15 listopada 2008   -  141

"Rzeczpospolita" chroni konstytucjonalistów przed trudnymi pytaniami,

W zapisku 136 z dnia 17 października b.r. próbowałem uzasadnić, że w sporze konstytucyjnym związanym z kompetencjami Prezydenta i Premiera w sprawach polityki zagranicznej rację ma Prezydent Lech Kaczyński. Wyraziłem też sprzeciw wobec licznych wypowiedzi polityków, a zwłaszcza konstytucjonalistów i innych prawników, w których opinii publicznej próbowano narzucić arbitralną interpretację Konstytucji RP uznającą Premierowi wyłączność decydowania o kierunku polityki zagranicznej.

Dlatego rozumiem i popieram zachowanie Pana Prezydenta, z pewnością oparte na opiniach własnych ekspertów, które wskazuje na przyjęcie takiej interpretacji, jaką każdy obywatel może wprost odczytać z zapisów  konstytucji i podeprzeć świadomością wagi swojego uczestnictwa w powszechnym akcie wyboru najważniejszej osoby w Rzeczypospolitej. Sprawa nabrała szczególnej wagi w związku z konfliktem związanym ze szczytem europejskim, ale już wtedy było jasne, że jej ważność i aktualność nie zgaśnie i będzie o wiele trwalsza.

Dzisiaj mamy do czynienia z wydarzeniami, które przydają jeszcze większe znaczenie właściwej interpretacji tych zapisów konstytucyjnych. Samowolna decyzja Premiera zrealizowana przez min. R.Sikorskiego, który w zaskakujący sposób zadeklarował zmianę postawy wobec Rosji, lekceważąc Gruzję i pozostawiając samotną Litwę na placu boju, a także sygnały (m.in. skandaliczna wypowiedź marsz. B.Komorowskiego na temat tarczy antyrakietowej) wskazujące, że wcześniejsze sabotowanie sprawy tarczy było rzeczywistą linią polityczną Rządu D.Tuska, to zjawiska wchodzące w zakres dotykający bezpośrednio suwerenności Polski. Strzeżenie suwerenności jest jednym z podstawowych obowiązków Prezydenta RP i jedynie jemu Konstytucja RP przypisuje ten obowiązek.

 

Po opisie tego kontekstu sytuacyjnego chciałbym Państwu przedstawić moją  najnowszą przygodę z "Rzeczpospolitą":

Piotr Winczorek - profesor Uniwersytetu Warszawskiego, znawca tematyki konstytucyjnej i stały współpracownik "Rzeczpospolitej" przedstawił na jej łamach, w dniu 4 listopada b.r., artykuł pt.: "Nicowanie ustroju", w którym jeszcze raz potwierdził arbitralną interpretację Konstytucji, przyznającą w sporze kompetencyjnym rację Rządowi RP. Takie stanowisko zawarł już we wstępnej części artykułu, w której pisze: "....Zwłaszcza działania prezydenta RP ( uczestnictwo wbrew woli rządu w posiedzeniu Rady Europejskiej, zaproszenie na posiedzenie Rady Gabinetowej osób, które nie wchodzą w jej skład) budzić mogły wątpliwości, jeśli chodzi o umocowanie ich w obecnej konstytucji...."

 

Przekazałem pocztą elektroniczną do Redaktora Naczelnego następujący list:

 

Szanowny Panie Redaktorze,

Uprzejmie proszę o opublikowanie załączonego listu, w którym stawiam zasadnicze pytania w związku z opublikowanym artykułem prof. P.Winczorka "Nicowanie ustroju".

   z poważaniem

             Rafał Broda

 

z następującym załącznikiem:
 

Pytania do prof. Piotra Winczorka i innych prawników specjalizujących się w tematyce konstytucyjnej

 

Artykuł prof. P.Winczorka pt. „Nicowanie ustroju” [Rzeczpospolita 04.11.2008] wpisuje się w obszerny zbiór publicznych wypowiedzi polskich prawników, w których z różnym naciskiem przyjmuje się polityczną interpretację Konstytucji RP przyznającą Rządowi RP priorytet w kształtowaniu polityki zagranicznej.

Trudno ze spokojem akceptować sytuację, w której uregulowania prawne są niejednoznaczne, a rozstrzygnięcia  podlegają dowolnym interpretacjom prawników, często całkowicie sprzecznym między sobą. Trudno się na to zgadzać tym bardziej, gdy sytuacja dotyczy ustawy zasadniczej, a interpretacje prawników kłócą się z naturalnym rozumieniem zapisów zawartych w Konstytucji RP. Dlatego zapytuję:

 

  1. Na jakiej podstawie w art.146.1 określającym prerogatywy Rządu dotyczące polityki zagranicznej, wieloznacznemu czasownikowi „prowadzi” przydaje się znaczenia „kształtuje, wyznacza, kieruje, określa..etc.”, ograniczające rolę Prezydenta.

  2. Na jakiej podstawie w art.133.3 określającym obowiązki Prezydenta, czasownikowi „współdziała”, który jednoznacznie nadaje równoprawny status uczestniczących stron, przypisuje się znaczenie: „podporządkowuje się decyzjom Rządu”.

  3. W jaki sposób, przy przyjęciu takiego znaczenia w/wym. czasowników Prezydent mógłby wykonywać swoje konstytucyjne obowiązki, ściśle związane z polityką zagraniczną i zastrzeżone wyłącznie dla niego, także potwierdzone w rocie przysięgi: strzec suwerenności, bezpieczeństwa, nienaruszalności i niepodzielności terytorialnej.

  4. Jak miałby postąpić Prezydent RP, gdyby w ramach tak przyjmowanej interpretacji Konstytucji, Rząd RP prowadził politykę zagraniczną zagrażającą suwerenności, niepodległości, czy terytorialnej integralności. Zapisy Konstytucji bezpośrednio nie zabraniają tego Rządowi i często odnoszę wrażenie, że z taką sytuacją mamy do czynienia.

 

        Uprzejmie proszę o odpowiedź na te pytania, ponieważ  tzw. spór kompetencyjny zdaje się być wciąż bardzo aktualny.

 

Kraków 6 listopada 2008
Prof. dr hab. Rafał Broda

 

Do wiadomości:

Lech Kaczyński - Prezydent RP

 

Już w następnym dniu, 7 listopada, otrzymałem poniższą odpowiedź:
 

Szanowny Panie Profesorze,

dziękując uprzejmie za list, pozwalam sobie przesłać garść cytatów z niektórych tylko tegorocznych publikacji Profesora Piotra Winczorka.

Przywołane artykuły, jak i te z poprzednich lat na temat Konstytucji RP z 1997 roku (w tym zakresu kompetencji m.in.  Rządu i Prezydenta), są dostepne  w redakcyjnym archiwum :httP://www.rp.pl

 

Łączę wyrazy szacunku 
Irena Skoneczna

tel. (+ 48 22) 46 30 366
I.Skoneczna@rp.pl

------------------------------

Redakcja „Rzeczpospolitej”
Dzial Lacznosci z Czytelnikami
ul. Prosta 51
00-838 Warszawa

 

, po której następowała spora garść cytatów z różnych artykułów prof. P.Winczorka, w tym ten pierwszy z zachowanym wytłuszczeniem, tak jak w oryginale odpowiedzi. Cytat ten był przytoczony kilka razy, a wszystkie cytaty przetykane były odnośnikami do artykułów:
 

Profesor Piotr Winczorek:

" (...)Przepisów konstytucyjnych nie można bowiem odczytywać bez uwzględnienia kontekstu, w jakim występują. Nie należy się kierować wyłącznie wykładnią językową obowiązującego tekstu. Uwzględniać trzeba również wykładnię systemową i funkcjonalną. To, co brzmi podobnie lub przyjmuje identyczną postać gramatyczną, nie zawsze ma podobne znaczenie. (...)" (cały artykuł dołączyłam na końcu)

 

Przytaczam jeszcze jeden ciekawy cytat, w którym autor bez wahania potwierdza, że polemista prof. Z.Krasnodębski niepotrzebnie ironizuje, bo istotnie prezydent "bez szemrania" powinien wykonywać polecenia premiera:
 

Powinność prezydenta

Zdzisław Krasnodębski ironizuje, pisząc, że to ostatnie postanowienie interpretowane jest jako oznaczające, iż nałożony został na prezydenta obowiązek wykonywania „bez szemrania” poleceń premiera i ministra spraw zagranicznych. Przepis ten, jak każdy inny, sformułowany jest w trybie oznajmującym, ale oznacza powinność prawną. I rzeczywiście, to na prezydencie RP, a nie na premierze i ministrze taka powinność spoczywa.

Skąd takie rozwiązanie? A stąd, że to właśnie do Rady Ministrów, a nie głowy państwa należy sprawowanie ogólnego kierownictwa w dziedzinie stosunków zagranicznych oraz zawieranie wymagających ratyfikacji umów międzynarodowych (art. 146 ust. 3 pkt 9 i 10 Konstytucji RP).

Prezydent RP jest wprawdzie najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej (art. 126 ust. 1), ale Rzeczypospolitej, a nie swych własnych wyłącznie koncepcji w tej lub innej dziedzinie. Obok prezydenta organami państwa są ponadto – Sejm, Senat, Rada Ministrów, sądy i trybunały i to one, w zakresie przyznanych im kompetencji, podejmują decyzje władcze w imieniu Rzeczypospolitej.

Decyzje te prezydent RP winien respektować. Gdy zaś mowa o problemach związanych z zagranicznymi stosunkami państwa, liczyć się musi w pierwszym rzędzie stanowisko Rady Ministrów. (...)" 

"Co może głowa państwa", "Rz" z 17.10.2008 r.

 

W odpowiedzi napisałem natycmiast (7.11) kolejny list, tym razem do Pani Ireny Skonecznej:
 

Szanowna Pani,

Uprzejmie dziekuję za przesłanie mi tak obfitej garści cytatów z artykułów prof. P.Winczorka i wskazówek jak mogę dotrzeć do całości tekstu.

Wprawdzie zbiór ten zawiera wiele powtórzeń, ale ten najważniejszy, który nawet Pani podkreśliła wytłuszczeniem trafia w samo sedno moich pytań:

" (...)Przepisów konstytucyjnych nie można bowiem odczytywać bez uwzględnienia kontekstu, w jakim występują. Nie należy się kierować wyłącznie wykładnią językową obowiązującego tekstu. Uwzględniać trzeba również wykładnię systemową i funkcjonalną. To, co brzmi podobnie lub przyjmuje identyczną postać gramatyczną, nie zawsze ma podobne znaczenie. (...)"

 i czyni je jeszcze bardziej aktualnymi, bo profesor potwierdza, że nie można arbitralnie interpretować czasowników "prowadzi" i "współdziała" z naruszeniem wykładni systemowej i funkcjonalnej, a w moim języku z naruszeniem ducha konstytucji.

Ponieważ codziennie słyszę za strony rządowej, z ust różnych polityków, publicystów i komentatorów. a także, o zgrozo, ze strony prawników nazywanych czasem autorytetami, wypowiedzi narzucające tę arbitralną i niewłaściwą wykładnię, chciałem, by także publicznie wybrzmiały moje proste pytania.

Dlatego miałem nadzieję, że list mój i pytania w nim zawarte będzie także opublikowany w Rzeczpospolitej. 

Uprzejmie proszę o możliwie szybką odpowiedź w tej sprawie, ponieważ w razie odmowy pragnę opublikować go w innych miejscach.

Uprzejmie dziękuję i serdecznie pozdrawiam

 Rafał Broda

 

I po dniach świątecznych, 12 listopada otrzymałem odpowiedź:

 

   Szanowny Panie,

pozwole sobie  serdecznie Pana zaprosic  do  redakcyjnego archiwum  w http://www.rp.pl i przeczytania juz opublikowanych tekstow  - nie tylko piora Profesora Piotra Winczorka - poswieconych Konstytucji RP z 1997 roku, w tym takze artykulom Konstytucji, ktore wymienil Pan w  pytaniach w mailu z 6 listopada tego roku.

 

Lacze wyrazy szacunku

Irena Skoneczna

 

....z dodatkiem wszystkich wcześniejszych cytatów,

więc w tym samym dniu zapytałem w kolejnym liście:
 

Szanowna Pani,

Zaczynam się lekko dziwić i stawiam proste pytanie:

Czy list zawierający moje konkretne pytania: "Do Prof. P.Winczorka i innych konstytucjonalistów" będzie opublikowany w Rzeczpospolitej?

I uprzejmie proszę o jasną odpowiedź, bez dalszego zapraszania mnie do czytania tekstów pełnych prawniczego chaosu i sprzeczności.

Z poważaniem

Rafał Broda 

 

i otrzymałem ostateczną odpowiedź:
 

Szanowny Panie,

list  "Do Prof. P.Winczorka i innych konstytucjonalistów" nie będzie opublikowany, ponieważ kwestie, którym go Pan poświęcił, wielokrotnie wcześniej były wyjaśniane na łamach "Rz" - w artykułach Profesora Piotra Winczorka oraz innych prawników.

 

Z wyrazami szacunku
Irena Skoneczna

 

i pożegnałem się następującym mailem:
 

Szanowna Pani,

Dziękuję za jasną odpowiedź. Opublikuję w innym miejscu wraz z opisem mojego kontaktu z Rzeczpospolitą.

Chciałbym, by dotarło do wiadomości prof. P.Winczorka i innych konstytucjonalistów, że przy ich dowolnych interpretacjach trudno jakiekolwiek prawo, w tym konstytucję, traktować poważnie. Ich obszerne wyjaśnienia są pełne sprzeczności, zatem są bezwartościowe.

Z poważaniem

   Rafał Broda 

 

Proszę Państwa

Prof. P.Winczorek uznał, że jego publicystyczny polemista prof. Z.Krasnodębski "ironizował" i niezwykle zasadne wątpliwości zbył tym jednym słowem. Ja postawiłem wprost pytania,  których nie można zbyć taką publicystyczną sztuczką. A pytania są bardzo ważne, bo rzecz dotyczy Konstytucji RP. Dlatego nie dziwię się, że prof. Winczorek nie chciał odpowiedzieć.

Nie dziwię się także, że "Rzeczpospolita" chroni swoich współpracowników przed takimi trudnościami, nawet narażając się na zarzut, że lekceważy sprawy niezwykle istotne dla tej prawdziwej - Rzeczypospolitej Polski. Zgodnie z zapowiedzią publikuję tutaj tę obszerną historię (no bo gdzie mam to opublikować?) i apeluję:

 

Zadawajcie Państwo takie proste i oczywiste pytania prawnikom, byśmy się nie obudzili w niewoli totalitaryzmu, którego kleszczami będą prawnicy i biurokraci.

 

 

9 listopada 2008   -  140

Świąteczny magiel i prezydencki "dostojnik"

W amerykańskiej telewizji zawsze irytowało mnie to, że najciekawsze programy polityczne podsumowujące wydarzenia tygodnia emitowane są w niedzielne przedpołudnie, istotnie zaburzając świętowanie Dnia Pańskiego. Mimo to, poddawałem się narzuconemu schematowi i wyjście do kościoła często przesuwałem na późniejszą godzinę. Moja irytacja wiązała się raczej z bezsilnością, a łagodzona była uznaniem, że w końcu to nie jest mój kraj i  muszę się dostosować do panujących zwyczajów.

W Polsce wciąż jeszcze z kościoła św. Krzyża transmitowana jest o godz.9-tej Msza św. w Jedynce  radia publicznego, a radiowa Trójka prezentuje dwugodzinne podsumowanie tygodnia w sobotnie przedpołudnie. Dopiero od niedawna w TVP3 pojawił się niedzielny  (godz.10:00) publicystyczny program R.Ziemkiewicza, na szczęście mało atrakcyjny i chyba niezbyt oglądany. Natomiast, w pełni te amerykańskie zwyczaje wprowadził koncern ITI, co niewątpliwie wiąże się z ideologicznym zadaniem, by neutralizować polskie tradycje i katolicyzm - intencje klarownie widoczne także w wielu innych przedsięwzięciach medialnych.

Mamy więc, niedzielne przedpołudnie wypełnione całą serią programów - od audycji Radia Zet "Siódmy dzień tygodnia" z Moniką Olejnik, przez program Bogdana Rymanowskiego "Kawa na ławę", aż po "Lożę prasową" prowadzoną przez red. M. Błaszcz. Mimo analogii związanej z ideologicznie dobranym czasem tych przedstawień, wszystkie one różnią się jednak zasadniczo od programów amerykańskich - chodzi o wybór tematyki, o merytoryczny poziom, także o wulgarną przejrzystość technik manipulacyjnych. Bezpośrednio można to dojrzeć konfrontując np. TVN-owską "Lożę prasową" z amerykańskim programem "Meet the press", bo odpowiedników dla programu Rymanowskiego, a zwłaszcza dla radiowego programu Olejnik raczej nie znajduję. W gruncie rzeczy zachowanie i sposób prowadzenia każdego programu przez M.Olejnik wyrzuciłoby ją z wilczym biletem za burtę amerykańskich mediów - takiego lekceważenia podstawowych reguł profesjonalnego dziennikarstwa, braku elementarnej kultury, a także dawki, trzeba wprost powiedzieć, prowokacyjnego chamstwa wobec interlokutorów, słuchaczy i telewidzów, nikt nie byłby w stanie tolerować na tamtejszym rynku, chyba że w specyficznych programach rozrywkowych. Podobnie z Rymanowskim, choć w tym przypadku prowadzący potrafi rozłożyć winę na wszystkich uczestników programu, bo wszyscy oni dostrajają swoje zachowanie do wymaganego poziomu i przekomarzając się między sobą obrażają głównie tych, którzy są w studiu nieobecni i oglądających program telewidzów. To, co dzieje się w niedzielne przedpołudnia w Radiu Zet i TVN-owskich telewizjach to prawdziwy świąteczny magiel, a wszyscy jego uczestnicy świadomie lub nieświadomie są sprawcami karygodnego zaśmiecania przestrzeni publicznej.

Czasem słyszę pytanie: "Dlaczego sam się nie wyciszysz w niedzielny poranek, dlaczego tego słuchasz i oglądasz?" Zwykle odpowiadam, że "tak jak wielu innych robię to, abyś ty nie musiał", bo ktoś musi próbować zrozumieć, co się dzieje, by wiedzieć jak temu wszystkiemu zaradzić. Zresztą robię to także na takiej zasadzie, na jakiej ONI podsłuchują audycje w Radiu Maryja, również dlatego, że chcę znać pełny kontekst wypowiedzi, gdy później cytują: "XX w radiu Zet, czy YY w programie "Kawa na ławę" powiedział...."

 Przecież wolałbym tego nie oglądać, ale to "nasi" politycy uczestniczący w takich programach zmuszają mnie do tej konieczności. Nie słucham radia Tok FM, nie czytam Gazety Wyborczej, Trybuny i wielu innych pism, nie analizuję programów TV Polsat, czy Superstacji, bo na szczęście "nasi" politycy nie wchodzą w te pożałowania godne nisze.

Jestem wdzięczny politykom PiS, że po długim okresie naiwnych złudzeń zdecydowali się na bojkot TVN i być może zrozumieli już, że niczego nie tracą, a jest wręcz odwrotnie. Wypełniają tę bolesną dla TVN-u lukę, niestety, inni politycy, którzy szukają możliwości powrotu na scenę publiczną i dość bezwstydnie dokarmiają medialnego potentata własną obecnością; wśród nich są, niestety także, współpracownicy Prezydenta.

W tym przypadku sytuacja może być trochę usprawiedliwiona, bo stanowisko Prezydenta musi być jakoś bardziej powszechnie przedstawiane. Wszakże podstawowym warunkiem musi być reprezentowanie urzędu prezydenckiego z pełnym zachowaniem jego powagi, wręcz majestatu.

Min. Michał Kamiński jeżeli uczestniczy w telewizyjnym lub radiowym programie jest reprezentantem urzędu Prezydenta. On ma obowiązek zapomnieć o tym, że jest, politykiem, posłem, czy normalnym człowiekiem z temperamentem, ulegającym emocjom, czy innym naturalnym odruchom - ani przez chwilę nie może zapomnieć o tym, że reprezentuje najważniejszą osobę w Rzeczypospolitej. Nawet jeśli sytuacja zmusza go do obecności w maglu, musi zachować dystans do gawiedzi, która się w tym maglu przekomarza, nie wolno mu wchodzić w tryb prywatny, zwłaszcza, gdy jego właściwa rola jest na bieżąco podkreślana zwrotami: "Panie ministrze". Tutaj pragnę się skupić na dzisiejszym występie min. M.Kamińskiego zarówno w radiu u M.Olejnik, jak i w programie B.Rymanowskiego - oba spektakle miały podobny skład uczestników i całkowicie identyczny wybór tematyki.

W Polsce i wokół niej toczą się ważne sprawy. Odbył się szczyt europejski z udziałem Prezydenta, kryzys finansowy trwa, Rząd ogłosił plan wejścia w strefę Euro, przegrana sprawa stoczni ukazuje prawdziwą twarz UE, protesty w Kraju narastają - reforma  emerytur upadnie, reforma służby zdrowia nie ma szans, horror rodziny Olewników ujawnia totalny kryzys państwa prawa, marszałek Sejmu ciężko uwikłany w niejasne gry służb specjalnych...etc.

O czym rozmawia gawiedź w maglu?

O  śmierci M.F.Rakowskiego, o "skandalicznej" wypowiedzi posła A.Górskiego, a także o "skandalu dyplomatycznym" w związku z nieścisłymi wypowiedziami urzędników prezydenckich na temat telefonicznej rozmowy Prezydenta RP i Prezydenta-Elekta USA. I w tej maglowej pyskówce aktywnie uczestniczy minister prezydencki wraz ze zgromadzonymi w maglu:

J. Wenderlichem tak upojonym własną kwiecistą mową, że zawsze wydaje się jakby trzymał uniesiony w górę mały palec, pijąc herbatę z filiżanki,

S.  Niesiołowskim, który z pozycji marszałkowskiej i profesorskiej leczy kompleksy wynikłe ze złych wyborów i swego przegranego życia,

E. Kłopotkiem, zawsze zadowolonym z siebie i obdarzającym siebie samego specyficznymi dawkami humoru kwitowanymi osobistymi salwami śmiechu,  

M. Orzechowskim, szukającym możliwości powrotu do tego znaczenia, które sam sobie kiedyś przydał

i oczywiście z B. Rymanowskim zadowolonym z biegu maglowej biesiady i z kasy, którą mu podpowiada wyobraźnia o satysfakcji właścicieli ITI.

Co mówi min. M.Kamiński?

 Najpierw niezgodnie z zasadą "De mortuis nihil nisi bene", nie milczy, ale z entuzjazmem i w nadzwyczaj rozwiniętej formie wyraża zachwyt i uznanie dla zmarłego. Ma pełne prawo prywatnie taką pamięć zachować o M.F.Rakowskim, ale mam też wątpliwości, czy Prezydent podziela ten dość zaskakujący zachwyt.

Dalej min. Kamiński z całą mocą potępia posła A.Górskiego i wyzwala zrozumiałe wyrazy satysfakcji na twarzach prawie wszystkich zgromadzonych w maglu - przecież o to chodziło. Myślę, że Poseł Górski zakończył swoją karierę polityczną, bo tak publiczne ujawnienie braku mądrości nie może przejść bez skutku. I tutaj wcale nie chodzi o pogląd, który przecież już został wielokrotnie wypowiedziany, zwłaszcza w USA. Chodzi o fakt wygłoszenia tego poglądu z trybuny sejmowej, ze znaczkiem posła PiS - tego się nie da zinterpretować inaczej, niż alternatywnie - albo świadomy sabotaż wobec PiS, albo głupota - obie alternatywy są degradujące.

M.Kamiński, jako minister prezydencki powinien krótko, bez wdawania się w dyskusję stwierdzić: "To była bardzo niefortunna i niemądra wypowiedź, ale powinna pozostać w ramach folkloru wypowiedzi sejmowych i nieść wyłącznie wewnętrzne konsekwencje dla autora. Fakt, że sprawa została nagłośniona jest jeszcze bardziej niefortunny i każdy, kto dalej uczestniczy w tym nagłaśnianiu działa na szkodę Polski, przydając nam, ku uciesze wrogów, jeszcze jedno całkowicie nieuzasadnione oskarżenie o rasizm. Radzę Panom powstrzymać się od dalszych komentarzy, a prowadzącemu zalecam skupienie się na znacznie ważniejszych dla Polski sprawach."

W gruncie rzeczy mógł nawet zaatakować przypominając skandaliczną wypowiedź marsz. B.Komorowskiego, że nie płakałby, gdyby tarcza upadła. Ta wypowiedź była po stokroć ważniejsza, bo była najbardziej bezpośrednim podważeniem klarownej polityki Prezydenta, przyjętej z oporami, ale całkiem oficjalnie przez Rząd.

Wreszcie rzecz najbardziej deprymująca, określana i potężnie nagłaśniana jako zdementowanie wypowiedzi urzędników Prezydenta, jakoby Prezydent-Elekt Obama w rozmowie telefonicznej zapewnił o utrzymaniu programu tarczy anty-rakietowej.

Nie wiemy, jak wyglądała  rzeczywiście ta rozmowa, ale wcale bym nie wykluczył, że  w rozpędzie i rutynie wielu obietnic wyborczych zwycięzca wyborów w USA powiedział to, co zostało zakomunikowane - "Będzie pełna ciągłość, projekt tarczy nie jest zagrożony ani finansowo, ani technicznie". Z tego można się było ucieszyć, ale tego nie wolno było zakomunikować publicznie, szanując prywatny charakter rozmowy. Popełniono błąd, ale M.Kamińskiemu nie wolno było deprecjonować innych współpracowników Prezydenta, dając nam wszystkim powód do troski o to, że w najbliższym otoczeniu Prezydenta toczy się ambicjonalna walka.

Bez względu na to, jak było, należało powiedzieć: "Treści rozmowy nie znam, ale była to rozmowa prywatna i należało nie ujawniać żadnych fragmentów, pamiętając o pozycji prezydenta-elekta stojącego dopiero przed zaprzysiężeniem. Wbrew ogłoszonym faktom nikt jednak nie powiedział, że przekazano obietnice, bądź zobowiązania wobec Polski."

Minister M. Kamiński zdawał się w pełni akceptować stwierdzenia innych, że min. P. Kownacki skłamał. Takiej nielojalności nie wolno wybaczyć. Mimo dobrych poglądów, niewątpliwie dobrych intencji i kilku prawdziwych zasług ja bym min. Kamińskiego zwolnił. Zwłaszcza dlatego, że przez tyle lat nie zrozumiał zagrożeń związanych z wystąpieniami w mediach. Gdyby przestudiował nagrania swoich wystąpień w programach M.Olejnik i B.Rymanowskiego i rozważył, kto z nich wyniósł korzyści, sam nie miałby wątpliwości.

Uważam, że pojawienie się min. P.Kownackiego w otoczeniu Prezydenta RP znacznie poprawiło jego sytuację w elektoracie. Pora znaleźć kilku podobnych nowych współpracowników, by pojawiły się nowe możliwości naprawy Polski. Wystarczy dobrze się przyjrzeć kto, i jak zaciekle, próbuje min. Kownackiego zneutralizować.

I z magla też trzeba wyjść! Na zawsze!

 

4 listopada 2008   -  139

O was się boimy, durnie !

Rząd Tuska ostro rusza z akcją wpychania Polski do strefy Euro, a funkcjonariusze medialni już budują atmosferę powszechnego poparcia dla tej perspektywy. Jak zwykle w takich przedsięwzięciach tworzy się obraz Polski podzielonej na rozsądną większość, która potrafi pojąć dobro wynikające z rezygnacji z własnej waluty i biedną, zahukaną mniejszość, która nie jest w stanie zrozumieć doniosłości tego kroku.

Zwykle powtarzany jest ten sam slogan, którego tak namiętnie nadużywano przed referendum akcesyjnym do UE. Brzmi on mniej więcej tak:  "Większość Polaków popiera wejście do strefy Euro. Oczywiście są też sceptycy,  którzy boją się wszelkich zmian i są podatni na demagogiczne i nieprawdziwe argumenty - trzeba cierpliwie rozwiewać wątpliwości i tłumaczyć im pozytywne strony wejścia w strefę wspólnej waluty".

Ten ton słyszymy zwykle od polityków i publicystów, którzy zawsze łgali, lub się mylili, a czasem od zupełnie nieopierzonych "dziennikarzy", którym zwykle nie starcza wyobraźni, by dostrzec, że wśród odbiorców ich nieprzemyślanych słów są rzesze ludzi znacznie mądrzejszych, bardziej przenikliwych i doświadczonych. I wtedy, pamiętając o powiedzeniu: "Polak mądry po szkodzie", chce się zakrzyczeć -"To o was się boimy, durnie! Zatem przestańcie nas karmić sloganami i zacznijcie sami myśleć."

Argumenty zawodowców opiewających korzyści Polski płynące z przyjęcia europejskiej waluty można sobie darować - dziwię się, że ci wszyscy ekonomiści, doradcy bankowi, i giełdowi wróżbici nie udają się na kilkumiesięczny odpoczynek, by leczyć własne intelektualne rany po finansowym kryzysie. Generalnie sytuacja jest tak płynna i tak bardzo oczekująca generalnej reformy systemów finansowych świata, że dzisiejsze planowanie zmiany waluty jest niezwykle  ryzykownym ruchem nieodpowiedzialnych desperatów. Natomiast warto się zastanowić nad tym, co nam dzisiaj w mediach serwują, jako mądrości oświeconych.

 

Mówią nam: "Nie ma mowy o utracie suwerenności"

Przytoczę fragment mojego artykułu z czasu przed akcesją:

......Nie ma dzisiaj kraju w pełni suwerennego, musimy więc też zrzec się części naszej suwerenności. Części?

Jeżeli bezkrytycznie przyjmuje się prawo stanowione gdzie indziej, akceptuje się narzucane ograniczenia, co nam wolno produkować, w jakich ilościach, z kim handlować, jakie spełniać warunki finansowe, jakie podatki nakładać? Jeżeli, wbrew własnym dalekosiężnym interesom, mamy zmieniać strukturę społeczną, rujnować polską wieś, ograniczać produkcję żywności, zmieniać swój jadłospis i stosować idiotyczne normy wymyślane przez chorych technokratów? Jeżeli, zaniedbując sami siebie, mamy dopieszczać różne mniejszości, tolerować paranoję obyczajową, znosić upokorzenia, pozwalać na fałszowanie własnej historii, edukować młodzież według narzuconych z zewnątrz wzorów, a nawet przekazywać w obce ręce sposób w jaki mamy być informowani? Jeżeli mamy oddawać obcym własność naszych banków, całych gałęzi przemysłowych, całych dziedzin produkcji, handlu, a nawet ziemi i terenów rekreacyjnych? Jeżeli wreszcie mamy na każde zawołanie wysyłać swoich żołnierzy, by walczyli o niejasne i często obce nam sprawy, jeżeli mamy organizować wspólną policję, przyjąć wspólną walutę, a ochronę zewnętrznych granic powierzyć obcym formacjom?

To na czym w końcu ma polegać nasza suwerenność? Czy na tym, że jeszcze przez jakiś czas wolno nam będzie mówić po polsku? Śpiewać polskie pieśni? Grać polski hymn? Mieć własne reprezentacje w różnych dziedzinach sportu i powiewać polską flagą?

A dzisiaj można tę kurczącą się suwerenność zilustrować jeszcze dosadniej przywołując wmuszany (i to jak bezwstydnie!) narodom europejskim prawniczy bubel, jakim jest traktat lizboński, zakaz wsparcia własnego przemysłu stoczniowego, czy nakaz lepszego traktowania żab z Rospudy, niż ludzi z Augustowa.

 

Twierdzą, że już zgodziliśmy się na Euro przyjmując traktat akcesyjny.

Daję słowo, że w propagandzie przed akcesją nie słyszałem agitacji związanej z tym raczej ukrywanym fragmentem traktatu, a przestrogi na ten temat były zwykle zagłuszane przez agitatorów potokami słów pełnych demagogii, ukrywających tę pułapkę. Warto by odnaleźć w materiałach z tamtego czasu miarę wagi przypisanej do argumentu związanego z przyjęciem wspólnej waluty. Jakby nie było, głosowanie w powszechnym odbiorze dotyczyło wejścia do UE, a nie poszczególnych elementów traktatu akcesyjnego. Dlatego dzisiaj ewentualne pytanie referendum na temat Euro powinno wyraźnie postawić kwestię przyjęcia waluty na nowo. Jeśli zaś pytanie miałoby rzeczywiście dotyczyć jedynie terminu przyjęcia, to termin 100 lat też powinien być w nim zawarty.

 

Powiadają, iż nieprawdą jest, że w innych krajach ceny poszły drastycznie w górę po wprowadzeniu Euro....

...i bezczelnie przytaczają dane statystyczne mówiące o podwyżkach nie przekraczających kilku procent, nie więcej niż 15%. Zarówno we Włoszech, jak i w Niemczech od czasu wprowadzenia Euro ceny związane z podstawowymi wydatkami ludzi poszły w górę o czynnik ok.2, przy jednoczesnej całkiem nieznacznej podwyżce płac. Zastanawiając się nad zabiegiem, jakiego dokonują osoby przywołujące te dziwne dane statystyczne, doszedłem do wniosku, że mówią oni być może o natychmiastowych podwyżkach cen, zaraz po wprowadzeniu Euro. Tak istotnie mogło być, bo wtedy sztuczka polegała głównie na zaokrąglaniu w górę przeliczonych cen. A potem szło bardzo szybko, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu. Nie można też wykluczyć, że finansiści tej miary, co aktualny minister finansów ucieka się do starej komunistycznej metody: wprawdzie chleb, masło, mięso, warzywa, owoce, gaz, energia elektryczna, czynsze znacznie podrożały, ale lokomotywy, statki i dźwigi budowlane bardzo potaniały.

 

Mówią wreszcie, bo im samo życie taki argument podsuwa, że rezygnując z własnej waluty uodpornimy się na takie kryzysy finansowe, z jakim mamy dzisiaj do czynienia.

Nie słyszałem, by w UK, Danii, czy Szwecji akurat ten kryzys osiągnął rekordowy wymiar, a raczej mam wrażenie, że w Niemczech było znacznie gorzej.

 

Jeżeli D.Tusk ze swoją ekipą dotrwa do końca kadencji, to być może wyskoczy jeszcze z pomysłem by wprowadzić w Polsce język niemiecki. Na szczęście nie dotrwa.

 

28 października 2008   -  138

Panie, chroń Kościół przed fałszywymi przyjaciółmi !

Już ponad dwa tysiące lat trwa Kościół rzymsko-katolicki, zmagając się z siłami Zła, które przybierają różne postaci i posługują się rozmaitymi metodami, od tych całkiem brutalnych, po inne, bardziej wyrafinowane, których skuteczność jest zwykle największa. Kościół trwa, bo tak zapowiedział Pan Bóg, ale ta Boża wola realizuje się przez coraz bardziej doświadczonych ludzi Kościoła, którzy wyciągają lekcje z wcześniejszej historii i w zbiorowej mądrości starają się wybrać optymalną odpowiedź na kolejne zagrożenia. Nauki służące znajdywaniu właściwej odpowiedzi płyną także z obserwacji rozwiązań stosowanych w świeckim świecie.

To właśnie łatwo zauważalne, ewidentne wady rozwiązań stosujących procedury demokratyczne, skłaniają Kościół do rygorystycznego przestrzegania ustanowionego wewnętrznego porządku hierarchicznego i wzmocnienia go ścisłym nakazem posłuszeństwa dla całego duchowieństwa. Zasady te są oczywiste dla każdego, kto zgodnie z powołaniem przyjmuje święcenia kapłańskie i zakonne, a także dla wszystkich świeckich członków Kościoła, którzy muszą je przyjąć bez zastrzeżeń. Jedyny, ale podstawowy element demokracji obejmujący członków Kościoła realizuje się przez uznanie wolnej woli każdego pojedynczego człowieka, który ma prawo decydować o przyjęciu, lub odrzuceniu tych zasad. W istocie przynależności wiernych do Kościoła towarzyszą różne nastroje i zachowania - od pełnego zrozumienia i oddania, przez dręczące wątpliwości, obojętność, chwile buntu, rezygnację, czasem odejście, aż po nierzadki blask nawróceń i powrotów. To są zwykłe koleje losu związane z przyznaną każdemu człowiekowi osobistą wolnością wyboru. Natomiast hierarchiczny Kościół sam autonomicznie wybiera sposób postępowania w każdej sprawie, by najlepiej realizować swoją ziemską misję wobec świeckich obdarzonych niekwestionowaną wolnością. Ci, którzy próbują z zewnątrz naprawiać Kościół, demokratyzować jego ustrój, przysposabiać go wedle własnych wyobrażeń, czy upodobań do tzw. nowych czasów, są fałszywymi przyjaciółmi Kościoła. Przed nimi trzeba Kościół chronić.

