencji prasowej, gdy po kolei politycy PO zaczęli zaprzeczać, że byli zaznajomieni z materiałem anonsowanym przez Rokitę i że wiedzieli o zwołaniu konferencji.

Trzeba się przyglądać reakcjom polityków PIS - czy znajdą się tacy, którzy wsłuchają się z zapamiętaniem w śpiew syreny? Neutralne zadowolenie z takiego obrotu spraw jest właściwą reakcją, bo ludzie zagrożeni działaniem mafii zawsze mogą czuć satysfakcję, gdy ujawnia się czas porachunków w jej łonie. Jakiekolwiek realne zbliżenie PIS do Rokity byłoby zapowiedzią kolejnej klęski nadziei.

 

15 stycznia 2007     - 61

A teraz koledzy sprawę wyciszcie?

Po tygodniach medialnego ataku sprawa abp. S.Wielgusa gwałtownie zniknęła z telewizji, radia i prasy. To nie Słowo biskupów zamknęło temat. To scenariusz się zaciął, naboje się skończyły i dla wielu ludzi rozpoczął się czas przemyśleń nad tym, co właściwie się stało. Te przemyślenia trzeba teraz zagłuszyć - sprawą Borowskiego, procesem Oleksy-Milczanowski, Jarucką, Trybunałem Konstytucyjnym, Owsiakiem i wymyślaniem nowych igrzysk, by zapomnienie nie pozwoliło prawdzie eksplodować.

A byłoby o czym mówić, bo o manipulacjach KAI trzeba krzyczeć, o udziale Rzecznika Praw Obywatelskich w zablokowaniu ingresu trzeba dyskutować, o rolę Prezydenta i jego dziwnych kontaktach z Sakiewiczem, także o postawę wielu polityków należało by głośno pytać, o telewizję publiczną po tym odrażającym spektaklu trzeba  zacząć walczyć…itd.

Nam nie wolno pozwolić, by zaległa ta cisza i osunęła prawdę w mroki kłamstwa o tym, co się stało, To jest zbyt ważne dla Kościoła, dla Polski, dla świata. To musi być też ważne dla oskarżonego, którego tak skrajnie poniżono, a przez to także ważne dla nas, bo słusznie ktoś przytoczył słowa pisarza: Nie pytaj komu bije dzwon.

Zastanawiajmy się więc, by dociec:

Co oznacza fakt przytoczony we włoskiej prasie, że nuncjusz w porozumieniu z Episkopatem podał wstępnie trzy kandydatury na metropolitę warszawskiego i nie było wśród nich abp. S.Wielgusa, a tę kandydaturę przekazał do rozważenia sam Ojciec Święty?

Co oznacza fakt, że Prezydent, jego doradcy i np. sen. Z.Romaszewski zmieniają ustawę lustracyjną w wielkiej trosce, by czasem kogoś nie skrzywdzić, a jednocześnie w konkretnym bieżącym przypadku ukazują, że sami są gotowi krzywdzić w najbardziej bezceremonialny sposób.

Co oznacza, że ci sami "dziennikarze", tak bezwzględni, okrutni i dociekliwi wobec tej ofiary, milczą, nie zadają pytań i wykazują taką wstrzemięźliwość wobec abp. J.Życińskiego, który składa 20 minutowe oświadczenie tłumaczące, że nie jest agentem o kryptonimie Filozof. Sam informuje, że takie plotki od dawna krążą, ale nikt nie wyjaśnia dlaczego w tym przypadku nikt nie zaatakował, a teraz nikt nie pyta, o czym właściwie on rozmawiał z SB, choć się do tego publicznie przyznaje.

Trzeba się zastanawiać, trzeba dociekać, trzeba stawiać pytania, bo chaos informacyjny jest tak wielki, że wielu się pogubiło.

W telewizji PULS bardzo ciekawe rozmowy prowadzi Jerzy Zalewski. Jako rozmówców dobiera ludzi, których nie widać w innych telewizjach. Ostatnio była ciekawa rozmowa z księdzem Stanisławem Małkowskim. Powiedział wiele ważnych rzeczy, a swymi ogólnymi przemyśleniami ukazał, że to, co w nich najważniejsze jest całkowicie zbieżne ze znacznie szerszymi, ładniej sformułowanymi i bardziej dogłębnymi tezami Konferencji dla kapłanów ks. abp. S.Wielgusa. Doznałem szoku, gdy w samej końcówce obaj rozmówcy bez ogródek i bez żadnych wątpliwości określili dwudniowego metropolitę jako agenta. Zalewski nawet się przyznał, że był przed katedrą w niedzielę z transparentem "Wielgi wstyd" i nie mógł pojąć, że ludzie (ogłupieni?) agresywnie przyjęli tę demonstrację punktu widzenia. Widziałem w telewizji ten transparent, ale gdybym zauważył obok J.Zalewskiego, przysiągłbym, że mi się przywidziało.

Podobna, choć dla mnie mniej zaskakująca obserwacja związana jest z historykiem IPN A.Dudkiem, który w programie M.Olejnik (a jakże!) z nieskrywaną dumą ujawnił, że to on przyczynił się do odwołania ingresu. Kiedy Episkopat nie reagował na donos Gazety Polskiej, on osobiście przekazał publicznie informację, że takie dokumenty są w IPN. No i wtedy, oczywiście, Episkopat natychmiast podszedł poważnie do sprawy. Duma go wyraźnie rozpierała, a ja myślałem: Boże drogi, co się dzieje z ludźmi, którzy bez szczególnego wysiłku, po prostu psim swędem, na zasadzie pierwszeństwa dostępu do ciekawych materiałów, robią zawrotne kariery "naukowe". Potwierdziła się znów moja twarda zasada; "Uważaj na ludzi promowanych w mediach - nawet, gdy ci się podobają, szukaj drugiego dna".

Czasem myślę, że te czasy są chyba zbyt ciekawe.  

 

13 stycznia 2007    -  60

Coś się zacina w scenariuszu

Wierzę w istnienie spisków. Co więcej, uważam, że ci którzy nie wierzą, są głupcami. Dla rutynowych spiskowców charakterystyczne jest wyśmiewanie się z tzw. "spiskowej teorii historii" i jednoczesne węszenie spisków wszędzie tam, gdzie sami napotykają trudności. Warunkiem osiągnięcia celów spisku jest zdolność do przekonania ludzi, że żadnego spisku nie ma. Tak, jak zwycięstwem szatana jest utrwalenie wiary, że on nie istnieje.

Nie mam żadnej wątpliwości, że atak na Kościół, blokujący objęcie przez abp. S.Wielgusa metropolii warszawskiej, był starannie przygotowanym spiskiem. Nie znam scenarzystów, nie znam głównych reżyserów pociągających za sznurki, ale znam aktorów, obsługę techniczną sceny, suflerów i dobrze widocznych klakierów na widowni.
Z pewnością zarys scenariusza ataku rodził się w dawnych czasach, a odpowiednie przygotowanie wyselekcjonowanych dokumentów mogło trwać do czasów najnowszych, ale działania dla uruchomienia tej odsłony prawdopodobnie sięgają czasu, gdy promowano B.Wildsteina na głównego operatora gilotyny, jaką w tym dramacie stała się telewizja publiczna. Tę promocję można było zauważyć już na rok przed objęciem przez niego stanowiska prezesa TVP.

 Zaniecham dalszych spekulacji; poza ich warstwą pozostaje to, co można ustalić z "białej lustracji" (zapisek z 23 sierpnia 06), mianowicie, przegląd aktorów rozgrywających atak. I nie chodzi bynajmniej o harcowników na pierwszej linii frontu - Sakiewicz, Terlikowski, Isakowicz-Zaleski to ofiary, które nawet nie wyobrażają sobie, jakie skutki dla nich osobiście będzie miała wyzwalająca prawda. Chodzi o aktorów rozgrywających ze środowiska Więzi, Znaku, Tygodnika Powszechnego, KAI i znanych od lat wrogów Kościoła ulokowanych w jego hierarchicznym wnętrzu. Ich program stał się już dawno przejrzysty- upodobnić polski Kościół do Kościoła zachodniego, by tak jak tamten stał się zanikającym reliktem przeszłości. Metropolita warszawski ks.abp. S.Wielgus, był przeszkodą blokującą ten zamysł. Uruchomiono wszystkie dostępne siły, by do tego nie dopuścić.

 

W scenariuszu coś się jednak zacina.

 Najpierw nieoczekiwana reakcja ludzi w katedrze, którzy wiedzeni intuicją zareagowali tak, jak lud Boży winien reagować.

Odważna i pełna oczywistej, wyzwalającej prawdy homilia Ks. Prymasa.

