Ojczyzna.pl

Swieta milosci kochanej ojczyzny
Czuja cie tylko umysly poczciwe...

                        J.E. ks. biskup Ignacy Krasicki

  ZAPISKI POLAKÓW  - prof. Rafal BRODA

Ostatnie uaktualnienie: 16-05-2010     

        

Z wyksztalcenia i zamilowania - fizyk jadrowy (wciaz aktywny w nauce)  - prof. dr hab.
Z potrzeby serca i obowiazku - polski patriota, wspóltwórca Klubu "Mysl dla Polski"

 


 

30 lipca 2010   -  162

Teraz mamy już prawdziwą wojnę

                       Minęło już blisko pięć miesięcy od tragicznego 10 kwietnia 2010, dnia smoleńskiej katastrofy. Historyczna waga i symbolika tego wydarzenia, z całym wyczuwalnym dotykiem jego ponadludzkiego wymiaru i doniosłości dla losów Polski, nakazywały trwać w kwarantannie milczenia, by czegoś nie zepsuć niepotrzebnym słowem, źle skierowaną wyobraźnią, czy brakiem wrażliwości na ból tych, którzy najbardziej bezpośrednio zostali dotknięci. W międzyczasie straszliwa w skutkach powódź zanurzyła dużą część narodu w troskach o dalszy byt i odnalezienie drogi do minimalnej choćby stabilizacji codziennego trwania. Wyborczy wynik dopełnił pasma kataklizmów, a ponura masowa demonstracja braku wrażliwości większości Polaków na sprawy najistotniejsze dla Polski, czyni dzień  4 lipca 2010 dniem szczególnym - dla mnie jest to koniec złudzeń i początek prawdziwej wojny; tej wojny, którą nam w różnych groźnych, lub bardziej subtelnych formach natrętnie zapowiadano.
            Wyzwanie wojenne wymaga nowego spojrzenia na sprawy polskie, z pełniejszą i bardziej realistyczną niż dotychczas świadomością, że w tym wyzwaniu mamy nadzwyczaj licznych przeciwników wewnątrz Polski. Mamy więc etap dziwnej wojny domowej, w której podstawowym działaniem staje się walka o świadomość. Tej walki nie da się wygrać w sposób rozłożony w czasie, licząc na to, że ludzie doznają kiedyś olśnienia, zrozumieją zagrożenia i dojrzeją do wyborczej jedności. Tym bardziej nie da się tego wygrać snując plany o edukacji młodzieży, o wychowaniu w rodzinie, o rozwijaniu organizacji młodzieżowych, o wysyłaniu w teren emisariuszy, którzy nieśliby kaganiec prawdy o wolności suwerenności i niepodległości. To wszystko trzeba robić, ale ze świadomością, że strona przeciwna ma o wiele bardziej efektywne narzędzia i jest tak skuteczna, że upływający czas tylko pogarsza sytuację. My mamy o wiele trudniejsze wyzwanie, bo prawda jest o wiele bardziej skomplikowana i wymagająca myślenia, a atrakcyjną staje się dopiero w odległej perspektywie, gdy coś skłania, lub zmusza nas do podsumowań. Zło jest atrakcyjne doraźnie, dysponujące ofertą szybkiej konsumpcji, łatwo demoralizujące i preferujące stan leniwej bezmyślności - skutki ujawniają się z pewnym opóźnieniem, a te bardziej rozległe, sięgające podstaw bytu narodu, dopiero wtedy, gdy jest za późno, by zapobiec katastrofie. Dlatego czekająca nas walka wymaga działań szybkich i zdecydowanych, tak jak w prawdziwej wojnie; trzeba się nawet liczyć z tym, że stan napięcia przekroczy psychiczną odporność ludzi i "brat powstanie przeciw bratu", jak wieszczą słowa proroctw.
            Kolejny znakomity wywiad Jarosława M.Rymkiewicza [Rzeczpospolita,17/18 lipca,2010] podsumowuje stan spraw po wyborach i wpada w moje emocje razem ze wszystkimi jego realistycznymi i pesymistycznymi konkluzjami. Wywiad dotyczy koncepcji, według której istota polskiej odrębności ukształtowała się na przełomie XV i XVI wieku jako nadrzędne umiłowanie wolności, stające się podstawową racją bytu każdego Polaka w ramach wspólnoty narodowej. Historia Samuela Zborowskiego godzącego się z wyrokiem śmierci w imię obrony własnej wolności stanowi kanwę tego wywiadu i zapowiedź najnowszej książki autora. Jeszcze, niestety, nie znalazłem jej w krakowskich księgarniach; także poematu J.Słowackiego p.t. "Samuel Zborowski" nie mogłem znaleźć, ale wkrótce na pewno się to uda. W końcówce wywiadu Rymkiewicz nawiązuje do współczesności i optymistycznie stwierdza, że te blisko 8 milionów wyborców, którzy głosowali na J.Kaczyńskiego, to zupełnie wystarczająco liczny naród, na którym można i warto się oprzeć. Cała reszta może nas nie obchodzić i powinniśmy ich traktować z pełną obojętnością; oni sami wyzuli się z tego, co w polskości jest najważniejsze.
            Ta prosta, chociaż okrutna konkluzja, mocno wpasowała się w moje postanowienia po wyborach i nawet podziałała na mnie kojąco. Rzeczywiście, przecież nie można przez 21 lat bezowocnie argumentować i tłumaczyć ludziom, że sprawy Polski idą w całkiem złą stronę i doznawać tych samych rozczarowań w kolejnych wyborach. Dzieją się sprawy o fundamentalnym znaczeniu dla przyszłości Polski, dla jej przetrwania, a wykształceni ludzie z ambicjami do bycia częścią elity, są zupełnie obojętni, nawet nie starcza im wyobraźni, by dostrzec niebezpieczeństwa, które wcześniej, czy później dotkną bezpośrednio także ich osobistych losów. Nie rozumiem sposobu rozumowania moich kolegów ze środowisk naukowych, zwłaszcza tych ze szczególnie bliskiego mi środowiska fizyków, bo nawet tych skutków, które bezpośrednio ich dotykają, zdają się nie kojarzyć z przyczynami. Materialna degradacja naszych dziedzin dokonana decyzjami dokładnie tych sił politycznych, na które oddają swoje głosy, nie budzi żadnej refleksji. Nastąpiła jakaś daleko posunięta obojętność owiec prowadzonych na rzeź, którym nawet nie można pomóc - idą bezmyślnie za baranami przewodnikami i będą za nimi skakać w przepaść.  Tym bardziej nie dostrzegają szerszych zagrożeń, które wprost zmierzają do unicestwienia państwa i rozpłynięcia się w obszarze zamieszkałym przez ludzi całkowicie ubezwłasnowolnionych. Symptomy nowego i wszechogarniającego totalitaryzmu stają się już niemal dotykalne.
            Dlatego dzisiaj przyjmuję tę postawę, którą brutalnie wyraził J.M.Rymkiewicz przypominając legionowe zawołanie: " j..... was pies!" i ochłodziłem do minimum swoje relacje z wieloma znajomymi. Najciekawszą sprawą w tym całym zjawisku jest dla mnie niezwykła wprost wrażliwość tych ludzi na podejrzenia kwestionujące ich polskość i patriotyzm - oni naprawdę chcieliby być wciąż uznawani za patriotów i katolików; być może w tym tkwi szczypta nadziei, że zaczną zastanawiać się nad sensem patriotyzmu.
            Doskonale zrozumiałem uwarunkowania, które kazały J.Kaczyńskiemu zrezygnować z nawiązywania do tragedii smoleńskiej w czasie kampanii wyborczej. Z tego zrozumienia także wynika pełna akceptacja dla działań po wyborach, zmierzających do wysunięcia tej sprawy na najważniejszą pozycję w dyskursie politycznym. Bo to jest sprawa najważniejsza i jej ranga musi być doceniona przez każdego, kto chce być członkiem polskiego narodu.
            Dzisiaj już nie trzeba, a nawet nie wolno hamować się i trzeba mówić prostym tekstem. Każdy ma do tego prawo i nie ma żadnego znaczenia fakt, że być może tak jak w przypadku Katynia nigdy nie uzyskamy dowodów pozwalających na prawomocne potwierdzenie faktów. Mimo wszystko, ta z górą trzymiesięczna cisza była bardzo pożyteczna. W czasie jej długiego trwania ujawniło się w jak niebezpiecznie jałową stronę idą sprawy, gdy otoczone są milczeniem komfortowym dla śledczych, którzy mają zgoła inne zadanie niż poszukiwanie prawdy. Ja też wkomponowałem się w tę ciszę i powstrzymałem się od jednoznacznych sugestii i stwierdzeń, chociaż przyznam, że od samego początku, od 10 kwietnia, chciałem wraz z innymi wykrzyczeć w internecie, że był to okrutny zamach likwidujący większość polskiej państwowej elity i nawiązujący z premedytacją do zbrodni katyńskiej. Ci, którzy zginęli byli główną przeszkodą w zniewalaniu Polski. Słyszeliśmy wielokrotnie w publicznych wystąpieniach wielu polityków wewnątrz Polski i zza granicy, jak bardzo przeszkadzają, a były zapowiedzi, których trudno nie kojarzyć z tym, co się stało.