Naprawiacze Kościoła działają czasem z pozycji laikatu, a czasem z samego wnętrza. Ci ostatni są o wiele groźniejsi, bo suknia duchownego skłania do większej wiary w dobre intencje zatroskanego i zaangażowanego reformatora. Bo przecież w głoszonej argumentacji zawsze chodzi o dobro Kościoła, o prawdę, o moc ewangelizacyjną, o dobro ludu Bożego, który winien być prowadzony przez światłych, mądrych i wrażliwych na jego odczucia i potrzeby kapłanów. Charakterystyczne, że zawsze też głównym miejscem akcji jest arena publiczna, na której można głośno wykrzyczeć swoje pretensje i zamanifestować najbardziej pozytywne motywacje. Ci fałszywi przyjaciele Kościoła wiedzą, że najbardziej skutecznym narzędziem jest sterowanie opinią publiczną, z pomocą której tak łatwo udaje się zapędzić ofiarę pod ścianę.

Główny cel zabiegów fałszywych przyjaciół Kościoła najbardziej precyzyjnie odsłonił J.M.Rokita, gdy komentując wydarzenia związane z niedoszłym ingresem abp. S.Wielgusa radośnie wykrzyczał: "To jest najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Po raz pierwszy świeckim udało się odwrócić decyzję hierarchów." Udało się. Włożyli but w drzwi i teraz starają się przez szparę sączyć demokratyczny ferment, który musi przynieść pożądane owoce. To ciekawe, że ta prawda wymknęła się Rokicie właśnie podczas tego wydarzenia, które zogniskowało najważniejszy dzisiaj wymiar zagrożenia dla Kościoła.

Spośród wielu niewyjaśnionych spraw z minionych dwudziestu lat, mało jest takich, w których byłbym pewien swoich racji równie mocno, jak tego, że abp. Wielgus został straszliwie skrzywdzony i jest całkowicie niewinny. Pisałem o tym wiele wtedy, gdy sprawy się działy (można to znaleźć w archiwum moich zapisków na portalu "Ojczyzna") i dzisiaj poprzestanę na stwierdzeniu, że stosunek do tej sprawy jest dla mnie wskazówką, na której opieram swoją prywatną ocenę wypowiadających się na ten temat osób. W istocie ułatwia mi to rozpoznawanie fałszywych przyjaciół Kościoła, choć muszę zaznaczyć, że pejoratywne określenie "fałszywy przyjaciel" nie powinno być utożsamiane z kwalifikacją "wróg", bo to wymagałoby wiedzy, że udawanie "przyjaciela" jest świadome.

W minionym dwudziestoleciu naprawą Kościoła zajęło się wielu fałszywych przyjaciół. Choć poczynili wiele zła, w miarę upływu czasu i konfrontacji głoszonych intencji z rzeczywistymi skutkami, ich moc kruszyła się, a szeregi topniały. Ci najgroźniejsi jak Węcławski, czy Obirek upadli do końca, a ten pierwszy już nawet wyrzekł się Chrystusa, mimo że jeszcze nie wyjaśniono do końca jego roli w niszczeniu abp. J.Paetza i osobistego przyczynku do pogrążenia abp.Wielgusa ( rewelacje na temat sprawy płk. Tobiasza mogą tutaj wnieść nowe wątki). Garstka tzw. medialnych biskupów, dźgających ustawicznie Kościół wypowiedziami zdumiewającymi innych hierarchów, duchowieństwo i wiernych, straciła już wpływ na opinię publiczną - jeszcze od czasu do czasu mówią, ale niewielu już ich słucha, a prawie nikt nie traktuje tych wypowiedzi poważnie. Spuszczono już zasłonę obojętności na propagatorów kościoła otwartego ze środowiska Tygodnika Powszechnego, po których wynurzenia sięga garstka czytelniczych dinozaurów i być może ideolodzy właścicielskiego koncernu ITI. Podobnie entuzjaści postępu w Kościele skupieni w Znaku, Więzi, czy wokół agencji KAI zdają się być już Polsce niepotrzebni ze swymi potokami zużytych słów i fraz, a jeśli już ktoś z nich utrzymuje się w sferze publicznej, jak senator J.Gowin, to raczej unika wszelkich skojarzeń ze środowiskami, z których wyszedł.

Dzisiaj w sprawach Kościoła szczególnie głośna jest para dziennikarzy -T.Terlikowski i E.Czaczkowska, którzy ćwiczą profesję fałszywego przyjaciela, uzurpatorsko przyjmując przydomek publicystów katolickich, bezpodstawnie przez kogoś im nadany i starannie, z wielkim impetem podtrzymywany. Nie mam najmniejszego zamiaru wchodzić w analizę tekstów i zachowań tych dwojga autorów, bo ich postawa tak bardzo przekracza kompetencje publicystów zajmujących się delikatną materią Kościoła, a arogancja i właśnie owe uzurpatorskie skłonności wyzwoliły taką przesadę, że wszystko obraca się w formę jakiejś nieprzystojnej, głupiej parodii. Ludzie ci, przez brak powagi, po prostu nie mogą być zbytnio szkodliwi.

Inaczej sprawy wyglądają w przypadku ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, którego również uważam za fałszywego przyjaciela Kościoła, bo te błędy, które popełnia naprawdę szkodzą Kościołowi. Właściwie cały ten mój długi wstęp jest opisem kontekstu,dla skupienia uwagi na tej jednej sprawie.

Przykra to rzecz, bo nie ma wątpliwości, że ks. Isakowicz-Zaleski był mocno związany z antykomunistyczną opozycją, był prześladowany, ma ogromne zasługi w działalności charytatywnej, jest człowiekiem ideowym, odważnym i także dzisiaj mówi głównie rzeczy słuszne i prawdziwe. Jest jednak obarczony wadą straszliwej, wręcz chorobliwej pychy, która każe mu wciąż poszukiwać sposobu na stanięcie w środku uwagi publicznej, w blasku reflektorów, w centrum kontrowersji, która często, może wbrew jego woli, upokarza i krzywdzi jednych, bez potrzeby podważa autorytet innych i współgra z tymi, którzy są rzeczywistymi wrogami Kościoła. Trudno pojąć, że tej intensywnej ideowości, zmąconej niepohamowanym brakiem skromności, towarzyszy taki brak rozeznania sytuacji, że może on uznać telewizję TVN, Superexpress, czy Terlikowskiego za właściwych partnerów w walce o prawdę i rzekomą naprawę Kościoła. Trudno pojąć, że ktoś może tak bezwzględnie uzurpować sobie prawo do własnej wersji prawdy, że nie zwraca uwagi na własne czyny krzywdzące innych, a zwłaszcza lekceważy potencjalnie szkodliwe skutki dla całego Kościoła.

Dzisiaj, jak nigdy przedtem, jestem przekonany, że tzw. lustracja ludzi Kościoła jest jego wewnętrzną sprawą i nikt z zewnątrz nie ma prawa domagać się otwartości procesu tego samooczyszczenia, a tym bardziej wpływać na podjęte decyzje. Tylko z wnętrza Kościoła, przy współpracy dobranych, czasem niezbędnych ekspertów, można dostatecznie wnikliwie rozważyć całą złożoność pojedynczych przypadków, ustalić konkluzje i podjąć decyzje służące dobru, które jest także wyznaczone przez uznanie ważności chrześcijańskich zasad. Tym bardziej, że analiza tak trudnych spraw może wymagać rozważań związanych z autentycznymi tajemnicami, których Kościół nie może i nie powinien ujawniać.  Kapłan nie ma prawa wywracać tego porządku i wciągać świat zewnętrzny w rozważanie tych kwestii. Nie ma prawa także wtedy, gdy czuje się osobiście skrzywdzony, bo nie może kwestionować dobrych intencji swoich przełożonych i stawiać własne rozeznanie, obarczone subiektywnym postrzeganiem, ponad przyrzeczony obowiązek posłuszeństwa. Sprawa może mieć wymiar zewnętrzny jedynie wtedy, gdy pretensje zgłosi świecka osoba skrzywdzona przez duchownego.

Ks. Zaleski został słusznie dopuszczony do studiowania dokumentów IPN zgromadzonych w jego sprawie i można usprawiedliwić jego chęć zbadania przypadków związanych z własną krzywdą. Także kwestią jego sumienia była decyzja, w jakim rozmiarze ujawni publicznie wyniki swoich badań. Jednak jego publiczna walka o poszerzenie własnych zapędów śledczych i przyjęcie roli głównego lustratora kościelnego, a zwłaszcza sposób, w jaki wykonywał tę rolę i podważał autorytet swoich przełożonych, był trudny do zaakceptowania. Wcale nie dziwiła mnie reakcja wielu księży, do których zwrócił się o wyjaśnienia, bo znalazł dokumenty o ich współpracy. Wielu z nich po prostu odsyłało pismo bez odpowiedzi, bo nie widzieli powodu, by uznawać tę uzurpację księdza za godną akceptacji.

Jeżeli dzisiaj ks.T.I.-Z. argumentuje słuszność swego podejścia, bo kontaktował się z bodaj 130 księżmi w sprawie ich SB-ckich dokumentów i "żaden z nich nie podał mnie do sądu", to człowiek traci ochotę na szukanie usprawiedliwień. Dla używania tego typu argumentacji potrzeba wyjątkowego poziomu arogancji i braku rozeznania rzeczywistości w polskim sądownictwie - to jest właściwie podejście kpiarza.

Przez dłuższy czas ksiądz Zaleski trwał w wyciszeniu i przyjmowałem ten fakt z satysfakcją, a nawet z życzliwością  przyjąłem jego protesty związane z przemilczaniem zbrodni wołyńskiej. Jestem tego samego zdania, że uciekanie od prawdy tylko pogorszy nasze relacje z narodem ukraińskim. Co więcej, sytuacja, w której Ukraińcy budują swoją tożsamość na tradycji zbrodniczych organizacji, uniemożliwia kontynuację tak powszechnego gestu strony polskiej, w którym nie wiąże się tej zbrodni z narodem ukraińskim, a jedynie z małą jego częścią. I ten rozwój sytuacji wymaga stanowczych reakcji, bez względu na korzyści polityczne.

A jednak nawet tutaj ks. Zaleski wywołał szkodliwy dla Kościoła konflikt. Wielu autorów przedstawiło historyczne analizy wydarzeń, a jednak nikt nie sprowokował do reakcji przedstawicieli Kościoła grecko-katolickiego. Udało się to księdzu Zaleskiemu, mimo że brak ujawnienia listu abp. Martyniuka nie pozwala do końca zrozumieć, jak mu się to udało. W delikatny dialog bratnich Kościołów ks.Zaleski bez odpowiedzialności wtłoczył łyżkę dziegciu, a jeszcze dodatkowo dźga w kurię krakowską, że nie bierze go w obronę, milczy, nie ujawnia etc. Nie wiadomo jeszcze, co z tego wszystkiego wyniknie, ale jedno wiadomo, bo widzimy, że ks. T.Isakowicz-Zaleski znów jest na ustach mediów, znów jest w centrum zainteresowania, a niektórzy szykują się nawet do akcji w jego obronie, nie znając jeszcze całości sprawy.

Jestem przekonany, że mamy do czynienia z fałszywym przyjacielem Kościoła, który znajdzie w końcu drogę do uświadomienia sobie, że krzywdził Kościół, mimo iż tego nie chciał. Uświadomienie to może jednak trwać bardzo długo, bo charakterologiczne cechy tego księdza mocno determinują jego impregnację na argumenty.

Mam jedno osobiste doświadczenie z księdzem Zaleskim, gdy próbowałem rozmawiać z nim na temat sprawy abp. S.Wielgusa - to było nieprzyjemne doświadczenie, bo nie zdołał pohamować gniewu, wykrzykując tylko jeden argument: "Ja się na tym znam, bo ja oglądałem różne dokumenty, a Pan nie!". Ciekawe, na czym opierał to swoje: "..a Pan nie!".          

Każdy z nas, zwłaszcza starsi ludzie, jesteśmy trochę psychologami. Gdybym miał wyciągać wnioski z tego wszystkiego, co pisze i zamieszcza na swoim blogu ksiądz Zaleski, stwierdziłbym, że mamy do czynienia z człowiekiem o skrajnie rozwiniętym ego i skrywanymi kompleksami, które skłaniają go do wielkich wysiłków, by skupić na sobie uwagę. Chciałbym dotrzeć do profesjonalnej analizy sylwetki księdza wykonanej przez prawdziwego psychologa na podstawie wyłącznie tekstów i zdjęć z jego blogu.

Ten zapisek jest wyjątkowo długi, ale gdy wkłada się kij w mrowisko, to lepiej, gdy ten kij jest długi. 

 

22 października 2008   -  137

Twarz Beaty Sawickiej i  wspólnictwo "Rzeczpospolitej"

Minister Ewa Kopacz, a wraz z nią rządząca Platforma Obywatelska już bez oporów pokazuje swoją brzydką twarz zasłużonej partyjnej działaczki, ale upadłej posłanki Beaty Sawickiej. Trzeba było odczekać cały rok, by wierząc w ulotność ludzkiej pamięci, zarysować konkrety programu nakreślonego lapidarnie w podsłuchanej przez państwowe służby szczerej i pełnej nadziei biznesowej rozmowie o przygotowywanych lodach. Trzymane w ryzach media dbają o to, by tamte sceny nie były przypominane, a żądni zwykle dosadnej ilustracji gorącego tematu dziennikarze, nawet się nie dopominają o tamte wstrząsające obrazki. Linia pełnego poparcia mediów dla PO trwa, więc nie pokazują, bo pani minister jest trochę podobna do Beaty Sawickiej - trochę przez mało atrakcyjną urodę, trochę przez poziom i arogancję wypowiedzi, a bardzo przez to wszystko, co można nazwać bezczelnością przez łzy.

Jest więc program działania, w którym dokonuje się zasadniczego przewartościowania - zdrowie człowieka jest towarem, życie człowieka też jest towarem, lekarz jest pozbawionym emocji, wynajętym rzemieślnikiem-wykonawcą, który bez skrupułów skalkuluje, co mu się opłaca, a co nie. Współczucie i inne ludzkie odczucia można w sobie zgasić, bo tak łatwiej i efektywniej się zarobi - przysięga Hipokratesa idzie do lamusa, gdy zysk określa potrzeby. Warto być właścicielem - podaż klientów zapewniona, NFZ, albo inne ubezpieczeniowe firmy zapłacą, a korporacyjna solidarność zawiąże taki monopol, że nikt nie podskoczy.

Mamy ogromne grupy ludzi zainteresowanych tymi lodami, zwłaszcza zainteresowanie udziałem od samego początku, gdy po pokonaniu wstępnych barier ruszy łatwy pieniądz za sprzedawane fragmenty dzisiejszego majątku publicznego. Ale nie mam wątpliwości, że aktywna jest też znacznie węższa grupa tych, którzy są zainteresowani ideologicznie. Chodzi o degradację godności człowieka, o ubezwłasnowolnienie społeczeństwa, wreszcie o niszczenie Polski przez redukcję jej potencjału demograficznego.

Wielu kompetentnych ludzi wie dobrze, co nam zagraża. Przedstawiają oni konkretne szczegółowe argumenty dotyczące tej groźby. Przyglądajmy się jednak, kto w tym wszystkim uczestniczy.

Dziennik Rzeczpospolita od pewnego czasu uznawany jest za sprzyjający zwolennikom PiS , a bardziej generalnie za pismo traktujące poważnie nazwę, jaką mu kiedyś nadano. Wiele materiałów, komentarzy, publikacji, felietonów publikowanych w ostatnim roku, a nawet przed wyborami potwierdzało taką nową dla pisma linię, chociaż uważni obserwatorzy dostrzegali także smugę kłopotliwego pluralizmu karmionego tekstami całkiem dziwnie tolerowanych, znanych skądinąd indywiduów. Obawiam się, że ostrzeżenie zawarte w tej smudze jest dość ważne. Mieliśmy taki przypadek z Dziennikiem, który w krótkim okresie też zwodził czytelników, po czym zmiana linii nastąpiła tak gwałtownie, że jedyne, co warte było zastanowienia, to ów fenomen związany z pytaniem o konstrukcję mentalną żywych i myślących ludzi - publicystów Dziennika, którzy gromadnie, jak dorożkarskie konie skręcili po jednym zacięciu cugli. Dziennikowi Rzeczpospolita wyraźnie dano sygnał zmiany kierunku, w sprawie, która jest wyjątkowo ważna.

Pojawiło się już kilka prawie jednobrzmiących w swej wymowie tekstów, promujących prywatyzację szpitali. Najdziwniejsze jest to, że w sytuacji gdy PO zapiera się ze wszystkich sił intencji prywatyzacyjnych i protestując przeciw takim zarzutom, mówi, że chodzi tylko o komercjalizację, autorzy Rzeczpospolitej wprost, bez żadnych niedomówień propagują właśnie pełną prywatyzację.

Pierwszy z taką publikacją i to w ostrej, wręcz irytującej wersji wystąpił Dominik Zdort. Był to tak zaskakująco paskudny i nieuczciwy tekst, że zareagowałem równie mocnym komentarzem, korzystając z faktu, że wypowiedź autora umieszczona była w sekwencji blogów. Popełniłem jednak błąd, bo pisałem "on line", nie przypuszczając, że mój komentarz może się nie ukazać. Ukazał się na krótko z informacją, że tekst trafił na biurko redaktora, po czym zniknął. Mój kolejny wpis zawierający zapytanie: "Mój tekst nie zawierał żadnych agresywnie obraźliwych sformułowań - o co więc chodzi?" także się nie ukazał. Oczywiście autor nie przekazał mi żadnego sygnału i musiałem uznać, że merytoryczna treść mojego komentarza zbyt dotkliwie burzyła jego argumenty. Niestety, nie zadałem sobie trudu, by odtworzyć swój tekst, a dzisiaj już po prostu nie potrafię tego zrobić.

Aby nie rozwijać ponad miarę tematu podsumuję ten wątek dwoma moimi konkluzjami. Pierwsza to ta, że właściciele niepolskiego pisma Rzeczpospolita uznali, że wbrew interesom Polaków zatrudnieni dziennikarze mają popierać prywatyzację służby zdrowia w Polsce. A druga konkluzja dotyczy techniki, z jaką dziennikarze realizują polecenia właścicieli - w technice tej nie wolno osłabiać zalecanej linii dopuszczaniem zbyt przekonujących kontrargumentów.

Bieg spraw ukazuje, że zbierają się wszystkie moce, by przejąć polską służbę zdrowia i zadać Polakom nokautujący cios. Być może SLD zostanie przekupione, część pracowników służby zdrowia uciszona 15% udziałami w spółkach, referendum zablokowane, weto Prezydenta obalone, a PO już obiecuje, że nawet przy upadku ustawy, oni i tak swoje zamysły zrealizują.

Cóż zatem czynić?

Uważam, że trzeba przygotować się na najgorsze i zrobić wszystko, by jak najmniejsza część tego zła była nieodwracalna. Moim zdaniem, gdy to zło rzeczywiście się stanie, PiS powinien wydać niezwykle mocne oświadczenie, poparte autorytetem Prezydenta i odpowiednio głośnym poparciem zorganizowanych pracowników służby zdrowia.

Oświadczenie winno zawierać:

- stwierdzenie, że bez zgody społeczeństwa rząd nie ma prawa wprowadzać zmiany, która grozi likwidacją podstawowych praw obywatelskich zapisanych w konstytucji,

- obietnicę, że w przypadku powrotu do władzy PiS zobowiązuje się przywrócić publiczną własność tych szpitali, które dzisiaj są publiczne,

- ostrzeżenie dla wszystkich planujących udział w prywatyzacji, że ich współudział w tym procederze będzie rozpatrywany jako działanie nielegalne, będzie przedmiotem pełnej kontroli, a straty związane z przywróceniem w przyszłości publicznej własności nie będą rekompensowane.

W wyborach parlamentarnych takie oświadczenie może być nośnikiem zwycięstwa. 

 

17 października 2008   -  136

Tego nie wolno zapomnieć, ani wybaczyć!

Krzysztof Leski zdążył już napisać: "Szczytowe spięcia powoli odpływają w niepamięć. Już pewnie nigdy nie dowiemy się,...", włączając się tym samym w dziennikarską kampanię zacierania śladów po wydarzeniach, które postawiły Polskę w stan wrzenia. Oczywiście dziennikarze, w tym również Pan Leski muszą być zainteresowani w tkaniu zasłony milczenia, bo ich udział w kompromitującym spektaklu, jaki rozegrał Premier Tusk ze swymi kompanami, był decydujący. Ludzie mediów, bo lepiej już nie używać mylącego terminu "dziennikarze", byli zaczynem i oliwą konfliktu Premier-Prezydent - Donald Tusk nawet nie pomyślałby o wszczynaniu konfliktu, gdyby nie miał pewności wspólnictwa mediów.

Zachowanie ludzi mediów w czasie trwania konfliktu powinno być przedmiotem przemyśleń i analizy tych wszystkich, którzy jeszcze nie wiedzą, że media stoją u źródeł prawie każdego problemu, z którym mamy dzisiaj do czynienia w Polsce. To wszystko, co naprawdę jest ważne dla wspólnotowego życia Narodu, dzieje się w sferze publicznej, którą opanowali w całości ludzie mediów. Nawet politycy powołani do rozwiązywania problemów i uroczyście przysięgający, że będą dbać o dobro Rzeczypospolitej, są tylko narzędziami w rękach mediów, bo ich skuteczność i możliwość działania jest w ogromnym stopniu zależna od tego, co w końcu dociera do opinii publicznej. A o tym decydują ludzie mediów, którzy perfekcyjnie opanowali techniki manipulacyjne i pozostają zawsze bezkarni, mimo ewidentnych wykroczeń.

Zwracam uwagę na media dlatego, że z łatwością można przewidzieć ich dalsze działanie, do którego skuteczności nie wolno nam dopuścić. Otóż, po początkowym okresie konfliktu, kiedy media skupiły cały atak na obozie Prezydenta, strona rządowa dopuściła się tak karygodnych, prymitywnych, wręcz ordynarnych zachowań, że ich przemilczanie, tuszowanie, czy tolerowanie stało się dla mediów wręcz niemożliwe. W pewnym momencie nastąpiła zmiana linii mediów i już do końca taktyka manipulacyjna skupiona została wokół tezy: "Premier formalnie ma rację i słusznie walczy o prerogatywy, które prawnie zapewnia mu konstytucja, ale w tej walce wykazuje taki brak kultury, że również nie jest bez winy. Jest więc to z obu stron ostra ambicjonalna rywalizacja, która wpisuje się w przyszłą kampanię wyborczą, ale dzisiaj szkodzi Polsce." Dzisiaj, gdy wydarzenia związane z konfliktem mamy już za sobą, teza ta utrzymywana jest jako podsumowanie całej afery i działanie mediów musi tworzyć sytuację, by tak pozostało - "Obie strony winne, obie strony nie doceniają kultury politycznej, konstytucja jasno definiuje prerogatywy Rządu, być może potrzebna jest ustawa kompetencyjna precyzująca dodatkowo podział ról dla najwyższych urzędów państwa - a w ogóle to zapomnijmy o tym przykrym epizodzie i patrzmy w przyszłość."

A tutaj trzeba wyraźnie powiedzieć:

Nie! Panie i Panowie! Tej sprawy nie wolno zapomnieć, nie wolno przyklepać. To musi być wyjaśnione do końca!

I nie pisałbym o tym, gdyby nie dzisiejsze wypowiedzi w telewizji TVN24 ludzi, których ktoś, kiedyś namaścił na autorytety, choć mało kto poważnie te nominacje traktuje. Chodzi o program z psychologiem społecznym - Edmundem Wnukiem-Lipińskim, z socjologiem - Jadwigą Staniszkis i z prawnikiem - Andrzejem Zollem, w którym tak właśnie podsumowano istotę konfliktu w sprawie szczytu europejskiego. Uczciwość nakazuje mi dodać, że Staniszkis, z poparciem A.Z. i  przy milczącej aprobacie E.W-L. zwróciła uwagę na dominującą i negatywną rolę mediów w rozwoju konfliktu, ale nic z tego nie wynikało dla oceny roli Premiera i Prezydenta w sporze. Najbardziej istotna była wypowiedź prof. A.Zolla, który wprost, bez cienia wątpliwości powiedział, że konstytucja w sposób oczywisty ustala, że Premier wraz z Radą Ministrów KSZTAŁTUJE politykę zagraniczną. To prawdziwe horrendum, gdy taką bzdurę mówi człowiek wychowujący zastępy młodych prawników w najstarszym polskim uniwersytecie.

Jestem przekonany, że Trybunał Konstytucyjny, choć chętnie poparłby Tuska, zrobi unik, by nie utracić resztek wiarygodności, chociaż niczego nie da się wykluczyć, gdy pamięta się niektóre werdykty trybunału. Spróbuję w zastępstwie TK uzasadnić, że opinia A.Zolla i wielu innych jest kompletną bzdurą, bo wyjaśnienie tego jest centralnym punktem całej sprawy. Oczywiście wykraczam poza swoją specjalizację, ale prawo jest dla ludzi i nie pozwolę się zepchnąć do roli przedmiotu zdanego na sofistykę prawników.

 

Całe rozumowanie ludzi, którzy interpretują konstytucję, przyznając rację Premierowi, opiera się na zapisie:

Art. 146.

1. Rada Ministrów prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną Rzeczypospolitej Polskiej,

a dokładnie mówiąc, opiera się na własnej interpretacji czasownika "prowadzi", które np. A.Zoll bezpodstawnie utożsamia z czasownikiem "kształtuje".

Prawnicy mają zwyczaj unikać precyzyjnych sformułowań, by później dowolnie je interpretować. Co więcej, gdy natrafią na takie nieprecyzyjne sformułowanie, przyklękają na oba kolana i traktując zapis prawny jako słowo objawione, marszczą czoło w intelektualnym wysiłku i zastanawiają się nad tym, co ustawodawca miał na myśli i czy ewentualnie może się to wpisać w pożądaną dla nich interpretację.

W tym przypadku jednak czasownik "prowadzi" może też znaczyć "wykonuje praktyczne działania, niekoniecznie decydując samodzielnie o ich celu". Tak, jak na przykład człowiek, który prowadzi kancelarię premiera zgodnie z jego zaleceniami, czy taksówkarz, który prowadzi taksówkę zgodnie z życzeniem klienta. Jeśli mamy do czynienia z brakiem precyzji, to trzeba się odwołać do ducha prawa, a w tym przypadku do ducha ustroju państwa zawartego w konstytucji, który jednoznacznie określa hierarchię stanowisk i wiążącą się z nią hierarchię kompetencji.

Art. 126.

1.      Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej.

2.      Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium.

Zapisane najpoważniejsze obowiązki Prezydenta, nakładające na niego szczególną odpowiedzialność, potwierdzone są w tekście przysięgi:

 "Obejmując z woli Narodu urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem",

który istotnie różni się od przysięgi Prezesa Rady Ministrów:

Obejmując urząd Prezesa Rady Ministrów (wiceprezesa Rady Ministrów, ministra), uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji i innym prawom Rzeczypospolitej Polskiej, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem."

i w sposób oczywisty wiąże się z ważną rolą Prezydenta w kreowaniu polityki zagranicznej, a z pewnością nakłada na Prezydenta obowiązek pilnowania, by kierunek tej polityki nie zagrażał ciągłości państwa, godności Narodu, suwerenności i bezpieczeństwu państwa i by zapewniał nienaruszalność i niepodzielność jego terytorium.

Załóżmy, by poprowadzić argumentację ad absurdum, że A.Zoll ma rację. Premier egzekwuje swoje prowadzenie polityki zagranicznej w tak wulgarnym trybie, jaki zademonstrował podczas ostatniego kryzysu. Uznaje, że tylko on ma prawo kształtować politykę zagraniczną, nawet nie informuje Prezydenta o swoich zamiarach, co więcej jego urzędnicy oficjalnie zakazują udzielania informacji. Wbrew publicznie wyrażonej przez Prezydenta woli uczestnictwa, nie zgadza się na jego wyjazd na szczyt, nie dopełnia powinności zgłoszenia jego uczestnictwa i podejmuje bezpośrednie działanie, by mu uniemożliwić wyjazd do Brukseli. Wszystko to odbywa się w kontekście bezprzykładnie obraźliwych dla Głowy Państwa czynów i wypowiedzi, aż po najbardziej drastyczne: "Ja Prezydenta nie potrzebuję". Doszło nawet do tego, że Premier zakwestionował wyłączne, wprost zapisane w Konstytucji uprawnienie Prezydenta do ratyfikacji traktatu międzynarodowego, rezerwując dla siebie udział w dyskusji na temat ratyfikacji traktatu lizbońskiego, mimo że jego rola w tej sprawie została już w pełni zakończona.

To wszystko właśnie jest rzeczywistym złamaniem konstytucji, a prawdziwym skandalem jest powoływanie się na artykuł 133, mówiący, że "Prezydent RP w zakresie polityki zagranicznej współdziała z Premierem i z właściwym ministrem", gdy całe postępowanie Rządu fizycznie uniemożliwia jakiekolwiek współdziałanie. Przecież współdziałanie nie może polegać na rezygnacji z udziału w tworzeniu polityki zagranicznej, na wymuszonym braku zainteresowania, na zgodzie na brak informacji, na rezygnacji z uczestnictwa w ważnym międzynarodowym spotkaniu, na uchylaniu się od obowiązku reprezentowania państwa. Premier złamał konstytucję, ponieważ uczynił wszystko, by uniemożliwić najwyższemu przedstawicielowi Rzeczypospolitej Polskiej wykonywanie jego konstytucyjnych obowiązków.

Min. Michał Kamiński podczas rozgrywanej przez Rząd intrygi z samolotem wykrzyczał: "To jest kieszonkowy zamach stanu". Jest to zupełnie niewłaściwe obracanie sprawy w żart. To, co się stało w związku ze szczytem europejskim nosi w pełni znamiona nieudanej próby zamachu stanu na ustrój państwa - Premier Donald Tusk i biorący udział w próbie zamachu ministrowie, urzędnicy i politycy muszą stanąć przed Trybunałem Stanu. Oby jak najszybciej.

Prezydent Lech Kaczyński swoją zdecydowana postawą zablokował zamachowców i zachował się jak prawdziwy mąż stanu zachowując spokój i godność w trudnej sytuacji.

Pojawiają się już łajdackie głosy polityków i komentatorów przywodzące argument, że "po co pojechał, jeśli i tak niczego nie powiedział". To już jest bezczelność w najwyższym wymiarze, jeśli rozważyć wszystkie okoliczności tego dramatycznego wyjazdu i  powściągliwość Prezydenta na forum międzynarodowym zaplanowaną po to, by strzec godności Polski. Nie dopuśćmy do zatarcia tych wydarzeń i skończmy z tolerancją dla polityków, których identyfikacja z Polską jest tak straszliwie wątpliwa, że już nie wiadomo kto ich naprawdę wybrał.

 

13 października 2008   -  135

Prezydent nie może zrezygnować

Od tygodnia główną pożywką mediów jest sprawa konfliktu na linii Premier-Prezydent w sprawie wyjazdu do Brukseli na szczyt UE. Mówią o tym wszyscy. Niektórzy nawet wrzeszczą, popisują się, oburzają, wzywają do opamiętania, jęczą i straszą - nikt nie mówi o tym, co jest najważniejsze w tym konflikcie.

Szczerze mówiąc nie jestem pewien, czy rzeczywiście nikt nie mówi, bo w kilku komentarzach internetowych pojawiają się już ślady zrozumienia istoty rzeczy. Być może ktoś już sprawę wyłożył pełnym tekstem, ale nie siedzę po uszy w internecie i sam jeszcze takiej wypowiedzi nie spotkałem. Zacznijmy wszakże od tego, co widzimy.

Wszystko rozpoczęło się od mocnej, publicznej i wypowiedzi Premiera, że sam ustali skład delegacji na szczyt, będzie jej przewodniczył i nie widzi miejsca dla Prezydenta. Była to wypowiedź wybitnie prowokacyjna, a nawet upokarzająca, z wyraźną intencją postawienia Prezydenta w kłopotliwej sytuacji. Natychmiast pojawiła się riposta urzędu Prezydenta, po której potoczyła się lawina jeszcze bardziej prowokacyjnych wypowiedzi różnych kompromitujących postaci strony rządowej.

Urząd Prezydenta nie atakował, odpowiadał na oczywiste zaczepki, obelgi i insynuacje, a robił to czasem bardzo zdecydowanym i klarownym słowem, przekazując jedną, podstawową tezę - "Prezydent pojedzie na szczyt i z urzędu będzie przewodniczył delegacji".

Muszę poczynić małą dygresję. Z przekonaniem głosowałem na Lecha Kaczyńskiego, ale nigdy dotąd nie rozpieszczałem go pochlebnymi uwagami. Było zwykle odwrotnie, ponieważ miałem ogromne zastrzeżenia do ludzi z otoczenia Pana Prezydenta - umiejętność doboru ludzi uważam za podstawową kwalifikację potrzebną do sprawowania urzędu. Ostatnio jednak coś się zmienia w dobrą stronę i sądzę, że min. P. Kownacki szybko i efektywnie zbiera dla niego punkty, budząc oczywiście złość przeciwników.

Gdyby widzowie tego wciąż trwającego widowiska zdobyli się na odrobinę obiektywizmu, zauważyliby łatwo różnicę poziomu i stylu polityków obu stron. Niesłychana agresja polityków PO i ostre, dosadne, ale z zachowaniem kultury riposty drugiej strony. Tym bardziej, że brakowi powagi i zwyczajnemu chamstwu polityków PO, cały czas towarzyszy kompletny brak szacunku dla stanowisk przez nich pełnionych. Szkoda przypominać te wszystkie sytuacje, ale czy po tym, co pokazano, można mieć szacunek do młokosa, którego postawiono na czele MON, do hochsztaplera i klęczącego histeryka na czele MSZ, do gówniarza kierującego kancelarią premiera, czy przewodniczącego klubu PO, wylewającego potoki nic nie znaczących, zwykle fałszywych słów?

Niezawodni dziennikarze mają swoje dni - podsycają konflikt, jak mogą, judzą aż do skutku, zagłuszają argumenty, przerywają wątek rozmówców ze strony Prezydenta, sami stają się stroną i zaangażowanymi, nieobiektywnymi "mediatorami".

Równie niezawodni socjologowie opisują istotę konfliktu - chore ambicje, walka o władzę, potyczka o pozycję polityczną, początek kampanii wyborczej ...etc. Tylko jednemu z nich (Jabłoński - tak, to ten łysy, o mało inteligentnym wyglądzie, zwłaszcza gdy mówi w emocjach) wypsnęła się prawda wprawiająca w zakłopotanie kolegów po fachu: "My tu jesteśmy przecież od tego, by robić rewolucję!"

I nikt nie dotyka sedna rzeczy, które polega na całkowicie odmiennym podejściu Prezydenta i Premiera do polskich spraw, o których mogą zapaść poważne decyzje na szczycie. Prezydent słusznie ocenia Premiera i jego zespół ministrów, jako osoby mało wrażliwe na interes Polski, a nawet skłonne do działań przeciw tym interesom i uznaje, że kilku spraw poruszanych na szczycie musi przypilnować. Jego upór nie ma poważnego związku z ambicjami, z próżnością, czy z kampanią wyborczą - jestem przekonany, że ustąpiłby, gdyby chodziło o jego prywatne sprawy. Tutaj jednak chodzi o Polskę i konsekwentne obstawanie przy swojej pierwotnej decyzji jest po prostu koniecznością - pilnowanie najważniejszych spraw dla Polski jest podstawowym obowiązkiem Prezydenta i za to będzie kiedyś oceniany przez historię. Prezydent nie może wprost powiedzieć, że się obawia, że D.Tusk znowu chce zadziałać przeciw interesowi Polski, bo konsekwencją wygłoszenia takiej opinii, byłaby konieczność odwołania Premiera, a tego się wciąż jeszcze nie da zrobić.