Jedyne medium, które pozostaje poza monopolem atakujących ukazuje, że poza ustalonym sposobem widzenia spraw można je widzieć i interpretować całkiem inaczej.

 To jedyne wolne medium nie daje zagłuszyć nauczania powalonego metropolity, które staje się coraz bardziej słyszalne i jest jak dzwon bijący larum dla Ojczyzny i Kościoła, larum mobilizujące do obrony tego co najświętsze.

  W odruchu rozpaczy KAI przytacza wypowiedź nuncjusza, która ma wbić mizerykordię w zmaltretowaną ofiarę ataku (manipulacje KAI w tym przypadku są po prostu obłędne - korekta słów mówiących najpierw, że "nuncjusz stwierdził", a po kilku godzinach, że "nuncjuszowi się wydaje"), ale ofiara nieoczekiwanie wydaje krótkie oświadczenie, które niweczy cały plan. To, przekazane KAI w piątek oświadczenie ukazuje się dopiero w sobotę po godz. 13-tej. Blisko dobę w przestrzeni publicznej funkcjonuje wyłącznie modyfikowana przez KAI wypowiedź nuncjusza. Blisko dobę potrzebuje KAI, by harcownicy mogli przygotować rozpaczliwe reakcje na ten niespodziewany obrót spraw.

I to na pewno nie koniec, a nam nie wolno dopuścić, by ktoś tę sprawę wygasił.

 

W międzyczasie dzieją się sprawy, dla których ustalenie związku z tą główną sprawą znów wymagałoby spekulacji. Jednak zbieżność czasowa rozstrzygnięcia w sprawie Niezabitowskiej, wyznania abp. Życińskiego, oskarżenia Borowskiego z pewnością nie jest przypadkowa.

W międzyczasie ujawnia się prawda o wielu ludziach z polskiej sceny publicznej, są też zaskoczenia. Zwróciłem wcześniej uwagę na dziwną rolę S.Michalkiewicza, a tu na jego stronie internetowej pojawia się wypowiedź dla nieznanego mi poznańskiego tygodnika, która jest niesłychanym wprost atakiem na Prymasa i na ustępującego metropolitę. No, tutaj już nie wierzę w rolę pożytecznego idioty, tutaj jest coś więcej.

Zagadkowa jest postawa i rola Prezydenta. Nie wiem, co o tym sądzić, bo beztroska Sakiewicza w ujawnieniu swych kontaktów pogłębia tajemniczość wydarzenia. Trudno też pojąć rolę doradców, którzy nie zapobiegli postawieniu Prezydenta w niezwykle kłopotliwej sytuacji. To jest sprawa, która nie może pozostać długo bez wytłumaczenia - to byłby zaczyn poważnej utraty wiarygodności. Tutaj lepiej przyznać się do błędu, niż milczeć.

Zakończę żalem, który towarzyszył mi podczas słuchania Słowa biskupów odczytanego w tę dzisiejszą niedzielę. Kompromis pomiędzy prawdą i kłamstwem nie może być prawdą, może być tylko półprawdą, a ta nie wyzwala

 

11 stycznia 2007    - 59

Galeria faryzeuszy z przyzwoitką w tle

    Po medialnych seansach nienawiści, które w dramatycznych okolicznościach uniemożliwiły Arcybiskupowi Stanisławowi Wielgusowi objęcie metropolii warszawskiej, rozpoczął się serial widowisk telewizyjnych, w których zakulisowi sprawcy montują socjotechniczne przygotowanie do likwidacji polskiego kościoła - musi on pierwej upodobnić się do kościołów europejskich, zanim wejdzie - jak tamte - na drogę samozagłady.

Mieliśmy więc, w dzień po "ingresie, którego nie było" telewizyjny spektakl Pospieszalskiego, gromadzący grono fałszywych "przyjaciół" Kościoła i oprawców, którzy na chwilę zamienili się w dyszących współczuciem braci Arcybiskupa i w balsam kojący ból ludu Bożego, który podobno został omamiony przez Radio Maryja i ksiedza Prymasa. Rolę przyzwoitki wziął na siebie Stanisław Michalkiewicz, znienawidzony za "antysemickie" wystąpienia, ale jakżeż dzisiaj potrzebny dla wiarygodności spektaklu. "Przyzwoitka" zabrała głos dwa razy, powiedziała słuszne rzeczy, ale nie naruszyła nawet drgnieniem powiek, zasadniczego wątku, który polegał na umocnieniu "niepodważalnej prawdy", że Arcybiskup Wielgus współpracował z SB. To twierdzenie, wszyscy, łącznie z przyzwoitką, uczynili fundamentem wzajemnych potakiwań, nikt tego nie zakwestionował, bo przecież "Arcybiskup, po długim krętactwie, w obliczu ujawnianych faktów sam się przyznał".

A to jest najzwyklejsze, brutalne i w zaistniałej sytuacji odrażające kłamstwo!
Nie warto o tym mówić T.Terlikowskiemu i ks. Isakowiczowi Zaleskiemu, którzy byli wśród wykonawców linczu. Nie warto mówić sen. J.Gowinowi, wywodzącemu się ze środowiska, które inspirowało już niejeden atak, w imię tradycji przekazanej przez T.Mazowieckiego z czasów okrutnych stalinowskich procesów bp.Kaczmarka i kurii krakowskiej. Można się tylko zdziwić, że wpisał się w tę linię ks. Prof. A. Szostek -  były rektor KUL, który ucieszył wszystkich opowieścią o swojej grze w szachy z SB-kiem. Tym razem cieszył się nawet ks.Zaleski, choć gdyby to dotyczyło Arcybiskupa, wykrzyczałby: "mnie przypalali papierosem, a on sobie grał z nimi po prostu w szachy - czy czasem przy tym nie rozmawiał?" No, ale trzeba rozróżniać rektorów, tego pewnie ksiądz Zaleski miał nie tykać. 

     Myślę natomiast, że warto o tym kłamstwie porozmawiać z przyzwoitką spektaklu - red. S.Michalkiewiczem, ponieważ jego żelazna logika bywa dla wielu ludzi bardzo przekonująca. Trzeba by zapytać - dlaczego wykształcony prawnik i pełen swady publicysta, w imię tej logiki nie zaprotestował w tak ważnej sprawie? Przecież w świetle całej dotychczasowej wiedzy abp. S.Wielgus jest niewinny, do oskarżenia się nie przyznał i nie kłamał.

     Czy jest możliwe, by red. Michalkiewicz nie przeczytał obszernego oświadczenia oskarżonego, który po zapoznaniu się z materiałami IPN przekazanymi mu przez kościelną komisję pisemnie potwierdził dokładnie to, co wcześniej mówił: Nie współpracowałem z SB i niczego nie podpisywałem, rozmawiałem, bo musiałem, ale na nikogo nie donosiłem, etc. Zastraszony podpisałem zgodę na współpracę z wywiadem, ale nie miałem zamiaru współpracować i żadnej współpracy nie podjąłem.

     Czy może on nie znać precyzyjnych definicji, które na przykładzie tej właśnie sprawy omówił  Ks.prof. Tadeusz Guz, czym jest "współpraca", czym jest "ważny podpis"?

     Czy Pan Redaktor mógł nie dostrzec istotnych i sprawdzalnych szczegółów, które wskazują, że funkcjonariusze kłamią, a oskarżony mówi prawdę? Czy mógł nie zauważyć podsumowania rozczarowanych funkcjonariuszy, że w istocie dali się ograć przez inteligentniejszego od nich ryzykanta, który podjął grę w imię wyższych racji?

     Nie chcę tutaj przytaczać szerszych argumentów, by nie obrażać takimi rozważaniami, zupełnie nietuzinkową, wielką postać, na którą patrzę z podziwem i sądzę, że jest wiele powodów, by S.Michalkiewicz też tak patrzył.

A przecież w tych paru słowach wypowiedzianych w programie Redaktor pokazał, że zna poglądy, więc pewnie i teksty, ks.abp.S.Wielgusa i wie, że mamy do czynienia z postacią niezwykłą. Zna zatem silną motywację przeciwników i wynikającą z niej  nienawiść i zaciekłość w tym konkretnym przypadku. Wie też, że milcząc w tak ważnej sprawie, wpisuje się w dziki atakujący tłum ludzi z "odlotem rozumu". Dlaczego, więc, to robi? A raczej, dlaczego nie robił tego, co powinien?

Nie wiem! Może miał zły dzień. Może jako UPRowski darwinista, wierny utopii nieograniczonego liberalizmu, pomyślał: a niech ginie, sam sobie winien, takie są prawa selekcji naturalnej. A może….