            Teraz, po okresie chaosu informacyjnego i towarzyszącym mu milczeniu, mamy już do dyspozycji ogromną ilość faktów związanych z katastrofą smoleńską, niestety większości z nich nie możemy przyjąć, jako potwierdzonych, czy w pełni prawdziwych. Fakty te są roztrząsane, wiązane w związki przyczynowo-skutkowe i analizowane przez wielu dociekliwych ludzi, głównie amatorów, którzy wielowątkowo pracują nad tym, co jest dostępne. Dzięki tym ludziom mamy do dyspozycji obszerny materiał dający możliwość porównania z tym, co do nas dociera oficjalnie, a wynika z tego niepokój, że wiele podstawowych pytań w ogóle nie jest stawianych publicznie. Nie ma potrzeby, bo powtarzać to wszystkiego, co krąży w internecie, bo każdy zainteresowany wielokrotnie miał już możliwość zobaczyć, przeczytać i usłyszeć najróżniejsze wątpliwości. Wśród wielu zasadniczych pytań jest też to podstawowe, które jest podnoszone w  internetowych tekstach, ale nie pojawia się w oficjalnym dyskursie publicznym: dlaczego, mimo niezbyt dużej prędkości, amortyzowanej dodatkowo płaskim lotem ścinającym drzewa, samolot tak kompletnie się rozbił, a kokpit w ogóle zniknął - co się naprawdę stało, gdzie są jego fragmenty? Czy sekcje zwłok przeprowadzone w Polsce mogą wykazać ślady, które wskażą na eksplozję bomby paliwowo-powietrznej? Czy na podstawie rozrzutu szczątków samolotu eksperci nie mogą definitywnie określić, że miała miejsce eksplozja, lub jej nie było?
            W aktualnym stanie spraw można podejść do katastrofy całkiem inaczej. Można stwierdzić ogólnie, że dociera do nas wiele faktów, które są sprzeczne z wersją przypadkowej i nieszczęśliwej katastrofy lotniczej spowodowanej różnymi złożonymi przyczynami - nie wiemy jednak, które z tych faktów są prawdziwe i na ile kompletna jest nasza wiedza. Możemy wobec tego  pominąć to wszystko, co nam dotychczas przekazano i wszystko odrzucić jako całkowicie niepewne fakty - w istocie żaden z nich nie jest potrzebny, bo twarde wnioski można ustalić na podstawie tego, co już dzisiaj jest pewne - pewne, bo sami osobiście to widzieliśmy i słyszeliśmy. Pewne są następujące fakty:

  1. Od momentu katastrofy szerokim strumieniem płynęły z Rosji różne informacje, które szybko okazywały się być nieprawdziwe. Była to klasyczna dezinformacja sterowana centralnie i zmierzająca do wywołania chaosu poznawczego. Objęcie przez premiera V.Putina przewodnictwa komisji śledczej wyklucza, by taka akcja dezinformacyjna mogła się dziać bez jego zgody. W systemie politycznym Rosji jest to wykluczone i o wiele bardziej prawdopodobna jest tutaj inspiracja Putina.   
  2. Równolegle już w dniu katastrofy pojawiła się teza o winie pilotów. Teza ta została w Polsce natychmiast wsparta przez szczególnie aktywnych komentatorów występujących w roli ekspertów i mających prawdopodobnie silne związki z WSI. Środowisko Gazety Wyborczej, wyjątkowo nieprzyjazne Polsce, intensywnie lansuje tezę winy pilotów od bardzo dawna, a minister spraw zagranicznych R.Sikorski propaguje ją na zewnątrz Polski (wywiad w CNN).
  3. Strona rosyjska od początku zaciera ślady, które są niezwykle istotne w wyjaśnianiu katastrofy. O tym, jak wygląda to zacieranie śladów w wielu technicznych detalach związanych z katastrofą nie wiemy niczego, tutaj musimy opierać się wyłącznie na domysłach. Wiemy natomiast o zaniedbaniach i zupełnie skandalicznych działaniach, które były oficjalnie podane do publicznej wiadomości. Chodzi o karygodnie beztroskie potraktowanie szczątków samolotu i wszystkich elementów rozrzuconych na miejscu katastrofy, łącznie ze szczątkami ofiar. Pobieżne zebranie głównych fragmentów wraku samolotu, brak zabezpieczenia terenu katastrofy i dopuszczenie na miejsce zupełnie przypadkowych ludzi, wreszcie wycięcie drzew i zrównanie terenu ciężkim sprzętem, to zupełnie jednoznaczne i mrożące krew w żyłach zachowanie, na które w ogóle nie było reakcji ze strony polskich instytucji państwowych. W istocie to łatwo dostrzegalne, bezprecedensowe zachowanie kompletnie nie przystaje do skali i wagi wydarzenia. Pozwala ono sądzić, że zacieranie śladów odbywa się cały czas, a już teraz upłynął czas dostatecznie długi, by nie przeoczyć żadnego detalu.  Ci w Polsce, którzy "cierpliwie czekają" na wyniki śledztwa i ganią niecierpliwość innych, w ogóle nie są zaniepokojeni tym, że upływający czas może być czasem zacierania śladów.
  4. Niemniej ważne są fakty obserwowane bezpośrednio w Polsce. Można je podsumować lapidarną konkluzją, że wszystkie zaniedbania, beztroska, formalne wymówki o rzekomych ograniczeniach prawnych i zdanie się na  upływający czas ze strony odpowiedzialnych władz państwowych wskazują na ich ewidentne zainteresowanie taką sytuacją, w której nigdy nie nastąpi wyjaśnienie okoliczności i przyczyn katastrofy - są ewidentnie zainteresowani procesem, w którym utrudnia się dojście do prawdy. Szczególnie znamienny jest tutaj brak jakiejkolwiek reakcji na skandaliczne postępowanie Rosjan zacierających ślady katastrofy, przetrzymujących ponad miarę oryginały czarnych skrzynek, skutecznie blokujących wszelkie materiały dokumentalne związane z przebiegiem wydarzenia ze strony wieży kontrolnej, z ruchem innych samolotów na lotnisku...etc. Oddanie sprawy w całości w ręce Rosjan i nie podjęcie choćby próby kontroli nad tym co się dzieje, jest bezprecedensową decyzją władz nominalnie wciąż jeszcze suwerennego państwa.

 

            Rosjanie doskonale wiedzą, że nasze historyczne doświadczenia postawiły ich automatycznie w roli pierwszych podejrzanych w kwestii sprawstwa katastrofy smoleńskiej. Tym bardziej bliskość Katynia i kontekst z tym związany czyni takie podejrzenia całkowicie naturalnymi. Dlatego władze Rosji postępowałyby całkiem inaczej w sytuacji zupełnie przypadkowej tragicznej katastrofy polskiego samolotu z tak ważnymi dla polskiej państwowości ofiarami; postępowałyby inaczej zarówno wobec Polaków, jak i wobec opinii światowej. Mielibyśmy do czynienia z pełnym otwarciem śledztwa z udziałem Polaków i międzynarodowych ekspertów. Nie byłoby żadnych zaniedbań, bo w sprawach o wadze państwowej Rosjanie są wyjątkowo zdyscyplinowani i potrafią wymusić perfekcyjny porządek. To, co się dzieje od 10 kwietnia jest całkowitym zaprzeczeniem takiego postępowania. Gdyby wnioskować wprost, trzeba by zwrócić też uwagę na bezczelność i brak wstydu z jakim ujawnia się publicznie to odwrotne postępowanie strony rosyjskiej. Te "błędy", "zaniedbania", zacieranie śladów i zawłaszczenie śledztwa  mają charakter niezwykle demonstracyjny i należy domniemywać premedytację w takim sposobie postępowania. Są więc podstawy, by wnioskować, że władze Rosji nie tylko są winne; te władze chcą byśmy o tym wiedzieli, że oni w tej katastrofie mają swój znaczący udział. Chcą byśmy to wiedzieli, ale nie mogli niczego udowodnić. Chcą byśmy przypomnieli sobie, do czego przywódcy Rosji są zdolni i byśmy zauważyli, że oni tę 70 rocznicę Katynia "uczcili" likwidacją blisko setki najważniejszych dla Polski ludzi. Chcieli nam pokazać, że pora się poddać i wybić sobie z głowy mrzonki o niepodległości, bo nie cofną się przed niczym.
            Nie napisałem niczego nowego, prawdopodobnie konkluzje wielu Polaków są dzisiaj podobne, więc podsumuję moje wnioski i oceny, do których nie tylko mam prawo, ale o których słuszności jestem dzisiaj głęboko przekonany.