Z pewnością moja opinia o szkodliwości D.Tuska i jego ekipy dla polskich spraw jest jeszcze bardziej negatywna i ugruntowana na podstawie wielu wydarzeń, które miały miejsce  po 1989 roku. Nigdy nie mogłem pojąć powszechności wyjątkowo głupich oczekiwań, że jest możliwa koalicja, czy współpraca PO i PiS. To oczekiwanie, formułowane także przez polityków PiS, było podstawowym źródłem moich wątpliwości w ocenie pożyteczności PiS. Dzisiaj chyba już wyparowała ta idea z głów, a ohyda łajdackiego stada, które tak bardzo zdążyło już zaszkodzić Polsce, jest coraz powszechniej rozpoznawana.

W trakcie pisania, którego nie ułatwia mi rozwijający się dramat, coraz częściej słyszę i to ze strony PO potwierdzenie, że istotą konfliktu jest różnica poglądów na temat omawianych na szczycie spraw, a co za tym idzie, różnica poglądów na temat ważnych dla Polski rozwiązań. W normalnych warunkach Premier spotkałby się kilka razy z Prezydentem, by próbować ustalić kompromis. Mogłaby się też rozwinąć publiczna debata na temat tych różnic, ujawniająca choćby fragmentarycznie postawę społeczeństwa. I to wszystko zależało od PO, w jaki sposób ustawi od początku ten merytoryczny spór, jeszcze przecież daleko nie konflikt. Ale tu nie chodziło o merytoryczne przekonanie do racji, tak jak nie chodziło o to wcześniej przy wielu aferalnych posunięciach politycznych sprzed lat. Tutaj chodziło o przeforsowanie swoich zamierzeń - po części motywowanych materialnie skoków na kasę, po części motywowanemu ideologicznie zaoraniu Polski, by nie przeszkadzała w tworzeniu "nowego porządku świata". A przy okazji jest i zysk dla dziennikarskich hien: "The show must go on".

Dlatego dobrze, że Prezydent nie zrezygnował, dobrze, że będzie pilnował polskich spraw. Przewiduję, że konflikt rozwinie się jeszcze mocniej, może aż do wyborczego przesilenia. Oby!

 

9 października 2008   -  134

Wyciągajmy ludziom głowy z piasku !

Red. Piotr Gociek przedstawił we wczorajszej  Rzeczpospolitej miażdżący obraz pozycji PiS w społeczeństwie, wynikający z przejęcia przez polityków PO praktycznie wszystkich zalet, dzięki którym PiS zyskiwał niegdyś przychylność swojego elektoratu. Stawiając tę tezę publicysta w całości oparł się na wynikach różnorodnych sondaży opinii publicznej i zaserwował szeroką paletę liczb rzekomo odzwierciedlających rzeczywiste poglądy średniego Polaka. Redaktor tak głęboko rozwija interpretację poszczególnych liczb sondażowych, że nie pozostawia żadnych wątpliwości co do swojej niezachwianej wiary w rzetelność wyników badań.

Szkoda słów, bo ta choroba jest dość powszechna i mimo niezliczonych kompromitacji wyników sondażowych, ludzie wciąż zdają się wierzyć w magię podawanych liczb. Już mnie ta ludzka przypadłość nawet nie złości, a jedyne czego nie potrafię zaakceptować, to dyskusji, lub tekstów, w których argumentację buduje się na podstawie sondaży. Dlatego trudno mi potraktować poważnie analityczne spojrzenie red. Goćka na sytuację na politycznej scenie.

Także, budzące tak ogromne, ale pełne satysfakcji, zdziwienie publicystów utrzymującymi się dobrymi notowaniami PO w sondażach, jest zbudowane na fikcji. Niestety badacze nigdy nie podają szczegółów metodyki badań, a zwłaszcza tego, że znakomita większość ankietowanych w ogóle odmawia odpowiedzi. Nietrudno się domyślić, że taka odmowa wyłącza z badań grupę o innych preferencjach politycznych, niż ci, którzy chętnie odpowiadają ankieterom. W skrajnym przypadku, gdy badania firmuje np. red. T.Lis wyniki jego sond odzwierciedlają poglądy tych, którzy go lubią, a przynajmniej tolerują - i to każdy z łatwością zobaczy po wynikach. Jestem przekonany, że badający dobrze wiedzą o fałszywej reprezentatywności badanych grup i dlatego uwzględniają odpowiednią korektę, gdy zbliża się czas weryfikacji -czas wyborów. Ja sam intuicyjnie staram się oceniać wielkość niezbędnej korekty, ale w dużej odległości czasowej od finału taki zabieg jest dość ryzykowny i ogłaszane wyniki niewiele są warte. Jedyną informacją do przyjęcia jest fakt, że dzisiaj zapewne PO i PiS mają duże poparcie elektoratu, a cała reszta bardzo małe.

W fizyce bardzo pożyteczne są tzw. doświadczenia pomyślane (gedanken Experiment), ale w chwiejnej materii badań socjologicznych nie ma wystarczających przesłanek, by zaprząc do rozważań twardą logikę i wysnuć jakieś wnioski. Gdyby jednak zrobić taki eksperyment i założyć, że za miesiąc mamy wybory, zobaczylibyśmy szybko jak zmieniają się wyniki sondaży. To nie zmieniałyby się preferencje wyborców, to firmy badające opinię publiczną rozpoczęłyby starania o zachowanie elementarnej wiarygodności i stopniowo rosłyby wyniki PiS i malały dla PO. Ostateczne sondaże, tuż przed wyborami byłyby bliskie rzeczywistym wynikom, może z kilku procentowym przeszacowaniem dla PO. Dlatego dzisiaj, na podstawie chwiejnej przesłanki, jaką są wciąż utrzymujące się rozsądnie duże notowania dla PiS, które podają sprzyjające PO (innych nie ma) ośrodki badań, twierdzę, że notowania PiS wynoszą 43%, a PO 25%. Ta duża korekta w stosunku do publikowanych wyników świadczy o mojej ocenie stopnia bezczelności dzisiejszych sondażystów i równoległej oceny stopnia naiwności większości publicystów.

A jednak, powiedziawszy to, co powiedziałem, muszę wyrazić wielki dyskomfort, że po tym wszystkim, co się dotychczas stało i co przynosi prawie każdy dzień, tak wielu Polaków wciąż toleruje wyczyny Platformy Obywatelskiej. I odczuwam szczególny dyskomfort, gdy ta niefrasobliwość tak mocno dotyka środowiska naukowe; niestety także środowiska fizyków. Wielokrotnie próbowałem zrozumieć dlaczego tak się dzieje, zwłaszcza w przypadkach ludzi, o których wiem, że z grubsza przyjmują podobny system wartości, może lekko tylko przyprószony wyrastającą ponad przeciętność przypadłością egoizmu. Przecież nawet egoizm nie powinien tłumić wyobraźni wybiegającej w przyszłość, gdy wyczerpie się czas egoistycznych korzyści i zaczną wszystkim doskwierać skutki niedostrzeganych dzisiaj błędów i zaniedbań.

Byłem w ostatnich tygodniach zaabsorbowany wyjazdami związanymi z moją pracą zawodową, a ostatnie dwa tygodnie spędziłem w USA. Spotykałem się także z wieloma znajomymi, wśród nich z wieloma Polakami i próbowałem sondować nastroje polityczne przed tamtejszymi wyborami. W ogromnej większości popierają Obamę i zmęczeni prezydenturą Georga W. Busha oczekują zmiany. Ale argumentów, że to będzie zmiana na lepsze nie mają. Przypomina to nastrój wytworzony przez media przed wyborami w Polsce - nie jest ważne, co zrobi PO, ważne, żeby usunąć PiS. Próbowałem im podać mniej więcej taki argument: "Nie przyglądałem się ostatnio polityce w USA i nie czuję się dostatecznie kompetentny, by dyskutować o tutejszych problemach wewnętrznych; do niedawna wynik wyborów był mi raczej obojętny, bo Bush rzeczywiście był kiepskim prezydentem. Jednak patrząc na sytuację Polski i bardziej generalnie sytuację świata z perspektywy dzisiejszego zachowania się Rosji, Obama będzie dramatycznie złym wyborem. Jako Polak głosowałbym na Mc Caina, a gdybym był Amerykaninem, to dla dobrej przyszłości swojego kraju też bym tak wybrał."

 Odpowiedź zwykle brzmiała: "No tak, ale jak ten wiekowy Mc Cain umrze, to będziemy mieli niekompetentną i głupią Sarah Palin." Zbyt mało wiedziałem o kandydatce na wiceprezydenta, ale już zdążyłem zauważyć, że w większości mediów była straszliwie brutalnie atakowana i ośmieszana - przypominało to tę furię, z jaką przed wielu laty załatwiono skutecznie młodego D.Quale'a. Zmobilizowałem się i obejrzałem debatę Palin-Biden, w której partnerka Caina wypadła znakomicie, zaprzeczając całkowicie negatywnym opiniom o sobie. A później okazało się, że moi znajomi w ogóle nie oglądali debaty, za to powtarzali opinie przekazane w mediach, potwierdzające wcześniejsze oceny.

Niestety, taka sytuacja jest wszędzie, że wielu ludzi, poczytujących się, albo mylnie uznawanych za światłą elitę narodu, nie zadaje sobie żadnego trudu, by samemu poszukać prawdy. Jak struś, chowają głowę w piasek i odbierają zupełnie powierzchowne bodźce, które nakazują im iść w stadzie, bo zdaje im się, że tak jest bezpieczniej.

Powrócę na nasze podwórko.

Kilka miesięcy temu byłem na przyjęciu imieninowym w towarzystwie, w którym unika się już rozmów na tematy polityczne, by zachować dobrą atmosferę. Ktoś jednak złamał tę niepisaną zasadę i delikatnie rzucił w przestrzeń uwagę o deficycie patriotyzmu w szeregach PO. W tym momencie jedna z pań eksplodowała gniewem i oburzeniem, że jak można ją posądzać o brak patriotyzmu, gdy jej dziadek został wywieziony na Syberię. Była cała rozdygotana i wstrząsał nią szloch. Nie pojmowała, mimo że nie jej bezpośrednio dotyczyła uwaga, że może w ogóle znaleźć się w cieniu podejrzeń o zanik patriotyzmu. Milcząc, myślałem, jak to może być, że ta dobra i serdeczna znajoma, inteligentna i niezła w swojej specjalności naukowej, jest tak pewna swojego patriotyzmu, a zawsze lokuje swoje sympatie w partiach, które realizują cele absolutnie sprzeczne z interesem narodowym. Jak to może się dziać, że ona tak bardzo nie rozpoznaje sytuacji i nawet nie domyśla się sprzeczności swoich politycznych wyborów z jej patriotyzmem. Bo przecież nie mam wątpliwości, że oburzenie było całkiem autentyczne - ona naprawdę wierzy, że jest patriotką.

Wielokrotnie próbowałem rozmawiać z takimi ludźmi. Niestety, z nimi się nie da rozmawiać z tej prostej przyczyny, że są całkowicie niekompetentni. Oni nie znają podstawowych faktów. Te, które się już zdarzyły i powinny być namacalnym dowodem w prostej argumentacji wyborów politycznych, dziwnie zacierają się w ich pamięci. Oni trzymają głowy w piasku i nie chcą wiedzieć. Nie chcą wiedzieć, bo to komplikuje życie, bo to taka trudna materia, bo polityka to brud, bo nie chcą się kłócić, bo nie mają czasu, etc. I im nie można pomóc, bo oni nie przyjmą żadnych niewygodnych dla siebie faktów; uznają je za tendencyjnie wybrane, a sprawdzanie to zbyt wielki i czasochłonny wysiłek.

Wiem, że ich przekonanie o przynależności do elity jest całkowicie nieuprawnione, a tym bardziej do elity patriotycznej. Można być wybitnym naukowcem, ale nigdy nie wolno uchylać się od szerokiego spojrzenia poza własną dziedzinę i zapominać, że Ojczyzna to zbiorowy obowiązek. Dzisiaj elementarnym obowiązkiem patriotycznym jest dobre rozpoznawanie sytuacji politycznej, by wspierać tych, którzy prawdziwie pragną  kształtować polską rzeczywistość zgodnie z interesem narodu.

Nie wiem jakim sposobem wyciągać te głowy wetknięte w piasek, ale kopniaki, które wymierza rząd Tuska w strusie podogonia, mogą się do tego dobrze przyczynić.

Jeżeli ludzie nauki nie otrząsną się z tego ponad miarę długiego letargu i nie poczują w sobie wyzwania godnego elit, to wszyscy jak barany pójdziemy na rzeź, a przodem pójdą wybitni uczeni.

 

13 września 2008   -  133

Jeszcze jeden mądrala

Zamieszczony w dzisiejszej Rzeczpospolitej artykuł Piotra Skwiecińskiego pt. "Kompleks Rosji" wpisuje się w cykl płaskiej, nieuczciwej i niemądrej publicystki, którą od wielu lat raczą nas zastępy autorów zajmujących zupełnie bezpodstawnie miejsce w przestrzeni publicznej. Mamy tzw. "wolność słowa", w ramach której rzekomo każdy może w nieograniczony sposób wygłaszać swoje poglądy, jeśli jednak zważyć, że możliwość docierania do szerszego odbiorcy jest mocno uwarunkowana i ograniczona, to tego typu zdumiewające teksty po prostu irytują. Jeśli dodatkowo zważyć, że autor jest prezesem PAP, to irytacja tylko się pogłębia.

Nie wiem, dlaczego redakcja Rzeczpospolitej tak usilnie demonstruje swoją otwartość na pluralizm poglądów, że nie waha się zamieszczać nawet teksty J.Żakowskiego, czy I.Krzemińskiego, które wywołują jedynie wzruszenie ramion, lub też Ł.Warzechy, które bardziej nadają się do badania osobowości autora, niż do przemyślenia przedstawianego poglądu. Fakt, że praktycznie nikt nie podejmuje z nimi polemiki, wydaje się być naturalną reakcją, ale pozostaje też poczucie pewnej bezkarności, która zachęca innych do pisania równie niemądrych i najczęściej prowokacyjnych tekstów.

Bo tekst P.Skwiecińskiego jest prowokacyjny i jest to ten typ powtarzanej od lat prowokacji, w której stosunkowo młody autor, bez jakiegoś szczególnego dorobku, czy zasług, uzurpuje sobie prawo do chłostania narodu. Ten przywilej, a zarazem uprawnienie do krytyki i upomnień, które mogą wywołać chęć do przemyśleń, mogą mieć tylko wielcy Polacy, którzy wcześniej czynem wykazali, że miłują Polskę i Naród, że życzą mu dobrze, a chłosta wynika z troski o przyszłość. Ani ich imion nie trzeba przypominać, ani nazwisk tych, którzy jako uzurpatorzy tak chętnie sięgają po nie przysługującą im rolę. No i teraz Pan Piotr Skwieciński dołączył jako jeszcze jeden mądrala. I tutaj nie chodzi, bynajmniej, o hamowanie słusznej i życzliwej krytyki, chodzi o ton i manierę, w której to wszystko się odbywa.

Niezawodny FYM (pseudonim Free Your Mind), blogger z Salonu24, już zdążył powiedzieć na temat artykułu prezesa PAP to wszystko, co najważniejsze. To mój ulubiony publicysta, z którego wypowiedziami zgadzam się zawsze prawie w całości i jestem wdzięczny, że tak niezwykle szybko, sprawnie i jasno formułuje swoje poglądy. Jestem wdzięczny, bo przecież czuję ulgę, gdy to, co sam myślę wybrzmiewa szybko w medialnej trybunie i mogę się ucieszyć, że ktoś to tak dobrze napisał. Myślę też, że mają się czego uczyć ci wszyscy, których nazwiska w Salonie24 znaczone są czerwonym kolorem.

Chciałbym jednak tym razem coś dodać do wypowiedzi FYMa; coś, co odsłania trochę przyczyny mojej irytacji w związku z tekstem P.Skwiecińskiego.

Najpierw ta faktograficzna część, w której autor buduje oskarżenie na podstawie wiary, że to, co mu podano jest prawdziwe i na podstawie uzupełnień zbudowanych z własnych obserwacji bliżej nie sprecyzowanego środowiska, którego poglądy i opinie utożsamia z ogółem Polaków. W przypadku dramatu zakładników w Biesłanie nie spotkałem nikogo, kto stanąłby po stronie terrorystów i domagał się kapitulacji rosyjskich władz. Jeżeli ktoś w ogóle rozważał możliwe motywacje terrorystów, to próbował uruchomić wyobraźnię na temat tego, co rozgrywało się w Czeczenii (czego świat przecież nie widział) i mogło prowadzić ludzi do takiego zezwierzęcenia. W żadnym przypadku nikt nie usprawiedliwiał terrorystów, natomiast poważne wątpliwości dotyczyły sposobu odbicia zakładników, w którym porażała łatwość szafowania życiem dzieci. I to zachowanie, ten brak szacunku dla życia ludzi, gdy w grę wchodzi demonstracja politycznego zdecydowania, jest charakterystyczne dla przywódców Rosji, choć nie tylko dla nich. Tutaj autor zdaje się nawet nie pamiętać o matkach zabitych dzieci, które wiedzą dobrze, jak to się odbyło i jaki jest skutek, ale chyba do dzisiaj nie doczekały się pełnych wyjaśnień.

O Katyniu, który pan Skwieciński zdaje się uznawać za załatwioną i wyjaśnioną sprawę, szkoda w ogóle mówić. Pewnie podziela opinię Rosjan i zbrodni tej też nie uważa za ludobójstwo, a ocierane chusteczką łzy Jelcyna uznaje za satysfakcjonującą skruchę. Rzecz nie tylko w sabotowaniu śledztwa, w ukrywaniu dalszych ważnych dokumentów, a nawet w publicznym powrocie do starych propagandowych kłamstw. Najbardziej istotne jest to, że w olbrzymiej większości Rosjanie w ogóle o tej zbrodni nie wiedzą - oni nawet nie wiedzą o udziale Rosji w rozpoczęciu wojny w 1939 roku i o tym, że zanim Hitler ich zaatakował, przez 21 miesięcy ściśle i przyjaźnie współpracowali z nim w prowadzeniu i zaopatrzeniu surowcami jego podbojów.

Cóż więc argumentować w sprawie Gruzji, o której prezes PAP z pewnością nie wie niczego więcej ponad to, co dostępne jest dla zwykłych obserwatorów, ale jest pewien, że wersja rosyjska jest prawdziwa. Formalnie Gruzja zaatakowała własne terytorium, na którym Rosjanie rządzili się jak u siebie. Rosja długo prowokowała, wzmagając napięcie do kresu możliwości - byli tak przygotowani, że praktycznie wyznaczyli czas, w którym prowokacja musiała się w końcu udać. Mam wrażenie, że powtórzenie przez Rosjan niemieckiej prowokacji z radiostacją gliwicką pewnie też ułatwiłoby autorowi zrozumienie rosyjskich racji.

Te fakty ze współczesności służą P.Skwiecińskiemu, jako wstęp do postawienia głównej tezy artykułu o kompleksie Rosji, na który rzekomo od zawsze cierpią Polacy, by następnie chłoszcząc ich po grzbietach i duszy, domagać się zasadniczej zmiany tej nad wyraz szkodliwej przypadłości. I na czym autor opiera tę swoją tezę, ubarwiając ją słowami o hipokryzji Polaków, o ich pogardzie dla Rosjan, o przekonaniu swej wyższości cywilizacyjnej? Otóż opiera ją na własnych obserwacjach i doświadczeniach - jak mówił poeta: "takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy".

Z mojego punktu widzenia doświadczenia autora są dość unikalne. Już w wieku 14 lat usłyszał on od kogoś: "tam po każdym najeździe mongolskim każda Ruska z brzuchem chodziła". Zapamiętał tak dokładnie, że nie waha się cytować, bo "od tego momentu" co jakiś czas słyszy "kolejne warianty tej mantry", a dalej jego argumentacja jest właśnie w stylu takich uogólnień, które ukrasza zaimkami "my", "nasze", wciągając na siłę czytelników w swoje bredzenie. Żyję trochę dłużej od autora i nigdy nie słyszałem tak sformułowanych poglądów. Po trzyletnim pobycie w Dubnej (1968/71), gdzie miałem wiele okazji do bliższego poznania Rosji i Rosjan, byłem szczególnie wyczulony na obserwację wzajemnych stosunków naszych narodów. Całkowicie nie zgadzam się z tezą autora. W gruncie rzeczy zawsze zadziwiała mnie wielka przychylność i kultura, z jaką średni Polak traktował średniego Rosjanina. Cała ostra krytyka, potępienie, a nawet pogarda, dotyczyła wyłącznie tego wszystkiego, co kojarzyło się z systemem sowieckim, odnosiło się do przedstawicieli tego systemu, ale w praktycznych stosunkach międzyludzkich ta oczywista i uzasadniona niechęć nie była przenoszona na stosunek do pojedynczych Rosjan. Dość powszechne było i jest uznanie dla osiągnięć rosyjskiej kultury, zwłaszcza literatury, muzyki, baletu i nauki. Dziwne, że nawet propagandowe zielono-górskie festiwale były bardziej lubiane, niż odrzucane. Dla mnie najbardziej wyrazisty i powszechny przejaw autentycznej sympatii, życzliwości i szacunku dla Rosjan odsłonił się po roku 1989, gdy pękły zapory graniczne i tysiące Rosjan zalało polskie miasta i miasteczka, by handlować przywiezionym z Rosji towarami. Słyszałem ciekawość ludzi, słyszałem życzliwość, widziałem chęć wsparcia przez kupowanie nawet niepotrzebnych rzeczy i nigdy nie widziałem śladu pogardy. Szczerze mówiąc był to dla mnie powód do wielkiej dumy z Polaków, świadectwo ich dojrzałości, a nawet wielkości, bo trzeba mieć w sobie zdolność do pohamowania niechęci wobec wielu doznanych krzywd i zrozumienia ich prawdziwego źródła. Byłem dumny, bo wcześniej byłem świadkiem powszechnego i całkiem innego podejścia Niemców do Polaków handlujących w Berlinie, choć tamto zjawisko miało nieporównanie mniejszą skalę i w ogóle nie mogło być dla Niemców uciążliwe.

W jednym Piotr Skwieciński ma rację - Polacy odczuwają w stosunku do Rosjan wyższość cywilizacyjną - choć wszystko wskazuje na to, że autor ma co innego na myśli, niż to, co jest rzeczywistym źródłem tego przekonania Polaków. W Polsce w sposób całkiem wyjątkowy przyjęła się i zakorzeniła cywilizacja łacińska, która w każdej obiektywnej analizie musi być uznana za najbardziej pożądany wzór zbiorowego życia ludzkich społeczności. Uznanie każdego człowieka za powołanego do istnienia przez Boga i obdarzonego wolną wolą, ale kierującego się także dobrem innych, stwarza szczególne warunki do harmonijnego rozwoju społeczności i redukcję zagrożenia dla innych. W Rosji trwa do dzisiaj ukształtowana przez wieki cywilizacja turańska, gdzie wódz ma zawsze rację, a naród podporządkowuje się w całości jego decyzjom, traktując go jak zastępcę Boga. To podejście jest w Rosji całkowicie powszechne, utrwalone wiekami historii i trudne do zmiany. Najwidoczniej jest to odzwierciedlone w porównaniu roli Cerkwii prawosławnej w Rosji i Kościoła katolickiego w Polsce. W pierwszym przypadku - zawsze z władzą, choćby przeciw narodowi, w drugim - zawsze z narodem, choćby przeciw władzy. I to, poza wyjątkami, z Rosjan wychodzi na każdym kroku. Zapytany o opinię na dowolny temat związany z kontrowersyjną decyzją przywódcy,  prosty Rosjanin odpowie: "Ani tam łuczszie znajut", a mieniący się elitą zacznie powtarzać argumenty, które mu podsunięto z góry. I tak będzie długo i z tymi Rosjanami musimy współżyć i układać się, ale ze świadomością, że to nie Rosjanie, ale ich praktycznie niekontrolowani przywódcy podejmują decyzje. A ci są bardzo groźni, gotowi do powtórek z historii, gotowi do nakładania ciężarów i kosztów tak na swój, jak i na inne narody i trzeba te zapędy ograniczać wszelkimi możliwymi sposobami.

Wspólne działanie z innymi krajami świata, przy zachowaniu jasnej świadomości, że np. Putin jest władcą w ramach cywilizacji turańskiej, jest wymogiem dzisiejszego czasu i może pomóc obalić tę nieszczęsną prawidłowość ustaloną przez F.Konecznego, w której rywalizację wygrywa zawsze cywilizacja o niższym stopniu rozwoju.

Mam wrażenie, że pan Piotr Skwieciński uznaje pełną równoważność różnych cywilizacji i każe nam szanować także tę turańską, która na takie wyżyny wzniosła naród rosyjski, że mielibyśmy się czego uczyć. Jego tekst dotyka zbyt ważnej sprawy, by można było tolerować pełnienie przez autora tak ważnej funkcji w głównej centrali informacyjnej Polski.

 

31 sierpnia 2008   -  132

Czarne chmury nad światem,

Dzisiaj ludzie, których bezpośrednio dotknęła tragedia wojny w Gruzji, pozostali w samotności ze swoimi bólami, a ich fizyczne przetrwanie zależy w znacznym stopniu od pomocy płynącej ze świata. Sympatia i współczucie zewnętrznych świadków wydarzeń ostygają bardzo szybko, bo też ciągła dawka obrazów tragedii i cierpień płynących z różnych części świata, stała się chlebem codziennym. Jeszcze jutrzejszy szczyt UE wyznaczy tempo, a być może zdefiniuje schemat ostygania wrażliwości świata na ten najnowszy dramat, ale już potencjalne obrazy szaleństwa huraganu Gustaw mogą przesłonić to, co budziło współczucie dla ofiar gruzińskiej potyczki. I tak się pewnie stanie, ale wojna w Gruzji może stać się przełomem, jeżeli świat zrozumie przesłanie tych wydarzeń.

Prawdziwie ważnym przekazem jest mocny sygnał, że Rosja uznała aktualny czas za ten moment, w którym można już zrzucić maskę i przystąpić do praktycznego odzyskiwania mocarstwowej pozycji. Brutalna rozprawa z Gruzją jest nie tylko testem na odporność Zachodu - jest początkiem ofensywnych działań rosyjskich przywódców. Świadczą o tym  całe potoki wypowiedzi płynące z kręgów moskiewskich, w których słychać tak złowrogie tony, że w żaden sposób ich wymowy nie mogą osłabić wtrącane mimochodem ozdobniki: "chcemy współpracować z Europą i USA", "nie chcemy izolacji", "oczekujemy realistycznego podejścia do współpracy". Podział ról jastrzębia i gołębia pomiędzy Putinem i Miedwiediewem ma charakter zamienny - jeden grozi i straszy, drugi łagodzi, a za chwilę role się zmieniają. Najważniejszy przekaz tkwi w tym, co formułowane jest w groźbach, a łagodzące wtrącenia są lekkim przykryciem, by rozmyć społeczny odbiór wymowy gróźb i dać narzędzia pożytecznym idiotom, których nigdy w świecie, a zwłaszcza w Europie, nie brakowało.

W przekazie gróźb zawarta jest cała logika postępowania Rosji: "Mamy kasę wypełnioną po brzegi waszym kapitałem, a dalsze wpływy są gwarantowane - możemy zatem bez ograniczeń finansować nasze imperialne przedsięwzięcia. Wy jesteście w przededniu bankructwa, uwikłani w kosztowne operacje w Iraku i Afganistanie i zmuszeni do wpłat na nasze konta za surowce. Możemy tempo waszego bankructwa regulować, domykając kurki. Nasze społeczeństwo jest zawsze lepiej przygotowane do niedogodności i do ich przyjęcia, gdy my kontrolujemy patriotyczny przekaz medialny.  A skoro otworzyliście nam takie perspektywy podejścia do prawa międzynarodowego, jak inwazja na Irak, wejście do Afganistanu (a w czymże wasz Karzai jest lepszy od naszego Babraka Karmala?), a teraz stworzyliście precedens przez dezintegrację Serbii po odłączeniu Kosowa, to my się dołączamy do tych procesów.  Teraz nadszedł nasz czas i musicie się z tym pogodzić, a najlepiej, gdybyśmy doszli do porozumienia i ustalili granice wpływów. Nasza decyzja jest nieodwracalna i pójdziemy tą drogą dalej, bez względu na okoliczności i wasze grymasy".

Uważam, że Rosja zdecydowała się na pełną konfrontację i jeszcze lepiej niż słowne groźby, o tej decyzji świadczą groźby w czynach. Uparte pozostawanie wojsk rosyjskich w Gruzji, zaminowanie ważnych obiektów (tu na razie tylko wysadzenie pociągu zademonstrowało takie działania), to tylko drobnostki rozpływające się w wymowie całej akcji przeciw Gruzji. Najdobitniejszym sygnałem wskazującym na znacznie szersze zamierzenia jest wysadzenie potężnego składu amunicji na Ukrainie.

Dziwnym zbiegiem okoliczności mamy do czynienia z minimalnym oddźwiękiem na to szczególnie istotne wydarzenie. Rozumiem, że politycy mało mówią, bo za ich demaskacją takiego sabotażu musiałyby pójść adekwatne reakcje, ale dlaczego tuszują sprawę dziennikarze? Oczywiście zbieżność czasowa kryzysu gruzińskiego i eksplozja składu amunicji nie jest koincydencją przypadkową, a więc eksplozja jest zamierzonym, zaplanowanym wcześniej sabotażem, przekazującym właściwy sygnał przywódcom Ukrainy i Europy o daleko idącej determinacji rosyjskich strategów.

Tu pozwolę sobie na dygresję naukową o koincydencjach przypadkowych:
W fizyce jądrowej ustalenie zbieżności czasowej obserwowanych zjawisk jest podstawowym narzędziem analizy danych eksperymentalnych. Ustalenie to określone jest w ramach zadanego analizą przedziału czasowego, który może być bardzo krótki, nawet rzędu  pikosekund (10-12 sek). Jednoczesna rejestracja zjawisk w takim przedziale pozwala ustalić, że występują one w ramach innego szerszego zjawiska, którego istotę w ten sposób można badać. Elementem niepożądanym jest rejestracja koincydencji przypadkowych, to jest zaistnienie w ramach tego samego przedziału czasowego przypadkowej zbieżności zupełnie niezwiązanych ze sobą zjawisk. Bardzo łatwo można określić prawdopodobieństwo zajścia takiej koincydencji przypadkowej. Matematycznie można by wykazać, że prawdopodobieństwo zaistnienia eksplozji składu amunicji na Ukrainie w czasie trwania kryzysu gruzińskiego jest praktycznie zerowe, a kontekst innych prostych argumentów daje praktycznie pewność (nie dla prawników), że był to rosyjski sabotaż.

Zgadzam się z opiniami tych polityków, którzy przykładają wielką wagę do wydarzeń w Gruzji i domagają się stanowczej reakcji Europy wspartej jeszcze bardziej stanowczym, równoległym stanowiskiem USA. Rzeczywiście nie chodzi o konkretne sankcje, które mogłyby bardziej zaszkodzić Europie, niż Rosji. Chodzi o klarowny sygnał odpowiedzi wskazującej na gotowość do przyjęcia pełnej konfrontacji - taki, jaki ofiara winna wysłać szantażyście. Sygnał ten powinien komunikować Rosjanom: Rozumiemy, o co wam chodzi i przyjmujemy to wyzwanie. Pokazaliście, że po upadku komunizmu w istocie niczego nie zmieniliście w swojej mentalności i zamierzacie powrócić do dawnych agresywnych zachowań. Nie chcemy wojny, ale będziemy przygotowani, gdy ją rozpoczniecie. Dzisiaj rozpoczniemy przeorientowanie wszystkich naszych przedsięwzięć i postępowań tak, by uwzględnić ten nowy czynnik, jakim są wasze ujawnione zamierzenia. Musimy zapewnić bezpieczeństwo naszym narodom i innym narodom, które pragną z nami wspólnoty. W twardych warunkach handlowych będziemy z wami współpracować i nie widzimy potrzeby wprowadzania szczególnych sankcji. Jedynie rozpoczniemy działania dla odebrania wam organizacji olimpiady zimowej, by dać sygnał waszemu i naszym społeczeństwom, że w pełni odczytaliśmy przesłanie o waszych intencjach, jakie niosą wydarzenia w Gruzji.

Zapowiedź Finlandii o chęci przystąpienia do NATO idealnie wpisuje się w taką strategię, a szybkie kroki, by przyjąć także Gruzję i Ukrainę powinny mieć o wiele większą wartość, niż jakiekolwiek sankcje ekonomiczne. Właściwe sankcje ekonomiczne powinny polegać na realistycznym uniezależnianiu się od rosyjskich surowców.

A w Polsce zasadniczą sprawą musi być sprawna i szybka neutralizacja piątej kolumny.

 

9 sierpnia 2008   -  131

Czarne chmury nad Gruzją

Dramatyczny rozwój sytuacji wokół Gruzji nie pozwala na optymistyczne przewidywania jej dalszego ciągu. W gruncie rzeczy nie widać możliwości szybkiego zgaszenia konfliktu. Rosja zbyt długo przygotowywała całą operację, by zgodzić się na jej zakończenie przed osiągnięciem własnych celów. Te cele z kolei nie mogą być zaakceptowane przez władze Gruzji, bo będzie to nie tylko utrata części terytorium, ale konsekwencją  będzie drastyczne ograniczenie suwerenności potencjalnie okrojonej Gruzji.

Nie ma żadnych wątpliwości, że Putin (bo przecież to on wciąż wyznacza politykę Rosji) realizuje już całkiem praktycznie i w dawnym stylu odbudowę imperialnej potęgi Rosji, która odbiła się od dna materialnego kryzysu dzięki potężnemu zastrzykowi petrodolarów. Putin,  tak jak wszyscy jego poprzednicy - carowie i sekretarze imperialnej Rosji, kieruje się wskazaniami zawartymi w testamencie Piotra Wielkiego, wśród których dzisiaj zastosowane są te, mówiące o obowiązku zatrzymaniu raz zdobytych ziem, o ciągłym prowadzeniu wojny dla utrzymywania stałej gotowości bojowej armii i o nieustannym parciu na południe, by przecierać szlak do zatoki perskiej. Sama Gruzja nie ma szans, by się temu przeciwstawić i jedynie szeroka społeczność międzynarodowa może i powinna poskromić imperialne ambicje niebezpiecznego gracza, którego zbrodniczy instynkt wrył się w pamięć wielu narodów, także w bolesną pamięć własnego narodu.

Trzeba uświadomić Rosjanom, że nie mają czego szukać w rejonie Kaukazu, bo to nie ich tereny, nie ich cywilizacja, nie ich historia i nie ich kultura.

Dawno temu, w czasach mojego pobytu w Dubnej, miałem okazję zwiedzać kilka rejonów włączonych siłą w Związek Sowiecki. Wrażenia stamtąd były źródłem mojej wiary, że to imperium kiedyś się rozpadnie. Byłem w Uzbekistanie, Kazachstanie, Tadżykistanie i Kirgizji - wszędzie, pomimo dominujących śladów sowietyzacji, było zauważalne kompletne fiasko wysiłków wytworzenia jednego typu sowieckiego człowieka - zdawało się, że te różnorodne narody cierpliwie czekają na swój czas. Byłem też w Gruzji w sierpniu 1968 roku.

Już w Dubnej miałem dobre kontakty z Gruzinami - fizykami i jak najlepsze wrażenia wyróżniające ich spośród innych narodowości cechami, które z pewnością wypływają z kultury wyniesionej z własnych rodzin, z kraju i środowiska, w którym dojrzewali. Była też wzajemna sympatia, która rodziła się jakby samoistnie i naturalnie, bez potrzeby wnikania skąd się bierze, bo wiele przyczyn się zapewne na to składa. Wspólnota poglądów z pewnością jest jedną z tych przyczyn. Wtedy w sierpniu w Tbilisi wyraźnie się ujawniła, gdy zdumiony żywo gestykulującymi Gruzinami stojącymi przed kioskiem, kupiłem gazetę, by dowiedzieć się, że wojska Układu Warszawskiego wkroczyły do Czechosłowacji. Nasze reakcje były identyczne, a mnie zachwycało, że Gruzini nie wahali się publicznie dawać im wyraz.