Lepiej nie kończyć, lepiej słuchać biskupa seniora Stanisława Wielgusa, bo właśnie w Radiu Maryja słychać jego kazanie - to, co mówił już dawno temu, jest nam dzisiaj szczególnie potrzebne, by zrozumieć krzywdę jaką nam zrobili. To będzie teraz o wiele wnikliwiej słuchane, i to już jest zwycięstwo. A za nim przyjdą kolejne, jeśli Naród Polski zrozumie o co chodzi i powie: BASTA!    

 

9 stycznia 2007   - 58

Wyzwalająca prawda - prawdziwa rewelacja!

W dniu 9 stycznia 2007 ok. godz. 21:25, w programie telewizyjnym TVN24, na pytanie dziennikarza, jak odebrał wydarzenia ostatniej niedzieli, Jan Maria Rokita - poseł Platformy Obywatelskiej powiedział (cytuję z pamięci): " Był to jeden najbardziej radosnych dni w moim życiu - po raz pierwszy świeccy wygrali i postawili na swoim…….jest to zapowiedź pozytywnych przemian w Kościele".

Radość musiała być tak obezwładniająca, że pozbawiła JMR wszelkiej ostrożności i wyjawił nam tę prawdę, którą na podstawie wielu znaków podejrzewaliśmy - dzisiaj już wiemy, choć potrafimy skorygować, że Rokicie nie chodziło o "świeckich", którzy dali wyraz swoim życzeniom w katedrze warszawskiej, ale chodziło mu o "oświeconych", których tam nie było, ale którzy całą sprawę rozegrali.  Dokładnie tak widziałem jasno postawiony przez nich cel, do którego od dawna dążyli, by doprowadzić do przesilenia linczem na Arcybiskupie.

Dzisiaj po kolei będą wyłazić z ukrycia i cieszyć się zwycięstwem, ale ta radość nie będzie zbyt długa. Te środowiska, hamujące wcześniej lustrację i posługujące się użytecznym informacjami zdobytymi przez komisję Michnika buszującą w archiwach i późniejsze sterowane przecieki, dzisiaj chcą pełnej lustracji w takim wykonaniu, jak widzieliśmy - oni sądzą, że 17 lat przygotowań ustawiło wszystko według ich potrzeb.

Na szczęście mylą się.

 

7 stycznia 2007   - 57

W dzień historycznego ingresu, którego nie było

Wstrząsający dramat, który jest chwilowym zwycięstwem SB i licznych, nowych współpracowników tych służb, poruszył całą Polskę. Odwołanie ingresu spadło jak grom z jasnego nieba i z trudem da się pohamować emocje. Z trudem, zwłaszcza, gdy człowiek sobie wyobrazi ten niekończący się ciąg łajdaków, publicystów wszelkiej maści, współczesnych "moralistów" i tych, którzy już zęby zjedli na walce z Kościołem, czekających na swoje miejsce w kolejce do dalszych medialnych seansów nienawiści.

Ani na jotę nie zmieniłem mojego poglądu na sprawę. Ksiądz Arcybiskup Stanisław Wielgus jest niewinny, nie kłamał, jest ofiarą SB, a dzisiaj stał się kolejnym męczennikiem torturowanym przez te służby w szczególny sposób. Ustąpił, bo w stworzonej sytuacji nie mógłby pełnić tej funkcji - można sobie łatwo wyobrazić kalumnie towarzyszące jego każdej decyzji.

Jestem wdzięczny Polakom, którzy przyszli na "ingres, którego nie było". Jestem im wdzięczny za wyczucie i właściwe reakcje na to, co się działo. Jestem szczególnie wdzięczny Księdzu Prymasowi Józefowi Glempowi, który wyraźnie natchniony Duchem Świętym, wyraził to wszystko, co należało wyrazić. Wierzę, że dla dzisiejszego męczennika przyjdzie dzień chwały. Będzie on też dniem wstydu dla oprawców, także wstydu dla Prezydenta, Premiera, Marszałka Sejmu i wielu polityków - egzamin był rzeczywiście trudny, ale oblali go też w sposób kompromitujący.

Prawdziwa walka o naszą cywilizację rozpoczęła się na dobre - chyba wchodzimy w fazę ostrą. Na razie czekam na szybką decyzję ks. kard. S.Dziwisza - w ostatnich dniach ksiądz Isakowicz-Zaleski wielokrotnie złamał obowiązujący go zakaz medialnych wystapień na temat lustracji w Kościele.  

 

6 stycznia 2007   - 56

W wigilię historycznego ingresu

Jestem szczęśliwy, że metropolita warszawski wytrzymał tortury linczu medialnego i w niedzielę zostanie uroczyście wprowadzony na stolicę metropolii, a tłumy wiernych w sensie Bożym i najwierniejszych w sensie ludzkim, powitają go najserdeczniej jak można. Mam nadzieję, że telewizja TRWAM pokaże to Polsce i światu, gdy każda inna ma jeszcze ręce unurzane w błocie i nie jest godna tego zaszczytu.

Prezydent powiedział, że będzie w katedrze, "bo musi", o Premierze mówią, że nie będzie - kiepskie to sygnały - nawet nie wiem, czy mieszczą się w ramach dopuszczalnych błędów, bo chodzi tutaj o sprawy najważniejsze. Widać, że tym długim, dramatycznym i brutalnym atakiem na Kościół sprowokowano potężny chaos myślenia.

Przeczytałem z uwagą długie oświadczenie Ks. abp. S.Wielgusa w reakcji na werdykt komisji i moje przekonanie o braku Jego winy w sprawach, o które jest oskarżany, jest jeszcze mocniejsze. Co więcej, nie rozumiem zarzutów o "wielokrotnym kłamstwie", a nawet nie rozumiem, że ks.abp. dał się przekonać do przyznania, że kłamał.

Wcześniej powiedział:

- rozmawiałem z SB, ale nie współpracowałem i niczego nie podpisywałem - to prawda, jeśli zgodnie z rzeczywistością nie stawiać znaku równości między SB i wywiadem

- nikogo nie skrzywdziłem - tutaj każdy ma wybór, komu wierzy. Nie widzę takiej możliwości, by zniszczono dokumenty podpisane przez oskarżonego i obciążające go, gdyby takie były. A tutaj nawet nie ma mikrofilmów.

- podpisałem współpracę z wywiadem, podjąłem się tej współpracy, ale nigdy nie współpracowałem -  ten jeden błąd (akt podpisania), nie pociągający za sobą żadnych dalszych błędów, jest w istocie zniwelowany podsumowaniami pracowników wywiadu, które brzmią prawie jak laurka dla kogoś, kto był prześladowany i nie współpracował.

Pozostaje otwartą kwestia, czy przełożeni księdza byli o tym przez niego poinformowani, bo tego z całą pewnością arcybiskup nie mógł powiedzieć. I to także mogło być powodem tego wczesnego zaprzeczenia o podpisaniu współpracy. Gdyby był podany fakt o takim poinformowaniu, rozgorzała by natychmiast wnikliwa "analiza" współpracy Kościoła z wywiadem - dopiero różni Terlikowscy, Przeciszewscy, Semki, etc. rozwinęli by skrzydła.

 

            Bo nie o to chodzi w tym wszystkim. Wystarczy przeczytać teksty abp.S.Wielgusa (wspaniale, że są również na portalu Ojczyzna.pl), by zrozumieć, jak bardzo te hordy najemników medialnych służa tym, którzy boją się tryumfalnego powrotu Polski do korzeni chrześcijaństwa i tradycji promieniującej cywilizacją miłości.

Atak jest tak powszechny i brutalny, że nie ma wątpliwości, że chodzi o sprawy najważniejsze. Wystarczy zestawić intensywność tego ataku z sytuacją w sprawie prawdziwie paskudnego agenta, jakim był ks. Czajkowski. Czy w ogóle można porównywać te tak skrajnie różne przypadki?

            Ja nie wierzę w krańcowe zidiocenie ludzi, a Terlikowski zachowuje się tak, jakby był gotów najmocniejszymi eksplozjami emocji oskarżać o wszystko. Mógłby nawet twierdzić: "Arcybiskup kłamał, bo podpisał, że będzie współpracował, a nie współpracował - mnie nie obchodzi, w jakiej sprawie, ważne, że kłamał, a ja nie chcę na tak ważnym stanowisku mieć kapłana, który kłamie". Otóż nie wierzę w tak skrajne zidiocenie.