  1. Katastrofa lotnicza w Smoleńsku, w dniu 10 kwietnia 2010 była zamachem, w którym zlikwidowano najważniejszą część polskiej elity państwowej, aby usunąć główną przeszkodę w realizacji działań pozbawiających Polskę suwerenności politycznej i ekonomicznej.
  2. W planowaniu zamachu, w podjęciu decyzji o jego przeprowadzeniu, w jego realizacji, a następnie w zacieraniu śladów uniemożliwiającym odkrycie prawdy uczestniczyły nieznane dotąd osoby związane z władzami Rosji i ze wspólnikami z Polski.
  3. Nie wiemy, czy uda się zidentyfikować pełną prawdę o tym dziejowym wydarzeniu, ale nadrzędnym obowiązkiem każdego Polaka jest uczestnictwo w poszukiwaniu prawdy i wspieranie wszystkich, którzy działają w tym kierunku.
  4. Dla Polaków, którzy nie wzięli udziału w wyborach prezydenckich, lub głosowali na B.Komorowskiego, dzień 4 lipca 2010 stał się dniem hańby, który będzie dla nich bolesnym obciążeniem, gdy prawda o zamachu stanie się publiczna. Obciążenie będzie się wiązało ze świadomością, że swoją postawą utrudnili dojście do prawdy o jednym z najważniejszych i najbardziej drastycznych wydarzeń w historii Polski.

            Nazwisko B.Komorowskiego wymieniam z premedytacją, bo jego rola w politycznych wydarzeniach ostatnich 20 lat polskiej historii, jest szczególna. Nie twierdzę, bo nie mam ku temu podstaw, że B.Komorowski uczestniczył w realizacji zamachu, ale na tej samej zasadzie też  tego nie wykluczam. Twierdzę natomiast, że prezydent elekt jest jedną z najbardziej obrzydliwych postaci polskiej sceny publicznej, a jego postępowanie, czyny i wypowiedzi zrównują jego sylwetkę z postacią generała W.Jaruzelskego. Nie miejsce tutaj, by uzasadniać tę analogię, natomiast przypomnę tylko okoliczność związaną z katastrofą smoleńską, która nie jest przypominana, a na mnie zrobiła wstrząsające wrażenie. Mianowicie,  w kilka godzin po katastrofie, gdy wszyscy normalni Polacy byli kompletnie i głęboko porażeni informacjami o zaistniałej niewyobrażalnej tragedii, B.Komorowski w telewizji odpowiadał na pytanie dziennikarki. Pytanie, tak jak je pamiętam, brzmiało: Czy wobec szczególnie dotkliwych strat, jakie poniosła opozycyjna partia PIS, wasze postępowanie uwzględni tę sytuację i potraktuje swoich oponentów z pewnym współczuciem? Mimo, że nie spodziewałem się po Komorowskim niczego poza próbą uniknięcia odpowiedzi wprost, to co usłyszałem zaskoczyło mnie całkowicie. On odpowiedział: W polityce nie ma miejsca na współczucie. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że stało się tak, jak sobie wymarzył - droga do prezydentury otwarta, a cynizm tej postawy zamknął na zawsze możliwość akceptacji tego człowieka w życiu publicznym Polski. Od momentu zaprzysiężenia B.Komorowskiego na prezydenta RP będę odliczał dni do jego odwołania - myślę, że to nastąpi w związku z prawdą o katastrofie smoleńskiej.

            Do tego długiego tekstu dołączę jeszcze dwie sprawy dotykające aktualnych wydarzeń.
            Pierwsza wiąże się z Zespołem Sejmowym d/s wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej, pod przewodnictwem Antoniego Macierewicza. Powołanie tego zespołu już wywołało pozytywne, choć jeszcze niemrawe działania w stronę prawdy. Przykrą, natomiast, okolicznością jest negatywna postawa kilku członków rodzin ofiar, którzy mimo pozytywnego nastawienia większości innych rodzin, hałaśliwie protestują przeciw działaniom zespołu. Myślę, że tę sytuację mogłoby zamknąć krótkie oświadczenie Zespołu, na przykład o takiej treści:
" Przychylając się do wypowiadanych publicznie życzeń rodzin kilku ofiar katastrofy smoleńskiej, które wyrażają zastrzeżenia i niechęć do działań naszego zespołu w poszukiwaniu prawdy o katastrofie, oświadczamy, że w naszych dociekaniach nie będziemy się zajmować żadnymi informacjami dotyczącymi losu tych konkretnych ofiar.  Uwzględniając aktualne życzenie rodzin trojga ofiar przyjmujemy, że w tych trzech przypadkach nasze wysiłki w poszukiwaniu prawdy nie są pożądane. Wobec tego nasza praca skupi się na wyjaśnianiu losu 93 innych ofiar. Prosimy inne rodziny, które ewentualnie także nie są zainteresowane pracą Zespołu o zgłoszenie swoich zastrzeżeń, które będą w podobnym trybie uwzględnione."

            Druga sprawa wiąże się z palącą potrzebą nadania wymiaru międzynarodowego sprawie katastrofy smoleńskiej. Gdyby naród Polski był zjednoczony wokół tej sprawy, moglibyśmy dać sobie sami radę, ale tak nie jest i bez pomocy z zewnątrz nie uda się wyjaśnić katastrofy.

            Dlatego z radością przywitałem inicjatywę członka Izby Reprezentantów w Kongresie USA Petera Kinga występującego o uchwalenie Rezolucji Kongresu domagającej się międzynarodowego śledztwa w sprawie katastrofy. Przypuszczam, że byłem jednym z wielu, którzy podziękowali P.Kingowi i wsparli jego działania w tej sprawie. Do niniejszej wypowiedzi dołączam tekst mojego listu, który wystosowałem elektronicznie do Petera Kinga i kopię jego odpowiedzi, którą otrzymałem w dniu następnym. Prawdopodobnie ta odpowiedź jest standartowa, ale i tak przytaczam ją, by podkreślić wielką różnicę z sytuacją w Polsce, gdzie parlamentarzyści praktycznie nigdy nie odpowiadają na maile, a nawet na poważne listy przekazywane zwykłą pocztą. Podaję mój list do publicznej wiadomości, aby zachęcić Polaków z USA do wspierania tak życzliwych dla Polski i prawdy polityków, jak Peter King. Jest to zresztą częściowe wypełnienie zawartych w liście moich obietnic wobec adresata.

7 maja 2010   -  161

Dla jednych - sondażowy blef, dla innych - oczekiwana prawda

                        W komunikacie ogłoszonym 28 kwietnia w Radiu Maryja, zamieszczonym na stronie internetowej polskie-wici.pl, a także przesłanym do agencji PAP i do redakcji Naszego Dziennika, podałem do publicznej wiadomości wyniki badania opinii publicznej uzyskane w ramach koordynowanej przeze mnie społecznej inicjatywy sondażowej. Wyniki te zostały zlekceważone przez główne media, mimo że zwykle bardzo pasjonują się one liczbami i słupkami prezentowanymi przez różnorodne ośrodki sondażowe. Jeśli już zamieszczono wzmiankę o tych wynikach, to zwykle w kpiarskim tonie i z konkluzją, że nie ma o czym mówić.
                        Jednak jest o czym mówić! Powiem więcej - niedługo będziemy wszyscy zmuszeni, by o tym mówić - sprawa jest poważna i na nic nie zda się jej ośmieszanie.
                        Na kilku forach internetowych doszło do ostrych polemik, w których głosy wyrażające ulgę, że wreszcie ktoś ujawnił prawdę, zostały zdominowane przez sceptycyzm i niewiarę w rzetelność społecznych badań, a jeszcze częściej przez głosy wykpiwające wyniki, metodologię, a najczęściej drwiące ze mnie. Mam dość dobrze ugruntowaną ocenę własnej wartości i nie jestem szczególnie wrażliwy na wynurzenia ujawniające frustrację mądrali internetowych, najczęściej zachłystujących się wolnością słowa i odwagą płynącą z anonimowości. Znalazła się jednak w tym chaosie komentarzy jedna rzecz bardzo pozytywna. Mianowicie, wielu komentatorów zaczęło zadawać konkretne i całkiem uprawnione pytania: Jak ten sondaż robiono? Czy dobrano reprezentatywną próbkę? Czy poprawnie zastosowano metody statystyczne?  Czy fizyk może się takimi sprawami zajmować? I wreszcie, kto to w ogóle jest ten Rafał Broda?
                        Nagle, z wątpliwości, lub z niewiary w wyniki, obudziła się w wielu ludziach potrzeba poznania szczegółów badań; potrzeba, której dotychczas w ogóle nie odczuwali, naiwnie wierząc, że nad prawdą profesjonalnych ośrodków sondażowych czuwają specjaliści, którzy wiedzą, co robią i nie pozwoliliby sobie na błędy. To przebudzenie, mam nadzieję, nie ograniczy się wyłącznie do naszego sondażu, ale dzisiaj z wielką chęcią wypełnię swoja powinność, udzielając pełnych wyjaśnień wątpiącym.