Dzisiaj więc myślę o tej dawnej Gruzji, która już wtedy czekała na swój czas i która także wtedy, nawet jeśli ogarnięta sowiecką duszną atmosferą, ujawniała swoją wielką i wspaniałą przeszłość, dawne cywilizacyjne osiągnięcia i wyjątkowy urok. Pięć dni w Tbilisi, na prospekcie Szota Rustaveli, na bulwarach ulokowanych wzdłuż urwistego koryta rzeki Kury, w kościele pw. św. Barbary, z przypadkowym uczestnictwem w ceremonii chrztu świętego pięciu mężczyzn w wieku od 1 do 40 (chrześcijaństwo Gruzja przyjęła w trzechsetnym roku), wreszcie wieczory w restauracji na górze Mtacminda - gruzińskie szaszłyki, tak różne od uzbeckich, wspaniałe wina Mukuzani, Cinandali, Chwanczkara, no i te słynne gruzińskie toasty. A potem stara stolica Mccheta, czarnomorskie Batumi oddalone o 16 km od granicy z Turcją (w związku z tym, po 18-tej zażywanie kąpieli w morzy było całkowicie zabronione), wspaniały, bodaj jeden z największych ogrodów botanicznych Zelenyj Mys, ale także cudowne wybrzeże Abchazji z Suchumi, Gagrą i Picundą. A wszędzie wspaniali, życzliwi ludzie, ślady znakomitej historii, aromatyczne owoce, wino, nadzwyczajna kawa i wyczuwalna tęsknota za wolnością.

Już wtedy słyszałem też o animozjach między Gruzinami, Abchazami i Osetyńcami, ale nigdy nie miałem okazji, by dociekać ich genezy. Martwi to, że te animozje przetrwały tak trudny czas, a starodawne rosyjskie ich wygrywanie może trwać, nie prowadząc do wniosków budujących lepszą przyszłość narodom kaukaskim. Wydaje się, że w dłuższej perspektywie, pokonanie tych płytkich przecież zatargów i zbudowanie wspólnoty ludów kaukaskich, byłoby najprostszym wyjściem z sytuacji, umożliwiającym przyjazny, ale stanowczy dystans do Rosji. Gdy spojrzeć na historyczne zaszłości dziejące się między narodami skandynawskimi, to łatwo sobie uświadomić, że z mądrymi przywódcami można zbudować niezwykle efektywną wspólnotę, prawie rodzinę.

Sądzę, że Michaił Sakaszwili nie jest światłym przywódcą i nie wiem, czy rezygnując z bardziej cierpliwego postępowania nie zraził sobie na długie lata współbraci z Osetii. Zbyt mało wiem, by to rzetelnie ocenić, ale i tak podchodzę z rezerwą do przywódców hodowanych do akcji politycznej poza własnym krajem. W końcu Fidel Castro i Pol-Pot to wychowankowie Sorbony. Dzisiaj z pewnością to nie jest ważne, bo Gruzini zjednoczyli się wokół swojego prezydenta i świat powinien ich jak najmocniej wesprzeć.

Cieszę się, że nasz Prezydent zainicjował tak mocne oświadczenie i rzucił wyzwanie milczącemu dotychczas światu. Chciałoby się, by Polska idąc po tej linii politycznej, uderzyła się w piersi za wcześniejszy błąd z Kosowem, który był prezentem dla Putina. Powołując się na ten dramatyczny skutek, który Rosji pozwolił zapalić Kaukaz, Polska winna przyznać, że uznanie niepodległości Kosowa było błędem i publicznie dzisiaj wycofać to uznanie.

Pośród różnych nacisków na Rosję, być może należałoby zasypać Międzynarodowy Komitet Olimpijski żądaniem wycofania reprezentacji Rosji z olimpiady w Pekinie i wycofania Rosji z organizacji olimpiady w Soczi. Gdyby udało się zmobilizować międzynarodową społeczność do takiej akcji, byłby to ten rodzaj nacisku, który mógłby być skuteczny, bo przełożyłby się na opinię publiczną wewnątrz Rosji - Rosjanie zakosztowali już słodyczy wyjścia z wcześniejszej izolacji, by godzić się na jej odnowienie.

 

23 lipca 2008   -  130

Oczyszczająca moc absencji

Wielokrotnie próbowałem przekonywać, że nie warto występować w mediach, które jednoznacznie dają się rozpoznać jako media nieuczciwe i wrogie. Także na forum portalu Ojczyzna wszcząłem kiedyś wymianę zdań na ten temat, ale dyskusja szybko wygasła, bo praktycznie nie było żadnego głosu próbującego uzasadnić tezę przeciwną.

Dlatego dziwiłem się, że PiS tak długo dojrzewał do decyzji bojkotu stacji TVN i TVN24 - teraz się cieszę z jej podjęcia i z zainteresowaniem obserwuję rozwój sytuacji. Jednak moje zdziwienie wciąż trwa, bo wewnątrz ugrupowania PiS wyraźnie ujawnia się opozycja wobec tego postanowienia, która dała znać o sobie już w momencie podejmowania decyzji, a widać ją także w niektórych zachowaniach "rozmiękczających" wymowę bojkotu. Mam tu na myśli kilka, mało jeszcze znaczących zdarzeń, które mogły jednak zostać wychwycone przez tych, którzy też doceniają absencję w mediach koncernu ITI.

Jeden rodzaj zdarzeń, to te, które obrazuje zachowanie posła Pawła Kowala na korytarzu sejmowym, gdy "uchylił" się od wypowiedzi dla dziennikarza TVN. Zrobił to w taki sposób, by możliwie wyraźnie przekazać swoją negatywną opinię o decyzji własnej partii, którą już wcześniej wyraził wstrzymaniem się od głosu, jak odnotowały media na podstawie przecieków z posiedzenia komitetu politycznego PiS. Poseł Kowal zdawał się mówić do natarczywego dziennikarza TVN: Bardzo żałuję, że nie mogę szerzej się wypowiedzieć, ale tak mi nakazały władze partii. Dzisiaj muszę milczeć, choć chciałbym, także z wami, publicznie rozmawiać. Z niecierpliwością czekam na czas, gdy moi koledzy uznają, że ten zakaz jest niemądry i wycofają się z niefortunnej akcji.

A drugi rodzaj zdarzeń, to już wypowiedzenie takiego poglądu otwartym tekstem, tak jak zrobił to marszałek Zbigniew Putra, mówiąc, że dzisiaj bojkot jest uzasadniony i słuszny, ale ma nadzieję, że nie potrwa długo. Jestem przekonany, że taka forma protestu jest bardzo uzasadniona i mam nadzieję, że potrwa bardzo długo, może nawet sprowadzi TVN do wymiaru, na który jej właściciele, twórcy i uczestnicy rzeczywiście zasługują.

 

Kiedy młody człowiek przedstawiony jako rzecznik ITI oznajmiał formułę reakcji koncernu ITI na decyzję PiS, wypowiedział frazę, że "widocznie politycy PiS nie wiedzą, czym są media i jaka jest ich rola". Nie ma żadnej wątpliwości, że dysponenci koncernu wiedzą doskonale o istocie i roli mediów. Myślę również, że także politycy (wszyscy) o tym wiedzą, tylko że niektórzy z nich tak głęboko weszli w środek medialnego tumultu, że zatracili zdolność do oceny bilansu strat i korzyści wynikających z własnego udziału w tworzeniu medialnej codzienności.

Są już dostępne liczne praktyczne obserwacje, które wskazują na oczyszczającą moc absencji w tych mediach, których nie należy wspomagać swoją obecnością. Jarosław Kaczyński od dawna to rozumie i znakomicie realizuje. Występuje w mediach raczej oszczędnie i nie bierze w ogóle udziału w jałowym przekomarzaniu się polityków, zwłaszcza tych ulubieńców medialnych, którzy są selektywnie dobierani, aby dzień za dniem wypełniali spektakl dla mas. Stacje TVN od dawna J.Kaczyński bojkotuje i absolutnie niczego na tym nie traci. Wręcz odwrotnie, irytuje demonstrowaną konsekwencją TVN-owskie gwiazdy, a Monikę Olejnik doprowadza do takiej pasji, że trudno jej o tym mówić przez zaciśnięte zęby.

Tadeusz Cymański jest jednym z ulubieńców mediów, ale pożytek z tego jest dla PiS  raczej wątpliwy, jeśli nie liczyć jego osobistej satysfakcji, którą pewnie miałby każdy, kto lubi słuchać samego siebie. Jednak także w tym przypadku najważniejsze wystąpienie, mocno dostrzeżone i wciąż przypominane, polegało na demonstracyjnym opuszczeniu studia w proteście przeciw zachowaniu J.Palikota. Ten drobny i jakże bliski bojkotowi gest, rzeczywiście pokazał swoją moc i przyniósł dobre skutki - medialna nieobecność Palikota jest już, niestety, częściowo przełamywana, ale partnerów chętnych do rozmowy będzie mu zawsze trudno znaleźć.

Wreszcie mamy te wszystkie objawy, które już teraz widzimy, dosłownie po kilku dniach bojkotu. Zaczęło się od bardzo licznych komentarzy, ostrzeżeń o nieskuteczności bojkotu i "dobrych rad" tych wszystkich, którzy z zasady pałają nieskrywaną nienawiścią do polityków i elektoratu PIS. "Strzał we własną stopę", "polityczne samobójstwo", "niedojrzałość do demokracji" etc, takie określenia dominowały w zmasowanej akcji "miłości", by uratować PIS i wskazać drogę wyjścia z tej niesłychanej pułapki, w którą na własne życzenie wpadli. I znów przebił wszystkich Rzecznik Praw Obywatelskich, który postanowił wystąpić z wnioskiem o zbadanie, czy czasem bojkot stacji TVN przez PIS nie narusza "konstytucyjnych praw obywateli do informacji". Sądzę, że należałoby raczej zbadać konsekwencje ośmieszania konstytucyjnego organu, jakim jest urząd RPO; w tej kolejnej gafie dr Janusza Kochanowskiego widać bardziej jakąś dziwną złość i chęć odwrócenia decyzji PIS.

Najbardziej wartościowych obserwacji dostarcza zachowanie samego obiektu bojkotu, zwłaszcza telewizji TVN24, dla której obecność przedstawicieli PIS w codziennych spektaklach politycznych była od dawna czynnikiem potężnie zwiększającym oglądalność. Jakież to ważne dla tych wszystkich telefonicznych fanów "Szkła kontaktowego", by codziennie obejrzeć tę porcję chłosty, którą otrzymuje wybrany skazaniec z PIS, ze strony dwóch, lub trzech przeciwników ośmielanych rytmicznym waleniem w bęben przez prowadzącego dziennikarza. A tu nagle to wszystko ma się skończyć? Decydenci TVN znają media i wiedzą, że tutaj nie ma żartów, tu w grę wchodzi oglądalność i związana z tym kasa. Dlatego po wstępnym oświadczeniu ITI, w którym tak wyraźnie zaznaczył się pojednawczy ton zaproszenia polityków PIS do wchodzenia w "zawsze otwarte drzwi" do telewizyjnego studia, widać kontynuację tych zabiegów wprost na szklanym ekranie.

Jeszcze chyba nigdy, od czasu powstania PIS, nie oglądałem takiej porcji politycznego obiektywizmu w stacji TVN24, jak w tych ostatnich kilku dniach. Ten obiektywizm przecież nie polega na faworyzowaniu PIS, ale na niespotykanym dotąd osłabieniu jednostronności i złośliwości dotychczasowej krytyki. W oczywisty sposób widać, że TVN24 próbuje wykorzystać teraz każdą dostępną okazję, by pokazać kogoś z PIS i osłabić sygnał o świadomej absencji głównego ugrupowania opozycyjnego. Dzisiaj można było zobaczyć bardzo szczególne zjawisko, potwierdzające te pozytywne skutki bojkotu. Oto dziennikarz TVN24 nagle przerywa bieżący program, by pokazać coś niezwykle ważnego z sejmu - okazuje się, że tym ważnym wydarzeniem jest sejmowe wystąpienie posła T.Cymańskiego, w którym nie zauważyłem niczego tak szczególnego, by zasługiwało na kwalifikację "breaking news". Ale chwilę później sytuacja się powtarza, znów przerwanie programu, by przekazać coś z parlamentu i...pojawia się posłanka A.Sobecka, która też niczego szczególnie ważnego nie mówi. Jest to ewidentne wypełnienie instrukcji decydentów TVN: "Pokazujcie wszystko, co można pokazać, by politycy PIS byli obecni w programach. W debatach studyjnych będziemy musieli ich zastąpić tymi pozaparlamentarnymi resztówkami, związanymi dawniej z PIS, ale na długo nam to nie wystarczy. Trzeba więc obłaskawiać PIS, by wzmocnić tych, którzy uznają bojkot za niemądry".

Mieliśmy wreszcie dramatyczny dzień 23 lipca - dzień tzw. awantury z komisją regulaminową. Jestem przekonany, że bez bojkotu, przy normalnej, jak dawniej, obecności reprezentantów PIS w TVN, przedstawiony obraz awantury byłby znacznie bardziej niekorzystny dla PIS, niż to, co tym razem zaprezentowały telewizje TVN. O takim obrocie spraw zaświadczyły nawet głosy poirytowanych słuchaczek telefonujących do Szkła Kontaktowego, które zasypały G.Miecugowa pretensjami, dlaczego krytyka i napiętnowanie winnych awantury nie skupia się wyłącznie na politykach PIS. I rzeczywiście, cóż miał na przykład zrobić dziennikarz, który musi rozmawiać z B.Komorowskim o tak drażliwej sprawie, przy nieobecności oponenta z PIS - by nie pogłębiać niewiarygodności, musiał włączyć kilka wątpliwości i kilka niewygodnych pytań. Tak więc, paradoksalnie, póki co bojkot nie uczynił polityków PIS nieobecnymi, nie wyrzucił poza nawias ich argumentów, a już na pewno ustawił ich natychmiast w bardziej uczciwej sytuacji.

Powinniśmy gremialnie apelować do polityków PIS, by trwali w bojkocie, by nie pozwolili osłabiać jego wymowy indywidualnymi wyskokami, by nie dali się zwieść ułudą obłaskawiających zabiegów. Rozpoczęła się wielka gra, może jedna z najważniejszych gier, bo skutki mogą być wielostronne i dalekosiężne. Spróbuję uzasadnić to głębiej w jednym z kolejnych zapisków, by tego dzisiejszego nie wydłużać ponad miarę.             

 

16 lipca 2008   -  129

Uczcie się łaciny

De mortuis nihil nisi bene - po śmierci Bronisława Geremka maksyma ta powtarzana jest wielokrotnie, i to najczęściej przez ludzi, których trudno podejrzewać, by zetknęli się z łaciną w szkole. Najwidoczniej wielu z nich nie wie, że tłumaczenie na język polski mówi: "o umarłych nic, chyba, że dobrze", a nie mówi: "o umarłych nic, chyba, że nieprawdę".

Nie dziwię się Michnikowi, Mazowieckiemu, Bartoszewskiemu, Tuskowi i wielu innym, że zasmuciła ich śmierć, przez którą coś jednak utracili, może nawet załamał się fragment fundamentu, na którym budowali swoje kariery. Nie dziwię się też Lechowi Wałęsie, któremu już prawie cały fundament się zawalił i gotów jest powiedzieć każdą bzdurę, a nawet porównać wielkość zmarłego do postaci Jana Pawła II, czy pośmiertnie mu oferować stanowisko prezydenta, lub premiera;  byleby tylko ktoś to usłyszał i pomógł w ciężkiej opresji "legendarnego przywódcy".

Ale czuję się zakłopotany, gdy B.Komorowski i kilku innych posuwa się dalej, niż zapewne chciałby sam Bronisław Geremek, stawiając go za wzór polskiego patriotyzmu, lub też, gdy R.Sikorski chwali się dumnie, że dyplomacji uczył się u tragicznie zmarłego mistrza. Można to skwitować westchnieniem - istotnie, bardzo wyraźnie widać, z jakich wzorów czerpie swój patriotyzm aktualny Marszałek Sejmu, oraz zdziwieniem - czy poczynania R.Sikorskiego na polu tzw. dyplomacji nie uwłaczają czasem pamięci jego nauczyciela?

Moje zakłopotanie sięga nawet obolałego ex-polityka - Marka Jurka, który na swoim blogu wypisał całe epitafium...., oczywiście zaznaczając na wstępie, że zawsze był  przeciwnikiem politycznym zmarłego. Przytoczę te istotne wynurzenia.....,

"...Jednocześnie pracowałem z nim razem w Komisji Spraw Zagranicznych i jej Prezydium (którym przewodniczył) i z przekonaniem mogę powiedzieć, że nie było do tej pory przewodniczącego tej Komisji, który jej znaczenie polityczne podniósłby tak wysoko. Nadał jej ton, dzięki któremu praca w niej była jednym z najbardziej satysfakcjonujących zajęć parlamentarnych. Nie pora dziś na przytaczanie wszystkich spraw, o które się tam spieraliśmy. Profesor był niezwykle ciekawym rozmówcą, stosując pewien tradycyjny podział, jeśli chodzi o stosunek do ludzi – zdecydowanie wolał tych (o ile wiem, również we własnej partii), którzy czytają książki. Był znakomitym mówcą. Kiedy, po przeprowadzonej przez prawicę zmianie władz, odszedł z Klubu OKP – cieszyłem się ze zmiany politycznej, ale naprawdę brakowało mi jego mów. Kiedy usłyszałem go ponownie, przemawiającego w imieniu Unii Demokratycznej, odetchnąłem, że Sejm staje się na nowo ciekawszy. Więcej już nie przemówi, Bóg nagle powołał go na swój sąd. Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie!"

......które ukazują, jak pięknie można rozmiłować się w przeciwniku politycznym. Przytaczam to dlatego, że kiedyś w korespondencji mailowej próbowałem wydobyć z marszałka M.Jurka powód, dla którego tak gorąco wspierał B.Geremka w objęciu ważnej funkcji w parlamencie UE, że aż strofował posłów, którzy inaczej oceniali jego przydatność i bali się ceny, jaką za ten wybór zapłaci Polska. M.Jurek unikał odpowiedzi i kluczył, aż dopiero śmierć wspieranego skłoniła go do wyznania, które wcześniej wolał skrywać.

 

Normalni ludzie uznają świętość śmierci i pożyteczność maksymy przytoczonej na wstępie, ale jeśli równocześnie uważają, że prawda nie może być fragmentem zaprzeczającym całości - po prostu milczą. To milczenie staje się jednak nieznośne, gdy wokół rozbrzmiewa wszechogarniające kłamstwo i człowiek nie wie, jak się zachować, by nie przykryło ono całkowicie prawdy.

W tej sytuacji ograniczę się do mojego udokumentowanego wspomnienia z roku 1990, kiedy to ustaliłem własną ocenę pożyteczności Bronisława Geremka dla polskiej sprawy. Wszystko, co stało się potem, ocenę tę fundamentalnie utrwaliło. Wcześniej, natomiast,  z pokorą przyjmowałem zasadę, że każdemu należy się kredyt zaufania i trzeba dobrze patrzeć, rozpoznawać, aby mieć podstawę do ocen, na które kiedyś przyjdzie czas.     Niewiele było podstaw do rozpoznania w latach 1980/81. B.Geremek był jednym z  "intelektualistów", wkręcających się bezpardonowo w narodową sprawę i niechętnie przyjmowanych przez prostych ludzi, których wiodła prorocza intuicja, a przygarnianych przez Lecha Wałęsę, którego zapewne wiodło coś innego. Prawdziwe znaczenie jego pozycji politycznej wyrosło ze stanu wojennego, aż po okrągło-stołową kulminację, wynoszącą go do roli głównego architekta początku transformacji z 1989 roku. Wtedy już rodziły się poważne wątpliwości, bo kunktatorski tandem Geremek - Reykowski, regularnie i monopolistycznie tłumaczący społeczeństwu stan pertraktacji przy okrągłym stole, wskazywał dość wyraźnie na dziejącą się mistyfikację. A potem były te wszystkie zaskoczenia z wyborczą listą krajową, z prezydenturą Jaruzelskiego, a dalej  "wojna na górze" i nadzieje wiązane z potencjalną prezydenturą Lecha Wałęsy.

W tym okresie byłem na kontrakcie naukowym w RFN, a sprawy polskie śledziłem głównie za pośrednictwem Radia Wolna Europa, w którym oburzył mnie kiedyś wywiad B.Geremka, atakującego w paskudny sposób L.Wałęsę.  Napisałem do Geremka list otwarty , którego obszerne fragmenty wydrukowano w Tygodniku Solidarność (redaktorem naczelnym był wówczas Jarosław Kaczyński). W liście tym, żywiołowo broniąc Wałęsy, wezwałem B.Geremka do wycofania się z życia politycznego i podałem szerokie uzasadnienie dla takiego kroku. Według mojego rozeznania, było to pierwsze, tak ostre i publiczne podsumowanie działalności B.Geremka, a satysfakcję miałem ogromną, gdy kilka tygodni później został on odwołany z funkcji Przewodniczącego OKP. Wkrótce potem uwidoczniła się cała jego drużyna i uformowała ROAD, przekształcony później w Unię Demokratyczną, która narzuciła Polsce najbardziej niszczycielską wersję transformacji.

Mogę też coś dobrego powiedzieć na temat zmarłego Bronisława Geremka. Mianowicie, bardzo kulturalnie odpowiedział na mój list, co więcej powiedział coś, w co początkowo nie wierzyłem, ale dwa lata później musiałem uznać za prawdę - powiedział, że mylę się, co do jego oceny L.Wałęsy. Paradoksalnie, dzisiaj to zdanie niesie jeszcze bardziej wymowne przesłanie, że jego wiedza już wtedy mogła sięgać tych tajemnic, które dopiero teraz stają się rozwikłane. Równocześnie jednak ujawniałoby to obłudę autora tak świeżego, a haniebnego listu skierowanego przeciw młodym historykom.

Powracając od tego odległego wspomnienia, do dnia dzisiejszego, jako chrześcijanin westchnę z prośbą, by Najwyższy Sędzia był dla niego łaskawy, a jako realistyczny Polak powiem, że doznałem ulgi - jego brzemię grzechów już nie rośnie, a krzywda Polski tym bardziej.

 

Jeszcze dodam, że nie wstydzę się wielu dobrych słów o Wałęsie w tekście mojego listu, bo wielu z nas tak wtedy myślało. Zmiana poglądów była uczciwa, a także była symetrycznym odbiciem zmiany poglądów Wałęsy i niech świadectwem tego będzie porównanie dzisiejszych jego lamentów nad trumną, z ówczesną postawą, która wyrażona jest w podziękowaniach, które otrzymałem w jego imieniu za ten list do Geremka.

 

11 lipca 2008   -  128

Zagadkowa sprawa Nangar Khel

Na arenie publicznej pojawiają się czasem wydarzenia, przy których lepiej powstrzymać się od komentarza, wyczekując na uzupełnienie podstawowych informacji. Bywa tak, że czekanie na wyjaśnienia staje się nieznośne, gdy strzępy informacji rzucane w mediach podsycają niezrozumienie, łamią nasze dotychczasowe wyobrażenia i intuicyjnie czujemy, że jest prowadzona jakaś tajemnicza gra.

Taką nieznośną zagadką stało się to wszystko, co dzieje się w sprawie oskarżenia polskich żołnierzy o zabicie sześciu mieszkańców afgańskiej wioski Nangar Khel w wyniku ostrzelania jej pociskami moździerzowymi. Gdy podano pierwszą wiadomość o tym tragicznym zajściu, naturalną reakcją był smutek, że także polscy żołnierze uwikłani w operacje wojenne w Afganistanie mogą być sprawcami śmierci niewinnych ludzi. Także naturalnym odruchem było przyjęcie tego zdarzenia, jako nieszczęśliwego wypadku, będącego następstwem trudnej sytuacji wojennej związanej z taktyką rozproszonego i groźnego przeciwnika. Sprawę pokryła długa cisza, przerywana z rzadka lakonicznymi doniesieniami o trwających wyjaśnieniach okoliczności.

Aż do momentu, gdy na ekranach telewizorów zobaczyliśmy akcję aresztowania żołnierzy, przeprowadzoną w taki sposób, by nikt nie miał wątpliwości, że chodzi o ich upokorzenie. Później już wszystko toczyło się zgodnie z tą intencją, która tak jaskrawo uwidoczniła się w tym pierwszym akcie aresztowania. Komentarze i opinie biorące w obronę żołnierzy, domagające się poszanowania ich godności, a zwłaszcza reakcje wstrząśniętych członków rodzin, zagłuszane były całkowicie nieadekwatnym krzykiem oskarżających, mówiących o zbrodni wojennej, o ludobójstwie i domagających się najwyższej kary, aż po dożywocie. Swoistym udziałem wykazał się Rzecznik Praw Obywatelskich - Janusz Kochanowski, który nie wiadomo na jakiej podstawie, uzurpował sobie prawo wyrokowania o winie, a nawet zwrócił się do Afgańczyków w imieniu całego narodu z prośbą o wybaczenie. (Jest wiele argumentów, by zlikwidować urząd RPO, ale ten wybryk jest wystarczającym powodem, by dr Kochanowski zakończył swoje urzędowanie).

Ujawniane okoliczności dotyczyły szczegółów, które w zamierzony sposób potęgowały wymiar zbrodni - oto ofiarą były dzieci, brzemienna kobieta, a nawet młody mężczyzna szykujący się do ślubu. Trzeba powiedzieć, że także gniewna, pełna oburzenia na sprawców, reakcja min. A.Szczygło podsycała niepewność. Co tam naprawdę się stało, co pozwalało nazwać ten wypadek ludobójstwem? Czy żołnierze może wkroczyli do wioski ? Podrzynali gardła?  Ze szczególnym okrucieństwem  pastwili się nad ofiarami? A jeśli to wszystko, co się stało, sprawili z oddalenia dwóch kilometrów, to cóż może świadczyć o ich zbrodniczych motywach? Czy obserwowali wioskę przez lornetę i między sobą ustalali, że są dzieci, jest kobieta w ciąży, kręci się też potencjalny pan młody - można się zabawić i posłać im moździerzowy pocisk?

To wszystko brzmiało całkowicie niewiarygodnie, zwłaszcza w zestawieniu z licznymi przypadkami prawdziwie wstrząsających incydentów, których opis docierał do nas z licznych frontów wojen na przestrzeni ostatnich lat, a zwłaszcza z terenów palestyńskich kontrolowanych przez wojska izraelskie. Najbardziej niewiarygodną jawiła się postawa prokuratorów wojskowych, którzy ze skwapliwością przekraczającą wszelkie normy profesjonalizmu, poszukiwali wszystkiego, co mogłoby obciążyć żołnierzy i pomijali wszystko, co mogłoby stanowić okoliczności łagodzące. Rozumiem, że uczciwość w dochodzeniu do prawdy wymaga stłumienia w sobie nadmiernych odruchów solidarności z oskarżonymi, którzy są częścią tego samego wojska polskiego, ale to, z czym mieliśmy do czynienia, przybrało zgoła odwrotną tendencję - tendencję do wykazania winy oskarżonych, za wszelką cenę.

Czekałem na ujawnienie się jakiegoś elementu realiztycznego, na pojawienie się sygnału, że to, co tak bardzo nieprawdopodobne, jest rzeczywiście nieprawdziwe, że zdarzenie było nieszczęśliwym wypadkiem, a sprawcy, co najwyżej, wykazali niedostateczną ostrożność.

I taki sygnał się pojawił. Nawet mocny sygnał, który przekazał chorąży Tadeusz Świerad - oficer łącznikowy, stawiając w bardzo kłopotliwej sytuacji zadowoloną dotychczas z siebie prokuraturę wojskową. Sprawa jest wciąż niewyjaśniona i będzie się dalej toczyć, ale kłopotliwe czekanie na rozwiązanie zagadki uzupełnił całkiem nowy impuls dla podtrzymania wiary w polskich żołnierzy, którzy wciąż jeszcze mają prawo być dumni z historycznego dziedzictwa polskiego wojska, nawiązującego zawsze do cnót rycerskich.

Jeśli jednak sprawy przybierają taki obrót, to już dzisiaj warto się zastanowić nad możliwością interpretacji tego, co być może jest drugim dnem sprawy z Nangar Khel. Nie ma żadnej wątpliwości, że już sama atmosfera sprawy, a tym bardziej potencjalne sądowe potwierdzenie oskarżeń prokuratorów wojskowych, niosłoby fatalne skutki dla morale armii polskiej i byłoby zagrożeniem dla wszelkich misji pełnionych przez polskich żołnierzy. Być może pokusa pozyskiwania żołdu i przeżycia żołnierskiej przygody, dotychczas opłacana kosztem wielkiego ryzyka, przestałaby być atrakcyjna, wobec zagrożeń, których wymownym przykładem stał się los dzisiaj oskarżanych żołnierzy. Być może o to więc chodzi, by uderzyć jak najmocniej w polską armię, nam wszystkim dać jeszcze jeden policzek i zakończyć polski udział w operacjach wojskowych.

Staje zatem owo klasyczne pytanie: cui prodest ?  I bez wysilania się na odpowiedź możemy dalej pytać: Czy rzeczywiście kontrwywiad wojskowy, będący głównym źródłem informacji o wydarzeniu, wyzwolił się w pełni z wpływów dawnego WSI? Czy oczyszczenie z tych wpływów w ogóle objęło prokuraturę wojskową?  Nie wiem, ale zajdzie wkrótce potrzeba, by to wyjaśnić, gdy rzeczywiście okaże się, że ten zdumiewający oskarżycielski spektakl miał swoich inspiratorów.

 

Jeszcze powrócę do skandalicznego nadużywania w tej sprawie terminu "ludobójstwo", przed którym tak bronią się spadkobiercy zbrodniarzy zadających śmierć w Katyniu. Obchodzimy rocznicę Rzezi Wołyńskiej, w której okrucieństwo sprawców przewyższyło wszystko, co obejmuje nasza wyobraźnia. Tutaj nawet termin "ludobójstwo" wydaje się być zbyt słabym słowem dla opisania tego, co się stało. Szybko dziś wymierają Wołyniacy, którzy cudem przeżyli tamten koszmar. Chce się pochylić czoła przed nimi wszystkimi, bo mimo że nikt ich nie prosi o wybaczenie, zdają się traktować ten trudny akt, jako swój chrześcijański i naturalny obowiązek. To miłosierdzie, na które ich dzisiaj stać, obejmuje naród ukraiński, którego nie winią za dokonaną zbrodnię. Jeżeli jednak bratni ukraiński naród identyfikuje się ze sprawcami i jeżeli swoją historyczną tradycję i tożsamość chce oprzeć na  fundamencie chwały dla zbrodniarzy, to świadomie odrzuca możliwość pojednania. W istocie taką postawą naród ukraiński mówi: ależ nie, nam nie potrzeba waszego wybaczenia, możecie nas winić, oni mordowali także w naszym imieniu i za to budujemy im pomniki.

Prezydent Lech Kaczyński słusznie uznaje dobre relacje z Ukrainą za jeden z najważniejszych elementów polityki zagranicznej i można próbować zrozumieć jego wstrzemięźliwość w odświeżaniu, czy zaognianiu dawnych bolesnych wydarzeń. Jednak postawa, w której prawda jest tłumiona, a pogłębiane jest obraźliwe kłamstwo, bez żadnej subtelności, nie może prowadzić do dobrych relacji. I dlatego Prezydent winien był zaznaczyć  pełniej swoją obecność na uroczystościach - zaznaczyć jako orędownik dobrych relacji dwóch narodów, ale relacji opartych na prawdzie. Dlatego, przy okazji tej rocznicy, winien był wezwać naród ukraiński, by polskim Wołyniakom otworzył wreszcie szansę prawdziwego wybaczenia.

 

4 lipca 2008   -  127

Zasłużony historyk też ?

W internetowym wydaniu Tygodnika Powszechnego - pisma, realizującego dzisiaj wyznaczoną mu misję za pieniądze ITI, jest zwiastun wywiadu z Normanem Daviesem, który podobno dobrze zna polskie ścieżki.   

Wśród starszych fizyków o dużym dorobku naukowym i wypracowanym przez lata autorytecie, zauważyłem rosnącą z wiekiem obawę, by nie popsuć tego dorobku jakimś przypadkowym błędem. Z wiekiem, sądy są bardziej wyważone, wyniki przygotowywane do publikacji są szczególnie starannie sprawdzane, a nawet werwa do kwestionowania ustalonych prawd jest trochę osłabiona. To wszystko w imię dbałości o zachowanie wypracowanego autorytetu.

Wygląda na to, że u historyków jest inaczej, bo Norman Davies nie jest już bardzo młodym historykiem i długo pracował na swój autorytet, a przecież wywiad, jakiego udzielił Mucharskiemu, nie przynosi mu chwały. 

Norman Davies: Dziwi mnie polski masochizm, szukanie zła w dobrym i mściwość. Tylko tak mogę zrozumieć niezdrowe podniecenie wokół książki historyków IPN.

Piotr Mucharski: Pan Profesor wie może, kto to jest „Bolek”?

Norman Davies: Słyszałem o nim co nieco. Według dokumentów znajdujących się w IPN był taki agent bezpieki. Nawet nie jeden, tylko kilkunastu czy kilkudziesięciu, i to w samym Gdańsku.

Wyszła teraz książka poświęcona tej kwestii, napisana przez historyków IPN.

IPN jest instytucją państwową, której publikacje nie powinny prezentować prywatnych opinii. A więc ktoś w państwie polskim autoryzował wydanie tej książki w imieniu Rzeczypospolitej.

Dla Pana kluczowe w tym przypadku jest samo zlecenie napisania tej książki?

Jeśli książka wyszła dzisiaj, to domyślam się, że decyzja o jej powstaniu zapadła ­dwa-trzy lata temu.

Sugeruje Pan, że była to decyzja polityczna?

Taki wybór jest zawsze polityczny. W tym przypadku jednak mamy do czynienia z postacią, która od prawie 20 lat jest przedmiotem nagonki. Począwszy od sporów z dawnymi przyjaciółmi w Stoczni Gdańskiej, a skończywszy na dzisiejszych wrogach. Powiedzieć, że to był wybór polityczny, to mało – on był wybitnie polityczny."

W zacytowanym fragmencie mamy wiele powodów do zdziwienia, ale najprościej jest podsumować sprawę korzystając ze sformułowań samego historyka. Ten wywiad jest przeprowadzony na zlecenie polityczne - powiedzieć, że jest to wywiad polityczny, to mało - on jest wybitnie polityczny. Miejsce, w którym wywiad jest publikowany, czyni taką tezę jeszcze bardziej prawdopodobną.

Trudno zachwycić się logiką Daviesa, bo nie wiem jak z domyślenia się (pewnie na podstawie rozmiaru książki), że decyzja o jej powstaniu musiała zapaść dwa-trzy lata wcześniej, wynika, że decyzję podjęli nieznani zleceniodawcy. Ale bardziej martwi to, że autor tak wiele piszący o Polsce, tak słabo zna jej współczesne problemy.

Szukanie zła w dobrym? Czyżby?  Czy nie chodzi bardziej o szukanie genezy zła? I to zła, które wcale nie przestało jeszcze działać,  które wciąż broni swych pozycji. Hydry, której wciąż odrastają głowy, a te niby odrąbane jeszcze gdzieś się czają.

Czy ktoś na przykład wie, gdzie czai się Mieczysław Wachowski ? Czy  nowy Norman Davies ma pisać naszą historię dopiero wtedy, gdy już wszystko przykryje kurz i nawet słabo rozpoznany "kapciowy" urośnie do rangi bohatera, lub choćby owego dobra, w którym nie trzeba doszukiwać się zła?

A ja chciałbym znać prawdę. Nawet tę drobną prawdę o tamtym zdjęciu Wachowskiego ze szkolenia agentów, gdy stał w samym środku SB-ckiej drużyny sportowej. Bo wtedy, gdy tuszowano sprawę za pomocą innego agenta, bodaj Superczyńskiego, który postać Wachowskiego ze zdjęcia zidentyfikował, jako siebie, nie pokazano przecież całości ujęcia. Na obciętym fragmencie był Superczyński jak ulał, i Wachowski pozostał Wachowskim. Ktoś to w jakiejś książce opublikował, ale do sprawy nikt nigdy nie wrócił, a Wachowski się wciąż czai. 