Paradoksalnie, oskarżenia dotyczą współpracy z SB, a cały ten lincz medialny jest wielkim tryumfem SB, którego pracownicy i nowi współpracownicy do dzisiaj sterują tymi sprawami. Dlatego tę całą gawiedź medialną biorącą udział w spektaklu oskarżam dzisiaj o jawną, publiczną współpracę z SB. I nie ważne, czy jest to świadome, czy nie jest. 

 

2 stycznia 2007    - 55

Medialny…..

  …..horror…

Tkwimy w teatrze absurdu. Gazeta Wyborcza udostępnia swe łamy abp. S.Wielgusowi, by mógł uchylić rąbka prawdy o sidłach, jakie zastawiali na niego SB-cy. T.Wołek, J.Paradowska, M.Przeciszewski i wielu innych w różnych mediach "bronią" go, T.Sakiewicz, T.Terlikowski dalej mocno kopią, "nasi" bronią kopiąc, a niektórzy ludzie IPN i rzecznik praw obywatelskich wydają głosy wyroczni delfickiej (może z racji funkcji tak powinni mówić, ale czy muszą mówić?) .

Jedynie ludzie związani z Rodziną Radia Maryja w swej prostocie wierzą w pełną uczciwość i prawdę przyszłego metropolity warszawskiego, szykują się do uroczystego ingresu i modlą się o miłosierdzie dla świadomych i nieświadomych wykonawców nagonki.

Wiem, że zdania są podzielone. I na tym właśnie polega ów medialny horror, który odbieram jako kulminację nowoczesnego ataku na polski Kościół. Zaliczam się do grupy "poczciwych naiwnych", którzy ani przez chwilę nie zwątpili w niewinność arcybiskupa. Wierzę w to do tego stopnia, że nawet w przypadku ujawnienia brzydkich obciążających faktów, będę czekał na wyjaśnienie, kto i kiedy sfałszował dokumenty. Wierzę w to z takim samym przekonaniem, z jakim kiedyś nie wierzyłem obrońcom Czajkowskiego.

Odbieram ten horror, jako kolejny moment, gdy odsłania się prawda - warto pomyśleć o mechanizmie przygotowanego SB-ckiego wariantu lustracji i zapamiętać zachowanie różnych ludzi. T.Terlikowski stanowi przypadek szczególny; młody wiek tutaj niczego nie wyjaśnia. Bardziej wyjaśniający jest fakt, że jest publicystą Newsweeka, Więzi i portalu ekumenizm.pl. Osłabianie Kościoła Rzymsko-Katolickiego jest główną drogą dla ekumenizmu środowisk postępowych. O Terlikowskim mówią, że jest publicystą katolickim, podczas gdy jest ewidentnie publicystą powszechnym. A to przecież nie jest to samo - podstawową różnicę od dawna ukazuje publicystyka Tygodnika Powszechnego, też zwanego przez niektórych tygodnikiem katolickim.

 

  ….i farsa….

Nelly Rokita - wybitna działaczka Platformy Obywatelskiej - opuściła szeregi PO. Wstrząsające wiadomości i komentarze o rozbiciu w Platformie poraziły środowisko dziennikarskie i wypełniły wszystkie liczące się serwisy wiadomości politycznych. We wnikliwym wywiadzie M.Olejnik wydobyła z tej dramatycznej postaci szczegóły o tym, jak Nelly chce uszczęśliwić Polaków i wytyczyć dla nich nowe perspektywy. Oczywiście w oparciu o wielowiekowe polskie tradycje, z którymi się starannie zapoznała i przyjęła za swoje.

Ktoś powinien z wdzięczności nauczyć Nelly paru ważnych niuansów polskiej mowy

 

2 stycznia 2007    - 55

Medialny…..

  …..horror…

Tkwimy w teatrze absurdu. Gazeta Wyborcza udostępnia swe łamy abp. S.Wielgusowi, by mógł uchylić rąbka prawdy o sidłach, jakie zastawiali na niego SB-cy. T.Wołek, J.Paradowska, M.Przeciszewski i wielu innych w różnych mediach "bronią" go, T.Sakiewicz, T.Terlikowski dalej mocno kopią, "nasi" bronią kopiąc, a niektórzy ludzie IPN i rzecznik praw obywatelskich wydają głosy wyroczni delfickiej (może z racji funkcji tak powinni mówić, ale czy muszą mówić?) .

Jedynie ludzie związani z Rodziną Radia Maryja w swej prostocie wierzą w pełną uczciwość i prawdę przyszłego metropolity warszawskiego, szykują się do uroczystego ingresu i modlą się o miłosierdzie dla świadomych i nieświadomych wykonawców nagonki.

Wiem, że zdania są podzielone. I na tym właśnie polega ów medialny horror, który odbieram jako kulminację nowoczesnego ataku na polski Kościół. Zaliczam się do grupy "poczciwych naiwnych", którzy ani przez chwilę nie zwątpili w niewinność arcybiskupa. Wierzę w to do tego stopnia, że nawet w przypadku ujawnienia brzydkich obciążających faktów, będę czekał na wyjaśnienie, kto i kiedy sfałszował dokumenty. Wierzę w to z takim samym przekonaniem, z jakim kiedyś nie wierzyłem obrońcom Czajkowskiego.

Odbieram ten horror, jako kolejny moment, gdy odsłania się prawda - warto pomyśleć o mechanizmie przygotowanego SB-ckiego wariantu lustracji i zapamiętać zachowanie różnych ludzi. T.Terlikowski stanowi przypadek szczególny; młody wiek tutaj niczego nie wyjaśnia. Bardziej wyjaśniający jest fakt, że jest publicystą Newsweeka, Więzi i portalu ekumenizm.pl. Osłabianie Kościoła Rzymsko-Katolickiego jest główną drogą dla ekumenizmu środowisk postępowych. O Terlikowskim mówią, że jest publicystą katolickim, podczas gdy jest ewidentnie publicystą powszechnym. A to przecież nie jest to samo - podstawową różnicę od dawna ukazuje publicystyka Tygodnika Powszechnego, też zwanego przez niektórych tygodnikiem katolickim.

 

  ….i farsa….

Nelly Rokita - wybitna działaczka Platformy Obywatelskiej - opuściła szeregi PO. Wstrząsające wiadomości i komentarze o rozbiciu w Platformie poraziły środowisko dziennikarskie i wypełniły wszystkie liczące się serwisy wiadomości politycznych. We wnikliwym wywiadzie M.Olejnik wydobyła z tej dramatycznej postaci szczegóły o tym, jak Nelly chce uszczęśliwić Polaków i wytyczyć dla nich nowe perspektywy. Oczywiście w oparciu o wielowiekowe polskie tradycje, z którymi się starannie zapoznała i przyjęła za swoje.

Ktoś powinien z wdzięczności nauczyć Nelly paru ważnych niuansów polskiej mowy

 

31 grudnia 2006    - 54

Zamiast życzeń

Jestem głęboko przekonany, że rok 2006 był rokiem przełomowym. Ostatni dzień roku to nie jest dobra pora, by przypominać szczegółowe fakty uzasadniające to przekonanie. Wystarczy wyrazić odczucie podzielane przez wielu Polaków, że po 1989 roku po raz pierwszy najważniejsze sprawy polskie trafiły w ręce ludzi, którym rzeczywiście na Polsce zależy. Tak dotąd nie było i mimo wielu trudności, mimo różnych wątpliwości, mimo brutalnych ataków, a czasem wyrafinowanych prób zmiany tego stanu rzeczy, dobry dla Polski układ trwa i nic nie wskazuje na jakieś szczególne zagrożenie w przyszłości. Po prostu wroga Polsce opozycja wyczerpała już prawie wszystkie możliwości szkodzenia, a w społeczeństwie narasta rozpoznanie jej próżności, pychy i nędzy intelektualnej.

Zagrożeniem może być tylko nasza gnuśność i nieumiejętność włączenia się w dzieło naprawy Rzeczypospolitej, bo zdecydowany postęp może się dokonać jedynie wtedy, gdy wiele ludzi i wiele środowisk doceni wagę słów: "Ojczyzna to zbiorowy obowiązek". Praca organiczna w każdym wymiarze nabiera dzisiaj szczególnego sensu, gdy rodzą się warunki, by jej wyniki były raczej zagospodarowane, niż marnowane.