                        Najpierw jednak kilka słów o sobie, bo wyrafinowane epitety w rodzaju "radiomaryjny profesor", "wykładowca w Rydzykowej szkole", czy "z wykształcenia fizyk-publicysta związany ze środowiskiem Naszego Dziennika"..etc., dalece nie wyczerpują mojej charakterystyki, czy zawodowego życiorysu. Jestem fizykiem, rocznik 1944, absolwentem UJ (1966), zajmującym się już przez prawie 45 lat czysto poznawczymi, doświadczalnymi badaniami struktury jąder atomowych. Doktorat -1971, habilitacja-1981, tytuł profesora 1991. Pracuję od początku w Instytucie Fizyki Jądrowej PAN w Krakowie, który nie jest związany z uczelnią, a jest instytutem naukowo badawczym. Niezręcznie jest mówić o swoim dorobku naukowym i łatwiej polecić pozyskanie informacji o mnie u pierwszego z brzegu polskiego fizyka jądrowego. Jeśli to nie wystarczy to proszę zasięgnąć takiej opinii w dowolnym światowym ośrodku, w którym są fizycy zajmujący się badaniem struktury jąder atomowych. Dla celu tej prezentacji wystarczy, gdy wyznam, że zarówno dorobek naukowy, jak i wiek, skłaniają mnie do wielkiej ostrożności, by nie autoryzować swoim nazwiskiem jakiekolwiek wątpliwego twierdzenia, czy wyników badań. Dlatego mogę potwierdzić, że podając publicznie wyniki przeprowadzonych badań sondażowych, które zasadniczo kwestionują ważność wyników prezentowanych w mediach przez ośrodki sondażowe, miałem pełną świadomość tego, co firmuję własnym nazwiskiem.
                        Pozostaje jeszcze wyjaśnić to, co szczególnie "wnikliwi" krytycy określają jako "radiomaryjność". Gdyby na podstawie jednego tylko wykładu, o dziwo, właśnie na temat manipulacji sondażami, który wygłosiłem na sympozjum organizowanym w WSKSiM w Toruniu, można było zyskać zaszczytną kwalifikację "wykładowcy szkoły Rydzyka", to mógłbym wypisać imponującą listę uniwersytetów, szkół wyższych i ośrodków naukowych w Polsce i w świecie, w których mam zaszczyt być wykładowcą. Z Radiem Maryja jestem związany od bardzo dawna, po wielekroć tam występowałem i w miarę możliwości zabieram głos na jego antenie na temat spraw publicznych, które nie mogą pozostać wyłącznie domeną komentatorów wyselekcjonowanych przez dysponentów większości mediów w Polsce. Radio Maryja otworzyło niezwykle ważny fragment przestrzeni publicznej, który bez istnienia tego ośrodka byłby całkowicie nieobecny, a jest nie tylko ważnym fragmentem tej sfery, ale jest, jak sądzę, dla przetrwania Polski najważniejszą jej częścią. Uważam, że każdy Polak powinien interesować się sprawami publicznymi i w miarę możliwości w nich uczestniczyć. Bez Radia Maryja wiele osób takich jak ja byłoby pozbawionych możliwości uczestnictwa. Hałaśliwe ataki na Radio Maryja niewiele mówią o Radiu, natomiast bardzo wiele mówią o ich autorach i wykonawcach. W jednym z moich tekstów p.t. "Kim są moherowe berety?" [Nasz Dziennik, 16.06.2009], podsumowującym analizę osobowego składu aktywnych słuchaczy Radia Maryja, ujawnił się obraz kompletnie nie przystający do tego, który przez długie lata tworzono w monopolistycznych mediach. Nie mam wątpliwości, że Rodzina Radia Maryja to jest moje środowisko o wiele bardziej, niż to, w którym pół-idioci i ich wykształceni sprzymierzeńcy, powtarzają bez końca wszczepione im robocze hasła typu - "maybach", czy pod innym adresem - "borubar", a być może od teraz też pod moim adresem -"radiomaryjny profesor".
      
                        Spróbuję wyjaśnić, dlaczego fizyk zajmuje się sprawą, która powinna być domeną socjologów.
                        Od bardzo dawna zwracałem uwagę na wątpliwą wartość wyników sondażowych i ich manipulacyjny charakter, a pierwszy artykuł na ten temat [Arcana 3 (9) 1996] napisałem jeszcze zanim R.Dyoniziak wydał znaną dość szeroko i niezłą, choć rzadko przytaczaną, książkę na ten temat [„Sondaże, a manipulowanie społeczeństwem”, wyd. TAiWPN Universitas, Kraków 1997]. W kolejnych latach z narastającym niesmakiem przyglądałem się eksplozyjnie rozwijającej się manii sondażowej, która w polskim wariancie przybrała szczególnie karykaturalną postać. To wszystko się bezkarnie działo, socjologowie uczelniani milczeli, a socjologowie medialni zachłystywali się wirtualnymi liczbami, stwarzając pozory naukowości, a z drugiej strony ujawniając bez zażenowania swoje poglądy i zaangażowanie polityczno-ideologiczne, które nie pozostawiają żadnego miejsca na krytyczną ocenę bezstronności badań.
                        Dla fizyka interesującego się tymi sprawami i świadomego niezwykłej szkodliwości zjawiska, obserwacja takiej praktyki jest nie do zniesienia. Niefrasobliwe żonglowanie całkiem niepewnymi liczbami, a nawet używanie ich jako przesłanek w argumentacji niosącej zabójcze skutki polityczne, to nadużycie, któremu żaden naukowiec nie powinien się beztrosko przyglądać, a tym bardziej w nim uczestniczyć.  Z drugiej strony zawsze zdawałem sobie sprawę z tego, że żadne argumenty nie przekonają tych, którzy uprawiają taki proceder - dla jednych to duże pieniądze, dla drugich wyjątkowe korzyści polityczne. Jedyną drogą do zmiany tego stanu rzeczy mogło być praktyczne sprawdzenie wyników, tzn. przeprowadzenie własnych i możliwie rzetelnych badań - oczywiście z pełną gotowością do przyjęcia takiej prawdy, jaką ujawni uczciwy proces badawczy.
                        Cała strona techniczna i zastosowanie praw statystyki nie przedstawiają żadnych trudności dla przeciętnego fizyka. Również nietrudne jest takie zdyscyplinowanie postępowania, by wykluczyć własny subiektywizm. Dwa elementy są jednak mniej trywialne i bardzo istotne. Pierwszy jest stosunkowo łatwy do pokonania i polega na takim sformułowaniu pytań ankiety, by wykluczyć ich wpływ na wybory dokonywane przez badaną osobę. Drugi, po stokroć trudniejszy i decydujący o rzetelności wyniku, to wybór reprezentatywnej próbki, tzn. uzyskanie odpowiedzi od odpowiednio licznej grupy respondentów, którzy odzwierciedlają średni rozkład opinii w polskim społeczeństwie. Tutaj natrafia się na główną trudność i ona w gruncie rzeczy powstrzymuje przed podejmowaniem takich badań. Problem dotarcia do reprezentatywnej próbki jest zapewne najważniejszą przyczyną deformacji wyników uzyskiwanych przez profesjonalne ośrodki sondażowe. Powrócę do tego w dalszej części artykułu.

Dlaczego, mimo takich trudności, podjąłem inicjatywę badań opinii publicznej?

                        Stało się to w wyniku niezwykłego splotu okoliczności, które podsumowałem we wcześniej wspomnianym artykule: "Kim są moherowe berety?". Sekwencja wydarzeń była następująca: W marcu 2009 ogłosiliśmy wraz z kpt. Z.Sulatyckim ostro sformułowany list do najwyższych władz RP, potępiający szkodliwe działania i zaniedbania rządu. Lawina zgłoszeń od osób pragnących podpisać ten list rozpoczęła długotrwałą akcję zbierania podpisów, których  w sumie zebrano ponad 35 tysięcy. Informacje przekazywane nam przez większość podpisujących umożliwiły wykonanie szczegółowej analizy składu osobowego sygnatariuszy. Okazało się skład ten obejmuje równomiernie całą Polskę, wszystkie środowiska społeczne, choć ze znaczną przewagą ludzi wykształconych i mieszkańców dużych miast; ta przewaga zapewne wynikała z udziału w akcji ludzi bardziej aktywnych.
                        Napływały do mnie liczne sugestie, by tę nadzwyczajną mobilizację sygnatariuszy przekuć w utworzenie jakiegoś ruchu społecznego, który pomógłby uzdrowić sytuację Polski. Moje własne wcześniejsze doświadczenia i rozczarowania związane z takimi inicjatywami nie skłaniały do takiego zaangażowania Zamiast tego, zaświtała mi myśl, że być może uda się wykorzystać ten potencjał ludzi dobrej woli do uruchomienia niezależnej inicjatywy badania opinii publicznej.
                        Istota pomysłu polegała na próbie zorganizowania możliwie licznej grupy ankieterów, którzy w swoich miejscach zamieszkania podejmą się uzyskania odpowiedzi na pytania przekazanej im ankiety od losowo wybranych respondentów. Potencjalnym ankieterom zakreślono warunki, na jakich przyjęte będzie ich uczestnictwo w akcji. Chodziło o zobowiązanie się do wspólnego i uczciwego poszukiwania prawdy o opiniach Polaków, przez rygorystyczne przyjęcie zasad umożliwiających dotarcie do reprezentatywnej próbki badanych. Wykluczono badanie najbliższego otoczenia, rodziny, czy grona znajomych, których poglądy ankieter zna, a także zorganizowanych środowisk, które mogą faworyzować jakąkolwiek grupę poglądów. Zalecane było skłanianie badanych do samodzielnego wypełniania ankiety i takie zbieranie wypełnionych formularzy, by maksymalnie zapewnić badanemu komfort anonimowości. Ankieterzy musieli także podać pełną identyfikację swojej osoby i umieć posługiwać się internetem, by zapewnić możliwość szybkiego kontaktu. Pomysł przedstawiłem w Radiu Maryja, bo oczywiście nie ma żadnego innego miejsca, w którym taka inicjatywa mogłaby być dostatecznie szeroko podana do publicznej wiadomości.
                        Mimo bardzo pozytywnej reakcji, zgłoszenia ankieterów napływały mniejszym strumieniem, niż się spodziewałem, ale z inicjatywy inż. Zbigniewa Wysockiego zgłosiła się też do współpracy liczna grupa członków Stowarzyszenia Morskiego i Gospodarczego im. E. Kwiatkowskiego. Gdy liczba ankieterów osiągnęła pułap 85 osób, zadecydowałem o rozpoczęciu pierwszej próby sondażu. W międzyczasie utworzyliśmy stronę internetową polskie-wici.pl, na której przekazywałem wszelkie informacje i instrukcje, jak przeprowadzać badania. Sygnał do rozpoczęcia badań i odpowiednie materiały zostały przekazane ankieterom 21 marca, a termin odesłania raportów o uzyskanych wynikach został ustalony na 11 kwietnia.
                        Tragiczna sobota 10 kwietnia czasowo wyhamowała akcję. Kolejne dwa tygodnie minęły na gromadzeniu raportów od ankieterów; oczywiście od 10 kwietnia już nie prowadzili oni badań. Podsumowanie uzyskanych liczb było trywialne.