Najwyraźniej Norman Davies woli sytuację, w której historycy mają pełną dowolność, by tworzyć prawdę o przeszłości według własnych upodobań.

 

19 czerwca 2008    -  126

Irlandzkie referendum, prawo do życia i zmierzch
"legendarnych przywódców Solidarności"

Trzy sprawy, które aktualnie rozgrywają się na naszych oczach, dotykają najważniejszych przykładów współczesnych zmagań prawdy i kłamstwa. Prawda o UE po irlandzkim "nie", prawda o podstawowym prawie Człowieka - prawie do życia i prawda o Polsce po 1989 roku, czyli prawda o Wałęsie.   Wielu z nas być może czekało na te chwile prawdy i odbiera je dość podobnie.  W istocie nie wiem ilu Czytelników śledzi moje zapiski, ale mam podstawy, by sądzić, że w zasadniczych sprawach z większością z nich mamy bardzo podobne poglądy.  W takich sytuacjach nie jest łatwo komentować, bo trywialnych uwag, powtarzających już wielokrotnie wypowiedziane slogany, wszyscy mamy dość. Zamilkłem znów na dłuższy czas z tego właśnie powodu, a nie dlatego, bym potrzebował czasu na analizę wypadków i nie chciał palnąć głupstwa. Ustaliłem już bardzo dawno swój punkt widzenia na te trzy sprawy.

W gruncie rzeczy moja niezwykle czasochłonna obserwacja tego, co tak intensywnie dzieje się dzisiaj w przestrzeni publicznej, skupia się wyłącznie na tych zjawiskach, które odzwierciedlają  techniki kłamców, znajdujących się teraz w szczególnie trudnej, a nawet w paskudnej sytuacji. Przy czym nie chodzi o kilku bezczelnych, ordynarnych, czy głupich kłamców, ale o takich, którym zdaje się zależeć, by kłamstwo miało pozory racjonalności. Ci pierwsi są z pewnością tylko ofiarami, ale ci drudzy są rzeczywistymi narzędziami, a może kumplami Szatana.

Potraktujmy trochę pobieżnie dwie pierwsze sprawy, które są nawet ważniejsze od tej trzeciej, ale ich zgłębianie można trochę odwlec, bo z pewnością przyszłość przyniesie wiele okazji, by do nich wracać.

Pierwsza, to sprawa referendum w Irlandii, która odsłoniła banalną prawdę o żałosnej kondycji moralnej europejskich polityków i biurokratów. Jedyny naród, któremu pozwolono się wypowiedzieć, wypowiedział się w imieniu nas wszystkich i spoliczkował uzurpatorów, którzy obsiedli parlamenty, stanowiska, urzędy i położyli ręce na kasie, do której wszyscy wpłacamy, a niektórzy sobie wypłacają. Teraz będziemy mieli długo ciągnący się spektakl, który już dziś jest pełen bełkotu o ograniczaniu demokracji w imię wspólnego dobra i pomyślnej przyszłości naszego kontynentu. Pośród tego bełkotu szczególnie irytujące jest przekonywanie do zgody na zapisy prawne, których nikt nie rozumie, ergo można je dowolnie w zależności od potrzeb interpretować. Mamy też nowe zjawisko - liczby wyprodukowane przez socjologów w sondażach opinii publicznej służą już nie tylko jako narzędzie manipulacji, zaczynają być wprost używane w debatach, jako poważny, merytoryczny argument. Jedyną reakcją na to wszystko może być wielowariantowe powtarzanie różnych haseł, ośmieszających paradę "nagiego króla", którego szaty podziwiają wyłącznie dworzanie brukselscy.

 

Druga sprawa, to tragiczny los 14-latki i jej 3-miesięcznego dziecka i okrutny realizm matki i niedoszłej babci, która pragmatycznie wybiera egzekucję wnuka, lub wnuczki w imię prawa do łatwego rozwiązania konsekwencji niedopilnowania żywiołów dojrzewania własnego dziecka. Ta egzekucja wykonana w ostatniej chwili z pewnością została prawnie zabezpieczona, ale miała chyba traumatyczny charakter dla wszystkich interesujących się rozgrywanym dramatem. Zapadło kłopotliwe milczenie, zapewne wbrew intencjom środowisk proaborcyjnych, a zwłaszcza ideologów Gazety Wyborczej, którzy stali się medialnymi inicjatorami śmiertelnego osaczenia nienarodzonego dziecka.

Chyba najtrafniej wychwycił prawdę o tym osaczaniu Marek Magierowski z Rzeczpospolitej, który przytoczył kalendarium cytatów z GW, zakończone wyrokiem - zabijcie wreszcie to dziecko, bo za chwilę minie 12 tygodni i prawo na to nie pozwoli!  A można jeszcze wzmocnić to wrażenie obrazkiem owej działaczki (bo przecież nie kobiety), która z zaciśniętą pięścią uniesioną w górę w geście tryumfu nad bezbronnym, już pozbawionym życia niewiniątkiem, wykrzyczała: "wprowadzimy aborcję na żądanie" - taki właśnie gest bojowniczki "czarnego września" przeciw nienarodzonym.

Mam intuicyjną pewność, że 14-latka ma teraz dopiero złamane życie i trudno jej będzie się z tego podnieść, nawet jeśli całkowicie zmieni środowisko. Mam też obawę, że swojej matce nie potrafi wybaczyć, a upływający czas będzie potęgował niechęć. Być może kiedyś, gdy dojrzeje stanie się wielką i znaczącą obrończynią życia, ale trudno jej w takiej ewolucji pomóc, bo musi sama do tego dojrzeć. Może też sama znajdzie drogę do tego bohaterskiego księdza, który chciał jej pomóc - bohaterskiego, bo każda ofiara Gazety Wyborczej i szwadronów śmierci nienarodzonych, jest bohaterem.

 

No i wreszcie ta trzecia sprawa, którą umownie nazwijmy sprawą Wałęsy, choć dotyczy najważniejszej zagadki Polski z przełomu tysiąclecia; zagadki, której pełne zrozumienie może być początkiem nowej ery. Już od dość dawna twierdzę, że nie da się zrozumieć tego, co stało się w Polsce po 1989 roku, bez dogłębnego rozwikłania prawdziwej roli Lecha Wałęsy. Bo też nie da się zinterpretować postępowania Wałęsy jako prezydenta RP uznając go za człowieka w pełni uczciwego i kontrolującego własne czyny i decyzje. Nie da się tego zrobić, dopuszczając nawet wyjątkowo szeroki margines prawa do błędów - niechybnie istnieje drugie dno. Do tego dna, powoli, z wielkim opóźnieniem, zaczęliśmy docierać dzięki wyjątkowej odwadze dwóch, znakomicie profesjonalnie przygotowanych młodych historyków.

W większości wypowiedzi powtarzana jest rutynowo teza, z którą niezwykle trudno się zgodzić, że Lech Wałęsa być może miał przykry epizod na początku lat 70-tych, ale całą późniejszą działalnością ukazał, że obok Ojca Świętego, jest jednym z największych bohaterów Polski. Taka teza stawia cały problem na głowie, bo początkiem problemu jest owa ogromna krzywda, którą Polsce wyrządził po 1989 roku, a zwłaszcza po objęciu urzędu Prezydenta RP. Gdyby nie miał tak znaczącego udziału w tym wielkim oszustwie, w którym przepoczwarzenie komunizmu nazwano jego obaleniem, nikt nie interesowałby się epizodem Wałęsy z lat 70-tych. Dopiero ten jego udział w niszczeniu Polski i tworzeniu rzeczywistości całkowicie sprzecznej z wizjami Narodu skupionego w Ruchu Solidarność, stawiał konieczność odpowiedzi na pytanie: kim naprawdę jest Lech Wałęsa?

Już od czasu "nocnej zmiany" nie miałem żadnych złudzeń, co do autentyczności jego negatywnej roli, ale jeszcze do niedawna miałem dla niego wiele współczucia, że tak beznadziejnie się zaplątał. Patrząc na jego dzisiejszy kompletny brak wyrzutów sumienia, brak jakiejkolwiek refleksji, nieustannie wulgarny atak na każdego, kto choćby wątpił w jego argumenty, haniebne podejrzenia o przekupstwo rzucane na inż. Szylera i brutalne, paranoiczne zaprzeczanie najbardziej oczywistym faktom - patrząc na to wszystko, nie potrafię wykrzesać z siebie już nawet współczucia.

Wałęsa dokonuje dzisiaj pełnej autodestrukcji - zapewne tak zaprogramował go Wachowski - i możemy tylko, z mniejszym lub większym zażenowaniem, pozostawać w roli świadków tego dziejącego się dramatu.

Jestem przekonany, że przypadek Wałęsy to jest dopiero początek procesu, w którym zdemaskowana zostanie cała galeria tzw. "legendarnych przywódców Solidarności". Oni to już wiedzą i ich dzisiejsza zbiorowa histeria jest jakby wypełzaniem wielorybów na plażę w zbiorowym samobójczym szaleństwie. To dziwne, ale właśnie ta specyficzna kwalifikacja "legendarny przywódca" została zarezerwowana tylko dla niektórych i używana jest niewątpliwie w znaczeniu: "opromieniony wielką sławą".

Słownik wyrazów obcych to znaczenie przymiotnika: "legendarny", podaje jednak na trzecim miejscu. Na pierwszym miejscu mamy: "oparty na podaniu", a na drugim: "nieprawdopodobny" i może te znaczenia w przypadku tych ludzi są bardziej adekwatne. Ale być może teraz już przyszła pora, by te "podania" i "nieprawdopodobieństwa" wyjaśnić do końca.

W większości owi "legendarni przywódcy" zrodzili się w życiu publicznym tak, jak Wałęsa. Niewielu ich znało, zaakceptowano ich w ciemno, bo tego wymagał moment historyczny i nie było miejsca na kaprysy. Wałęsy nie wyniesiono na piedestał spontanicznie, w uznaniu dla jego wcześniejszych zasług - wręcz odwrotnie, sam się pchał do tej roli. Potem nastąpił długi czas weryfikacji i tworzenia podań i legend, a potem zaczęła się rywalizacja, często brutalna, a jeszcze potem, w stanie wojennym rywalizacją sterowali komuniści i z drugiej strony radio Wolna Europa i selektywna pomoc z zagranicy. Później dokończono selekcji wyrzucając z Polski tych, których kreatorzy sytuacji uznali za potencjalną przeszkodę w realizacji swoich planów. Legendy ubarwiano coraz intensywniej - śmiałem się z filmu o legendzie opozycji, której SB-cy wykręcali ręce, bo już wiedziałem, kim jest Michnik, ale dawałem wiarę temu, że nieznany mi robotnik Frasyniuk jest torturowany, a inny nieznany - Bujak jest ścigany. I nie wiedzieliśmy, kto, kiedy, jakie podejmował decyzje. Wałęsa imponował tym, co widoczne było na zewnątrz, ale o tym, że chciał zakończyć strajk, redukując protest do mało znaczącego epizodu, dowiedzieliśmy się dopiero po latach. A całkiem potem, gdy jeszcze raz w ciemno zawierzyliśmy głosując w czerwcu 1989, zaczęło się odkrywanie prawdy. I dzisiaj wiem, że każdy z czworga kandydatów, na których wtedy glosowałem, był dla Polski fatalnym wyborem.

O tak, dzisiaj po wielu latach wiemy o wiele więcej. Wiemy nawet wystarczająco dużo, by zdecydować, czy tamci "legendarni przywódcy" zyskaliby masowe wsparcie ludzi znających ich prawdziwe charaktery, postawy i poglądy. Twierdzę, że gdybyśmy wtedy wiedzieli, kim naprawdę jest Wałęsa, Frasyniuk, Bujak, Celiński, Rulewski, Borusewicz...itd. ogólnonarodowy protest nie zyskałby poparcia.

Dobrze więc, że wtedy nie wiedzieliśmy.

 

A w nawiązaniu do tej wytłuszczonej konkluzji i w rewanżu za wielokrotne przechwałki  Lecha Wałęsy, jakoby to on dla nas samodzielnie obalił tyranię komunizmu, podsumuję:

 

My Naród!

 Działając bezbłędnie, po mistrzowsku, z nadzwyczajną mądrością, sprytem i z nadzwyczajną zbiorową intuicją jesteśmy bliscy ostatecznego zwycięstwa nad perfidnym systemem totalitarnym. Udało nam się tego dokonać i przechytrzyć naszych przeciwników, posługując się także ich ludźmi - agentami, lub współpracującymi z nimi uwikłanymi ofiarami. Ta taktyka była bardzo ryzykowna, bo utrwalała szczególną pozycję polityczną tych, którymi musieliśmy się posłużyć, nie mając pewności, czy staną po naszej stronie.   Opóźnienie zwycięstwa związane z neutralizacją tych ludzi, było z góry przewidywaną ceną, ale dzisiaj już otwiera się prosta droga do szczęśliwego finału.

W wierności tradycji chrześcijańskiej wybaczamy naszym prześladowcom, uznając, że ich publiczna hańba jest wystarczającą karą za wszelkie winy.

 

22 maja 2008    -  125

Dawkowanie nierządu

W codziennych przekazach medialnych otrzymujemy kolejne obrazki, ukazujące jak straszny i pełen nieszczęść jest współczesny świat. Prawie co drugi dzień, z winy beztroskich i zwykle pijanych matek, dzieci wypadają z okien, rodzice lub konkubenci maltretują niemowlaki, psy rozszarpują ludzi w każdym wieku, pijani kierowcy sieją śmierć, młode nastolatki popełniają samobójstwo, a w rodzinnych sporach siekiera rozwiązuje problemy.

I już sami nie wiemy, czy to dzisiaj Polska stoczyła się na takie dno deprawacji, czy tak zawsze było, ale nam o tym nie mówiono, a dopiero dzisiaj dociekliwa działalność ludzi mediów, motywowanych zarabianiem jak największej kasy, ujawnia selektywną prawdę o nędzy gatunku ludzkiego. A może jest to tylko niezbędne tło potrzebne do przykrycia znaczenia tych innych, po stokroć ważniejszych spraw, które są źródłem nieszczęść w o wiele szerszym wymiarze, w tym także tych indywidualnych nieszczęść, które zdają się być tak paskudnie atrakcyjne dla telewizyjnych hien. Bo jakże rozdygotany emocjonalnie człowiek, który właśnie usłyszał o skatowaniu na śmierć niewinnego maleństwa, ma się przejąć tym, że ABW kazało komuś zdjąć spodnie, że ktoś komuś rozrzucił dziecięce ubranka w mieszkaniu, że jakiś były minister podejrzewa, że jest śledzony, że politycy się znowu kłócą, a o kimś ważnym dla Polski w ogóle nie powiedziano.

W tym tle dawkowane są informacje o ważnych sprawach, które rozpalają czasem do białości emocje polityczne, ale zawsze rozpływają się w chaosie informacyjnym, przysłaniane  przez kolejne sprawy, by nigdy nie znaleźć rozwiązania. Kolejne afery, nawet jeśli powracają tak jak falujące przypływy lustracji, kończą się zwykle niczym, bez jakiejkolwiek konkluzji, aż po rozpłynięcie się w nicość. Można odnieść wrażenie, że chodzi o utrwalenie w Polakach  przekonania, że nic się nie da zrobić, nawet nie warto niczego zaczynać.

Sądzę jednak, że wbrew tym, dotąd skutecznie dokonywanym zabiegom, rosną zastępy ludzi, którzy potrafią syntetycznie spojrzeć na dawkowane informacje i wyciągnąć właściwe wnioski. Jeżeli każda z takich dawkowanych kroplami spraw ma swój indywidualny wymiar, swoją historię i złożoność godną osobnego wyjaśnienia, to przecież już samo ich zestawienie we wspólnym kontekście prowadzi do syntetycznej konkluzji:

 

Polska nierządem stoi!

 

Spróbujmy zestawić kilka aktualnych dawek tego nierządu, bez specjalnej troski o chronologię, ważność, czy stan zaawansowania, bo zwykle w takim bezładzie są nam one serwowane.

 

Sprawcy zamachu stanu o nazwie stan wojenny nie będą ukarani.

Czy ktoś mógł się łudzić, że ci, którzy wybrali Jaruzelskiego na pierwszego prezydenta nowej Rzeczypospolitej dopuszczą do jego ukarania? Czy zwykły sąd, zwłaszcza w sprawie przepełnionej na wskroś politycznym brzemieniem, może cokolwiek rozstrzygnąć ? Gdyby była polityczna wola, mielibyśmy sprawę w Trybunale Stanu. Jeżeli istnienie takiej instytucji jak Trybunał Stanu ma jakikolwiek sens, to sprawa stanu wojennego jest klasycznym przypadkiem do rozpatrzenia przez taki trybunał. Czy warto szukać potrzebnych zwykłemu sądowi dowodów na troskę Jaruzelskiego o Polskę i Polaków wobec grożącej rzekomo interwencji, jeżeli Trybunał Stanu dysponuje stuprocentowymi argumentami jego winy na podstawie losów Polski po stanie wojennym. Te wszystkie skutki, które dotknęły nas w przeciągu ośmiu lat niepodzielnej władzy junty, wykazały dobitnie zło, którego był sprawcą i które rozpoczął stanem wojennym? Pogrążenie narodu w apatii, kompletne zniszczenie gospodarki, wielki cywilizacyjny krok wstecz, a wreszcie wypędzenie z Ojczyzny blisko miliona osób wybijających się w aktywności społecznej. Cóż znaczą płacze nad losem 20 tys. zmuszonych do emigracji po marcu 68, gdy milczenie okrywa milionowa strata narodowej substancji po grudniu 1981.

 

ABW na polecenie prokuratora krajowego uderza w likwidatorów WSI

Trudno przewidzieć, jakie będzie zakończenie tej ordynarnej prowokacji, bo już zaczyna opadać zasłona medialnej ciszy, ale najważniejszą sprawą jest, by nikt nie zapomniał,  kto i od czego  zaczął, jaki pretekst podchwycił prokurator krajowy, by wydać odpowiednie dyspozycje dla wykonawców z ABW. Pułkownik, agent WSW, niegdyś faworyt B.Komorowskiego, główny twórca mitów o rynkowej dostępności tajnych materiałów z likwidacji WSI, prowokator oferujący handel wpływami na decyzje komisji weryfikacyjnej, stwarza podstawy do ataku i zastraszania członków komisji, której przewodniczy J.Olszewski. Prokuratura krajowa "rżnie głupa" i udając, że nie wie, o co tak naprawdę chodzi, wpisuje się w plany prowokatorów. Nie udało się innymi działaniami zastopować funkcjonowanie komisji weryfikacyjnej, trzeba się zatem uciec do technik bezpośrednich. W tle tego wszystkiego wisi nieuzasadnione niczym podejrzenie wobec całej komisji weryfikacyjnej, że ich werdykt można kupić, bo przecież takie werdykty nie mogą zależeć od wpływów pojedynczego kreta, musiałaby w tym brać udział znacząca część komisji. I pewnie o to w tym wszystkim chodzi, by oskarżenie tkwiło w przestrzeni publicznej, by zaspokoić potrzeby zastępów światłych ludzi, którym nie przeszkadza manipulacja, o ile dostarcza argumenty łagodzące krzyk sumienia. Mogą wtedy wykrzyczeć to swoje: "przecież ta komisja jest niewiarygodna i motywowana politycznie" i spróbujcie im udowodnić, że tak nie jest.

 

Włamanie do rodziny Olewników

No i te rozrzucone dziecięce ubranka, które są jeszcze bardziej wymownym sygnałem, niż śnięta ryba. Oczywiście słychać odkrywcze deklaracje śledczych: ".....poza rabunkowymi, bierzemy też pod uwagę inne motywy sprawców". A może by tak odwrotnie postawić sprawę! Podstawowe przesłanie dla opinii publicznej, to złowieszczy sygnał, że sprawcy wciąż się nie boją, że wciąż zdają się być mocno osadzeni w strukturach wielopoziomowej władzy. R.Kalisz, po niedawnej niedyspozycji medialno-wizerunkowej, ochłonął i czuje się wyraźnie zrelaksowany, sprawa chyba już weszła w normalny, czyli jałowy tryb. Rodzina Olewników, natomiast, wykazuje nieprzeciętny hart ducha zgadzając się na ochronę policyjną, choć nie ma pewności, jakie naprawdę dyspozycje otrzyma ta ochrona. Oczywiście sprawa spadła z pola widzenia mediów i tkwi w procedurach, tak jak dawniej, a zdawałoby się wszystkie nici wiodące do mózgu operacji porwania, są  w rękach śledczych. Nawet najprostsza sprawa wyjaśnienia "samobójczej" śmierci Kościuka, gdzie krąg "pomocników" ograniczony jest do małego, w pełni ustalonego grona, dla prokuratury jest przedsięwzięciem tytanicznym, a więc zmierzającym pewnie do umorzenia.

 

Mamy też ważne sprawy, w których jakby nic się nie działo, czekające w kolejce do zapętlenia, umorzenia, przedawnienia, pozostające już teraz bez zainteresowania "dziennikarzy", którzy zdają się czekać na zupełne ostygnięcie emocji i powszechne zapomnienie, że coś się w ogóle działo. Beata Sawicka podobno zmienia nazwisko, a prokuratorzy, którzy dogłębnie badają, czy wzięła łapówkę, czy też zaczarowano nas wszystkich wszechogarniającym omamem, niedługo skierują swoje rozważania i wnikliwe działania śledcze na problemie ustalenia tożsamości i miejsca pobytu byłej posłanki PO.

 Albo ów, niezwykle wpływowy warszawski prokurator, przyłapany na przyjęciu kontrolowanej kilkusettysięcznej łapówki, a potem ponownie przyłapany na próbie przekazania łapówki za nie pozbawianie go immunitetu. Czy ktoś to jeszcze pamięta? Czy coś  się w tej sprawie dzieje? Czy to wszystko musi tak trwać i niknąć w rozwijanych ponad miarę procedurach? A Ryszard Krauze, ukazujący Polsce i światu, jak można przeczekać bezpiecznie za granicą zakusy władzy, która ośmiela się traktować dosłownie równość wobec prawa. Przecież tak, jak zaplanował, doczekał się rządu sprzyjającego przestępcom i umożliwiającego bezpieczny powrót. A Mirosław G., który nie jest zabójcą, bo przecież nie poderżnął przy świadkach pacjentowi gardła. Zostawił wprawdzie wacik w komorze serca, co każdemu może się zdarzyć, nie usunął go, bo przecież nie będzie pielęgniarka dyktować, co ma zrobić wybitny chirurg. Pacjent wprawdzie umarł, ale przecież rodzina tak mało zapłaciła. No i chociaż brał regularnie łapówki, to przecież wszyscy biorą, a poza tym, czy to taka frajda dostawać raz po raz wieczne pióro, srebrne łyżeczki, dziwne zakładki w nieciekawej książce? Wszystko jest chyba normalnie, skoro chce go zatrudnić szpital samego Świętego Rafała - Rafael znaczy "Bóg uzdrowi", więc i Mirosław G. już nie pozbawi życia.

Pomysł komunalizacji szpitali, jako przygotowanie prywatyzacji służby zdrowia poraża bezczelnością, z jaką przyjmuje się dosłowne i detaliczne przyjęcie tej strategii "kręcenia lodów", które tak niedawno, wprost zasygnalizowała B.Sawicka. Kopacz, Grad, Tusk i inni nawet się nie zaczerwienili, podczas gdy Sawicka wtedy zaszlochała.

Zapowiedziana prywatyzacja 740 państwowych firm,w tym także ostatnich banków polskich, przeraża. Jeszcze bardziej irytuje argumentacja, która jest literalnym powtórzeniem tego, co prawie ci sami ludzie mówili przed laty, gdy zaplanowali wielki przekręt i ponad pięćset firm przekazali funduszom NFI na roztrwonienie. I nikt nie sięga do materiałów archiwalnych telewizji z tamtego czasu, by pokazać podobne do dzisiejszych wypowiedzi, ale pokazać je w kontekście tego, co się później stało.

A w tym wszystkim jawnie totalitarne zapędy związane z najważniejszym zamachem, z zamachem na telewizję publiczną. To, co się dzieje wymaga osobnego, obszernego tekstu, ale słucham ze zdumieniem tej całej propagandowej sieczki towarzyszącej brutalnej grze Platformy Obywatelskiej, w której beznamiętnie powtarza się w każdym wystąpieniu jedno podstawowe kłamstwo - "PiS wykonał skok zagarniający w całości media publiczne i teraz to trzeba zmienić". To kłamstwo już tak wrosło w rzeczywistość, że nawet politycy PiS przyjmują je w milczeniu, bez reakcji, jakby sami w to uwierzyli (trzeba oddać sprawiedliwość, że Prezydent w tym przypadku wykazuje większą troskę o prawdę). Kłamstwo wspiera się na prawdziwym fakcie, że skład KRRiT został zdominowany przez ludzi nieżyczliwych PO. Tylko, że z tego nie wyniknął żaden skutek programowy, w którym PiS byłby faworyzowany w porównaniu z PO. Ludzie Platformy Obywatelskiej uznają, że telewizja, która nie faworyzuje ich partii w tak ordynarny sposób, jak czyni to TVN, jest automatycznie telewizją sterowaną przez ich przeciwników politycznych. Jedną z wielu irytacji zwolenników PiS podnoszonych często wobec ich rządu, było zdziwienie, a nawet złość, że politycy PiS nie doceniają znaczenia mediów i nie opanowują przynajmniej częściowo TVP. Dzisiaj, przecierając oczy, dowiadujemy się, że przejęli oni wtedy całkowicie telewizję publiczną, a my nie zauważyliśmy tylko, jak pazerni PiSowcy królują na szklanym ekranie, dziennikarze się przed nimi płaszczą, a zahukane niedobitki PO próbują bezskutecznie wedrzeć się z fragmentami prawdy do studia telewizyjnego.

Czy warto kontynuować to dawkowanie nierządu? Może wystarczy tylko rzucić jeszcze parę nazwisk, które stały się hasłami wywołującymi charakterystyczne obrazy z dziedziny tego zjawiska: Palikot, Niesiołowski, Komorowski, Borusewicz, Sikorski, Wenderlich, Pitera, Gowin, Chlebowski, aby konkludować jeszcze raz:

 

Polska nierządem stoi!..........., ale....

 

......ale, oto dzieje się coś ważnego!

Powiedziałem kiedyś, że bez kompletnego wyjaśnienia sprawy L.Wałęsy, nie zrozumiemy tego, co stało się z Polską po 1989 roku. Coś się w tej materii zaczęło, a narastające, a nawet potężniejące pomruki tych, którzy całą swoją pozycję zawdzięczają utrzymywanej przez ćwierć wieku niewiedzy, wskazują na czekające nas trzęsienie ziemi. Można mieć nadzieję, że te pomruki są uprzedzeniem eksplozji, do której każdy może się przygotować, by skutki nie były zbyt niszczące. Tak przyjazny wulkan Etna zwykle ostrzega Sycylijczyków przed erupcją, która bywa spektakularna, ale nigdy nie niesie takich zagrożeń, jak nieprzyjazny Wezuwiusz. Słuchajmy więc tego narastającego szumu, bo wróży dobre rzeczy, a nawet już odsłania obiecujące fragmenty nadziei wspartej na prawdzie. Oto grono "intelektualistów", stanowiących atrapę elity współczesnej Polski, kompromituje się listem w obronie mitu Wałęsy i potępiającym IPN. Czy jeszcze kilka lat temu byłaby możliwa taka reakcja na ten list, z jaką mamy dzisiaj do czynienia? Czy nie jest pozytywnym zaskoczeniem ta niezwykła powszechność dostrzegania i nazywania po imieniu kompromitacji osób o nazwiskach, które do niedawna dyktowały obowiązkowe interpretacje w każdej dziedzinie? Czy nie warto w tym uczestniczyć, by kula się wreszcie potoczyła?

Warto!

 

W tak długim zapisku dobiję jeszcze Szanownych Czytelników odesłaniem do mojego artykułu z 1995 roku, który wręczyłem kiedyś osobiście Lechowi Wałęsie wywołując u niego paroksyzm wściekłości. Wracam do tego, ponieważ kilka sympatycznych i dzielnych osób zwraca się dzisiaj z sugestią do byłego Prezydenta, by się wreszcie do wszystkiego przyznał. Chcę przywołać tamte moje dawne i bardzo podobnie życzliwe rady dla niego. Dzisiaj mi to jego przyznanie się nie jest do niczego potrzebne, a nawet nie skłoniłoby mnie do zrozumienia i wybaczenia. Chyba, że....chyba że to jego przyznanie dotyczyłoby spowiedzi z całego okresu i wniosło ważne informacje pozwalające Polsce rozprawić się także z innymi elementami wielkiego kłamstwa, którego Lech Wałęsa stał się współtwórcą po 1989 roku.

 

2 maja 2008    -  124

Zastygłem w milczeniu

Wigilia majowej jutrzenki skłania do bardziej generalnej refleksji na temat stanu spraw w Ojczyźnie i stawianiu zasadniczych pytań:  Kiedy skończy się ten paskudny czas upadku państwa, ogólnego rozkładu norm i rozprzężenia na miarę czasów saskich? Czy po przedłużającej się ciemnej nocy osłaniającej żerowanie sępów, nastąpi oczekiwany brzask majowego poranka, jako początek generalnej i realnej naprawy Rzeczypospolitej? Co wreszcie każdy z nas ma robić, by nasze indywidualne wysiłki i zmagania przekształcić w jeden wielki wspólny czyn, który zasługiwałby na porównanie do brzasku majowej jutrzenki?

 Wszelkie przełomowe zmiany zawsze rozpoczynają się od dojrzewania powszechnej świadomości ich niezbędności. Nie wiem, jakimi drogami szło to dojrzewanie Narodu w czasach saskich, ale znany z przekazów historycznych wybuch entuzjazmu po rozpowszechnieniu wieści o uchwaleniu Konstytucji świadczy, że dojrzewanie się dokonało. Czasy wtedy były chyba jeszcze gorsze od dzisiejszych, jeśli uznać za prawdziwy, znakomity, wnikliwy i detaliczny ich opis zawarty w powieści W.Łysiaka "Milczące psy".

Myśląc o tamtej sytuacji, a także o wielu innych, które zdarzały się w dziejach Polski, zastanawiam się na czym to polega, że Naród zdolny do nadzwyczajnych poświęceń, do heroizmu, do prawdziwie wielkich czynów, Naród o wspaniałej kulturze, ze szczególnym umiłowaniem wolności, rodzący bohaterów i ceniący podmiotowość jednostki, że jednocześnie ten sam Naród stale wydaje z siebie tak ogromną ilość ludzi podłych, pełnych egoizmu szubrawców, którzy nie tylko nie poczuwają się do jakichkolwiek obowiązków wobec Ojczyzny, ale wykorzystują każdą okazję, by jej kosztem i z krzywdą całej wspólnoty narodowej czerpać własne korzyści. Jestem coraz bardziej przekonany, że to nasza nadzwyczajnie naiwna i niespotykana nigdzie indziej tolerancja jest przyczyną tego stanu rzeczy. Ta wieczna "gruba kreska", która w 1989 roku naoliwiła tryby mechanizmu zła, ale towarzyszyła nam zawsze w historii, choć nikt jej publicznie nie deklarował. Sprawców złych czynów o wymiarze godzącym boleśnie w publiczne dobro Rzeczypospolitej nikt nie karał tak, jak na to zasługiwali - ich wina zawsze rozpływała się w miłosiernej wyrozumiałości współczesnych i rzedniejącej pamięci kolejnych pokoleń.

Tak więc, rodzą się ci sprawcy zła z poczucia całkowitej bezkarności, gdy wybujały egoizm podpowiada tę cyniczną drogę, w której zdobywanie korzyści nie musi brać pod uwagę kosztów ponoszonych przez innych, nawet gdy ci inni to cały Naród. Ta pobłażliwość stała się naszą chorobą historyczną, która toczy Polskę od dawna, ale szczególnie skutecznie po 1989 roku.  Ludzi bez duszy, bez poczucia przyzwoitości, chciwych i zachłannych będzie zawsze pełno, ale geneza zła tkwi w tych, którzy propagują tolerancję sprzyjającą bezkarności, w tych wszystkich, którzy "grubą kreskę" ogłaszają i praktykują.

A gdyby tak pewnego dnia wyjść z założenia, że przyzwoitość, uczciwość, honor, prawda i szacunek dla ludzi, to słowa określające wartości i przymioty, które mają swój prawdziwy sens i trzeba im przywrócić należne miejsce w życiu publicznym. Gdyby tak to przywracanie sensu słowom zaczęło być widoczne w telewizji, w radiu, w prasie, także w internecie, bo przecież tam przewijają się obrazy, wypowiedzi, komentarze i zachowania, które stanowią o naszym życiu publicznym i o wszystkim, co z niego wynika. To tam rysuje się ta złowieszcza tolerancja, która jest pożywką dla zła.

Nie sposób nie nawiązać do przełomowego wydarzenia, jakim moim zdaniem był udział rodziny Olewników w posiedzeniu komisji sejmowej. Ci zacni ludzie, doświadczeni wielką tragedią, rzucili wyzwanie całemu światu polskiej polityki, ukazując przemożne dążenie do wyjaśnienia prawdy, którego nikt już nie może zlekceważyć. Na chwilę zamilkli ci, którzy zwykle rozpoczynają operacje bagatelizowania i tuszowania spraw. Porażająca w swej wymowie demonstracja działania zbrodniczego układu była uzasadnionym, najbardziej wyrazistym i publicznym oskarżeniem państwa. Nie było w tym spotkaniu miejsca na politykę i dobrze, że w poszanowaniu dla tragedii i w respekcie dla dzielności rodziny ofiary politycy PIS nie ujawnili gorzkiej satysfakcji ze swoich wcześniejszych diagnoz. Milcząco jednak musi zakiełkować w powszechnej świadomości ta bolesna prawda o chorobie państwa.

R.Kalisz już dzisiaj powinien się wycofać z życia publicznego, bo tego wymaga przyzwoitość, bo w pełni wiarygodni ludzie wyznali, że byli przez niego traktowani jak śmieć, bo kpił sobie bagatelizując jawnie zaplanowaną kradzież dokumentacji. Jeżeli Kalisz nie jest przyzwoity, to trzeba tego "wybitnego prawnika" otoczyć ostracyzmem. Nie wierzę, by układ odbudowujący swój potencjał w sprzyjającej atmosferze aktualnie rządzącej sitwy, dopuścił do ujawnienia całej prawdy, ale ta sprawa wypłynie w jeszcze szerszym wymiarze w przyszłości.

Śledzę uważnie wszystkie wydarzenia, jednak w kwietniu zastygłem w milczeniu, bo obserwacja niszczącej mocy ekipy, która w zbiorowym wysiłku "wyłożyła ręce na pokład", by przejąć ponownie władzę nad Polską i cofnąć bieg historii, ma trochę działanie paraliżujące. Dźwięczą mi w uszach słowa naszego Ojca Świętego Jana Pawła II - "....obyście się nigdy nie zniechęcili", które nie pozwalają na paraliż, ale jednak świadomość dokonywania przez Polskę kolejnych kroków w tył, jest potężnie deprymująca.

Nazbierało się już dostatecznie wiele faktów i wydarzeń, które pozwalają każdemu dostrzec i zrozumieć to, co niemal w każdej dziedzinie wyprawia ten rząd. Tym bardziej muszą o tym wiedzieć ci, którzy przez uczestnictwo w PO, czy szerzej w koalicji, są współtwórcami niszczenia Polski. Albo uczestniczą w tym wszystkim świadomie i wtedy są łajdakami, albo nieświadomie, a wtedy ich zbrodnią jest bycie posłem. Być może trzeba rozpocząć uświadamianie sprawcom, że tym razem nie będzie "grubej kreski", że odpowiedzialność to też jest słowo, które ma swoje klarowne znaczenie, a przysięga poselska nie jest rytuałem, który nie niesie konsekwencji.