Zbyszek Łabędzki - twórca i gospodarz portalu "Ojczyzna" - wspomagany przez wiedzioną cudowną intuicją panią Marię Teresę Tuszyńską Thrun, zamieścił na portalu odnaleziony przez Nią fragment homilii Prymasa Tysiąclecia, by nam go przypomnieć w życzeniach świątecznych. Jakżeż są piękne w swej prostocie słowa, które tak jasno ujmują program dla Polski, na dziś, na jutro …i dalej:

….by zapanowała "...harmonia sił i mocy, które w różnym wymiarze wchodzą w życie ludzkie, z jej zasadniczymi elementami:

Bóg - uznany i umiłowany

ziemia ojczysta - obsłużona

władza na ziemi - sprawowana w miłości, sprawiedliwości i prawdzie"

Wszystko co planujemy i robimy w sprawach publicznych musi być podporządkowane tym trzem elementom "harmonii Bożo-ludzkiej". Wbrew pozornej prostocie tych warunków, wymagają one oryginalnych, nie trywialnych przemyśleń i pogłębiania świadomości. Dlatego życzę nam wszystkim, by portal Ojczyzna trwał, rozbudowywał się, docierał do wszystkich Polaków dobrej woli i był przez nich solidnie i ofiarnie wspierany.         

 

20 grudnia 2006    - 53

Lustracja według SB-ckiego scenariusza,

Czasem, nie widząc dokumentów, nie mając możliwości dogłębnej analizy oskarżeń, trzeba się oprzeć na intuicji, by stanąć możliwie szybko w obronie oskarżonego. Ten początkowy czas jest najważniejszy, gdy oskarżenie jest nośne i długo w różnych wersjach jest powtarzane we wszystkich mediach, często z pełnym hipokryzji wdechem (bo przecież nie westchnieniem) współczucia. Później dla porządku, mimochodem przytoczy się prawdę, ale cały długotrwały atak spełni swoją rolę (trzeba bić bez ustanku w ten mur, w końcu się go skruszy).

Nie mam wątpliwości, że oskarżenie abp. Wielgusa jest oskarżeniem fałszywym, a rzeczywista rola sprawców winna być wyjaśniona - moim zdaniem, w najłagodniejszej wersji będą uznani za pożytecznych idiotów. Celem jest ostry atak na nominata, jako element ataku na cały Kościół, ale tym razem chyba przesadzono. Mam wrażenie, że domyka się pewien krąg przesłanek, które rzucają światło na cały proces lustracji w Polsce, a dokładnie mówiąc na scenariusz SB, w którym najpierw starano się zablokować lustrację, by później skierować ją na z góry przygotowane tory. Pewnie nie przygotowywano specjalnie "pożytecznych idiotów", bo ci się zawsze sami znajdą.

Nie chcę się dzisiaj rozpisywać, bo to wymaga szerszego tekstu i czasochłonnej precyzji sformułowań, ale teraz zdaje się wszystko zazębiać, zwłaszcza to, co dzieje się z lustracją Kościoła. Ulżyło mi, bo czasem myślałem, czy moja ostra krytyka ks. Isakowicza Zaleskiego nie była przesadzona. Teraz jestem bardziej przekonany, że nie była.

A Gazeta Polska? W innym miejscu podawałem przyczyny mojej rezerwy do jej zespołu redakcyjnego - teraz moja niechęć się tylko pogłębiła.

 

16 grudnia, 2006    - 52

Prawda o stanie wojennym musi wejść na stałe w historię Narodu Polskiego

Mamy więc po raz pierwszy, dopiero w 25 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, atmosferę, w której zaczyna się ujawniać prawda o tragicznym, dziejowym momencie naszej historii. Tego wcześniej nie było, bo stan wojenny był zawsze propagandowo przedstawiany jako wydarzenie, w którym racje były podzielone, a kontrowersje pozostaną….i może kiedyś "historia wyda ocenę".

Chwała Bogu dokonuje się dzisiaj przełom - dokumenty, wspomnienia, wypowiedzi, a także oprawa artystyczna rocznicowych uroczystości, to wszystko jest o wiele prawdziwsze niż to, co przez 25 lat nam serwowano, by wmusić w nas przekonanie, że ta obrzydliwie przepoczwarzona PRL, to jest ta Polska, o jaką chodziło Polakom w latach 1980/81.

Słyszę czasem głosy - dość już tego kombatanctwa, dość nurzania się w przeszłości, Polska ma tyle ważnych spraw do rozwiązania, szkoda czasu.

Żywiołowo się z tym nie zgadzam, bo właśnie te wszystkie ważne sprawy wymagają takiej zgody narodowej, która pozwoli wszystko ustawić na gruncie Prawdy o tym, czego jako Naród chcemy i na jakich zasadach chcemy wszystko oprzeć. Czy można dojść do takiego porozumienia z kimkolwiek, kto przyjmuje perspektywę, że stan wojenny był mniejszym złem, że decyzja o jego wprowadzeniu była usprawiedliwiona?

To prawda, że denerwuje kombatanctwo bohaterów, którzy już po stokroć przedstawiali swoje losy, a zwłaszcza tych, którzy zamienili swoje zwielokrotnione zasługi, cierpienia i legendy na apanaże i stanowiska służące wyłącznie im samym. To wszystko można przecież zlekceważyć, a skupić się na nowych przedstawianych materiałach, w których są ślady bohaterstwa cichych, zapomnianych ludzi, w których dowiadujemy się o setkach faktów, incydentów, wydarzeń, przywracających Prawdę o grozie tamtych dni. Mam wrażenie, że wymowa tych dokumentów jakby uciszyła ma chwilę szeregi butnych złoczyńców nazywanych dzisiaj prawie pieszczotliwie postkomunistami. Przypominają o swoim istnieniu i warczą tylko wtedy, gdy realnie rysuje się groźba postawienia kropki nad "i" przez dziejowy, choć symboliczny akt sprawiedliwości polegający na degradacji autorów stanu wojennego.

Nie znamy szczegółów badań sondażowych, w których ponad połowa Polaków uważa stan wojenny za uzasadniony. Prawdopodobnie odpowiedź kogoś, kto powiedział, że był uzasadniony z punktu widzenia ludzi, którzy chcieli za wszelką cenę utrzymać władzę, też "badacze" zaliczyli. Jednak 25 lat zacierania prawdy o stanie wojennym musiało owocować takim stanem świadomości i nam nie wolno dopuścić do utrzymania sytuacji, w której historia dziejąca się na naszych oczach już jest fałszowana.

Przyznam, że nie rozumiem w ogóle sporu dotyczącego wartościowania decyzji Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego. Rozważa się w tym sporze motywacje generała, a jego obrońcy twierdzą, że wybrał mniejsze zło, bo Polsce groziła interwencja, nawet jeśli dokumenty wykazują co innego. Rozważanie takiej motywacji wymaga przyjęcia, że intencje generała wobec Polski były patriotyczne, a temu przecież przeczy cała historia lat 1982-89, w których Naród, o którego dobro rzekomo się troszczył był totalnie zniewolony, a rozwój Polski cofnięto praktycznie w każdym wymiarze. Sprawa byłaby dyskusyjna, gdyby Jaruzelski okazał się być polskim Pinochetem, gdyby wprowadził Polskę na drogę rozwoju i przygotowywał grunt pod demokrację. Wtedy wstrząs stanu wojennego mógłby być przykrym, dramatycznym epizodem, a decyzja o jego wprowadzeniu prowokować do dyskusji nad uzasadnieniem wyboru mniejszego zła.

Po tym wszystkim, co się stało, nie ma żadnego miejsca na takie rozważania. Sytuacja jest tak jednoznaczna, jak z problemem: "Czy płk. Kukliński był bohaterem, czy zdrajcą?" Odpowiedź "tak", lub "nie" na to pytanie nie ma dzisiaj znaczenia merytorycznego, odpowiedź ta jest identyfikacją polityczną. 

Także stosunek do stanu wojennego i wynikający stąd wniosek, czy gen. Jaruzelski jest zdrajcą i zbrodniarzem, zatem powinien być zdegradowany, jest dzisiaj identyfikacją. Identyfikacją ważną tylko wtedy, gdy odpowiadający wie o czym mówi.  Dlatego ta, dopiero dzisiaj przebijająca się przez ścianę kłamstw, prawda o stanie wojennym musi się pogłębiać.

To jest niezwykle ważne, bo całą ideologię przemian po 1989 roku oparto na kłamstwie o stanie wojennym, którego symbolicznym elementem był wybór Jaruzelskiego na pierwszego prezydenta rzekomo nowej Polski. Trzeba nam też pamiętać, kto forsował te kłamstwa, choćby najgłośniej dziś krzyczał, że stan wojenny był zbrodnią.

 

26 listopada, 2006    - 51

A jaki z tego będziemy mieli pożytek ?