Badania i wyniki.

                        Badania prowadziło 37 ankieterów, a wielu z nich korzystało z pomocników przy zbieraniu danych; w sumie zaangażowanych było 69 osób. Z przedstawionych mi w raportach dodatkowych informacji o badanych środowiskach wynikał bardzo klarowny obraz pozwalający uznać próbkę za wystarczająco reprezentatywną.
            Warto dla przykładu przytoczyć fragment raportu przekazanego mi przez ankietującą osobę, która wraz z trzema pomocnikami zebrała wyjątkowo dużą liczbę (109) danych.
..........
Dane zbierane były w środowiskach:
- doktorantów Wydziału Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska AGH w Krakowie (17 osób),
- studentów Geofizyki Poszukiwawczej na tym samym wydziale AGH w Krakowie (18 osób)
- mieszkańców Sidziny i pracujących w Sidzinie (około 45 osób)
- mieszkańców Krakowa, Trzebini i innych (reszta – około 26 osób)
................

                        Ważną informacją, o którą prosiłem ankieterów były liczby osób, które odmówiły udziału w sondażu. Okazało się, że na 1318 osób, 1152 zgodziło się odpowiedzieć, a zaledwie 166 (12.6 %) odmówiło. Może nasunąć się podejrzenie, że być może ankieterzy, wbrew zaleceniom, zwracali się do osób z najbliższego sobie kręgu. Jednak relacje z akcji pozwoliły ustalić, że tak nie było. Kontakt z badanym poprzedzony był krótkim przedstawieniem się ankietera i wytłumaczeniem, że jest to ogólnopolski społeczny sondaż, motywowany chęcią sprawdzenia wyników ośrodków sondażowych, podawanych nam w mediach, a także prośbą, by uczciwie odnotować w ankiecie swoje prawdziwe poglądy. Można przypuszczać, że kultura i właściwe podejście naszych ankieterów do badanych osób przyczyniły się do pozytywnych reakcji. Z relacji także wynikało, że w większości ankieterzy nie zetknęli się z negatywnymi reakcjami, choć wiele osób wyrażało wątpliwości pytaniami – Czy to ma sens?, Dla kogo to jest? Dla kogo Pan/Pani naprawdę pracuje?
                        Niektórzy krytycy, poszukujący „dziury w całym”, stwierdzali, że próbka nie jest reprezentatywna, bo wśród odpowiadających była nieznaczna przewaga kobiet (56 % kobiet 44 % mężczyzn). Boże drogi! Nikt nie podaje takich danych, a nawet nie zapytuje o to profesjonalne ośrodki sondażowe. Te proporcje są z pewnością zupełnie wystarczające dla reprezentatywności, a jeśli ktoś chce tę różnicę potraktować poważnie, to może wysnuwać wnioski na temat bardziej pozytywnego podejścia kobiet do takich inicjatyw, lub generalnie do kontaktów z ludźmi, w tym przypadku z ankieterami.

                        W badaniach zapytano o dwa tematy, które były neutralne politycznie, a w dalszej części zbadano temat stricte polityczny tzn. prognozy wyborcze. Pełne wyniki zamieszczone są na podanej wcześniej stronie internetowej. Pytanie dotyczące poparcia  legalizacji eutanazji w Polsce poprzedzono dwoma neutralnymi pytaniami, skupiającymi uwagę i ustalającymi czy odpowiadający wie, czego dotyczy pytanie. Odpowiedź na zasadnicze pytanie wykazała 14.5 % poparcia dla legalizacji eutanazji i 19.8 % odpowiedzi – nie wiem, a 65.7 % opowiedziało się przeciw legalizacji. Uzyskano wynik drastycznie różny od niedawno nagłośnionego hałaśliwie w mediach 53% poparcia dla legalizacji.
                        Także pytanie o stopień zadowolenia z integracji Polski z UE poprzedzone było pytaniami pobudzającymi do świadomej odpowiedzi na pytanie zasadnicze. W odpowiedzi na te pomocnicze pytania stwierdzono, że 55.0 % respondentów uznaje, że Polska odniosła korzyści z integracji, ale tylko 36.8 % stwierdza, że sam osobiście takie korzyści odniósł. Sumując liczbę odpowiedzi na główne pytanie o stopień zadowolenia („bardzo”, „raczej”), okazało się, że 46.2 % respondentów jest zadowolonych z integracji, 33.6 % niezadowolonych, a 19.0 % ma wątpliwości, przy znikomym 1.8 % osób, które nie udzieliły odpowiedzi. Mamy zatem pokaźną większość ludzi zadowolonych z integracji, ale jest to blisko dwukrotnie mniejsza grupa, niż liczby 80-85 % podawane regularnie przez różne ośrodki sondażowe, a następnie wzmacniane politycznymi hasłami o rekordowym euro-entuzjazmie Polaków.

                        Wyniki dotyczące tych dwóch, neutralnych politycznie tematów, pozostają ważne także dzisiaj i zdecydowanie podważają wiarygodność wcześniejszych sondaży. Są to, moim zdaniem, bardzo łatwe sprawy do zbadania, chociaż ich weryfikacja wymagałaby przeprowadzenia referendum. Każdy jednak, kto w miarę uczciwie oceni metodykę naszych badań i uzna ich wiarygodność, musi stwierdzić, że skala nieprawdy jest wprost oszałamiająca.
                        Całkiem inaczej mają się sprawy z wynikami dotyczącymi prognoz wyborczych. W nowej rzeczywistości po 10 kwietnia wyniki te są dzisiaj całkowicie nieaktualne. Ich wartość polega głównie na możliwości porównania z wynikami sondaży z tego samego okresu, które były publikowane w mediach.   Sytuacji sprzed katastrofy nie da się już odtworzyć, są  to więc wyniki  nieweryfikowalne. Trzeba zrobić nowe badania, a jeśli rezultat też będzie tak bardzo odmienny od wyników podawanych w mediach,  weryfikacja odbędzie się w dobrze kontrolowanych, uczciwych wyborach. Takie badania wkrótce zrobimy, natomiast, kontrolą uczciwości wyborów musi się zająć ktoś inny.
                        W pytaniu dotyczącym wyborczego poparcia poszczególnych partii politycznych nie podaliśmy nazw partii, wychodząc z założenia, że każda osoba dokonująca świadomego wyboru powinna znać nazwę partii, na którą chce głosować. W innym pytaniu, dotyczącym wyborów prezydenckich wymieniliśmy alfabetycznie wszystkie nazwiska potencjalnych kandydatów, których rozważano przed 21 marca, w momencie rozpoczęcia naszych badań. To było jeszcze przed prawyborami w PO, stąd obecność także R.Sikorskiego na tej liście.
                        Najbardziej istotna i dla wielu zaskakująca, a nawet niewiarygodna różnica w porównaniu do wyników ośrodków sondażowych polega na odwróceniu prognoz dla najważniejszych konkurentów w wyborach. Jeżeli w sondażach medialnych PO cieszyła się poparciem ponad 50 %, a PIS tylko 24 %, to w naszych PIS wygrywał - 49.8 %, a poparcie PO było znacząco niższe - 31.0 %.
                        Podobne odwrócenie prognoz ujawniło się w wyborach prezydenckich.  Bronisław Komorowski uzyskujący średnio w dotychczasowych sondażach ok. 35 %, wygrywał w każdym sondażu ze ś.p. Lechem Kaczyńskim - ok.22 %, natomiast w naszym L. Kaczyński osiągnął aż 30.6 %, a B.Komorowski zaledwie 16.9 %. Łatwo także zauważyć, że nawet dodanie prognozy dla R.Sikorskiego (7.6 %), dało też mniejsze sumaryczne poparcie kandydatów PO - 24.5 %. Fenomen tego odwrócenia wyników dla głównych konkurentów jest bardzo dziwny, zważywszy, że prognozy dla pozostałych kandydatów nie wykazywały wielkich różnic naszego sondażu z tymi, publikowanymi w mediach.