Piszę dzisiaj bardziej generalnie, nie wchodząc w szczegóły, ale o tych konkretach, które mam na myśli, bardzo sprawnie piszą inni. Bardzo się cieszę, że portal Ojczyzna ożył i pojawiło się kilku autorów z portalu blogów politycznych salon24. Cieszę się, że mogę czytać szczególnie cenionych przeze mnie autorów, bez konieczności filtrowania niektórych innych, niezbyt ciekawych uczestników salonu24. Tam nie da się wszystkiego przeczytać, ale warto wyłuskać niektóre perły, praktycznie zawsze autorstwa ludzi spoza grona dziennikarzy, których poziom często jest żenujący. Niedawno w salonie24 ukazał się bardzo ciekawy tekst autora o nicku Tad9 p.t. "Czy patriota może popierać ten reżim?", który obszernie analizuje zabójczą dla Polski politykę kadrową obecnych władz. Ten rodzaj dokumentacji posunięć ekipy Tuska powinien poznać każdy zwolennik Platformy Obywatelskiej.

Nie wiem, co myślą dzisiaj wyborcy PO. Nie wiem, bo oni niechętnie odpowiadają. Może mają jakieś głębsze refleksje, może się wstydzą, a może się ukrywają w trosce o własną przyszłość. Na podstawie wcześniejszych doświadczeń nie próbuję z nimi rozmawiać, bo wiem, że argumenty nie mają żadnego znaczenia.

W czasie swojego chwilowego zastygnięcia w milczeniu zaangażowałem się w akcję związaną z listem otwartym, którego tekst poprzedza niniejszy zapisek. Odbieranie poczty od  wszystkich sympatycznych ludzi, zgłaszających chęć sygnowania listu, było dla mnie zwiastunem nadziei. Wiem, że sygnatariusze listu doskonale wiedzą jak poważne sprawy dzieją się w naszej Ojczyźnie, nie potrzebują wzrostu własnej świadomości, oni już są gotowi do uczestniczenia w naprawie Polski. 

 

ZAMIAST ZAPISKU

     15 kwietnia 2008 r.

  List otwarty

     Do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji
               Do Sejmowej i Senackiej Komisji Kultury i Środków Przekazu
               Do wszystkich ludzi dobrej woli

Z satysfakcją i z wielką ulgą przyjęliśmy  oświadczenie  Prezydium Konferencji Episkopatu Polski z dnia 10.04.2008 r., w którym biskupi wyrazili zdecydowany sprzeciw wobec przedstawianych w mediach sugestii i żądań podważających decyzje Stolicy Apostolskiej w sprawie obsadzeń stolic biskupich. Odczuliśmy ulgę, ponieważ od dawna wyczekiwaliśmy na taki mocny i czytelny sygnał ze strony Episkopatu, przypominający najprostsze prawdy związane z funkcjonowaniem Kościoła i autonomią jego wewnętrznych decyzji. Te zasady, uświęcone tradycją i krwią męczenników, są przynależne autorytetowi Kościoła i nikomu nie wolno ich podważać.

Uznajemy to oświadczenie za przełomowe, ponieważ ogłoszono je po długim okresie milczenia Episkopatu, gdy w pokornej cierpliwości Pasterze Kościoła w Polsce zdawali się czekać na samoistne wyciszenie tumultu czynionego przez wrogów Kościoła, na sprawiedliwą ocenę jego służby Bogu i Ojczyźnie i zaprzestanie podważania jego autorytetu. Wiemy wszyscy, że ta wyczekująca, pełna chrześcijańskiej miłości i nadziei postawa przynosiła całkiem odwrotny skutek, ośmielając przeciwników i prowokując ich do coraz bardziej bezpardonowych ataków i oskarżeń, aż po wkroczenie na drogę bezpośrednich żądań, by Kościół podporządkował swoje decyzje naciskom kierowanym spoza jego hierarchicznych struktur.

Prezydium Episkopatu słusznie zwraca uwagę w swym oświadczeniu na rolę środków społecznego przekazu, za których pośrednictwem realizowane są ataki i naciski na Kościół, i zwraca się o zaniechanie podobnych praktyk. To szkodliwe działanie mediów trwa już wiele lat i dotyka wielu dziedzin życia społecznego i politycznego, ale w ostatnim okresie skupia się w sposób szczególnie intensywny na walce z Kościołem i przekroczyło wszelkie dopuszczalne miary.

Jako sygnatariusze niniejszego listu w pełni identyfikujemy się z treścią oświadczenia Prezydium Episkopatu i pragniemy ten głos wesprzeć naszym wezwaniem, a nawet żądaniem, by instytucje odpowiedzialne za działanie środków społecznego przekazu podjęły zdecydowane działania powstrzymujące tę karygodną samowolę w czynieniu zła i pogłębianiu podziałów w społeczeństwie.

 

Szanowni Państwo!

Nie adresujemy naszego listu do Rady Etyki Mediów czy do Rzecznika Praw Obywatelskich, bo dotychczasowa praktyka ukazała całkowitą fikcyjność i bezużyteczność tych instytucji, a czasem nawet złą wolę. Zwracamy się do Członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz do Członków Sejmowej i Senackiej Komisji Kultury i Środków Przekazu, jako bezpośrednio odpowiedzialnych za zmianę obecnego stanu rzeczy. Prosimy o przerwanie bezczynności i podjęcie zdecydowanych kroków uwzględniających nasz sprzeciw wobec tych wszystkich zjawisk w środkach społecznego przekazu, w których tak haniebnie przejawia się bezwzględna walka z Kościołem, podważanie jego autorytetu i naruszanie godności całej społeczności Kościoła w Polsce.

 

1.      Nie zgadzamy się na całkowicie nieuzasadnione nagłaśnianie marginalnych spraw, drobnych lokalnych konfliktów czy mało znaczących błędów poszczególnych kapłanów. Te sprawy przedstawiane są zawsze jednostronnie, z wyraźną intencją budowania fałszywego obrazu Kościoła. Jest to jawna manipulacja i deformacja rzeczywistości, gdy w tym samym czasie nieporównanie bardziej powszechne przykłady pięknych postaw, tworzenie dobra i nieustająca praca organiczna kapłanów harmonijnie współpracujących ze swoimi parafianami są praktycznie nieobecne w mediach.

2.      Nie zgadzamy się na obrażanie kapłanów, na fałszywe oskarżenia kierowane pod ich adresem, na tolerowanie publicznych wypowiedzi, w których osoby publiczne rozładowują swoje osobiste frustracje i niechęć do Kościoła, przy rażącym zaniedbaniu elementarnej kultury, należnego szacunku i z lekceważeniem wrażliwości ludzi wierzących.

3.      Nie zgadzamy się na to, by o sprawach dotyczących bezpośrednio Kościoła, jego wewnętrznych decyzji, jego struktur i sposobu działania, publiczne rozważania przedstawiały osoby spoza Kościoła, których to nie dotyczy, a zwłaszcza osoby, które mają wrogi stosunek do chrześcijaństwa, także te osoby, które sprzeniewierzyły się ślubowaniu i odeszły od Kościoła. Również nie zgadzamy się, by w imieniu społeczności Kościoła wypowiadali się ludzie nieumocowani do tego żadnym mandatem, a uzurpujący sobie kwalifikację tzw. publicystów katolickich.

4.      Nie zgadzamy się na manipulację, w której w sposób ciągły powtarzane są niepotwierdzone oskarżenia, a przemilczane są fakty w istotny sposób je podważające. Mamy tutaj na myśli m.in. wciąż podtrzymywane oskarżenia wobec abp. J. Paetza i abp. S. Wielgusa, pomimo ważnych, a starannie pomijanych okoliczności wskazujących na ich fałszywość. Nie sposób też nie przywołać szczególnie drastycznego przykładu, jakim jest zdumiewająca tolerancja dla skandalicznych i trwających od wielu lat, nieustannych ataków na o. Tadeusza Rydzyka. Także w tych atakach uporczywie powtarzane są oskarżenia, mimo że wielokrotnie wyjaśniano, że są kłamstwem. Sięgając daleko wstecz pamięcią, nie odnajdujemy nawet w czasach PRL podobnego przykładu tak zmasowanego, niesprawiedliwego oskarżania i poniżania jednego człowieka. Już ta jedna sprawa winna być powodem radykalnych działań powstrzymujących to haniebne postępowanie.

5.      Nie zgadzamy się na tworzenie i podsycanie podziałów polskiego Kościoła przez nieuzasadnione uprzywilejowanie obecnością w mediach tych kapłanów, których poglądy są często kontrowersyjne, preferowane przez dysponentów mediów, a zawsze mało reprezentatywne dla Kościoła.

6.      Nie zgadzamy się na kontynuację haniebnego procederu, w którym podważa się zaufanie do kapłanów przez nieuzasadnione oskarżenia związane z tzw. lustracją w Kościele. Lustracja Kościoła jest jego wewnętrzną sprawą i została zakończona werdyktem Kościelnej Komisji Historycznej. Jedynie przypadki, w których wystąpiła potwierdzona krzywda określonej osoby lub środowiska, mogą podlegać zewnętrznej dyskusji i badaniom, jeśli skrzywdzeni się tego domagają.

 

Szanowni Państwo,

Przedstawiliśmy niektóre zjawiska występujące w środkach społecznego przekazu, które muszą być usunięte z przestrzeni publicznej. Mają Państwo wiele środków, by tego dokonać. Jednak pragniemy skupić Państwa szczególną uwagę na telewizji publicznej, która powinna być wzorem dla innych środków przekazu i która musi podlegać kontroli społecznej, zwłaszcza tej realizowanej poprzez KRRiT i komisje parlamentarne. Telewizje prywatne częściowo wymykają się spod takiej kontroli, dlatego w tym wypadku pragniemy zwrócić się o szersze współdziałanie, zwłaszcza w stosunku do tych telewizji prywatnych, które wyróżniają się szczególną wrogością do Kościoła. Pragniemy odwołać się do wszystkich ludzi dobrej woli: Nie występujcie w tych telewizjach, które nie szanują ludzi wierzących. Nie twórzcie swoją obecnością w programach pozorów wiarygodności takich mediów. Nie tolerujcie w Waszej obecności wypowiedzi atakujących Kościół i kapłanów, nie występujcie publicznie obok osób, które w ten sposób postępują.

Jest dzisiaj taki czas w naszych dziejach, że trzeba powiedzieć głośno: Non possumus! Dosyć! Ten czas się rozpoczął, bo przekroczono wszelkie miary, a politycy i osoby publiczne winni to dostrzec w pierwszej kolejności. To Wy macie w swoich rękach bardzo ważne narzędzie, bo Wasze konsekwentne postępowanie może być początkiem naprawy sytuacji, a na pewno może rozpocząć przywracanie prawdziwego sensu zagubionym słowom o prawdzie, o uczciwości, o kulturze politycznej, o szacunku dla wartości, tym samym otwierając nadzieję na ustanowienie dobrego porządku rzeczy w naszej Ojczyźnie. Bo to o ten porządek chodzi, w którym Kościół i Naród stanowią jedno, a który stał się początkiem polskiej państwowości. I ten właśnie porządek wrogie siły chcą naruszyć - rozdzielić oba elementy jedności, by najpierw Kościół, a później Naród zniszczyć. Dzisiaj musimy bronić Kościoła, a zwłaszcza jego kapłanów, bo nam to zadano, bo bronimy wspólnego dziedzictwa i wspólnej przyszłości, z zachowaniem narodowej pamięci i tożsamości.

 

dr hab. n. med. Irena Adamczewska
mgr. inż. Marian Adamczewski
doc. dr Olgierd Baehr
prof. dr hab.
Stanisław Borkacki 
dr hab. Jan Borkowski
prof. dr hab. Rafał Broda
prof. Janusz Czyż
lek. med. Gabriela Danielewicz
lek. med. Ryszard Danielewicz
mgr inż. Józef Dąbrowski
mgr inż. Elżbieta Dąbrowska
dr n. wet. Maria Depczyk
prof. dr hab. Włodzimierz Roch Doruchowski
mgr Stanisław Fudakowski
inż. kpt. ż.w. Józef Gawłowicz
prof. dr hab. Marian Grynia
mgr Marlena Hadaś
mgr inż.
Barbara Hyży
mgr inż. Jan Hyży
prof. dr hab.
Zbigniew Jacyna-Onyszkiewicz
dr hab. n. med. Piotr Jakoniuk
prof. dr hab. Leszek Jankiewicz
prof. dr hab. med. Tomasz Karski
inż. Aleksandra Kawiak
dr hab. Stefan Kawiak
dr hab. Jerzy Kiersnowski
lek. med. Maria Kieturakis
dr hab. Jerzy Konior
prof. dr hab. Edmund Kozal
mgr Bolesław Jerzy Kozłowski - nauczyciel
prof. dr hab. inż. Ryszard Henryk Kozłowski 
prof. dr hab. Mirosław Kozłowski
lek. med. Ewa Leo
prof. dr hab. Wacław Leszczyński
prof. UAM dr hab. Andrzej Maciejewski
prof. dr hab. Jerzy Marcinek
prof. dr hab. n. med. Janina Moniuszko-Jakoniuk
dr hab. n. med. Tadeusz Moniuszko
prof. dr hab. Piotr Małoszewski
prof. dr hab. Janina Marciak-Kozłowska
inż. kpt. ż.w. Józef Mikulski
prof. dr hab. Olgierd Nowosielski
Henryk Pająk – literat
mgr Zofia Pawłowska
mgr Wiesław Paździor – nauczyciel
dr inż. Feliks Pieczka
mgr kpt. ż.w. Jan Prüffer
mgr inż. Edward Reoding
prof. dr hab. inż.
Dominik Sankowski
prof. dr hab. Kazimierz Stępczak
dr inż. Adam Stoszko
inż. kpt. ż.w. Zbigniew Sulatycki
mgr inż. Alojzy Szablewski
prof. dr hab. Henryk Szydłowski
lek. med. Urszula Śmiałek
prof. dr hab. Helena Tarasiewicz
dr inż. Teresa Walewska-Przyjałkowska
prof. dr hab. Irena Wiąckowska
prof. dr hab. Stanisław Wiąckowski
prof. dr hab. inż. Józef Wysocki
inż. st. of. mech. PMH Zbigniew Wysocki 
lek. med. Sławomir Zaboklicki
prof. dr hab. Zygmunt Zagórski
prof. dr hab. inż. Jacek Zimny
red. Edmund Zdanowski

 

Szanowni Państwo,

Lista sygnatariuszy jest otwarta. Kto z Państwa chciałby poprzeć treść tego listu własnym podpisem prosimy o przesłanie swoich danych (tytuł, imię, nazwisko) na adres:

     e-mail: zbyszeksulsopot@poczta.onet.pl 

lub e-mail: rafal.broda@op.pl

 

29 marca 2008    - 123

Główny problem z traktatem europejskim,

Walka o traktat reformujący toczy się dalej i nie wiem, czy na końcu będzie zimny prysznic, czy burza. Nie potrafię już skupić swojej uwagi na wywodach zwolenników traktatu, bo jest to zawsze pustosłowie złożone z tych samych kilku wytartych haseł; powraca nawet przestroga przed losem Białorusi. Patrzę jedynie na argumentacje niektórych posłów PIS, ale też nie słyszę niczego poza podobnymi hasłami, natomiast, czegoś się o nich samych dowiaduję.

Na przykład poseł Paweł Kowal. Do niedawna nierozpoznawalny, choć zdążył już pełnić wysokie funkcje. Dzisiaj kręci się po wszystkich mediach i dużo mówi. Mówi z narastającą pewnością siebie i szybko zanikającą pokorą. Jest wrażliwy, uważny, ugodowy, ceniący nade wszystko kompromis i przekonany, że potrafi przekonać do swoich racji. Jest też tolerancyjny dla tych, którzy jeszcze nie dostrzegli, że traktat jest wielką wartością i kompromis jest konieczny, by go ratyfikować. Poseł Kowal z życzliwą wyrozumiałością myśli o nich, że mają często uzasadnione frustracje i obawy, które trzeba rozproszyć. Poseł zdaje się nie mieć wątpliwości co do swoich racji, a nawet nie dopuszcza myśli, że może go słuchać ktoś o bardziej przenikliwym rozumie. Już widzę, jak poseł Kowal "rozprasza" obawy np. księży profesorów Jerzego Bajdy i Czesława Bartnika. 

Tak myślę sobie, czego potrzeba młodemu człowiekowi, by uwierzył w swoje możliwości ponad miarę i stanął u progu pychy. I myślę, że wiem skąd się to bierze, bo widzę to na co dzień w różnych telewizjach. Otóż dostęp do mediów, do blasku kamer, do mikrofonu często jest dla młodych ludzi mocnym i zdradzieckim bodźcem do wiary we własny potencjał i mądrość. Kiedy te zaproszenia i wizyty w mediach zdarzają się coraz częściej, działają jak narkotyk i zdają się wręcz zmieniać osobowość młodego polityka, czy dziennikarza. Zaczyna wierzyć, że jest chyba mądry, bo go zapraszają, a oni go zapraszają wyłącznie dlatego, że jest dla nich pożyteczny, jeśli mądry i pożyteczny, to tym lepiej. Ciekawe, czy poseł P.Kowal się nad tym zastanawiał, ale mógłbym mu podpowiedzieć, że dla TVN jest pożyteczny, co nie wyklucza mądrości.

Traktat jest niedobry dla Polski i jest niedobry dla Europy. Sądzę, że ci, którzy o tym nie wiedzą, po prostu nie przemyśleli spraw do końca. I jest na to sto argumentów, ale głównym, wybiegającym daleko w przyszłość, jest fakt, że traktat jest potężnym krokiem w stronę kształtowania nowego totalitaryzmu. Ja o tym zagrożeniu pisałem w lutym 2003, jeszcze przed akcesją, w obszernym artykule "UE a Polska- koronne argumenty przed referendum". Przytoczę więc, z dedykacją dla p.Pawła Kowala, dwa fragmenty, które tego zagrożenia dotyczą. Czynię to, ponieważ dzisiaj ten czarny obraz zdaje się być o wiele mniej abstrakcyjny, niż 5 lat temu.      

 

"…- prawdziwie głęboka synteza zdarzeń i faktów, z którymi mamy do czynienia, prowadzi do wniosku, że rodzi się nowa, niezwykle groźna forma totalitaryzmu.  Nikt nie może zaprzeczyć, że istotnie budowany jest świat, jakiego w tej skali jeszcze nie było – świat oparty na skrajnym egoizmie i całkowitym odrzuceniu fundamentu dotychczas uznawanych i pielęgnowanych wartości. W świecie tym dobro miesza się ze złem, fałsz z prawdą, wszystko staje się relatywne, więzi społeczne ulegają osłabieniu, a stosunki międzyludzkie stają się całkowicie powierzchowne; znośne - jeśli oparte na wspólnocie interesów, ale zabójcze - gdy warunki zmuszają do rywalizacji. W takim świecie w oczywisty sposób musi się uformować, przejąć władzę i odgrodzić od reszty, wąska warstwa ludzi pozbawionych wszelkich zasad i skrupułów – elita i nomenklatura totalitaryzmu, nieposkromiona w zdobywaniu nieograniczonych dóbr i zupełnie obojętna na los innych. Jest również rzeczą oczywistą, że poza tą wąską grupą musi pozostać olbrzymia większość, której kosztem to wszystko się odbywa, a która musi być trzymana w ryzach pełnego posłuszeństwa – to jest układ, który musi być totalitarny. I może ktoś powiedzieć: to przesada, a zresztą to nie jest nic nowego, to można okiełznać, wszystko przecież w różnych okresach już było i jakoś minęło.

 Ależ nie!  Tym razem to jest naprawdę coś innego, to jest prawdziwie niebezpieczne!  Niezwykłość, a zarazem apokaliptyczna groźba proponowanego dla świata nowego systemu wynika z niemal perfekcyjnego wykorzystania doświadczeń wszystkich dotychczasowych eksperymentów z totalitaryzmem, z doskonałego rozpoznania wszystkich słabości natury ludzkiej i z umiejętności wykorzystania bezprecedensowego rozwoju techniki. To pozwala uzyskiwać nadzwyczajnie skuteczny sposób wprowadzania nowego porządku i rozprzestrzenienia go do wszechogarniającego,  globalnego zasięgu.

 Można odnotować wyraźną ciągłość, a zarazem ewolucyjne udoskonalanie  konstrukcji totalitarnych systemów, dla których bazowym założeniem zawsze pozostaje odrzucenie Boga przez człowieka, a podstawowym narzędziem - kłamstwo. Rewolucja francuska rzuciła w lud hasła „wolność, równość, braterstwo” i natychmiast zainstalowała gilotyny, dokonała pionierskiego pod względem rozmiarów ludobójstwa w Wandei i wprowadziła narzędzia terroru będące wzorem dla wielu przyszłych kontynuatorów. Ideologiczne odrzucenie Boga musiało się w praktyce realizować przez szczególnie krwawą rozprawę z chrześcijaństwem, jego duchowieństwem, zakonami, przez niszczenie wszelkich symboli i bazy materialnej Kościoła. Rewolucja w Meksyku i wojna domowa w Hiszpanii opierały się na tych właśnie wzorach, ale tak jak blisko półtora wieku wcześniej we Francji, były to zaledwie ograniczone terytorialnie eksperymenty budujące podwaliny pod kolejne, znacznie szersze zamierzenia. Niemiecki narodowy socjalizm - znany jako hitleryzm, a w znacznie poważniejszej skali komunizm, stanowiły już poważne próby wprowadzenia totalitaryzmu w wymiarze globalnym. Niewątpliwie miały ze sobą wiele cech wspólnych, w początkowych fazach rozwoju, nawet podobne źródła finansowania, ale poza krótkim okresem intensywnej współpracy, w zasadzie rywalizowały ze sobą. W bezpośrednim starciu musiał przegrać hitleryzm, bo zbyt szeroko zakreślił obszar zamierzonego i nadto szybkiego podboju, a zarazem zbyt otwarcie ogłosił swoje prawdziwe plany wobec podbitych społeczeństw. O ileż bardziej wyrafinowany w słowach i w ideologicznym przesłaniu był komunistyczny rywal. Do jakiej perfekcji doprowadził kłamstwo, posługując się coraz doskonalszymi środkami technicznymi i stale udoskonalaną sztuką wyrafinowanej manipulacji. A wreszcie, jakie osiągnął „rezultaty” pod względem zasięgu terytorialnego, liczby ofiar, a zwłaszcza czasu trwania, którego końcowej granicy nawet dzisiaj nie można określić.

W pierwotnej postaci komunizm trwa nadal w kilku miejscach, ale nas bardziej interesuje ten ewolucyjnie przepoczwarzony wariant, który instaluje się dzisiaj w Europie i poza nią. To nie jest przypadek, że dotąd nie nastąpiło rozliczenie komunizmu, że konkretni ludzie postarali się, by nie było takiego momentu w dziejach najnowszych Europy, który stanowiłby cezurę oznaczającą upadek komunizmu – tak nie mogło się stać, bo gdyby się stało, to w całej Europie od władzy musieliby zostać odepchnięci ludzie, którzy budowali komunizm, którzy z nim ściśle współpracowali, a więc właśnie dokładnie ci politycy, którzy dzisiaj są w pełnym znaczeniu tego słowa awangardą Unii Europejskiej. Jest więc pełna ciągłość z poprzednim systemem, który nigdy się nie skończył, natomiast zmienił jedynie narzędzia, jakimi się posługuje dla zdobycia i utrzymania władzy, zapewniającej dostęp na  stoki i szczyt współczesnego Olimpu, dla wybranej, hierarchicznie uszeregowanej  grupy uczestników…….

 

…..Najważniejszy wreszcie element systemu – przemoc i terror - zastąpiono całym wachlarzem narzędzi, wobec których sprzeciw pojedynczego człowieka, a nawet zorganizowanych grup ludzi jest praktycznie niemożliwy, tworząc poczucie bezsilności, a w końcu całkowitej bezradności. Spośród tych narzędzi na czoło wysuwa się przymus ekonomiczny. Jego skuteczność zapewnia się przez pozbawienie ludzi własności i możliwości zarobkowania, przez zamierzoną pauperyzację całych grup zawodowych, sztuczne prowokowanie bankructw, niejasne i dowolnie interpretowane przepisy podatkowe, a także kredytowe pułapki finansowe. Są też inne narzędzia, które działają już teraz i mogą się wydawać nie do końca groźne, ale w przyszłości tak się rozwiną, że będą mogły ubezwłasnowolnić każdego. Rozwija się więc monstrualną biurokrację, która w razie potrzeby może zahamować wszelką indywidualną działalność. Buduje się gąszcz przepisów i prawo tak sformułowane, że niemożliwe do rozpoznania, a zrazem interpretowane z taką dowolnością, że nikt do końca nie będzie bezpieczny przed jego niszczącą ingerencją. Stwarza się ogłuszający szum medialny, uniemożliwiający rozeznanie rzeczywistości, której opis rozmyty w papce informacyjnej tworzy świat całkowicie wirtualny. A to wszystko wspierane jest działaniami niezbędnymi do osiągnięcia maksymalnej atomizacji jednostek, poprzez narzędzia takie jak - demoralizacja dekomponująca tkankę społeczeństwa, uderzanie w rodzinę, tłumienie wszelkich wyższych potrzeb udoskonalających człowieka, a jednocześnie budzenie instynktów upodabniających ludzi do zwierząt - po krótkiej tresurze staną się w pełni sterowalni i niezdolni do samoorganizacji. 

Doprawdy, trudno zaprzeczyć, że taki właśnie kierunek wytyczono dla rozwoju Unii Europejskiej. Oszałamiający postęp na tej drodze można mierzyć ciągłym wzrostem liczby bezproduktywnych urzędników, stosami zapełnianych papierów, dziesiątkami tysięcy drobiazgowych, w większości zbędnych, lub idiotycznych przepisów, gigantycznymi kosztami, które muszą rosnąć wobec nieograniczonej pazerności nowej nomenklatury.

U podstaw wszystkiego jest kłamstwo, które staje się tak powszechne, że niezauważalnie prowadzi do schizofrenicznej dwoistości postaw. Nie wystarczy przecież potępiać zauważane przejawy korupcji, a pomijać milczeniem osobliwą tolerancję i tuszowanie tych spraw na europejskim poligonie nowego systemu. Cóż oznacza stan, w którym wszyscy zdają się zauważać idiotyzmy brukselskiej biurokracji, śmiech miesza się z oburzeniem, a wszystko toczy się dalej swoim niezakłóconym trybem. Cóż oznacza pogarda dla hipokryzji, gdy nie dostrzega się dysonansu głoszonych haseł o demokracji z demonstrowaną pogardą dla jej wyroków. Można podziwiać ustalanie norm czystości powietrza, norm bezpieczeństwa pracy, rygorów produkcji żywności – bo to wszystko ma wyrażać wielką troskę o zdrowie obywateli. Od podziwu dla tej troski natychmiast jednak przechodzimy do zastanowienia się nad niezwykłą zapalczywością w umożliwianiu zabijania niewinnych dzieci, które nie zdążyły się narodzić, a także nad swoistą i cyniczną ekonomią zabijania starych ludzi, którzy już nie pomnożą zysków, a raczej mogą domagać się spłaty długu za swe pracowite życie. Kłamstwo, na którym oparty jest każdy totalitaryzm, widać co krok, a groźny postęp zaznacza się w tym, jak szybko ludzie akceptują coś, co jeszcze wczoraj budziło przerażenie –im energiczniej i dalej odrzucą Dekalog, tym szybciej zaakceptują. O ileż łatwiej i wygodniej staczać się w barbarzyństwo, niż z wysiłkiem, ale w harmonii ze wszystkimi i z sobą budować cywilizację miłości. Konstruktorzy nowego systemu wiedzą, że propagowanie i narzucanie tej łatwiejszej i czasem doraźnie atrakcyjnej drogi ku barbarzyństwu gwarantuje ciągły postęp w budowie planowanego przez nich porządku."

 

15 marca 2008    -  122

Przyśpieszenie

 Intensywność ważnych wydarzeń nieregularnie pulsuje w czasie i zwykle sprzęga w pęczki różne sprawy. Czasem tworzą one tak dużą amplitudę, że związane z tym napięcie zmusza do wielowątkowych rozważań; łatwo w nich zagubić wagę poszczególnych spraw. To równoczesne budowanie napięcia w różnych wątkach jest dokonywane z premedytacją, aby powiększać chaos i załatwiać to, co najważniejsze, pod osłoną szumu informacyjnego innych spraw, mniej ważnych, ale łatwych do medialnego nagłośnienia. Trzeba wybrać to, co ważne i pilne, by nie pozwolić rozproszyć uwagi na to, co może być odsunięte w czasie. Mimo ryzyka błędu, na jakieś priorytety trzeba się zdecydować.

Wydarzenia w Polsce znów uległy takiemu cyklicznemu i wielowątkowemu przyśpieszeniu. Skupię, mimo wszystko, uwagę na tym, co jest medialnie podsuwane, na awanturze wokół traktatu lizbońskiego. Te inne sprawy, jak najnowszy groźny atak na Kościół, wojna o telewizję publiczną, Kosowo, Ukraina, tarcza antyrakietowa, podwyżki cen, służba zdrowia, czy wiecznie żywy temat ciągłej żydowskiej ofensywy na Polskę, trzeba odłożyć na później.

Gra o ratyfikację traktatu lizbońskiego wypełnia wszystkie medialne przekazy i podnosi temperaturę do poziomu, przy którym znów politycy i publicyści, tracąc instynkt samozachowawczy, stają się przeźroczyści. Jakiś czas temu zastanawiałem się, jak J.Kaczyński wybrnie z trudnego dylematu, który sam stworzył - nie udało mi się wymyślić, ale JK znalazł rozwiązanie, domagając się ustawowej gwarancji, że nikt łatwo nie skasuje zabezpieczeń wynegocjowanych w Brukseli. Okazało się, że PO i inni bronią się rękami i nogami, przed takim ograniczaniem ich chęci do okazania wiernopoddańczych gestów wobec umiłowanego sąsiada z zachodu.

Mimo hałaśliwego tuszowania istoty sporu, pod hasłem - "sami wynegocjowali, a teraz się rozmyślili", argumentacja JK jest prosta i dostępna dla umysłów choć odrobinę wystających ponad poziom Niesiołowskiego:  Traktat jest beznadziejny, ale nie ma aż tak wielkiego znaczenia, jeśli zagwarantuje się, że Karta Praw Podstawowych w kilku ważnych sprawach Polski nie obowiązuje, że utrzymany będzie nicejski system głosowania do 2014, z łatwym przedłużeniem do 2017 roku i Konstytucja RP jest ustawą najwyższą, która gwarantuje suwerenność  (domyślnie - może być zmieniana, ale w konstytucyjnym trybie).

Jeśli chodzi o mnie, to nie zgadzam się z takim postawieniem sprawy i generalnie chęć ratyfikacji traktatu także przy spełnieniu takich warunków uważam za ciężki błąd. Jednak jestem gotów do uznania prawa J.Kaczyńskiego do popełnienia tego błędu, bo dopuszczam możliwość, że to on ma lepiej przemyślany plan działań dla dobra Polski w arcytrudnych warunkach, z jakimi mamy do czynienia.

Różnica poglądów sprowadza się do tego, że ja uważam tę grę za beznadziejną, wprowadzającą nas i całą Europę coraz głębiej w uwikłanie w coś, co karmi złośliwy nowotwór brukselski w sposób bardzo szkodliwy, a JK uznaje, że najlepszą obroną jest atak, który jest możliwy tylko przy odważnym wejściu w grę.

Daję słowo, że nie wiem, kto ma rację i gorąco zalecam wszystkim odrobinę pokory i wątpliwości wobec własnego rozumowania. Bo te wątpliwości, które mnie samego dręczą, wynikają z rozważania możliwego alternatywnego postępowania. Mamy tutaj do dyspozycji przykład postępowania politycznego marudera Marka Jurka, które tak, jak przy obronie życia, zaczyna się i kończy na wygłoszeniu pięknych haseł i ucieczce przed odpowiedzialnością za skutek. Taka postawa, jeśli nie prowadzi do gwałtownego przypływu milionów zwolenników, stwarzających podstawy do uzyskania skuteczności, jest jałowa, a nawet drażniąca.

 Obserwuję manewry pana MJ na scenie medialnej i nie dostrzegam w nich śladu tej obiecującej dojrzałości politycznej z czasów, gdy z ramienia PIS pełnił funkcję marszałka Sejmu. Pryncypialność haseł całkowicie rozmija się z jego dzisiejszym brakiem pryncypialności w wyborze mediów i otoczenia, w których się pojawia (nawet w tak paskudnej telewizji, jak SUPER STACJA), z jego wręcz rażącą tolerancją dla haniebnych wypowiedzi rozmówców o Ojcze T.Rydzyku, z jego pobłażliwością dla faktu, że jest wykorzystywany do walki z PIS, a więc do wzmacniania przeciwników zarówno PIS, jak i głoszonych przez siebie haseł. Jestem pewien, że walka MJ o powrót na scenę polityczną nie wróży żadnego sukcesu, a jego udział w zabiegach przeciw ratyfikacji nie ma znaczenia dla spraw, które toczą się poza jego wpływami.

W najłatwiejszej sytuacji politycznej są przeciwnicy ratyfikacji ulokowani wewnątrz PIS i do nich jest mi najbliżej. Bez względu na dalszy rozwój sytuacji będą oni głosować przeciw ratyfikacji, ale nie porzucą J.Kaczyńskiego i innych głosujących za traktatem, gdy warunki PIS będą spełnione. Nie nazwą JK zdrajcą, czekając na skutki tego, co dzisiaj wydaje się być błędem, ale może nim nie być. Także ja, trzymając się wcześniejszej deklaracji, będę mógł poprzeć PIS, jeśli w moim okręgu wyborczym znajdzie się choć jeden kandydat, który głosował przeciw ratyfikacji.

A dramat trwa. Moim zdaniem PO nie zgodzi się na ustawę zabezpieczającą, kilku posłów PIS zdradzi i przyklepie quorum, a Prezydent w tych warunkach nie podpisze ratyfikacji i zarządzi referendum. Gdyby tak się stało, to mielibyśmy skutek, o jakim wielu marzy, choć zdają się zapominać, że przegrane referendum to sprawa o wiele groźniejsza, niż przegrana ratyfikacja w parlamencie.

Być może tych kilku potencjalnych zdrajców w PIS nie zdecyduje się na zdradę, wiedząc, że Prezydent nie ratyfikuje traktatu bez przyjęcia pełnej wersji ustawy.

Ale też być może Prezydent podda się i podpisze bez gwarancji - wtedy też się czegoś dowiemy, choć będzie to katastrofa, po której trzeba będzie zacząć wszystko od nowa i najlepiej z Jarosławem Kaczyńskim.

 

9 marca 2008    -  121

Marzec 68 z dystansu

Mijają kolejne lata, a w każdym z nich nadchodzi miesiąc marzec, kiedy wzrasta intensywność wspomnień, rozważań i analiz związanych z wypadkami marcowymi z 1968 roku.  Wielka i rozdmuchana legenda o przełomowym znaczeniu wydarzeń roztapia się zwolna w fragmentarycznych prawdach, które odsłaniane są przez bezpośrednich uczestników, zabierających głos po latach milczenia, gdy nie mają już dość siły, by znosić kłamstwa manipulantów, stawiających się wtedy przed 40 laty i dzisiaj, na piedestałach bohaterów walki o wolność i demokrację.

Także teraz, z okazji okrągłej 40-tej rocznicy wzmaga się spektakl rywalizacji prawdy z kłamstwem o wydarzeniach tamtego marca. Z jednej strony są ówcześni studenci uczestniczący w wiecach i manifestacjach, przypominający swój udział, wyobrażenia i motywacje z tamtego okresu. I motywacją była prawie zawsze demonstracja politycznego sprzeciwu wobec takiego postępowania władz, którego symbolem był zakaz wystawiania narodowego dramatu „Dziady”. Za to byli bici, aresztowani, represjonowani, choć w większości nie mieli świadomości, że ich autentyczny sprzeciw jest prowokacyjnie podsycany i politycznie wykorzystywany przez graczy znających prawdziwe cele gry. Z drugiej strony są właśnie ci gracze, których prawdziwa motywacja została już wielokrotnie zdemaskowana  postawami, które budzą wstręt, ale od dawna już niczym nie zaskakują.