Takie pytanie często zadawane jest naukowcom, by uzasadnić wielką troskę pytającego o to, czy czasem środki finansowe przeznaczone na badania nie zostaną zmarnotrawione. Pytanie dość kłopotliwe dla naukowców zajmujących się badaniami podstawowymi, w których aspekt poznawczy jest głównym, a często jedynym motorem motywacyjnym. Cały wielowiekowy rozwój nauki ukazuje, że jest to pytanie niewłaściwe, bo praktycznie każde użyteczne rozwiązanie techniczne ma swoje źródło w badaniach, które stawiały sobie całkiem inne, nie utylitarne cele. Nawet głębokie zaangażowanie wyobraźni zwykle nie pozwala przewidzieć potencjalnych skutków i przyszłych pożytków płynących z badań podstawowych. Ponoszone koszty z całą pewnością wielokrotnie się zwrócą, nawet gdy spora ich część będzie "zmarnowana" na wyłączne zaspokojenie poznawczej ciekawości.

Jeśli już ktoś się uprze, by odpowiedzieć pytającemu, buja zwykle w obłokach, poszukując atrakcyjnych możliwości zastosowań - można się nieraz ubawić dywagacjami towarzyszącymi medialnym przekazom o przyszłych zastosowaniach doniosłych i mniej doniosłych odkryć. Z naturalnych powodów nie mówi się przy takich okazjach o potencjalnych zagrożeniach, bo nie należy wywoływać wilka z lasu. A zły i tak zawsze czeka, uruchamia wyobraźnię i skorzysta z każdej możliwości, by wykorzystać zdobytą wiedzę dla swoich celów.

Radioaktywny izotop 210Po. Po raz pierwszy frakcję nowego pierwiastka - polonu wydzieliła z rudy uranowej Maria Skłodowska-Curie. Później ustalono, że ten izotop rozpada się z połowicznym czasem rozpadu138 dni, emitując cząstkę alfa o energii ponad 5 MeV, praktycznie bez promieniowania gamma, które towarzyszy zwykle innym rozpadom. Dla fizyków  210Po jest wdzięcznym obiektem badań struktury jądrowej. Oto mamy jądro ołowiu - 208Pb, w którym protony i neutrony zapełniają do końca wszystkie miejsca na niższych stanach energetycznych, a kolejne dodane protony, lub neutrony muszą być ulokowane na stanach dostępnych przy znacznie wyższych energiach. To silnie związane i szczególnie stabilne jądro 208Pb jest tzw. podwójnie magicznym rdzeniem, do którego też możemy dodawać kolejne nukleony. Jeśli dodamy jeden proton otrzymamy bizmut - 209Bi, jeśli dodamy drugi proton otrzymamy właśnie 210Po. Struktura jest zatem bardzo prosta i w pewnym zakresie energii wzbudzenia można ją opisać przez stany ruchu tej dodatkowej pary protonów w jądrowym polu rdzenia 208Pb.

Dzisiaj możemy tę strukturę badać bardzo szczegółowo i sięgać do bardzo wysokich energii, przy których dodatkowo mamy do czynienia ze wzbudzeniami także samego stabilnego rdzenia, polegającymi na przenoszeniu jego kolejnych nukleonów do wyższych stanów energetycznych. Mamy to wszystko w danych z naszych eksperymentów, trochę jako produkt uboczny, bo bardziej egzotyczne jądra były ich celem. Może wrócimy kiedyś w wolnej chwili do tych zapisanych danych, bo 210Po to piękne jądro.

 Ta nowa wiedza jest mało użyteczna dla Złego, jemu wystarczyły pierwsze podstawowe informacje o własnościach rozpadu izotopu. Chory z nienawiści, pomyślał - może by wykorzystać ten 210Po dla swoich celów. Ma zatem prosty do wyprodukowania, a także wygodny dla bezpiecznego transportu radioaktywny izotop. Nie daje przenikliwego, łatwo wykrywalnego promieniowania gamma, wystarczy kapsułka o ściankach pochłaniających w całości te nisko-energetyczne cząstki alfa. No ale, gdy doda się to do posiłku ofiary, to chemicznie aktywny polon rozprowadzi się sam w jej wnętrzu i powoli wypali od środka wszystko co ważne w organizmie. Nowoczesna, postępowa i perfekcyjna w swym odrażającym postępowaniu bestia.Trzeba się też zastanowić ile było ofiar, na których wypróbowano takie zastosowanie izotopu 210Po.

            Jak się zachowa świat polityczny, gdy uda się wykazać skąd i na czyje zamówienie bestia wykonała takim narzędziem swoją obiecaną zemstę?

 

Wiele lat temu, w czasach studenckich, w Klubie pod Jaszczurami przysłuchiwałem się dyskusji o odpowiedzialności fizyków za odkrycia, które tworzą narzędzia zbrodni. Było to na kanwie wystawianej wtedy w Krakowie sztuki Duerenmatta "Fizycy" , a naprzeciw siebie stanęli profesorowie reprezentujący nauki ścisłe i humanistyczne. Oskarżenia były mocne, aż do momentu, gdy znany krystalograf - prof. J.Chojnacki powiedział. "Proszę Państwa! Wszyscy wiedzą do czego służy cukier. Ja jestem chemikiem. Mając do dyspozycji kilogram cukru i jeszcze trochę czegoś, o czym ze zrozumiałych względów nie powiem, mógłbym wysadzić cały Kraków w powietrze. Panowie humaniści, pracujcie nad człowiekiem, uczcie go etyki i moralności, wychowujcie do dobrego, by zawsze wiedzieli do czego służy cukier".

Tak myślę, że ci wszyscy humaniści ze specjalnościami socjologów, psychologów społecznych, filozofów etyki etc. zajmują się nie tym, co ludziom jest najbardziej potrzebne.

Nie sądzę też, by ktoś uważał, że Maria Skłodowska-Curie niepotrzebnie wydzieliła tę frakcję nowego pierwiastka, który nazwała polonem.   

 

 

17 listopada, 2006

... Zamiast zapisku ...

 

List do Marszałka Senatu RP

 

Prof. dr hab. Rafał Broda                                      Kraków, 17 listopada 2006
Armii Krajowej 77/9
30-150 Kraków
 

Senat Rzeczypospolitej Polskiej
Marszałek Senatu
Bogdan Borusewicz

                                              

 Szanowny Panie Marszałku

 

Jestem wstrząśnięty sprzeciwem Pana Marszałka w sprawie wyjazdu trzech senatorów na Kongres Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polonijnych Ameryki Łacińskiej i motywacją, którą się Pan Marszałek kierował. Uważam ten sprzeciw i formę jego wyrażenia za bardzo ważny sygnał, w którym przekazał Pan istotny, choć kłopotliwy fragment prawdy o sobie samym. Poniżej uzasadnię, dlaczego tak uważam.

W czerwcowych wyborach 1989 roku Naród Polski w imponujący sposób skarcił ludzi niechcianej powszechnie władzy i jednoznacznie okazał wolę zamknięcia okresu PRL. Głosowaliśmy wtedy z wielką odpowiedzialnością na ludzi, którzy w większości byli słabo rozpoznani, a jedynym sygnałem pozytywnej identyfikacji było zdjęcie z L.Wałęsą.

Od tego momentu sprawy polskie potoczyły się w zgoła nieoczekiwanym kierunku. Kierunek ten najpierw budził niepokój nielicznych, później ta troska stawała się coraz bardziej powszechna, aż zgubne skutki stały się odczuwalne przez wszystkich, poza wąską grupą beneficjentów przemian. Dzisiaj pojawiły się nowe nadzieje na powrót do korzeni, z których wyrastał entuzjazm lat 1980/81; zaledwie nadzieje, ponieważ łatwo można zauważyć zaciekły opór wobec tak pożądanych zmian.

Mimo, że jeszcze nie wszystko jest dzisiaj jasne, potrafimy już podsumować, że główną przyczyną tak złego biegu historii w ostatnich 17 latach, byli niewłaściwi ludzie, którzy podjęli się ważnej roli bezpośredniego uczestnictwa w sterowaniu przemianami. To było wielu ludzi, ale dzisiaj chodzi mi o tych, którzy wtedy w czerwcu 1989 podjęli się odpowiedzialności i zadeklarowali Narodowi dobre i czyste intencje, pozując do zdjęcia z L.Wałęsą. Z biegiem czasu, w sekwencji mniej lub bardziej dramatycznych wydarzeń, następował proces odsłaniania złowrogich sylwetek zdrady narodowej. Rozpadały się w proch legendy, dawni bohaterowie okazywali się zwykłymi łajdakami, towarzyszył nam łomot upadających autorytetów - ludzi, którzy w przedziwnych aktach samozniszczenia, kompromitowali i unicestwiali swój wcześniej utrwalony, a może narzucony, pozytywny obraz w społeczeństwie. Ten proces dotknął bardzo wielu postaci z tych pierwszych, historycznych wyborów 1989. Każdy obserwator, na podstawie własnych doświadczeń i subiektywnych progów tolerancji, potrafi zapewne określić własne rozczarowania, a nawet stworzyć własną galerię uczestników zdrady narodowej.