Rozważania końcowe.
                        W badaniach opinii publicznej nikt nie może uczciwie gwarantować prawdziwości uzyskanych wyników. Ich wiarygodność uzyskuje się przez powtarzalność osiąganą w badaniach nowych grup osób, ale prawdziwym testem jest weryfikacja wyborcza, lub w referendum. Także ja nie mogę gwarantować prawdziwości naszych wyników. Mogę tylko zapewnić, że nasz sondaż przeprowadziliśmy uczciwie i z największą starannością. W gruncie rzeczy wszystkie aspekty badań można dobrze kontrolować i postępować zgodnie z rygorami wytyczającymi drogę do prawdy, ale jednej rzeczy nie da się skontrolować do końca - jest nią praca ankieterów, od której prawie wszystko zależy.
                        W naszym sondażu ankieterzy pracowali społecznie, motywowani wyłącznie chęcią poszukiwania prawdy. Nie jest łatwo uwolnić się od subiektywizmu i dlatego w kontaktach z ankieterami kładłem szczególny nacisk na uczciwe poszukiwanie prawdy i za wszelką cenę unikanie tych wszystkich kroków, które mogłyby sprzyjać jakiejkolwiek tendencji, bo byłoby to oszukiwaniem samych siebie. Wnikliwie czytałem przekazywane mi przez ankieterów raporty i znajdywałem w nich głębokie zrozumienie całego procesu badań, a także ogromny, wręcz zachwycający ładunek dobrej woli i poświęcenia.
                        Chwała i gorące podziękowania należą się wszystkim uczestnikom naszej pierwszej próby społecznego sondażu. Dzięki pracy ankieterów mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nasze wyniki uzyskano w najbardziej rzetelny sposób, jak było to możliwe. Stwierdzając to, nie mogę uniknąć odniesienia się do badań prowadzonych przez profesjonalne ośrodki badania opinii publicznej, a mówiąc wprost, nie mogę nie wskazać potencjalnej przyczyny fałszywości ich wyników. Moim zdaniem głównym źródłem ich błędów jest trwała niemożność dotarcia z pytaniami do reprezentatywnej próbki.
                        Można niezwykle starannie zaplanować badania, posłużyć się danymi GUS i skierować ankieterów do ściśle wyznaczonych respondentów, ale i tak jedynymi ważnymi elementami są odpowiedzi na pytania: kim są ludzie, którzy nie odmówili udziału w badaniach i odpowiedzieli na pytania ankiety? Czy warunki, w jakich odpowiadali skłaniały ich do uczciwej odpowiedzi? Czy praca ankieterów była w pełni uczciwa?
                        Stawiam te mocne pytania i wątpliwości, bo ośrodki sondażowe nigdy nie zdradzają swojej „kuchni”, natomiast, można dotrzeć do wyznań ich byłych ankieterów, których opowieści budzą zdumienie. Zgłosiło się do mnie kilka byłych ankieterów, którzy oferowali swoją pomoc w naszych badaniach. Nie skorzystałem z oferty, bo bałem się rutyny wynikającej z ich wcześniejszego zaangażowania motywowanego materialnymi korzyściami. Wykorzystałem, natomiast, te kontakty do rozmowy o tym, jak odbywały się ich badania na zamówienie. Otrzymałem także kilka pośrednich relacji od ludzi, którzy zetknęli się z opowieściami byłych ankieterów. Pominę drastyczne, ale wcale nierzadkie przykłady, gdy ankieterzy obciążeni niewdzięczną i wymagającą pracą, zirytowani niskim wynagrodzeniem i zdeprymowani licznymi odmowami uczestnictwa w badaniach, sami wypełniali ankiety wymyślonymi przez siebie danymi. Poprzestanę na opowieści ankietera, który według wyznaczonego klucza, zgodnie z instrukcją, chodził od mieszkania, do mieszkania, by w sposób naruszający całkowicie anonimowość odpowiadającego skłaniać ludzi do odpowiedzi. Oczywiście tylko mały ułamek ludzi zgadza się na takie warunki i ci, którzy się zgadzają stanowią specyficznie wybraną grupę. Trzeba nie mieć zupełnie wyobraźni, by w dzisiejszej Polsce, ze wszystkimi patologiami organów państwowych, z niekontrolowaną jawnością danych osobowych, z wykorzystywaniem prawniczej i biurokratycznej machiny do gnębienia ludzi, liczyć na to, że normalni ludzie zdradzą swoje preferencje wyborcze nieznanemu ankieterowi. Można z góry przewidzieć, że tak badane osoby będą częściej faworyzować polityków i partie władzy, trzymającej wszystkie nici w ręce. Rzadko zdarzają się momenty tej odwagi wyzwolonej do prawdy, która ujawniła się takim obrazem, jak w owym dokumencie „Solidarni 2010”, który swoim autentyzmem poraził wszystkich beneficjentów sondażowej i medialnej demokracji bez wartości.
                        Obserwowałem przez długie lata polityczne sondaże wyborcze. Nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością. Prawidłowość akcji jest zawsze taka sama - w długim okresie przed wyborami liczbami z pożądanym wynikiem wyborów ustawia się cel manipulacji. Później, w miarę zbliżania się terminu weryfikacji wyborczej, wyniki zmierzają w stronę prawdy, ale tylko na tyle ile trzeba, by uniknąć kompromitacji. Dzieje się tak zawsze i bez wyraźnego związku z wydarzeniami na scenie politycznej, czy z jakimiś ważnymi elementami kampanii wyborczej. Dzieje się tak, aż do końca, chociaż często ośrodki sondażowe nie zdążą się „poprawić”, a operacja „właściwego” liczenia głosów nie całkiem się uda.  Wtedy następuje kompromitacja, taka jak w wyborach prezydenckich 2005.
                        Przeprowadzona pierwsza próba społecznego sondażu opinii publicznej wykazała, że inicjatywa wykorzystująca ideowe zaangażowanie ludzi w szukanie prawdy ma wielkie perspektywy. Zwiększanie liczby ankieterów jest najlepszą drogą do poprawy wiarygodności wyników. Nie dlatego, by potrzebna była większa liczba badanych osób, ale dlatego, by poprzez docieranie do różnych środowisk poprawiała się reprezentatywność badanej grupy. Jeśli spojrzymy optymistycznie na rozwój naszej inicjatywy, to warto już teraz poszukać dla niej nazwy. Moją roboczą propozycją jest skrót -SIS - Społeczna Inicjatywa Sondażowa.
                        Zapraszam wszystkich do uczestnictwa - w roli ankieterów SIS, ale także w roli badanych. Prawda ma moc wyzwalającą i Polska jej potrzebuje, a

POLSKA JEST NAJWAŻNIEJSZA!!!

18 kwietnia 2010   -  160

Historia przyśpieszyła swój bieg

            Pan Bóg jest Stwórcą świata i włada każdym jego szczegółem. Jest też Panem czasu i rządzi historią w każdym jej fragmencie. Sam wybiera narzędzia, którymi się posługuje w realizacji swoich planów; najczęściej tym narzędziem są ludzie, czasem pojedynczy człowiek. Zwykle nie potrafimy odgadnąć zamysłów Boga, gdy próbujemy po ludzku zrozumieć sens tego, co się dzieje. Mamy prawo do tych prób, do błądzenia, nawet do rozpaczy, że nie potrafimy odnaleźć dobrego wytłumaczenia tego, co nas boleśnie dotyka i dlaczego. Na końcu tych rozważań musi jednak być spokój i zaufanie wynikające z wiary, że celem Pana Boga jest nasze dobro, którym ostatecznie jest zbawienie.