Czy można dzisiaj wciąż ulegać złudzeniom, że Michnikowi, Kuroniowi, Blumsztajnowi, Szlajferowi, czy Lityńskiemu chodziło wtedy, lub kiedykolwiek potem, o prawdę, o prawdziwą wolność słowa, o autentyczną demokrację, a tym bardziej o te narodowe marzenia, sny i dążenia zawarte w treści mickiewiczowskich „Dziadów”? Czy można dzisiaj doceniać odwagę, gdy się wie, że ich rola w wydarzeniach marcowych była obarczona wyłącznie tym jednym ryzykiem, które wiązało się z końcowym wynikiem całej burdy – albo właściwa frakcja wygra, albo przegra, a bić będą i tak innych; im groziła najwyżej bezpieczna izolacja w aresztach, a ta była tanią inwestycją w przyszłość.

To cyniczne wykorzystanie dla własnych celów wydarzeń i nastrojów drzemiących w różnych grupach polskiego społeczeństwa, udało się znacznie lepiej w zrywie Solidarności 1980 roku. Michnik i Kuroń rozpoznawali poziom napięcia, ale nie mogli znaleźć naturalnego sposobu, by zapalić lont i w sierpniu 1980 wszystko zaczęło się bez nich, a nawet bez świadomości wielu uczestników o istnieniu tych odważnych opozycjonistów, chętnych do podpalenia zapalnika. To nawet ciekawe, że także wtedy ich udział rozpoczął się od przebywania w areszcie, a nie mając zbyt wiele wspólnego ze strajkującymi stoczniowcami, wyłudzili wstęp do grona tworzącego historię, budząc miłosierdzie robotników dla uwięzionych działaczy - mianowanych ofiarami systemu.

Dobrze, że zapełniają się karty wspomnień uczciwych świadków marca 68, którzy poszerzają prawdę także o tamtym zrywie przed 40 laty i rujnują legendy uzurpatorów. Żałuję, że sam niewiele mogę powiedzieć, bo mnie w tym czasie w Polsce nie było. Przywołam jednak swoje wspomnienia z dystansu, które w jakimś wymiarze mogą być przyczynkiem do uzupełnienia dotychczasowego obrazu o widok z innej perspektywy.

 

W końcu stycznia 1968 miałem równo 24 lata i wyjechałem do Zjednoczonego Instytutu Badań Jądrowych w Dubnej – 100 km na północ od Moskwy, by 1.5 roku po ukończeniu studiów, korzystając z tamtejszych akceleratorów, wziąć udział w badaniach struktury jąder prowadzonych przez krakowską grupę fizyków. O studenckich protestach w Polsce dowiedziałem się w pierwszych dniach marca, w zasadzie natychmiast, bo wieczorną porą Radio Wolna Europa było w Dubnej słyszalne nie gorzej, niż w Polsce. Byłem przez cały czas dobrze zorientowany w faktach, które przekazywało RWE i w ramach tej wiedzy dyskutowaliśmy sprawy krajowe bez obaw w gronie najbliższych kolegów. Pewnie był to już koniec marca, gdy zwołano  grupę Polaków przebywających w Dubnej na obowiązkowe zebranie, na którym przedstawiciel ambasady PRL miał przedstawić informacje z Polski. Grupa polska liczyła wtedy około 100 osób, a wkrótce okazało się, że zebranie odbyło się z inicjatywy członków PZPR, których z pewnością było mniej niż 8 osób, na ogół nie przechwalających się swoją przynależnością. Sekretarzem tej małej grupy był inżynier, po studiach w Moskwie, rzadko bywający w Polsce.

Zebranie się zaczęło. Mały, przysadzisty, nieznany nam człowiek, nazywający się prawdopodobnie Czesław Kowal, stanął przed nami w bojowym rozkroku i wystąpił jako przedstawiciel ambasady z półgodzinną opowieścią o wydarzeniach w Polsce. Sens tego przekazu był taki, że rozwydrzeni studenci, prowokowani przez wrogie antysocjalistyczne elementy, zachowują się jak chuligani i stwarzają zagrożenie dla władz, które w istocie są mocno popierane przez szerokie warstwy społeczeństwa. Na końcu było wezwanie, by znakomita grupa polskich uczonych z Dubnej przekazała rządowi PRL wyrazy poparcia, a organizacja partyjna właśnie przygotowała tekst odpowiedniej rezolucji.

Gdy zebranym przeczytano tekst rezolucji zawierającej ostre potępienie chuligańskich wybryków młodzieży studenckiej i uniżone wsparcie dla najwyższych władz państwowych, zapadła pełna konsternacji chwila ciszy, zakończona propozycją głosowania za przyjęciem rezolucji. Sytuacja była tragikomiczna, bo tekst rezolucji był wyjątkowo prymitywny, ale miałem wrażenie, że jeśli ktoś tego nie zatrzyma, ludzie dla świętego spokoju zagłosują nawet za takim tekstem. Nikt mnie nie powstrzymywał, gdy zabrałem głos, by po raz pierwszy w życiu publicznie wypowiedzieć się w sprawie, w której w istocie chodziło o godność, ale która była mocną sprawą polityczną.

Powiedziałem, że chyba wszyscy jesteśmy zaskoczeni sytuacją, w której przedstawia się nam, bez żadnej możliwości na chwilę zastanowienia, jakiś tekst, który mamy firmować swoim poparciem. Zaskoczenie jest tym większe, że przeczytano zły i prymitywny tekst, w którym treść i forma, a nawet powtarzające się rusycyzmy, skompromitują środowisko polskich naukowców, zwłaszcza jeśli rzecz ukaże się publicznie. Jeżeli już rzeczywiście musimy przekazywać jakieś stanowisko, bo władza tego podobno potrzebuje, to trzeba wybrać grono ludzi, które sformułuje odpowiedni tekst, za który nie będziemy się musieli wstydzić. Ja w każdym razie nie zagłosuję za przyjęciem tego, co nam tutaj przeczytano.

Natychmiast głos zabrali dwaj towarzysze partyjni, potępiający moje wystąpienie. Długo później, po moim powrocie do Polski w 1971 roku, gdy całkiem nieznane wtedy antysemickie elementy sytuacji zdominowały ocenę wydarzeń marcowych, dowiedziałem się z zaskoczeniem, że obaj ci potępiający towarzysze byli  Żydami, zresztą mocno zaangażowanymi politycznie. Jeden z nich powiedział, że to co robię jest niepotrzebnym opóźnianiem sprawy, a drugi znacznie ostrzej, że to jest dywersja, która ma na celu rozmycie i chęć doprowadzenia do tego, by tak potrzebna rezolucja w ogóle nie wyszła. Dodał, że przecież możemy szybko tekst tu na miejscu poprawić, bo to jest prosta sprawa i „myśmy niejednokrotnie takie rzeczy robili”.

Zwróciłem się wtedy bezpośrednio do niego, prawie krzycząc – może Pan to niejednokrotnie robił, ale ja nie robiłem i nie wiem, czy ktokolwiek poza Panem zechce tak beztrosko podchodzić do sprawy. Wtedy już powstał spory szum na sali i odczuwałem silne poparcie. Wreszcie ktoś zaproponował, by zagłosować, czy ma być zredagowany nowy tekst. Przytłaczająca większość domagała się nowego tekstu i wybrano komitet redakcyjny, w którym było trzech partyjnych i ja z kolegą, jako opozycja. Ta śmieszna zabawa, by zredagować tekst, w którym partyjni domagali się represji wobec przywódców studentów, a nas dwóch starało się o łagodne i niejednoznaczne sformułowania, trwała całą noc. Partyjni poddali się, gdy rano dostarczono nam polską gazetę z wydrukowanym tekstem rezolucji aktorów Teatru Starego z Krakowa, którzy wyrażali „zaniepokojenie sytuacją w Kraju i wiarę, że problemy zostaną rozwiązane w duchu demokracji socjalistycznej”. Przyjęliśmy identyczny tekst rezolucji i tak zakończył się mój marzec 68. Pół roku później dowiedziałem się od inżyniera, który już przestał być sekretarzem partii, że mnie i wspierającego kolegę miano relegować z Dubnej do Polski, ale ktoś życzliwy sprawę zatuszował.

Zawsze wracało do mnie to wspomnienie, gdy spotykałem licznych emigrantów marcowych podczas pobytu w Danii, Niemczech, a później także w Ameryce. Zawsze irytowała mnie ich niechęć, a nawet nienawiść do Polski i Polaków, okazywana przy każdej okazji i budowana na fałszywych oskarżeniach całego narodu o to, jak potraktowała ich ta część komunistycznej mafii, z którą rywalizowali o niezasłużone niczym profity, tak kosztowne dla społeczeństwa. Byli to w większości twardzi komuniści, w których dalej trwała ideologia i nie odczuwali żadnej skruchy za uczestnictwo w zbrodniczym systemie. Wśród tych emigrantów, z którymi zetknąłem się na zewnątrz Polski,  takie postawy dominowały i można powiedzieć, że dla większości z nich J.T.Gross jest postacią bardzo reprezentatywną. Wolałbym, by tacy nie stawali się ponownie obywatelami Polski, bo wynikną z tego wyłącznie kłopoty, których skalę trudno dzisiaj przewidzieć. Automatyczne przywracanie obywatelstwa jest procedurą trudną do przyjęcia i byłby to brzemienny w skutki błąd, tworzący sytuację szkodzącą wszystkim.

Ta negatywna ocena nie dotyczy wszakże wszystkich emigrantów marcowych. Spotykałem innych, o wiele mniej licznych, Żydów, którzy mieli pełne prawo czuć się skrzywdzeni, ale którzy wiedzieli dobrze, komu to zawdzięczają. Wiedzieli też, że ta krzywda dotyczyła raczej psychiki, niż spraw materialnych, bo wyjazd w olbrzymiej większości oznaczał wielką poprawę pod tym względem. Podobnej krzywdy, w często o wiele bardziej drastycznych warunkach, doznawali o wiele liczniejsi Polacy na przestrzeni długich powojennych lat. Nie wiem, jak można i czy można naprawić krzywdy takim emigrantom, także czy akurat tacy ludzie oczekują czegoś po tylu latach.

Słowa Prezydenta, które jakby coraz częściej stawały się echem irytujących  słów i sformułowań pani Junczyk-Ziomeckiej, nie nastrajają optymistycznie. Ktoś nam tutaj znów szykuje problemy z agresywnymi mniejszościami, których przedsmakiem są prowokacje Grossa.

 

2 marca 2008    -  120

Co chciałem powiedzieć?

W sobotę 1 marca byłem w Warszawie na spotkaniu polskiej inteligencji zorganizowanym przez grono bezpośrednio związane z ugrupowaniem politycznym PIS. Uważam, że spotkanie było bardzo pożyteczne. W istocie było ono sygnałem skierowanym do inteligencji, że nadeszła pora, by działać razem, skonsolidować środowiska i przyjąć tę część odpowiedzialności za Polskę, do której inteligencja jest predystynowana.

Znakomite przemówienie Premiera Jarosława Kaczyńskiego, jak zwykle treściwe i wypowiedziane żywym, pięknym słowem, podkreśliło to, co najważniejsze: Politycy pragnący naprawy Polski potrzebują twórczej współpracy polskiej inteligencji, ale inteligencja potrzebuje także polityków, by nie pozwolić na dalszą degradację tej grupy w wymiarze materialnym i duchowym - już najwyższy czas, by rozpocząć mozolne odtwarzanie elity narodu w sferze twórczej i niezależnej, ale konstruktywnej myśli.

Tak, jak można się było spodziewać, spotkanie zostało przyjęte z bezsilną złością przez różnych komentatorów, którzy na ogół bez cienia pokory, ale z pewnością podbudowaną monopolem medialnym, uznają siebie za wybitnych przedstawicieli inteligencji. To dość zabawne, gdy R.Kalisz, S.Niesiołowski, P.Stasiński, czy S.Bratkowski definiują samych siebie jako wartościową część inteligencji, ale od czasu, gdy polityczny aktor medialny Tomasz Lis uznał się za intelektualistę, nic już nie powinno dziwić. Ta złość, której dalsze objawy z pewnością jeszcze zobaczymy jest najlepszym sygnałem, że spotkanie spełniło swoją rolę.

Chciałem i ja, w dyskusji na spotkaniu, wypowiedzieć parę słów, zgłosiłem się nawet dostatecznie wcześnie do dyskusji, by sobie taką możliwość zarezerwować. Niestety, nie dopuszczono mnie do głosu. Było wielu chętnych do wystąpień, a czas był ograniczony, jednak przemawiało kilka osób, których zgłoszenia przyjęto już po mnie. Mam podstawy, by przypuszczać, że moje wystąpienie objęto dziwną, nieusprawiedliwioną i niezasłużoną cenzurą, którą prawdopodobnie w dobrej wierze zastosowali prowadzący debatę prof.prof. R.Terlecki i R.Legutko. Być może obawiali się, że wysunę kwestie, w których zawrę akcenty krytyczne i dyskusyjne, psujące generalnie dobrą i sympatyczną dla PIS atmosferę spotkania. Jestem przekonany, że ich obawy były niesłuszne, bo uważam się za wyjątkowo dojrzałego zwolennika PIS, by ważyć słowa także wtedy, gdy dotykam spraw odmiennie przeze mnie ocenianych, które też trzeba koniecznie podnosić.

Zaproszono wszystkich, także tych, którzy nie mieli możliwości wystąpienia, do przekazania na piśmie swoich myśli, aby je umieścić w programowych materiałach spotkania. Dlatego poniżej przedstawiam, ze szczególną dedykacją dla cenzorów, treść tego, co chciałem powiedzieć w swoim wystąpieniu:

 

" Szanowny Panie Premierze, Szanowni Państwo

Zapewne wielu z nas już od dawna, a zwłaszcza przed tym spotkaniem, zastanawiało się nad dzisiejszą kondycją polskiej inteligencji. Czyniliśmy to, opierając się na tym, co jest publicznie dostępne, ale głównie na własnych obserwacjach wewnątrz środowisk związanych z instytucjami i z dziedzinami nauki, które reprezentujemy. Ja też stawiałem sobie takie pytanie, patrząc na środowisko fizyków.

 Środowisko to miało wyjątkowo korzystne warunki do łagodnego przejścia okresu PRL, bo sprzyjała temu natura uprawianej nauki. Kariery, z natury rzeczy, oparte na łatwo weryfikowalnych kwalifikacjach, skutkowały tym, że upartyjnienie w zawodzie fizyka było raczej szczątkowe. Poszukiwanie w badaniach obiektywnej prawdy, też podlegającej pełnej weryfikacji, wychowywało w szacunku dla prawdy, który musiał być przenoszony na inne dziedziny życia. Wreszcie wyjątkowo uprzywilejowana pozycja fizyków w kwestii wyjazdów zagranicznych, wymuszona niezbędnością otwarcia tych nauk na współpracę międzynarodową, stawiała fizyków od dawna w pełnym kontakcie ze światem zewnętrznym, który dopiero dzisiaj jest rozpoznawany przez inne grupy.

Z dużym zaskoczeniem stwierdziłem, że po 1989 roku, mimo tych sprzyjających okoliczności, także środowiska fizyków zdominowały postawy polityczne dalekie od tych, jakich należałoby oczekiwać od reprezentantów polskiej inteligencji. Nie jest łatwo podać pełną diagnozę przyczyn tego stanu rzeczy, ale po licznych i trudnych rozmowach z kolegami doszedłem do wniosku, że główną przyczyną takich postaw jest powszechna niechęć do głębszej analizy spraw związanych z polityką. To nie jest tylko lenistwo podparte rzeczywistym brakiem czasu na analizę trudnej materii polityki, to jest ogólne zniechęcenie do włączania swego myślenia w grę pełną chaosu, pozbawioną etyki i prostej logiki. Tu potrzebna jest wielka chęć do zrozumienia tego, co się dzieje i wiele bardzo cennego czasu. Większość fizyków rezygnuje z tego i z konieczności przyjmuje tę powierzchowną interpretację, jaką podsuwają pobieżnie oglądane media i sztucznie wykreowane grona autorytetów.

Prawdopodobnie ta sytuacja nie zmieni się szybko, bo ludziom przekonanym o tym, że należą do elity nie jest łatwo przyznawać się do własnych błędów i naiwności. Zmianie sytuacji będzie sprzyjać wiele czynników, ale konsolidacja takich środowisk, które reprezentują ludzie uczestniczący w dzisiejszym spotkaniu, jest czynnikiem bodaj najważniejszym, bo tworzy zaczyn do poszerzania wspólnoty.

 Zmianie sprzyjają czasem nietypowe okoliczności. Dobrym przykładem jest tutaj  wielka kompromitacja, jaka miała miejsce na Uniwersytecie Warszawskim, gdy Wydział Prawa i Administracji urodził dziwaczną uchwałę o zagrożeniu demokracji w Polsce, a senat UW przyjął jednomyślnie i firmował własnym majestatem jej treść. Był to dzień hańby Uniwersytetu Warszawskiego, bo zgoda na tak bzdurną uchwałę zaświadczyła o poziomie jej inicjatorów, ale jednomyślność głosowania, o kompletnym braku odwagi cywilnej senatorów reprezentujących wszystkie wydziały. Tę okoliczność należy stale przypominać, bo ilustruje ona te stadne cechy inteligencji, które trzeba eliminować przy formowaniu inteligencji potrzebnej Polsce.

Mimo tej sytuacji, pragnę dołączyć swój optymizm do głosu jednego z przedmówców i powtórzyć za nim to, w co głęboko wierzę: "W Polsce dnieje!".

Po dwóch latach rządów PIS mamy do czynienia z nową sytuacją, sprzyjającą zmianie postawy szerokich środowisk polskiej inteligencji. To ugryzienie Polski - żubra przez Premiera Jarosława Kaczyńskiego polega moim zdaniem na przełamaniu tego, co było najtrudniejsze - na przełamaniu totalnego kryzysu zaufania. Czynami i rzeczywistymi faktami ukazano, że istnieje środowisko polityczne, któremu naprawdę na Polsce zależy. Wszelkie niedoskonałości, czy błędy stają się wtedy sprawą drugorzędną, powiedziałbym techniczną i łatwą do przezwyciężenia, gdy wysiłek stanie się bardziej zbiorowy. Najważniejsze jest właśnie to zdobyte w niezwykłym trudzie zaufanie, które pozwala wyodrębnić centrum, wokół którego warto skupiać wysiłki, aby Polska przerwała ten nieznośnie długi czas niemocy.

Szanowny Panie Premierze!

Wyrażając podziw dla Pana dokonań i deklarując swoje wsparcie na miarę własnych możliwości, proszę Pana o pielęgnowanie tego zaufania i trwanie przy tej wyrazistości, jaką Pan dotychczas wykazywał.

 Sposób myślenia polskiej inteligencji o sprawach zasadniczych nie różni się od tego myślenia, które charakteryzuje prostych Polaków, często nie dysponujących obszerną wiedzą, ale wiedzionych intuicją, której trafność tak często nas zadziwia. Wszyscy potrzebujemy maksymalnej czytelności postępowania polityków, aby móc z przekonaniem wspierać ich działania. Są sprawy, w których potrzebne jest zaufanie, by spokojnie czekać na późniejsze wyjaśnienie decyzji, ale wyjaśnienie zawsze powinno nastąpić.

Dzisiaj na czoło takich spraw do wyjaśnienia wysuwa się sprawa ratyfikacji traktatu reformującego UE. Wierzę, że negocjacje, które Pan prowadził w sprawie traktatu, były ograniczone i wymuszone odpowiedzialnością za Polskę, stojącą pod olbrzymim naciskiem polityków UE i wierzę, że uzyskano to, co w tych warunkach można było uzyskać. Ale ten traktat jest przecież obiektywnym złem. Dzisiaj, gdy wie Pan, że  wynegocjowane szanse nie będą wykorzystane w interesie Polski, pozostaje jedynie nonsens trzech tysięcy stron dokumentu, którego nikt nie przeczyta, ale który stanowi poważny krok na drodze tworzenia jednolitego państwa europejskiego i może być łatwo wykorzystany do niszczenia Polski w każdym wymiarze. Wiemy z doświadczenia, z jaką dowolnością Trybunał Konstytucyjny interpretuje bez porównania prostszy i bardziej przejrzysty tekst polskiej Konstytucji. Tutaj może być tylko gorzej. Jestem przekonany, że w sytuacji, gdy ratyfikacja traktatu nie może nastapić bez wsparcia kilkudziesięciu posłów PIS, cała odpowiedzialność za decyzję ratyfikacji spadnie na to ugrupowanie i katastrofalnie podważy jego pozycję w społeczeństwie.

Jeśli chodzi o polską inteligencję, to trudno przyjąć, by ktokolwiek aspirujący do tego grona mógł zaakceptować przyjęcie prawa, które jest praktycznie niemożliwe do rozpoznania i potencjalnie niebezpieczne dla Polski, tym bardziej, że publicznie i bezwstydnie wielokrotnie deklarowano, że jest ono przygotowane do przyjęcia przez ubezwłasnowolnienie narodów, których dotyczy.

Dzisiejsze spotkanie jest wielką szansą na konsolidację polskiej inteligencji, ale nie będzie tą szansą, gdy ludzi myślących spróbuje się skłonić do udziału, lub choćby akceptacji dla aktu desperacji, jakim byłaby ratyfikacja traktatu reformującego. Deklaruję wszakże gotowość do wnikliwego rozważenia argumentacji usprawiedliwiającej ratyfikację, bo bardzo mocno chcę zrozumieć plan związany z takim podejściem i trwać w swoim zaufaniu. "

 

To wystąpienie na pewno przekracza limit 4 minut określony przez prowadzących dyskusję, ale uznałem, że w formie pisemnej można zaniedbać te ograniczenia, by pełniej wyrazić zamierzoną treść.

 

26 lutego 2008    -  119

Bezsilność i złość

Decyzja rządu RP o uznaniu niepodległości Kosowa była łatwa do przewidzenia - swój stosunek do sprawy określiłem jednoznacznie w poprzednim zapisku. Mimo braku zaskoczenia, czuję dzisiaj dokuczliwą bezsilność, podobną do tej, jaką czułem w czasie, gdy polskie wojska w 1968 wkraczały do Czechosłowacji, by tłumić praską wiosnę. Potem jeszcze raz, gdy w 1999 Polska żyrowała swoim świeżym członkostwem w NATO bombardowania Serbii. Oba te wcześniejsze przypadki można było jakoś samemu sobie wytłumaczyć - przecież nie mieliśmy wtedy nic do powiedzenia, to nie były nasze decyzje.

Dzisiaj mógłbym też się tak uspokajać, w końcu w komentarzach po wyborach 2007 dosadnie określałem swój brak identyfikacji z nowym rządem. Twierdziłem też, że ten nowy rząd uzurpował sobie władzę nad Polską stosując nieczystą grą wyborczą, w której były oszustwa, manipulacje, zbrodnie przeciw demokracji i socjotechnika. Co więcej, każdy dzień trwania tego rządu przynosi nowe zjawiska i fakty, które każą mi go traktować jako obcy i w co wierzę, przejściowy.

Mógłbym się tak uspokajać, gdyby inna była postawa tych polityków, z którymi chcę się identyfikować, i których uznaję za reprezentatywnych dla dążeń stawiających za cel budowę dobrej przyszłości Polski. Tymczasem postawa tych polityków jest w istocie podobna, wspierająca tę najnowszą i haniebną decyzję rządu, mimo że na czoło wysuwa się pozorowane zastrzeżenia: nie teraz jeszcze, zbyt wcześnie, zbyt pochopnie. Wygląda to niestety dość jednoznacznie - obóz PIS też popiera uznanie nowego państwa w Kosowie, choć chciałby być postrzegany, jako targany wątpliwościami. Dlatego do poprzednio wspomnianej bezsilności wzbiera we mnie prawdziwa złość.

Rozumiem polityczne racje, wynikające z chęci solidnego trwania w sojuszu z USA, ale kunktatorstwo musi mieć swoje granice. Gdy wchodzi w grę używanie siły, łamanie prawa międzynarodowego, akceptacja rozbioru przyjaznego nam państwa i zwykłe jawne kłamstwo, to trzeba zachować godność, honor i szacunek dla własnej historii, by powiedzieć "non possumus".

Gdyby chciano sprawiedliwie rozwiązać kryzys Kosowa, to już wiele lat temu ukazano by prawdę o tym, co rzeczywiście działo się i co dzieje się na tych terenach- czystki i prześladowanie Serbów, niszczenie ich chrześcijańskiego dziedzictwa, tworzenie mafijnych struktur, zbrodnie, narkotyki i nieumiejętność budowania jakichkolwiek rozsądnych perspektyw.  W międzynarodowej opinii publicznej ten prawdziwy obraz ułatwiłby odbudowę, pod kontrolą międzynarodową, sprawiedliwego zwierzchnictwa Serbii, przy postawieniu przed Albańczykami alternatywy - albo lojalność wobec państwa Serbii, albo humanitarne przesiedlenie do Albanii. Prawdziwy przyjaciel USA doradziłby taki wariant, przestrzegając przed tym, który dzisiaj mamy i który tak jak Irak, czy Afganistan z pewnością okaże się kolejnym zabójczym błędem, tym razem osłodzonym współuczestnictwem UE.

Trzeba było powiedzieć "non possumus" także w czystym interesie Polski, by zapobiec temu, co wkrótce może się stać. Moim zdaniem trzeba dzisiaj oczy skierować na Ukrainę, bo jej decyzja, po której stronie stanąć może być brzemienna w skutki.

To dziwne, ale nie zdołałem jak dotąd dostrzec żadnych reakcji, z których można by antycypować postawę Ukrainy. Jeżeli jednak stanie ona po stronie nie uznającej rozbioru Serbii (myślę, że to jest bardzo prawdopodobne), to może to być zaczynem tworzenia nowego pasa politycznych sprzymierzeńców - od Serbii, przez Bułgarię, Rumunię, Słowację, Ukrainę, aż po Rosję, w którym rola przywódcza Rosji nie pozostawia najmniejszych wątpliwości. Ukraina w ten sposób może dokonać tego wciąż wyczekiwanego wyboru, który spędza sen z powiek (i słusznie) wielu politykom. Cała misterna gra o wciągnięcie przyjaznej Ukrainy w strefę oddziaływania Europy może spalić na panewce, a tego politycy PIS zdają się nie dostrzegać.

Nie przeceniam analitycznych talentów D.Tuska, ale przecież to nie on decyduje o krokach polskiego rządu. Wcale nie wykluczałbym, że jawne i skuteczne psucie stosunków z Ukrainą ma taki właśnie zamysł, by Polskę odciąć politycznie od potencjalnie przyjaznego Południowego- Wschodu, zawiesić nad nią groźbę nieprzyjaznej Rosji i oddać w pełnej podległości pod parasol Niemiec kontrolujących resztę "przyjaznej" Europy.

Jedno tylko, co wciąż słyszę i z czym się zgadzam, to słowa o potencjalnie brzemiennych w skutki następstwach decyzji podejmowanej w sprawie Kosowa. Zgadzam się, choć przewidywania tektonicznych ruchów na mapie Europy uzupełniam także inną treścią, która może nieść dla Polski bolesne konsekwencje.

Nie obchodzi mnie Tusk, Sikorki, Komorowski i ten cały zespół, który wraz z nimi stanie kiedyś przed Trybunałem Stanu, obchodzą mnie ci, na których chciałbym jak najwcześniej głosować. I jedyne, co dzisiaj powinni oni mówić, to wyrażać sprzeciw wobec decyzji rządu, stwierdzać jasno, że niepodległość Kosowa jest niemożliwa do zaakceptowania, oburzać się na UE, która łamie prawo międzynarodowe.

Chciałbym głosować na polityków, którzy tak właśnie postawią sprawy, choć nie wiem, czy nie jest już zbyt późno, czy już nie powiedziano zbyt wiele niepotrzebnych słów (rząd ma prawo? Szanujemy decyzję?) i będę musiał głosować zaciskając zęby.

 

Patrząc na szybki bieg wydarzeń, na wszelki wypadek powiem głośno i wyraźnie już dzisiaj: Nie zagłosuję NIGDY na żadnego polityka, który odda głos za ratyfikacją traktatu reformującego UE. Nie oddam tego głosu nawet wtedy, gdy będzie się zaklinał, że zrobił to nieświadomie przez pomyłkę.

 

17 lutego 2008    -  118

Kosowo jest częścią Serbii

Współczuję Serbom, którzy stoją w obliczu kolejnego dramatu w swoich dziejach, a o którym nikt nie wie jak się zakończy i jakie będzie nieść konsekwencje. Gra obcych interesów, które z premedytacją rozlały blisko dwie dekady temu ogień w bałkańskim kotle nie jest łatwa do pełnego przeniknięcia. Z jednej strony mamy do czynienia z grą USA, jako elementem rywalizacji z Rosją o strefy wpływów. Z drugiej strony jest gra Niemiec pod przykrywką Unii Europejskiej, w której najistotniejsze są daleko-zasięgowe cele polityczne, karmione też pamięcią o tym, jak swoją dzielnością Serbowie pokrzyżowali plany budowy III Rzeszy.

Pamiętam operację polityczną inicjującą w 1991 roku wojnę, po której zaczął się rozpad Jugosławii. Pamiętam, choć nikt o tym dzisiaj już nie wspomina. Gdy przywódcy republiki Chorwacji i Słowenii nieśmiało zadeklarowali, że rozpoczynają drogę do uzyskania niepodległości, z grona ministrów spraw zagranicznych europejskich państw, zwłaszcza Niemiec i Francji popłynęła do Belgradu deklaracja: chcemy jedności Jugosławii, nie zgodzimy się na jej podział i przekażemy do Belgradu 2 miliardy marek (DM) na rozwiązanie problemów ekonomicznych. Był to sygnał dla Milosevica - rób co trzeba, będziemy patrzeć przez palce. Milosevic uwierzył i zapalił wojnę Słowenii, ale gdy na ekranach telewizorów Niemcy zobaczyli piękne słoweńskie wioski bombardowane pociskami moździerzowymi, wszyscy ze zrozumieniem przyjęli tym razem głośniejszą deklarację polityków uznających niepodległość Słowenii i Chorwacji. Tymczasem zapalnik już zadziałał i wojna się toczyła - łagodna w Słowenii, o wiele groźniejsza w Chorwacji, a potem już makabryczna w Bośni. Cały świat widział okrucieństwo Serbów, choć później okazało się, że to okrucieństwo było obustronne.

A potem podsycono od dawna nabrzmiały problem albańskiej większości Kosowa. Pretekstem do wojny, którą NATO rzuciło Serbię na kolana, były rzekome czystki etniczne dokonywane w Kosowie przez Serbów. Po kapitulacji Serbii nie znaleziono masowych grobów z tego okresu, natomiast gehenna Albańczyków, którą widzieliśmy w telewizyjnych przekazach, rozpoczęła się już w czasie wojny, po pierwszych bombardowaniach. Były też wtedy egzekucje, ale obywateli Serbii obowiązywała powszechna mobilizacja, a w czasie wojny dezercja na ogół jest karana. Były i z drugiej strony masakry wykonywane na kosowskich Serbach, ale tych nam nie pokazywano. Nie pokazywano nam też tego horroru, który dotknął Serbów po kapitulacji.

Jako Polak czułem się upokorzony faktem, że Polska formalnie uczestniczyła w wojnie przeciw Serbom i działo się to praktycznie dzień po przystąpieniu naszego kraju do NATO. Wstydziłem się kłamstw, które w imieniu wojsk NATO serwowano nam w codziennych przekazach. Wstydziłem się, gdy raz po raz okazywało się, że informacje przekazywane przez Serbów były o wiele bardziej wiarygodne, a NATO musiało się wycofywać z wcześniejszych doniesień, uparcie powtarzanych aż po trudną do zniesienia kompromitację. Od tamtego czasu patrzę z wielką rezerwą na prawdziwe cele, do których jest przeznaczone NATO, choć zdaję sobie sprawę z jego potencjalnej roli w zapewnieniu Polsce bezpieczeństwa - potencjalnej, bo praktyki na szczęście jeszcze nie znamy.

Od tamtego czasu patrzę też z wielką sympatią na Serbów, jako na ofiarę zdradzoną przez wszystkich, od których mogli oczekiwać pomocy. A już całkiem rośnie we mnie gniew, gdy widzę jak w tej całej historii punkty zbiera Rosja i W.Putin. Wiem, że G.W.Bush nie wie, co czyni, bo i skąd ma wiedzieć; jego doradcy z całą pewnością wiedzą, co czynią i także w tej sprawie doradzają niezgodnie z interesem USA.

Łajdackie grona polityczne Unii Europejskiej już podjęły decyzję w sprawie Kosowa, bo przecież prowadzą od dawna całą operację, by podporządkować sobie ten rejon. Mnie jednak obchodzi o wiele bardziej stanowisko Polski i jeśli rząd RP uzna niepodległość Kosowa, to mam nadzieję Polacy odrzucą tę decyzję, wesprą Serbów i dadzą temu masowy wyraz, na przykład śląc listy do ambasadora Serbii.

Wspieranie samostanowienia narodów zawsze jest godne poparcia, tylko że tutaj nie mamy do czynienia z takimi dążeniami - Albańczycy, jako naród mogą o sobie swobodnie stanowić w Albanii. W ramach Serbii obowiązuje ich obywatelska lojalność i jeśli jej nie chcą uznać powinni przenieść się do Albanii, bo nie mogą przecież istnieć dwa państwa jednego narodu.

Konsekwencje tego, co się dzieje mogą być poważne i nieprzewidywalne i o tym wiedzą wszyscy politycy. Dlatego możemy być świadkami przeciągającego się w czasie procesu podejmowania ostatecznej decyzji. Ujawnia się znów hipokryzja i kłamstwo UE, która wspiera dążenia narodowe Albańczyków po to, by wkrótce zacząć je administracyjnie i prawnie tłumić różnego rodzaju "traktatami reformującymi". Europa srodze się zawiedzie na swoich głupich planach - chcą zrobić z Kosowa przyczółek, czy lepiej powiedzieć kolonię prawno-administracyjną Brukseli, ale ludność albańska wkrótce wybierze z dwojga złego swoją własną mafię jako suwerena. A gdy KFOR i banda urzędników UE zacznie im doskwierać, uznają ich za okupantów i zrobią tym razem nietypową czystkę etniczną.

Dla wszystkich ważna jest podstawowa nauka wynikająca z tego przypadku -

- jeżeli ma się do czynienia z agresywną mniejszością, która demonstruje swoją odmienność i brak skłonności do asymilacji, trzeba pilnować, by obowiązywała ją szczególna lojalność wobec kraju zamieszkania. Objawy braku lojalności powinny nieść konsekwencje ograniczania praw tej mniejszości.

 

3 lutego 2008    -  117

Złudzenia i frustracje Moniki Olejnik

Monika Olejnik napisała otwarty list do Premiera Jarosława Kaczyńskiego, w którym owa zadeklarowana przez autorkę otwartość została potwierdzona szczerym wyznaniem jej złudzeń i frustracji.

Złudzenia dotyczą oferty, którą złożyła Premierowi, mianowicie, że umożliwi mu dotarcie do polskiej inteligencji, jeśli tylko zechce być gościem jej programu.

 Boże drogi! Funkcjonariuszka mediów komercyjnych pretenduje do bycia pośrednikiem polityka w rozmowie z polską inteligencją. A jakimże to sposobem? Czy M.Olejnik wie, gdzie szukać polskich inteligentów? Czy potrafi do nich dotrzeć? Czy oni zechcą korzystać z jej pośrednictwa? Czy może wydaje jej się, że amatorzy jej programów są polskimi inteligentami? Trzeba postawić takie właśnie pytania, z których pierwsze trzy w spontanicznej reakcji narzucają odpowiedź "nie!". To czwarte, które bardziej dotyczy złudzeń, zdaje się prowokować do rozwiania tych złudzeń.

Kim są amatorzy programów M.Olejnik, a bardziej ogólnie - amatorzy produktów TVN?

Można to na przykład sprawdzić czytając komentarze zamieszczane masowo na stronie internetowej TVN24  - wydaje się, że niewiele różnią się one od wypowiedzi z forum Onetu i na pewno nie są to komentarze inteligentów.

 Można posłuchać wypowiedzi telewidzów - amatorów "Szkła kontaktowego" - już sama łopatologia prowadzących program i specyficzne poczucie humoru, dalekie są od wyrafinowania oczekiwanego od ludzi ze środowisk inteligencji, o których wsparcie warto zabiegać. Telefoniczne wypowiedzi odbiorców zwykle potwierdzają wyobrażenia, że mamy do czynienia z doborem bardzo specyficznym i mało wybrednym.