Mam także ja taką galerię, utworzoną na podstawie obserwowanych zdarzeń, gdy postępowanie konkretnej osoby objęło takie czyny, których moim zdaniem nie sposób usprawiedliwić błędami, czy zaniedbaniami i uznać za nieważne w ramach rozważań interesu narodowego. Ta galeria hańby jest już bardzo obszerna, obejmuje prawie wszystkie główne postacie uzurpacji z roku 1989 i ukazuje ogrom oszustwa dokonanego w tych pierwszych arbitralnych nominacjach kandydatów. Nie ma powodu, by przytaczać konkretne nazwiska, natomiast dzisiaj mam powód, by zakomunikować Panu Marszałkowi, że także Pan swoim postępowaniem przekroczył ostatnio tę miarę, która pozwalała mi dotychczas z wyrozumiałością traktować Pana błędy, niezrozumiałe wypowiedzi, opinie i zachowania w ważnych sprawach publicznych. Dotąd, starałem się takie sytuacje usprawiedliwiać brakiem zrozumienia prawdziwych Pan intencji, wobec pewnej Pana wady związanej z niejasnym formułowaniem przekazywanych myśli. Dzisiaj nie znajduję żadnego usprawiedliwienia dla Pana postępowania, w którym dołączył Pan do haniebnego ataku Gazety Wyborczej na Prezesa USOPAŁ - Pana Jana Kobylańskiego.

W tym właśnie niewybrednie atakującym paszkwilu Jacka Pawlickiego, z dnia 14 listopada 2006, przekazano także informację o sprzeciwie Pana Marszałka wobec wyjazdu Senatorów R.Bendera, Cz.Ryszki i Z.Szafrańca na Kongres USOPAŁ. Pański sprzeciw i jego kontekst  wskazują, że nie tylko  podziela Pan zarzuty kierowane w stronę Prezesa USOPAŁ i sformułowane w GW, ale jest Pan gotów publicznie się pod nimi podpisać. Nie odnotowałem żadnego sprostowania dementującego tę informację Gazety Wyborczej. Uważam, że urzędnicy obsługujący Marszałka Senatu są dostatecznie dobrze opłacani przez podatników, by dostarczyć Panu rzetelnych informacji w sprawie. Takie sprawdzenie jest po prostu konieczne, zwłaszcza w kontaktach z tak prowokacyjnie antypolskim medium, jakim jest Gazeta Wyborcza.

Dlaczego przywiązuję tak dużą wagę do zdawałoby się drobnego incydentu?

W istocie chodzi o dwa niezależne od siebie aspekty, które negatywnie świadczą o Pana postawie w życiu publicznym.

Pierwszy z nich wiąże się z faktem, że w istocie dołączył Pan do chóru fałszywych i łajdackich oskarżeń kierowanych przeciw pojedynczemu człowiekowi, przy czym wybitnemu Polakowi, którego zasługi dla Polski są udokumentowane wieloma czynami. To właśnie te zasługi dla Polski są przyczyną pomówień i ataków. Nawet postronny obserwator, bez szczególnego wysiłku może się zorientować na podstawie dostępnych faktów, że wysuwane oskarżenia  są całkowicie gołosłowne i typowe dla wielu antypolskich akcji. Fakt, że Prezes Jan Kobylański wygrywa sprawy w sądach, wskazuje na całkowitą bezsilność oskarżycieli, których siła działania w innych sprawach jest zwykle taka, że wygraliby bez trudu w przypadku dysponowania choćby śladowymi dowodami procesowymi. Oskarżenia o antysemityzm z kolei wyczerpały całkowicie swoją moc, gdy przywoła się pamięć o tysiącach takich oskarżeń kierowanych w stronę wielu niewinnych osób, w tym często najczcigodniejszych postaci życia publicznego. Dołączył, więc Pan do haniebnego tonu Gazety Wyborczej, która nawet wysłała kiedyś swojego agenta, by znalazł coś na Prezesa J.Kobylańskiego, a ten udając studenta i korzystając z gościnności, nie mógł znaleźć niczego szczególnego, ale po powrocie zadany mu paszkwil napisał. Normalna ludzka uczciwość zobowiązuje do większej ostrożności i powściągliwości. Tym bardziej, że prawie równocześnie, hamując wprowadzanie ustawy lustracyjnej, przedstawia się Pan jako człowiek, który dba o to, by nie do końca wyjaśnionymi oskarżeniami nie krzywdzić ludzi. To  wskazuje na bardzo podwójną miarę, która bywa określana hipokryzją.

Drugi aspekt jest jeszcze ważniejszy i wiąże się z pełnieniem przez Pana ważnej funkcji publicznej Marszałka Senatu. Tradycyjnie rolą właśnie Marszałka Senatu stał się obowiązek dbania o Polaków rozproszonych w świecie. Do dzisiaj Polonia poddawana jest intensywnej penetracji agenturalnej i wszelkim innym działaniom utrudniającym zorganizowanie się i zjednoczenie, by ułatwić współdziałanie z Polską. To, że Prezesowi Kobylańskiemu udało się pokonać te trudności i zjednoczyć organizacje polonijne rozproszone na ogromnym obszarze Ameryki Południowej, jest prawdziwym cudem i Jego wielką zasługą. Jako Marszałek Senatu powinien Pan w szczególny sposób docenić to osiągnięcie Pana Jana Kobylańskiego, a USOPAŁ winien być pożądanym partnerem dla polskich władz, a w szczególności dla Marszałka Senatu. Co więcej powinien Pan przeanalizować dotychczasowe zaniedbania placówek dyplomatycznych i cofnąć skandaliczne decyzje byłego ministra W.Bartoszewskiego, a także zadbać, by osoby takie jak J.Gugała, D. Passent i wielu innych pozbawione były możliwości niszczenia organizacji polonijnych.  Tymczasem Pana działanie, które jest przyczyną mojego listu, jest dokładnie odwrotne, stoi w rażącej sprzeczności z pełnioną przez Pana funkcją publiczną i jest sprzeczne z interesem narodowym.

 Dlatego uznałem, że muszę Panu Marszałkowi zakomunikować te obszerne przemyślenia i wyrazić żal, że daje Pan powód do zakwestionowania Pana postawy.   

Jestem gotów zmienić swój negatywny osąd, jeśli przeprosi Pan Marszałek Prezesa J.Kobylańskiego i nawiąże serdeczne, owocne kontakty z organizacją USOPAŁ. Byłoby to z wielką korzyścią dla Polski, zgodną z pragnieniami wszystkich Polaków, gdziekolwiek by nie byli.

Z poważaniem
          Rafał Broda

 

 

13 listopada, 2006   -  50

Po wyborach .… i przed wyborami

Każde doświadczenie wyborcze daje do myślenia i pozwala wyciągnąć wnioski użyteczne w kolejnych wyborach. Politycy PIS mają o czym myśleć, bo ich zwycięstwo w kolejnych wyborach parlamentarnych, które dla Polski jest niezbędne, wymaga dobrych decyzji dzisiaj.

Przez 9 dni wydarzeń przedwyborczych byłem w USA i wróciłem w ostatniej chwili tak, by zdążyć oddać głos. Może, zatem, nie powinienem tych wyborów zbyt dogłębnie komentować, ryzykując pominięcie czegoś istotnego, co się w międzyczasie stało. Jednak komentarze innych po tych wyborach są do tego stopnia irytujące, że nie sposób milczeć.

Jeżeli D.Tusk zachłystuje się sukcesem, B.Komorowski pohukuje jeszcze głośniej niż zwykle, J.M.Rokita tryska zadowoleniem, a H.Gronkiewicz-Waltz już "wita się z gąską", to można się rzeczywiście zdziwić. PO wygrała nieznacznie Sejmiki Wojewódzkie, przegrała istotnie Rady Gmin i przegrała sromotnie Rady Powiatów - w sumie na pewno przegrała. Prawdopodobnie sami nie wierzyli we wcześniejsze wyniki sondaży, spodziewali się własnej porażki i sporego zwycięstwa PISu. Przy takich oczekiwaniach, taki wynik może usprawiedliwiać radość.