            To nieznośne nadużycie, gdy człowiek świecki mówi językiem homilii - wkracza wtedy w nie swoją rolę, zamiast poprzestać na dawaniu świadectwa własnymi czynami. Zwykle mnie to raziło i zawsze czuję się nieswojo, gdy ktoś uzurpuje sobie prawo do używania języka, który powinien być zastrzeżony dla kapłanów. Dzisiaj sam jednak kilkoma wstępnymi zdaniami wkroczyłem w te rejony, bo okoliczności są zupełnie wyjątkowe - tworzą je widoczne już od dawna, a jakby coraz częściej, znaki czasu, które zdają się nieść nadzwyczajnie ważne przesłanie, wymagające zastanowienia i zrozumienia. Współczesne pokolenia Polaków szczególnie obficie doświadczają takich zjawisk, które mogą być odczytywane jako znaki czasu - po prostu nie sposób ich nie dostrzec. Nie da się też uniknąć połączenia ich w zadziwiającą sekwencję wydarzeń obejmujących całą wspólnotę narodową. Każde z osobna byłoby pojedynczym ważnym zdarzeniem, o którym pamięć ulegałaby po pewnym czasie zatarciu, jednak razem tworzą historię, której bieg zdaje się dokonywać według zamysłu wykraczającego poza ludzkie plany. Ta wyraźna sekwencja układa się logicznie od czasu pierwszej wizyty Ojca Świętego w 1979 roku i wezwania do Ducha Świętego, a teraz zaznaczył się jej ścisły związek z innymi wydarzeniami, o wiele bardziej odległymi w czasie - ich symbolem jest Katyń 1940.
            Znakiem czasu jest nasza najnowsza, trudna do wyobrażenia tragedia narodowa. Wstrząsnęła Polską i po pierwszych godzinach szoku, gdy to co niewiarygodne, stało się uwiarygodnione, próbujemy ogarnąć rozumem własne i wspólne z innymi przeżycia; chłoniemy docierające do nas obrazy, by żadnego z nich nie utracić, bo są takie ważne dzisiaj, a na pewno będą jeszcze ważniejsze w przyszłości.  
            Symbolika tego, co się dzieje jest tak oczywista i wymowna, że zmusza do rozważań wręcz teologicznych; tutaj trzeba już koniecznie poszukać i posłuchać głosu księdza. Nie trzeba szukać długo, bo szczególnie pełny wymiar tego dziejowego wydarzenia w historii Polski wybrzmiał głosem Księdza Kardynała Stanisława Nagy w podsumowaniu tak trafnym i przenikliwym, że sam ten głos uznać trzeba też za element najnowszej historii, wart przechowania w wielokrotnie powielonej pamięci. Każda Polka i każdy Polak powinni wysłuchać tej wypowiedzi tyle razy, ile potrzeba by zrozumieć jej najgłębszy sens. Nawet nie próbuję tego sensu złożyć w słowa, bo tam każde słowo i każdy akcent jest ważny. Wynikają z tych słów nasze powinności, ważne wyzwania, a zwłaszcza nadzieja wsparta na niezawodnym fundamencie naszej wiary.
            Trzeba przypomnieć bardzo dawną i ważną, a przejmującą z racji późniejszych wydarzeń, wypowiedź ówczesnego  ks.kard. Karola Wojtyły z wizyty w USA, w której profetycznie mówił, że wkraczamy w trudne czasy ostatecznego starcia sił Zła i Dobra. Trudno uniknąć refleksji, że rzeczywiście nasza dzisiejsza tragedia ma apokaliptyczny wymiar, ale odwołując się do tej ufności, którą kierujemy ku Opatrzności, trzeba pamiętać, że po piątkowym Krzyżu przychodzi poranek Wielkanocny.
            Patrząc po ludzku, historia rzeczywiście tak przyśpiesza swój bieg, że ten nowy znak czasu możemy odczytywać już teraz z wielką nadzieją. Wielka tragedia, przenikliwy ból, smutek i rozpacz, już teraz zamieniły się w tryumf. Tydzień ogólnonarodowej żałoby odsłonił tak głębokie pokłady zaskakującej i dobrej prawdy o naszym narodzie, że stał się wielkim zwycięstwem tych, którzy złożyli największą ofiarę w służbie Ojczyzny. Dla ś.p. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego są to dni najwspanialszego tryumfu zasłużonego życiem i pracą dla Polski, a zwłaszcza cierpieniem, które znosił w pokorze. Naród stanął murem przy swoim Prezydencie i wypchnął poza mur tych, którzy przekroczyli w swej pysze i zakłamaniu wszelką miarę.

            Jako naród stoimy przed wielkim wyzwaniem, by ten nowy Znak przyjąć jako sygnał do rozpoczęcia najważniejszego etapu walki o Najjaśniejszą Rzeczpospolitą. Teraz już nikt, kto zrozumiał, że dzisiaj naprawdę toczy się prawdziwa wojna o przetrwanie Polski, której wynik w istotny sposób zadecyduje o losach rodzaju ludzkiego, nie może stać z boku.   Kończy się czas chaosu, wszystko układa się jasno, linie frontów są jasno zarysowane, tylko wynik nie jest znany, bo tak wiele zależy od nas samych. Od każdego z nas z osobna zależy w małym wymiarze, ale od naszej całej Wspólnoty zależy w sposób decydujący. Dlatego każdy musi się przyczynić tak, jak najlepiej potrafi, a święte hufce nas na pewno wesprą.

 

5 lutego 2010   -  159

           Bieg wydarzeń ostatnich miesięcy podsuwa wiele tematów godnych komentarza. Rzecz w tym, że nie jest wdzięczną rolą komentowanie czegoś, gdy inni już powiedzieli to, co chciałoby się powiedzieć.  Tak mi się wydaje, że na dostępnym powszechnie targu publicystyki zawodowej i amatorskiej znajduję ostatnio większy pluralizm, niż kiedykolwiek wcześniej; w każdym razie gdzieś między wierszami artykułów, w chaosie internetowych przekomarzań odnajduję coraz częściej fragmenty własnych przemyśleń i konkluzji - takie odkrycia zniechęcają do wysiłku, bo po co powtarzać cudze myśli. Trochę nieudolnie pragnę usprawiedliwić się, że mimo zapowiedzi częstszego pisania, bardzo długo nie napisałem nowego tekstu do Zapisków. Dzisiaj przełamuję się, bo są jednak sprawy tak ważne, że warto je skomentować także wtedy, gdy mogę narazić się na powtórzenie tego, co ktoś już wcześniej zauważył i napisał, a nawet wtedy, gdy ponownie przytoczę myśli, których fragmenty już sam wcześniej w Zapiskach sformułowałem.
Odniosę się do jednej z tych aktualnych spraw, - tej dotyczącej gen.Jaruzelskiego.
   
Niepełna prawda pozostawia sprawy kłopotliwie niedomknięte

          Emisja w TVP, w czasie największej oglądalności, filmu Grzegorza Brauna "Towarzysz Generał", prześwietlającego najważniejsze fakty o Wojciechu Jaruzelskim, była zjawiskiem niezwykłej wagi. Było to jedno z tych wydarzeń, które budzą nadzieję, że mimo wszystko coś się jednak zmienia, a jego doniosłość polega głównie na tym, że film pokazany wcześniej na TVP-Historia, został tym razem udostępniony szerokiemu audytorium (podobno oglądało go ponad 3 miliony).
            Może jest jednak trochę prawdy w pogłoskach o medialnej koalicji PiS - SLD. Łatwo zauważyć cenę jaką zapłacił PiS, bo utrzymanie programu T.Lisa, wpuszczenie z nowym programem skompromitowanego J.Żakowskiego, czy usługi J.Ordyńskiego, A.Turskiego, D.Wysockiej-Schnepf i pojawianie się różnych dziennikarskich oszołomów typu Rolickiego, czy Najsztuba, to żałosne zjawiska, których nie sposób przeoczyć. Jeśli jednak trzeba zapłacić taką cenę za utrzymanie kilku innych programów, a zwłaszcza za pokazanie szerokiej publiczności takich dokumentów, jak film "Towarzysz Generał", to dzisiaj warto ją płacić. Zwłaszcza, że bieżące konfrontowanie betonowej SLD-owskiej części programu telewizyjnego, z częścią pokazującą rzeczywistość, którą dotychczas starannie wycinano z przekazu publicznego, przyczynia się do podkreślenia istotnych różnic, a przez to do pomniejszania chaosu. Szkoda, że wciąż jeszcze niedojrzałość wielu polityków PiS, którzy bez oporu i grymaszenia starają się uczestniczyć w każdym programie, nie pozwala uporządkować sytuacji do końca.
            Pokazano ważny film, który w znacznej mierze skasował dotychczasowy, sztucznie pielęgnowany wizerunek generała. Dla ludzi zainteresowanych prawdą nie było w nim niczego nowego, jednak i tak zestawienie ciągłości faktów miało moc eksplozyjną. Debata, którą w studiu telewizyjnym przeprowadzono natychmiast po emisji filmu, była dość powszechnie i słusznie krytykowana. Z czasem jednak dostrzegłem, że może właśnie ta debata była właściwym uzupełnieniem filmu. Spektakl ten prawdziwie ustawił publiczny pokaz filmu i nadał mu na wyrazistości przez przypomnienie stanu opinii o generale przed emisją. Dobrze, że wystąpili, dysząc wściekłością, właśnie J.Żakowski i W.Mazowiecki i dobrze, że tak słabo bronili filmu Ł.Warzecha z P.Zarembą, a R.Ziemkiewicz nie potrafił poskromić paroksyzmów dwóch apologetów kłamstwa o Jaruzelskim. Tym jaskrawiej, na tle twardych faktów przedstawionych w filmie, ukazała się nędza argumentacji obrońców kłamstwa. Żakowski będzie nas jeszcze przez jakiś czas dręczył przenoszeniem stylu Tok FM do telewizji publicznej, ale W.Mazowieckiemu być może ojciec wyperswaduje szersze publiczne wystąpienia. Wszak mądrości ludowe można także przeformułować, a to, że "niedaleko rośnie jabłoń od upadłego jabłka", wprost się narzuca tym, którzy dopiero teraz dowiedzieli się, że ojcem jest Tadeusz Mazowiecki.
            Potoczyły się poza studiem telewizyjnym dyskusje i komentarze o filmie. Także na Salonie24, gdzie główna zabawa polega na konkurencji, kto pierwszy napisze tekst na aktualny temat - wtedy autor może liczyć na wiele komentarzy, których liczba podnosi ranking blogera, a gdy dobrze idzie to może nawet startować w konkursach np. na blogera roku. Dyskusje te zwykle niczego nie wnoszą, bo polegają na zgadzaniu się z autorem, który skwapliwie odpowiada podziękowaniami na komentarze typu: "dobry tekst!", "zgadzam się z autorem", "sam bym lepiej nie napisał", lub lekceważy dywersję konkurencji typu: "myślę podobnie i odsyłam do mojego bloga". Tym niemniej to, co w takich tekstach inicjujących owe dyskusje jest wyrażone, wyczerpuje zwykle podstawowe elementy wydarzenia. Także te wypowiedzi o filmie "Towarzysz Generał" wyczerpały w zasadzie najbardziej istotne wątki.
            A jednak chcę rozważyć dzisiaj coś jeszcze, co tylko mimochodem zostało dotknięte w kilku krótkich komentarzach rozrzuconych po całym internecie. Chodzi mianowicie o ten element, który jest niezbędny do zrozumienia i wyjaśnienia całej prawdy o gen. Jaruzelskim. Element ten został tylko delikatnie zasygnalizowany w początkowej fazie filmu, postawieniem pytania: "Jak to jest możliwe, że człowiek uformowany do wieku 16 lat wychowaniem w przedwojennej ziemiańskiej, katolickiej rodzinie, w szkole o.o. marianów, uczestniczący świadomie jako ofiara w trudnych prześladowaniach i zsyłce na Syberię, tracący tam ojca i będący świadkiem losu współ-ofiar, w tym licznych innych Polaków, - jak to możliwe, że człowiek o takim życiorysie stał się w pełni oddanym sowietom janczarem?".