Można wreszcie przyjrzeć się reakcjom uczestników programów, takich jak program "Teraz my" - zaproszeni statyści, którzy w jakiś sposób oddają obraz ludzi zgromadzonych przed telewizorami, reagują w tak zaprogramowany sposób, że wolno wykluczyć ich zdolność do samodzielnego myślenia, które jest podstawową właściwością inteligencji. Czy nawiązanie kontaktu z gawiedzią, nadającą ton owej wyborczej debacie, w której ster trzymała także M.Olejnik, to jest atrakcyjny fragment jej propozycji dla Premiera JK?

A może M.Olejnik ma możliwości pośrednictwa z tymi środowiskami uczelnianymi, które tak niedawno entuzjastycznie przyjmowały uchwały o zagrożeniu demokracji i może jej się wydaje, że Rada Wydziału Prawa i Administracji, a choćby Senat UW to musi być kwiat inteligencji, który warto podsunąć na przynętę? 

Ależ nie! To mało atrakcyjna oferta. Szukać dialogu z ludźmi tak dalece wkomponowanymi w środowiskową jednobarwność i przyjmującymi baz wahań reguły politycznej poprawności, że nawet nie zadają sobie trudu przemyślenia tez, które podpisują? Wykształcenie, tytuły naukowe, to o wiele za mało. W istocie inteligencja polska jest rozproszona, zwykle unika stadnych zachowań, zwykle lubi demonstrować swoją niezależność myślenia i tylko czasem zaznacza swoją obecność, dając indywidualnie głos w chwilach, które tego wymagają. Nawet jeśli jest gotowa, by zmarnować trochę czasu na oglądanie stacji TVN24, to przecież nie może się to przyczyniać do tworzenia autorytetu Moniki Olejnik, jako pośrednika rozmów na poważne tematy.

Monika Olejnik zanurzyła się, więc, w beznadziejnym złudzeniu, że "ma dojście" do inteligencji. W gruncie rzeczy jej publiczna działalność jest irytująca dla ludzi niezależnie myślących. Irytuje brakiem kultury, arogancją, nieuczciwością, brakiem pokory, a najbardziej tą nieznośną i drastyczną asymetrią w traktowaniu swoich rozmówców. Jednym przeszkadza w swobodnej wypowiedzi, przerywa tok myśli, zagłusza, zadaje pytania i sama odpowiada, krzykiem i mimiką twarzy demonstruje brak ogłady, czasem przekraczając dopuszczalne granice. Innym, których poglądy podziela, lub należą do wspieranej przez nią opcji, sprzyja, pomaga, ułatwia, czasem łasi się, aż po naruszenie estetyki publicznego wizerunku rozmowy. Takie zachowanie nie może być obojętne, a tym bardziej atrakcyjne dla ludzi ze środowisk autentycznej inteligencji. Jeśli ktoś zna M.Olejnik tylko z programu "Kropka nad i", to polecam wysłuchanie kilku niedzielnych programów Radia Zet "Siódmy dzień tygodnia", w których te jej wszystkie właściwości i zachowania przybierają wymiar prawdziwie monstrualny.

 

Mamy też jeszcze ciekawsze wyznanie, które dotyczy głębokiej frustracji autorki  cytowanego listu otwartego. Mianowicie, w swoim zaślepieniu gwiazdy TVN i w przekonaniu, że nad wieloma sprawami w pełni panuje, nie może ona znieść sytuacji, w której super-ważny polityk - J.Kaczyński ją całkowicie lekceważy i demonstracyjnie omija jej program. Jest to frustracja, która dręczy ją od dawna i nie raz publicznie skarżyła się na tę okoliczność. Ta boleść M.Olejnik jest bardzo ważną obserwacją i winna prowadzić do ważnych wniosków.

Już wcześniej zwracałem uwagę na nietypowe, ale według mnie wzorcowe, zachowanie J.Kaczyńskiego wobec mediów. Starannie przemyślane i oszczędne występowanie w mediach według własnego wyboru miejsca i czasu, stawia go w wyjątkowo komfortowej sytuacji, gdy dziennikarze muszą przestrzegać warunków, jakie swoim zachowaniem dyktuje. I to jest właściwe ustawienie relacji, gdy rozmawia człowiek mający umocowanie demokratycznym mandatem, stanowiskiem, czy autorytetem, z dziennikarzem, którego funkcja jest wyłącznie usługowa. Dziennikarz, nawet tak nieudany, jak M.Olejnik będzie zawsze przez niego traktowany z powagą i szanowany, ale wyłącznie, gdy właściwym zachowaniem na to zasługuje. Odmawiając udziału w programie M.Olejnik, Premier J.Kaczyński niczego nie traci, wręcz odwrotnie, traci M.Olejnik. I ona to wie!  Nieszczęsna debata z D.Tuskiem tuż przed wyborami wrześniowymi, gdy J.Kaczyński postąpił niekonsekwentnie i nie przerwał skandalicznego jej prowadzenia, była tym klasycznym wyjątkiem, który potwierdza reguły, od których nie warto odstępować.

Gdybyż inni politycy PIS zechcieli uczyć się od J.Kaczyńskiego postępowania z mediami. Gdyby dostrzegli, jak ważne i potężne narzędzie mają w swoich rękach teraz, gdy stanowią tak znaczącą siłę opozycyjną. Programy polityczne i publicystyczne w stacjach telewizyjnych bez udziału polityków PIS będą tak sztuczne, śmieszne i nieciekawe, jak audycje radia TokFM, jak "Loża prasowa"TVN, jak inne dziwne niszowe media. To dziennikarze stają przed koniecznością zabiegania o udział polityków PIS i dlatego można ich zmusić do spełniania warunków elementarnego obiektywizmu - trzeba ich zacząć przysposabiać do rzetelnego dziennikarstwa i do rygorów kultury politycznej.           Dróg jest wiele, od solidarnego bojkotu mediów, dziennikarzy, lub programów łamiących zasady obiektywizmu i uczciwości, przez przerywanie programu, gdy dziennikarz zachowuje się niepoprawnie, lub nie kontroluje innych rozmówców,  przeszkadzających w swobodnej wypowiedzi, aż po pouczanie dziennikarza, by nie wychodził z roli mu przynależnej. Te reakcje muszą być jednak szybkie, jasne i zdecydowane, nie wyłączając demonstracyjnego opuszczenia programu.

Nie ma bardziej upokarzającej sytuacji, także dla telewidzów, gdy dziennikarz, korzystając z funkcji gospodarza programu, próbuje podporządkować sobie polityka, a ten ze skruszoną miną przyjmuje takie odwrócenie ról. Taka praktyka wobec polityków PIS jest powszechna dla stacji TVN i TVN24 i wobec tego kwarantanna absencyjna byłaby ulgą także dla telewidzów, którzy są zwolennikami PIS.

 

28 stycznia 2008    -  116

My i ci inni

Wspięliśmy się niegdyś (1983) z żoną i dwojgiem dzieci do najwyższego punktu dostępnego dla samochodu w Górach Skalistych Kolorado. Drzew ani śladu, roślinność charakterystyczna dla tundry, ale piękne, swojskie widoki na otaczające szczyty, przypominały do złudzenia fragmenty Tatr, mimo że wszystko podniesione jest o te drobne 2 tysiące metrów poziomu, na który wypiętrzony jest stan Kolorado. Była pierwsza dekada września i oprócz nas nie było w tym miejscu nikogo. Nasyciliśmy się widokami i łagodnymi wspinaczkami na okoliczne wzniesienia podobne do Czerwonych Wierchów, a gdy zbieraliśmy się do odjazdu, zauważyliśmy parę nieco starszych od nas ludzi, którzy usłyszeli, że mówimy do dzieci po polsku. Szybko okazało się, że byli to Polacy - rodzice odwiedzający swoją córkę w Ameryce. Wielka i wspólna była radość z tego nieoczekiwanego spotkania Rodaków na pustkowiu, na niecodziennej wysokości, w samym środku Ameryki, a nadzwyczajność przypadku podkreślił jeszcze fakt, że podobnie jak my, ci Państwo byli z Krakowa. Sympatyczna rozmowa, wspólne zdjęcie i serdeczne rozstanie zakończyło trwanie tego, jak nazwaliśmy - nieplanowanego spotkania Polaków na szczycie.

Sądzę, że większość ludzi pod wrażeniem podobnych doświadczeń, zastanawia się nad sensem tego szczególnego powinowactwa, które odczuwamy w stosunku do innych Rodaków. Jak to się dzieje, że spotykając w niespodziewanych okolicznościach nieznanych sobie ludzi, odczuwamy radość, gdy dowiadujemy się, że są Polakami. Przecież nie może tu wystarczyć fakt, że mówią polskim językiem, że geograficznie zamieszkują bliskie nam miejsce, że obcując z tym samym otoczeniem ich myślenie i kojarzenie są podobnie ukształtowane. Musi być coś więcej i jestem przekonany, że to "coś więcej" określa ten związek, który łączy nas we wspólnotę narodową. Spotykając Polaka instynktownie oczekuję, że w podstawowych sprawach określających to, co stworzyło nas jako Naród, myśli i czuje podobnie do mnie. Wtedy, w 1983 roku, nie miałem z tym wielkiego kłopotu, zdawało się, że poza niezbyt liczną mniejszością terroryzującą naród, cała reszta była prawdziwą wspólnotą.

Dzisiaj mam z tym kłopot, bo zachowanie i postawa wielu Polaków są bardzo odległe od tego, do czego, w moim mniemaniu, zobowiązuje przynależność do Polskiego Narodu. Sam nie wiem, czy dzisiaj takie spotkanie, jakie opisałem we wstępie, napełniłoby mnie spontaniczną radością, bez rozpoznania, czy mam rzeczywiście do czynienia z Polakami, czy tylko z ludźmi zamieszkującymi w Polsce. Te wątpliwości nie rodzą się przecież z różnic politycznych, z innych wyborów w głosowaniach, z odmiennych poglądów na wiele spraw, które mogą różnić uczestników wspólnoty. Tu chodzi o rzeczy najważniejsze, o stosunek do imponderabiliów, o podejście do najbardziej istotnych spraw, które decydują o więzach naszej Wspólnoty tworzących podstawy jej zrodzenia i zapewniających jej trwanie w historii. Na czym opieram te smutne wnioski?

Pierwsze pole mojej bezpośredniej obserwacji ograniczone jest do szerokiego środowiska, w którym na co dzień żyję. Tutaj poprzestanę jedynie na odnotowaniu obecności niektórych ludzi, których postawy dziwią i niepokoją. Już nie podejmuję z nimi dyskusji, bo z doświadczenia wiem, że wszelkie próby dialogu są bezowocne, a wprowadzają tylko niesnaski psujące atmosferę, która jest niezbędna do współistnienia.

Innych i szerszych pól obserwacji dostarczają media. Najbardziej pozytywnych wrażeń dostarczają mi głosy słuchaczy, które pojawiają się na antenie Radia Maryja. Pełna otwartość mikrofonów dla każdego, kto ma wystarczająco dużo cierpliwości i zdoła się przebić przez lawinę chętnych, zmusza do pewnej tolerancji dla poziomu, jasności i zawartości merytorycznej wypowiedzi. A jednak większość z tego, co słyszę na antenie Radia Maryja, to głosy, z którymi się w pełni zgadzam, często są to głosy elity w sensie rozumienia i odczuwania, czym jest polska wspólnota narodowa. Czasem głosy ludzi z małych miejscowości, rozrzuconych w dalekich prowincjach, wypowiedzi, które po prostu zachwycają, choć o 2-giej w nocy człowiek nie jest skory do uniesień. Radio Maryja umożliwia dostrzeżenie współczesnej duszy Narodu Polskiego, która wcale nie jest bezkrytyczna, ale jest uporządkowana i zachwycająca w swej ciągłej przez pokolenia tradycji.

Z drugiej strony, jak nieprzyjemny zgrzyt jawi się obraz Polaków widoczny w innych mediach. To, co czytamy, widzimy i słyszymy w tych mediach jest wprawdzie tylko cząstką obrazu, która nie daje podstaw do uogólnień, bo mamy do czynienia z wąską, wyselekcjonowaną grupą tych, którzy chwilowo zajęli medialną część przestrzeni publicznej. Dzisiaj ważnym uzupełnieniem są głosy odczytywane w internecie, jako komentarze do artykułów, wypowiedzi telewizyjnych i radiowych, lub szersze wypowiedzi i reakcje na różnych forach dyskusyjnych. Ta sfera obejmuje dostatecznie szeroką grupę wypowiadających się, by móc konkludować o współczesnej kondycji polskiego narodu. I tam znajdujemy głosy, które brzmią tak inaczej, tak obco, a nawet wrogo wobec narodu, że ich odczytywaniu towarzyszy uporczywa myśl: ja z tym człowiekiem mam tak niewiele wspólnego, że nawet razi mnie używanie przez niego formy osobowej -my. Najzwyczajniej nie chcę być włączany w tę grupę, którą on obejmuje formą -my, zatem ta część wspólnoty dla mnie zanika, jeśli naprawdę jego wypowiedzi traktować poważnie.

Te przydługie rozważania wprowadzają mnie do komentarza związanego z falą krytycznych wypowiedzi na temat Powstania Styczniowego, które przetoczyły się przez niektóre media. Tak to już od lat bywa, że z okazji rocznic zawsze odzywają się mądrale, odkrywający swoją niezbyt oryginalną krytyczną prawdę deprecjonującą historyczną wartość Powstań - Listopadowego, Styczniowego, czy Warszawskiego. Podczas, gdy nie wnoszą one niczego nowego do tej krytyki historycznej, która już od dawna jest obficie zapisana, celem ich głośnych i natrętnie przedstawianych poglądów zdaje się być pragnienie zmiany mentalności Polaków, chęć krytycznej rewizji stosunku do Powstań. Tego się nie da zrobić, a gdyby się komuś udało przerwalibyśmy ciągłość historyczną, przestalibyśmy być Polakami.

Lubiący nas i dobrze nam życzący cudzoziemcy radzą nam, byśmy się nie zmieniali, bo właśnie lubią nas szczerze za to, że jako Polacy zachowujemy swój wyjątkowy charakter, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Same uczestnictwo we wspólnej historii nie rodzi jeszcze wspólnoty narodowej, jeśli nie towarzyszy mu wspólna ocena wydarzeń historycznych. W wydarzeniach odległych, gdy odejdą współczesne im pokolenia i wygaszą się indywidualne odczucia, ustala się wspólna ocena, która stanowi pożywkę dla ciągłości pokoleń. Gdy patrzymy na tragiczne w skutkach Powstanie Styczniowe, potoczna pamięć, która trwa i jest wspólna dla Narodu, skupia się na bohaterstwie, na umiłowaniu wolności, na poświęceniu dla Ojczyzny, na symbolice i znaczeniu wydarzeń utrwalających naszą tożsamość. Warto w rozważaniach historycznych analizować i krytykować decyzje, czy błędy, chociaż nawet dla historyków pełna ocena jest trudna, bo nie jest dostępny szczegółowy zapis toku myślenia dowódców i uczestników. Dla potomnych ważny jest masowy, nawet jeśli nie powszechny udział w Powstaniu, a zwłaszcza ważny jest udział tych licznych uczestników, których w dzisiejszych kategoriach należałoby uznać za wybitnie światłych, niewątpliwie postaci innej miary, niż większość dzisiejszych krytyków. I to wystarczy, by uznać wartość Powstania, dostrzec jego nie wyłącznie ludzką genezę i jego znaczenie dla naszej tożsamości. Nikt nie jest w stanie przewidzieć dalszych losów Polski, gdyby Powstania nie było. Być może bylibyśmy silniejsi fizycznie, ale może rozpłynęlibyśmy się w magmie zaborców, może w 1918 nie odzyskalibyśmy niepodległości, a już na pewno młodzież II Rzeczypospolitej nie byłaby zdolna do tego bohaterstwa, które znowu w tak dramatyczny sposób musiała ukazać światu.

Różne są krytyki Powstań, ale to, co zademonstrował Łukasz Warzecha w swoich wypowiedziach w Salonie24, rozpoczynając blogiem pt.: "Powstanie Styczniowe. Studium głupoty" , trudno pozostawić bez reakcji, bo już sam tytuł trzeba odczytać jako obelgę człowieka, który prawdziwie nie zna miary. Autor zdaje się nie wiedzieć, że trzeba naprawdę być kimś, by mieć prawo chłostać Naród, a prawo do demonstrowania swojego cynizmu i braku szacunku dla Powstańców i ich Dowódców niech sobie zachowa dla swojego prywatnego grona i nie wyłazi z tym na forum publiczne. Gdyby rzeczywiście Łukasz Warzecha chciał odważnie zademonstrować swoją krytykę historycznych zachowań Polaków i edukować ich w stronę cynicznego realizmu w ocenie wyborów własnego postępowania, miałby okazję uczynić to na przykładzie o wiele bardziej współczesnym, a jakże dzisiaj aktualnym.

Powinien spróbować rozważyć swoje "studium głupoty", analizując zachowanie Polaków w czasie Zagłady Żydów. Przecież masowe udzielanie pomocy Żydom, było zachowaniem całkowicie nieracjonalnym. Nie tylko groziło to śmiercią, także śmiercią własnej rodziny, nie tylko wymagało skrajnie ryzykownego bohaterstwa, rzeczywistość pokazała, że dziesiątki tysięcy Polaków przypłaciły życiem to swoje bohaterstwo. Łukasz Warzecha mógłby się zastanawiać czy było warto, czy Dowódcy, a więc Polski Rząd w Londynie nie powinien wezwać do powstrzymania się Polaków od tak nieracjonalnego bohaterstwa, by ratować, ile się da z tkanki narodu. Mógłby Warzecha przy dzisiejszej wiedzy kalkulować, że w ten sposób przecież także ratowano późniejszych prześladowców, a w każdym razie niczego Polacy na tym nie zyskali, jedynie czarną niewdzięczność i lawinę fałszywych, hańbiących oskarżeń. Mógłby, ale woli się pastwić nad Powstańcami, bo to dzisiaj niczym nie grozi.

A dla Polaków i tak konkluzje są oczywiste - chociaż nieracjonalnie, tak postępowaliśmy, bo jesteśmy Polakami. I warto tak postępować, bo dzięki temu wciąż jesteśmy Polakami. Natomiast człowiek, który uważa się za racjonalnego Polaka i jest zmuszony do pisania w nędznym niemieckim tabloidzie, powinien znaleźć lepszą drogę do leczenia swoich kompleksów.

Pewnie kiedyś minie mi ten nastrój irytacji, ale gdybym dzisiaj spotkał Łukasza Warzechę na szczycie Rocky Mountains w Kolorado, powiedziałbym do żony i dzieci: "Jedźmy stąd, tutaj zrobiło się za ciasno".

 

13 stycznia 2008    -  115

Bubel Grossa…

… i Gross - Bubla jest wspólnikiem w ciągłym podsycaniu niechęci do Żydów i wywoływaniu reakcji, które służą podtrzymaniu tematu antysemityzmu. Już ktoś wcześniej tę wspólnotę działań obu harcowników zauważył i wypunktował. Są wykonawcami tego samego zadania; może się osobiście nie znają, ale na pewno wiedzą o sobie i starają się, by ich robota się wzajemnie uzupełniała. Mają też wspólne cechy - obaj są skrajnie bezczelni, działają jawnie i obaj są całkowicie bezkarni.

Fotografia Grossa, publikowana dość szeroko przy promocji książki "Strach", jest bardzo właściwą reklamą - tak właśnie powinien wyglądać autor paszkwilu. To dziwne, jak bardzo twarz dojrzałego człowieka odzwierciedla jego charakter i skłonności. Patrząc na twarz J.T.Grossa, nic mnie nie zaskakuje, a to, że sypał swoich kolegów w 1968 roku, wręcz pasuje. Ani Bublem, ani Grossem nie warto się zajmować - dobrze, że uczyni to prokuratura, choć obecny minister bez wątpienia kontroluje sytuację, by nie doznał krzywdy. Tutaj wystarczy nawet sam fakt, że prokuratura zajęła się sprawą. Pierwszy efekt to ujawnienie hipokryzji ludzi, którym taka interwencja się nie podoba, choć sami tak często domagają się prokuratorskich działań w nieporównanie bardziej błahych sprawach, gdy wydaje się, że można zniszczyć kogoś zarzutem antysemityzmu.

Przez media i fora internetowe przetaczają się opinie, komentarze i poważne artykuły, które jednak nie oddają rozmiaru frustracji Polaków, zwłaszcza starszych, którzy potrafią ocenić skalę kłamstwa odwracającego prawdę o czasach powojennych. Oni wiedzą, że każdy pojedynczy przypadek mógł się zdarzyć, ale jeśli ktoś domaga się uogólnień, to raczej Polacy bali się Żydów, a nie odwrotnie. Głównym źródłem strachu był terror nowej władzy, w której dobrze rozpoznawany kierowniczy udział Żydów miał znaczenie o wiele większe, niż znane dopiero dzisiaj procentowe oszacowania liczbowe tego udziału.

Bardzo cenną i właściwą odpowiedzią na ataki, tak płytkie w argumentacji, ale intensywne w budzeniu emocji, są naukowe opracowania historyków i wobec tego badania prof. J.M.Chodakiewicza opublikowane właśnie teraz przez IPN to strzał w dziesiątkę. Tym niemniej wydana już w 2006 roku, w odpowiedzi na angielskie wydanie "Fear", książka prof. J.R.Nowaka, pt. "Nowe kłamstwa Grossa" jest  odpowiedzią, która ma o wiele większą nośność w opinii publicznej, bo punkt , po punkcie demaskuje rozmiar kłamstw prowokatora Grossa. To niesłychane, że ani wydawnictwo "Znak", ani bieżący komentatorzy skandalu, nie przytaczają na pierwszym miejscu tej pracy prof. J.R.Nowaka, a w istocie w ogóle jej nie wspominają. Także znakomity artykuł historyka Leszka Żebrowskiego [Nasz Dziennik, 5/6 stycznia 2008], przypominający szczegółowo trudne do obalenia argumenty demaskujące wcześniejsze kłamstwa Grossa o Jedwabnem, trafia w sedno, które jest natarczywie pomijane w dzisiejszej udawanej i chaotycznej wymianie komentarzy.

Jeżeli ktoś rzeczywiście planuje debatę, to musi ona w głównym wątku postawić na samym początku te najbardziej oczywiste i ustalone już prawdy o dwóch wydarzeniach, które traktowane są jako fundamenty oskarżeń.

Pierwsza prawda dotyczy prowokacji kieleckiej i brzmi: Wydarzenia 1946 roku w Kielcach, określane jako tzw. "pogrom kielecki" były zbrodnią komunistyczną, która była w całości zaplanowana, zainicjowana, zorganizowana i wykonana przez funkcjonariuszy władzy komunistycznej, z precyzyjnie określoną motywacją. Mieszkańcy Kielc mieli z tą zbrodnią tyle wspólnego, ile wynika z faktu, że dziewięciu z nich niewinnie zginęło w egzekucjach po bezpodstawnych wyrokach śmierci orzeczonych przez tę samą komunistyczną władzę.

Druga prawda dotyczy wydarzeń w Jedwabnem i brzmi: W lipcu 1941 zamordowano w Jedwabnem w okrutny sposób miejscowych Żydów. Ich liczba nie jest dotychczas ustalona, ale na pewno nie przekracza 300 osób. Zbrodni tej dokonali Niemcy w ramach szerszej akcji likwidacji Żydów przeprowadzanej w tamtym terenie. Ustalono, że w zbrodni mogło wziąć udział około 40 Polaków, niekoniecznie miejscowych i niekoniecznie dobrowolnie. Ustalono też, że w czasie akcji Niemcy używali broni palnej i łatwopalnych płynów, a ani w trakcie, ani po zbrodni nie miały miejsca rabunki ofiar. Ustalono, że 150 Żydów mieszkających w mieście, Polacy uratowali z narażeniem życia własnego i rodzin, ukrywając ich w Jedwabnem i w okolicznych miejscowościach. Ustalenie pełniejszej prawdy o zbrodni Niemców uniemożliwili Żydzi przez naciski wstrzymujące ekshumację.

Fakt, że te dwie prawdy do dzisiaj nie doczekały się klarownych i pełnych oświadczeń IPN, który mógłby zaopatrzyć je obszernym uzasadnieniem i aneksem zawierającym dokumenty, jest niewybaczalnym grzechem Instytutu Pamięci Narodowej.

Fakt, że władze Rzeczypospolitej do tej pory nie poinformowały oficjalnie świata o tych prawdach, jest niewybaczalnym grzechem, za który wciąż płacimy przyjmując niezasłużone razy ze strony łajdackich oszustów.

I dlatego to wszystko pewnie będzie dalej trwało. Tymczasem my mamy także problem wewnętrzny - do załatwienia natychmiast. Chodzi o wydawnictwo "Znak", które wprawdzie nie ma w oficjalnej nazwie przymiotnika "katolicki", ale stara się za takie uchodzić. Gross może być zboczonym z nienawiści do Polaków psychopatą, który korzysta z tzw. wolności słowa i daje ujście swoim skłonnościom. Jednak jego kalumnie rozpowszechniane są przez wydawnictwo "Znak", które dysponuje wystarczającą wiedzą, by ocenić zawartość książki Grossa. Ludzie "Znaku" mieli też do dyspozycji demaskatorską książkę J.R.Nowaka, która zwraca uwagę na wszystkie ważne i drastycznie szczegółowe kłamstwa.

Ta haniebna i nie do wybaczenia postawa wydawnictwa "Znak" jakby domyka historię wcześniejszych działań tego środowiska. Bo paszkwil Grossa stawia w centrum oskarżeń wydarzenia kieleckie 1946, a wtedy pierwszą bezpośrednią, prawdziwą i natychmiastową relację wydarzeń i ich kontekstu przekazał ś.p. bp Karczmarek. Za tę prawdę oddał życie, gdy w odruchu zemsty władz wytoczono mu po latach proces i śmiertelnie wyczerpano torturami. Młody publicysta T.Mazowiecki, zawsze mocno związany ze środowiskiem "Znaku", miał swój wybitny przyczynek do tej zemsty za prawdę o tzw. pogromie kieleckim. Dzisiaj H.Woźniakowski i "Znak" dołączają swój wkład w trwanie tego kłamstwa. Ich także prokuratura musi wezwać, ale najbardziej potrzebne byłoby jasne oświadczenie Episkopatu, że wydawnictwa "Znak" nie należy kojarzyć z katolicyzmem.

Przypuszczam, że jak zwykle debaty o polsko-żydowskich stosunkach nie będzie, ale ważne są obserwacje, jak zachowują się i co mówią dzisiaj polscy Żydzi w tej sprawie. To, co widzę, na razie przeraża i potwierdza to wszystko, co ponad pięć lat temu napisałem w artykule "Żydzi i Polacy- nie pasujemy do siebie". Słuszność mojego końcowego wniosku w tym artykule zdaje się być mocno potwierdzona.

Doszedł jeszcze nowy, przerażający aspekt. Oto J.T.Gross na łamach tygodnika "Wprost" atakuje Prymasa Tysiąclecia. Tym samym daje znak, że cała jego prowokacja wpisuje się w tę nową falę ataków na Kościół, a raczej rozprawy z Kościołem, z którą od kilku miesięcy mamy do czynienia w Polsce. Ta wojna wchodzi w jakieś przeraźliwe apogeum, bo jej intensywność i używane środki zdają się przypominać najgorsze czasy. Dzisiaj podano wiadomość o zabójstwie księdza i jego gospodyni na Dolnym Śląsku, w miejscowości Serby. Podobno ksiądz nazywał się Polak, a na pewno był redemptorystą, - są ludzie, którzy wierzą w przypadkowość takich okoliczności, ja do nich nie należę.

 

6 stycznia 2008    -  114

Zaczepki harcowników - zamierzony zamęt ?

Trudno narzekać na brak tematów wartych komentarza. Wiele spraw podnosi temperaturę i domaga się reakcji. Ale gdybyśmy reagowali na wszystko, cały nasz czas byłby wypełniony pisaniem artykułów, listów, protestów i apeli z góry skazanych na rozpłynięcie się w morzu słów, które nie mogą skupić uwagi na tyle szerokiej, by wywołać pozytywny skutek. Harcownicy na wielu frontach ustawicznie atakują, zaczepiają i prowokują do reakcji - zdają się tworzyć zamierzony zamęt, który przecież musi mieć jakiś cel. Przyjrzyjmy się tym codziennie otwieranym odcinkom potyczek i walki, z których każdy drażni, a czasem wywołuje trudne do opanowania emocje.

Najpierw to, czym karmieni jesteśmy od kilkunastu lat, co powtarza się regularnie i cyklicznie jako owo zapowiadane "ciągłe bicie w mur, które kiedyś ten mur musi skruszyć". Chodzi o kolejne ataki na Radio Maryja, które tym razem objęło także inną inicjatywę związane z Radiem - Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej. Tym razem atak jest pozbawiony wszelkich pozorów przyzwoitości - jest pełne przyznanie się do chęci zniszczenia i destrukcji, które w porywie szczerości nietypowej dla Platformy Obywatelskiej Palikot nazwał "wykańczaniem". Czasem dochodzi do zjawisk kompromitujących - oto protest dotyczy pozyskania funduszy unijnych dla inicjatywy wykonania badawczych odwiertów geotermii, które w przypadku powodzenia mogą służyć ogrzaniu Szkoły, a może i większego obszaru Torunia. Ktoś na poważnie wyraża "obawy", że może nawet właściciele tych urządzeń będą mogli czerpać zyski z całego przedsięwzięcia. Bez żadnych podstaw prawnych zwalniani są urzędnicy państwowi, którzy w pełni legalnie zaakceptowali projekt i wsparli inicjatywę. W normalnym kraju zwalniano by tych, którzy podjęli wysiłki, by taką sprawę blokować. Myślę, że gdy wrócimy do normalności trzeba będzie ukarać tych, którzy teraz sabotują pożyteczne inicjatywy i wbrew interesom Polski pragną zdusić obywatelską aktywność. Radia Maryja już nie wykończą, zbyt potężne siły jej bronią - siły nadprzyrodzone i miliony słuchaczy, a widać, że także Episkopat coraz pełniej dostrzega, gdzie ulokowany jest prawdziwy przeciwnik. Jednak akcje "bicia w mur" trwają, burzą złą krew i zajmują uwagę.

Nagle uruchomiono kilka frontów wojny ideologicznej. Min.Kopacz i premier Tusk wyskoczyli z pomysłem refundowania procedur "in vitro". Parę zdecydowanych słów ze strony hierarchów Kościoła wymusiło na nich taktyczne cofnięcie, ale temat pobudzili, ludzie mają o czym myśleć, a do sprawy się wróci - "nie w tym roku"?  Powraca aborcja, a temat wrzucony o zgrozo przez RPO J.Kochanowskiego podchwytują komuniści i inni przeciwnicy Kościoła i Polski. Rzecznik bezustannie zadziwia w swych staraniach o ustanowienie kolejnego ośrodka władzy i to paradoksalnie władzy jawnie skierowanej przeciw obywatelom. Najpierw dobił linczowanego abp S.Wielgusa, potem w sporze o Rospudę z całych sił poparł żaby przeciw mieszkańcom Augustowi,  później przeprosił talibów za "naszych zbrodniarzy wojennych" w Afganistanie, a zaczął się nawet zajmować, nomen omen, reformą służby zdrowia. W kwestii aborcji ustawił sprawę tak, jak tylko prawnik to potrafi - nikt nie wie, czy jest za poszerzeniem, czy ograniczeniem prawa do aborcji. W praktyce z całą pewnością wyjdzie, że prawo do życia nie jest potencjalnemu obywatelowi potrzebne.

Wreszcie Świątynia Opatrzności Bożej dała nośny temat do walki z Kościołem, ileż bluźnierstw można przy tej okazji rzucić. Senyszyn dostała zadyszki , a bp Pieronek uznał, że ma w końcu godnego przeciwnika do soczystej polemiki. Zawsze się zastanawiałem czyj głos mi przypominają dźwięki artykułowane przez posłankę Senyszyn. Dopiero ostatnio skojarzyłem, że słyszałem coś takiego w trakcie oglądania dokumentalnego filmu o pracy egzorcysty. Z opętanej złym duchem właśnie taki głos się wydobywał - ten sam tembr, ta sama barwa, a nawet ta sama siła głosu. Czy bp Pieronek nie mógł tej pani odesłać właśnie do egzorcysty zamiast do krów?

Gdy chce się naprawdę rozbudzić emocje Polaków i zająć dużą przestrzeń ich umysłów, to niezawodny jest temat tzw. antysemityzmu. Wydawnictwo "Znak" czekało więc, na sygnał, kiedy wreszcie uruchomić od tak dawna przygotowane tłumaczenie nowej książki J.T.Grossa "Strach" - jest potrzeba, jest i sygnał. Drukarnia pracuje, by polska wersja paszkwilu na Polskę rozgrzała do czerwoności umysły Polaków, którzy nie powinni skupiać uwagi na innych ważnych sprawach. To się dopiero zaczyna i to może być intensywne. Ale ta zabawa nie skończy się nigdy, jeśli Polaków nie będzie stać na trzaśnięcie raz porządnie batem w prowokatorów.

W międzyczasie dzieją się różne rzeczy. Podskórna walka o telewizję publiczną, przywracanie "porządku" w sądach i prokuraturach, by "mordom tym naszym żyło się lepiej", próby skasowania CBA i innych przeszkód dla korupcji, niejasne strajki w kopalniach, gdzie być może jest i jakieś drugie dno, wreszcie tzw. reforma służby zdrowia, w której operacje strategiczne przygotuje Platforma wraz z zaprzyjaźnionymi medykami, a już doszlusowują zaprzyjaźnione pielęgniarki (białe miasteczko to miłe wspomnienia wakacyjne min. Kopacz i działaczek w białych kitlach).

Jest więc wielo-frontowy zamęt, w którym napięcie jest odpowiednio regulowane przez zaprzyjaźnione media, niejawne cele są od dawna wytyczone, a operacja idzie pełną parą pod osłoną tego powszechnego, sztucznie tworzonego zamętu. Już po cichu zlikwidowano cukrownie w Lubelskiem (jeśli UE zażądała redukcji, to dlaczego nie zredukowano jednej z tych, które przejęli Niemcy?), już są kroki w sprawie telewizji, a decyzja Urbańskiego zatrudnienia Lisa, ma pewnie jeszcze zmniejszyć wpłaty abonamentu. Likwidację CBA trzeba odsunąć, bo Pitera zrobiła fuszerkę z raportem, ale Ćwiąkalski już sporo złodziejskich interesów zabezpieczył.

Zdaje mi się jednak, że najważniejszy przekręt, jaki się szykuje, to tzw. reforma służby zdrowia. Z całą pewnością realizowany jest scenariusz, którego ledwie fragmenty ujawniła niechcący Sawicka. Plan chyba jest prosty. Zgadzać się na podwyżki, za które pełną odpowiedzialność biorą dyrektorzy szpitali. Dać pieniędzy znacznie mniej, niż starczyłoby na te podwyżki - dyrektorzy się nie zmartwią, bo znają plan gry. Niebawem zaczną się seryjne bankructwa, zadłużone po uszy szpitale zaczną upadać i za symboliczną złotówkę przechodzić w prywatne, wypieszczone ręce ordynatorów i dyrektorów, ku radości i westchnieniu ulgi lokalnych społeczności i władz samorządowych. Zwiastuny tego kierunku propagandy sukcesów prywatyzacyjnych już się pojawiły, a sztaby tzw. dziennikarzy zapewne przygotowują już pełnometrażowe reportaże.

No a później, to już nie będzie wyjścia i eutanazja ruszy pełną parą. Ludzie wciąż wierzą, że Bóg stał się człowiekiem, a tu szykują nam prawdziwą wersję tworzenia boga z człowieka. Cóż za wyżyny ewolucji człowieka - pan życia i śmierci - każdemu można dać życie i skomponować kod genetyczny (in vitro) i każdemu można będzie odebrać życie (aborcja, selekcja przy in vitro, lub eutanazja). Trochę dużo będzie tych bogów, więc jest nadzieja, że się pokłócą. Lepiej jednak na to nie liczyć, lepiej zatrzymać to wszystko póki czas.