PIS zapłacił za wymuszony okolicznościami flirt z Samoobroną i LPR, bo był to flirt dynamiczny, pełen udawanej miłości, dramatycznie ujawnianych tajemnic alkowy i ciągłych kłopotów z niesfornymi, nielojalnymi partnerami. PIS zapłacił też za nieumiejętność właściwej gry z mediami, bo w dalszym ciągu jedynie bardzo wnikliwi obserwatorzy potrafią dostrzec istotę zamierzeń polityki PIS i posumować już osiągnięte sukcesy w walce o korzystne zmiany w Polsce. Przekaz dla większości wyborców musi być znacznie bardziej klarowny, a właściwa gra z mediami musi polegać na wymuszeniu by ten przekaz był po prostu prawdziwy. Przekazywanie prawdy poprzez ustawiczne przekomarzanie się z dziennikarzami i wspieranymi przez nich politykami, nie daje żadnej klarowności, bo niewielu słuchaczy i widzów potrafi wydobyć prawdę z chaosu gładkich słów, które rzekomo mają świadczyć o kulturze politycznej. PIS zapłacił, bo w normalnych warunkach, przy tak solidnym zademonstrowaniu woli zasadniczych i powszechnie oczekiwanych zmian w Polsce, powinien uzyskać znacznie lepszy wynik.

Może najbardziej pozytywnym zjawiskiem w tych wyborach było odczytanie przez wyborców prawdy o LPR i Samoobronie. Wreszcie, po pięciu latach, przywódcy LPR ukazali się powszechnie takimi, jakimi wielu z nas, współtworzących w 2001 roku tę partię, zobaczyło ich wkrótce po wyborach owego czasu. Jakże trudno było wtedy przekazać tę prawdę wyborcom, można było tylko odejść i z żalem patrzeć jak ginie kolejna nadzieja i tracone są kolejne lata. Giertychy i Wierzejscy znikną z życia publicznego, zostawią tylko ogon w Trybunale Konstytucyjnym. Natomiast, nie wiem, co zrobi A.Lepper - udawało mu się dotychczas ogrywać wielu polityków, ale w ostatnich miesiącach próbował ogrywać Polaków, wydawało mu się, że wyborcy wszystko kupią i wszystko wybaczą. Dostał w nos i prawdopodobnie jego kariera będzie gasła.

Najdziwniejszym zjawiskiem jest niezmiennie dobre samopoczucie socjologów, politologów i różnej maści psychologów społecznych. Po raz kolejny te wszystkie ich sondaże, przewidywania, analizy polityczne, dywagacje o nastrojach wyborców ..etc, ukazały nędzę warsztatu, całkowitą impotencję naukową i niefrasobliwość. Tak jak zapowiedziałem, po długich tygodniach ustawiania wyniku wyborów na wielkie zwycięstwo PO (35%) i klęskę PIS (23%), w ostatnim tygodniu zaczęli moderować swoje przewidywania, by nie skompromitować się w kolejnym porównaniu z rzeczywistością. Bodaj jedna tylko grupa badawcza zbliżyła się do wyniku rzeczywistego, i to jedynie w części wyborów dotyczącej Sejmików Wojewódzkich. Przewidywania wyników postkomunistów, a zwłaszcza PSL były wręcz kompromitujące. Dzisiaj oglądałem co najmniej trzy programy, w których ci panowie, bez cienia wstydu, dyskutują tak, jakby się nic nie stało i snują rozważania o przyszłym rozwoju politycznej sceny. Jeden z nich nawet wykazał ostrożność, mówiąc: "trudno przewidzieć, bo…….nie robiliśmy jeszcze badań". No, gdyby ci panowie byli fizykami, to już nie mieliby raczej szans na prowadzenie jakichkolwiek badań.

Na koniec - staram się unikać krytyki społeczeństwa, ale wynik H.Gronkiewicz-Waltz i M.Borowskiego w Warszawie to bardzo kiepski symptom stanu świadomości mieszkańców stolicy - tam chyba jednak naprawdę rządzi Salon. Ale przecież K.Marcinkiewicz powinien być przez Salon lubiany, bo bardzo chce być lubiany (dzisiaj dowiedziałem się, że KM zawsze cenił M.Borowskiego. Czy jego stryja też?)

   Mam nadzieję, że stoimy przed parlamentarnymi wyborami wiosną 2007 !

 

3 listopada 2006    -  49

Media wciąż otrzymują dyspozycje i posłusznie je realizują

Profesor Zdzisław Jan Ryn, niezwykle ciekawa postać naukowca w dziedzinie psychiatrii, eksploratora gór i jaskiń, wreszcie dyplomaty, który jakby w ślad za Ignacym Domeyką umiłował kraj swojej służby - Chile i zyskał tam dla Polski wielu przyjaciół. Z radością dowiedziałem się, że otrzymał nominację na ambasadora Polski w Argentynie.

W Polsce wiadomość tę przekazały różne telewizje w tonacji negatywnej i w sposób do tego stopnia identyczny, że nie da się uniknąć pytania: jak to jest możliwe?

Wszędzie, mianowicie, podano, że:

wiele placówek dyplomatycznych jest nie zapełnionych,

profesor Z.J.Ryn wkrótce wyjedzie do Argentyny, by objąć funkcję ambasadora,

nominacja odbyła się na podstawie zalecenia Ojca T.Rydzyka - Dyrektora Radia Maryja

i za aprobatą Prezesa USOPAŁ - Jana Kobylańskiego, z którym profesor Ryn jest w przyjaznych stosunkach, a JK jest "co najmniej podejrzany" o wydanie Niemcom rodziny żydowskiej w czasie okupacji.

Rozumiem, że Jarosław Gugała w Polsacie, z zastygłą na twarzy jeszcze PRLowską tożsamością, z zaciekłością i satysfakcją wycedził te informacje jako rekompensatę za wcześniejsze niepowodzenia. Jego nieudane próby skłócenia Polonii i zdezawuowanie Presesa J.Kobylańskiego, całkowicie się nie powiodły podczas jego akcji pod przykrywką polskiego dyplomaty. Nie powiodły się mimo wsparcia innego "dyplomaty" -D.Passenta pracującego na tym samym odcinku, także w kontynuacji pracy dla Polski Ludowej.

Rozumiem, że w TVN posłuszna "little mister" powiedziała taką sekwencję, jaką przekazał Big Brother, być może za pośrednictwem Mikołaja Lizuta, który z samego centrum został kiedyś wysłany na wywiadowczą misję w okolice Prezesa Kobylańskiego.

Rozumiem, że znaleźli się też inni, którzy bezkrytycznie podali wiadomość w wersji ustalonej w tajemniczym centrum. Ale nie rozumiem, dlaczego w Telewizji Publicznej podano krok w krok, to samo - ten sam negatywny ton, i element z O. T.Rydzykiem i z J.Kobylańskim, i nawet ten sam fałszywy element powtarzania fałszywych, dawno wyjaśnionych oskarżeń.

Wygląda na to, że w telewizji publicznej jakiś uśpiony mason się obudził. Wygląda też, że dziennikarze nie przejęli się stanowiskiem TK, że mogą być solidnie ukarani za szkalowanie.

 

29 października 2006    - 48

Pozytywne znaki i ostateczne cięcie,

Trudno dzisiaj zaprzeczyć, że sprawą kluczową dla wyprowadzenia Polski na tor normalnego rozwoju jest sprawa rozwiązania WSI. A.Macierewicz najwcześniej i najbardziej ostro podnosił ten problem, podkreślając trudności z tym związane i przewidując najsilniejszy możliwy opór układu. W związku z tym wyrażał sceptycyzm, czy PISowi się to uda. Przyznam się, że jakkolwiek podzielałem pogląd, że sprawa jest bardzo ważna, nie doceniałem faktu, że jest do takiego stopnia kluczowa; za to dość wcześnie (wkrótce po wyborach 2005) wyrażałem przekonanie, że PISowi to się uda, a na pewno się uda, gdy A.Macierewicz im pomoże.

W istocie WSI okazał się być tą główną obrożą, która utrzymuje Polskę na uwięzi pasożytniczego układu budowanego u schyłku PRL i w III Rzeczypospolitej. Ta obroża już jest potężnie naruszona, ale, mimo że formalnie WSI jest już rozwiązane, hydra jeszcze wciąż może się odrodzić. Toczy się podskórna walka; tylko niektóre jej zewnętrzne objawy jesteśmy w stanie dostrzec - są to, moim zdaniem, znaki pozytywne, choć głównie płyną z obserwacji obozu wspierającego kontynuację III RP.

W tych właśnie szeregach widać narastającą panikę, która odbiera rozum, wyzwala niepohamowaną wściekłość i desperację. Ich świat się naprawdę wali w gruzy - to widać już w mediach, na forach internetowych, w wystąpieniach, pohukiwaniach i w rozpaczliwych próbach działań ich polityków. Nie pamiętam czasów, w których R.Kalisz mówiłby tak niezbor