            W pierwszych dniach po wprowadzeniu stanu wojennego, w moim środowisku postawiłem takie właśnie pytanie, aby rozwinąć je zarysowaniem pewnej możliwości, która w tym trudnym czasie była poszukiwaniem bardzo potrzebnej wówczas do przetrwania nadziei.
Z naciskiem podkreśliłem wyjściowe założenie: "Jeśli życiorys Jaruzelskiego jest prawdziwy, to warto poczekać na rozwój sytuacji, bo może wszystko pójść w lepszą stronę, niż dzisiaj przewidujemy." Złudzenia bardzo szybko się rozwiały, ale to pytanie zawsze mnie dręczyło, a prosta odpowiedź, że Jaruzelski samoistnie przeszedł taką transformację, nigdy mnie nie zadowoliła. Wyjaśnienie pełnej prawdy, kim naprawdę jest ten człowiek, jest wciąż sprawą otwartą i prędzej, czy później musi być wyjaśniona.
            W całkiem innym wymiarze i okolicznościach tak wyglądał problem z Wałęsą. Jego postępowania w okresie prezydentury nie dało się racjonalnie wytłumaczyć przyjmując, że jest tym, za kogo go uznajemy na podstawie obrazu zbudowanego ze skąpych dostępnych  informacji. Gdyby jego postępowanie było w miarę zgodne z oczekiwaniami, nikt nie domagałby się prześwietlania przeszłości. Nawet gdyby ktoś podsuwał kompromitujące dokumenty, ta sprawa byłaby całkowicie drugorzędna i nie wzbudzałaby szerszego zainteresowania. Dzisiaj opracowania S.Cenckiewicza i P.Gontarczyka, a może jeszcze bardziej znakomita książka P.Zyzaka nadały racjonalności zachowaniom Wałęsy-prezydenta, choć ta racjonalność tak boleśnie uderzyła w Polskę.
           
            Nowego impulsu dla konieczności wyjaśnienia pełnej prawdy o Wojciechu Jaruzelskim dostarczyła niedawno (2009) wydana w wydawnictwie Arcana książka Henryka Skwarczyńskiego: "Jak zabiłem Piotra Jaroszewicza". Autor nawet wprost deklaruje, że publikację książki należy traktować jako zgłoszenie możliwości popełnienia przestępstwa, które powinno uruchomić poważne śledztwo.
            Dla przypomnienia istotnej treści książki, a zwłaszcza dla przekazania tym, którzy jej jeszcze nie czytali, podam to, co najważniejsze.
            Książka jest rozmową autora z człowiekiem, który mieszka w Arizonie USA i twierdzi, że zabił Piotra Jaroszewicza wykonując rozkaz W.Jaruzelskiego. Podjął się wykonania rozkazu motywując to osobistą zemstą na komunistach za dramat własnego życia, w którym z oddaniem pracował dla tajnych służb. Otóż twierdzi, że po 1989 roku dotarły do niego dokumenty stwierdzające, że jest synem AK-owca, walczącego z komunistami i bestialsko zamordowanego, wychowanym w specjalnym ośrodku na janczara komunizmu.
            Motywacja Jaruzelskiego do likwidacji Jaroszewicza wynikała z udokumentowanej wiedzy ofiary o ważnej tajemnicy związanej z przeszłością generała. Jest też sugestia, że ta tajemnica wiąże się z opisaną operacją "matrioszka", w której NKWD przygotowywało agentów przeznaczonych do pełnienia ważnych ról politycznych w podbitych krajach, nadając im odpowiednio spreparowane identyfikacje.
            Jeśli książka powinna uruchomić śledztwo w sprawie zabójstwa P.Jaroszewicza, to jego istotnym elementem mogłaby być skrupulatna analiza DNA Jaruzelskiego. Okazuje się, że niewiara w obecnie przyjętą identyfikację Jaruzelskiego jest dość rozpowszechniona w jego rodzinnych stronach, a nawet były już formułowane przez tamtejszych mieszkańców żądania o weryfikację jego kodu genetycznego. Także zachowania generała wobec własnej rodziny, słabo jeszcze znane opinii publicznej, wzmacniają wątpliwości co do prawdziwej identyfikacji tej tajemniczej postaci.

            Z pewnością kiedyś dowiemy się prawdy, która położy kres spekulacjom, ale nie domykanie prawdy w tak ważnej sprawie, zwłaszcza gdy proste badania DNA łatwo mogą ją domknąć jest kłopotliwym i aktualnym pytaniem do prokuratorów śledczych IPN.

28 grudnia 2009   -  158

Szanowni Czytelnicy,

Przez blisko 10 lat bylem w nieprzerwanym kontakcie ze Zbyszkiem Labedzkim, redaktorem naczelnym portalu "Ojczyzna". Nasze poglady na polskie sprawy byly zawsze bardzo zbiezne, a przyjazn, która sie miedzy nami zawiazala nigdy nie byla naruszona najmniejszym chocby sladem braku lojalnosci, ani wieksza róznica w postrzeganiu zachodzacych wydarzen. Mimo tego, ze nigdy nie uscisnelismy sobie dloni, a nasz kontakt ograniczyl sie do kontaktów internetowych i rozmów telefonicznych, darzylismy sie wzajemnie szacunkiem i przyjaznia, która siegala bardzo gleboko. Te poglebione relacje dawaly nam mozliwosc wzajemnego uzupelniania sie i komfort dojrzalego partnerstwa w wysilkach, w których obaj chcielismy wypelniac swoje obywatelskie powinnosci wobec Ojczyzny. Nagle odejscie Zbyszka jest dla mnie bardzo trudne do przyjecia i dotkliwe w osobistym wymiarze i w praktycznych skutkach, które jakby zamknely czesc mojej drogi. Wierze, ze Zbyszek laskawym okiem z lepszego swiata wejrzy na nasze starania i wspomoze nas w trafnym rozwiazywaniu zagadek i problemów, które dla niego juz nie sa tajemnica.

Mimo trudnosci pragne kontynuowac te zapiski, do których pisania Zbyszek zawsze mnie dopingowal.

Rozmawialem ze Zbyszkiem kilka razy po powrocie z Torunia, z uroczystosci 18-lecia Radia Maryja w dniu 5 grudnia 2009. Prosil mnie, bym napisal do "Zapisków.." swoje wrazenia z tej uroczystosci. Wieczorem, w dniu 10 grudnia, przeslalem mu tekst, ale nie otrzymalem zadnej odpowiedzi. Po kilku dniach zaczalem sie martwic, bo w telefonach skarzyl sie na zle samopoczucie. Uspokajalem zle mysli, wierzac, ze moze udal sie na bardzo potrzebne badania do szpitala. Jednak 15 grudnia w godzinach wieczornych dotarla do mnie smutna wiadomosc o jego smierci.

Udalo mi sie, dzieki laskawosci O.Benedykta wejsc na antene Radia Maryja o godz. 1-szej w nocy i wykrztusic komunikat o smierci Zbigniewa Labedzkiego i o pogrzebie, który mial sie odbyc niecale 20 godzin pózniej. Wiem, ze na pogrzebie nie bylo tlumów, ale wierze, ze wielu ludzi z Rodziny Radia Maryja modlilo sie za Zbyszka.

Z pewnoscia to dla Zbyszka jest najwazniejsze, tak jak jego ostatni tekst, w którym ostatnim tchnieniem zycia bronil swietosci Krzyza Chrystusowego.

Zalaczam ten wspomniany wyzej tekst, którego Zbyszek nie zdazyl juz zamiescic:

R.Broda –zapisek158 – 9 grudnia 2009

Swiatlo nadziei dla Narodu wychodzi z Torunia

Bylem tam - widzialem - slyszalem - modlilem sie i wypelniala mnie radosc uczestnictwa we Wspólnocie niezwyklych ludzi.

Podróz pociagiem z Krakowa do Torunia i z powrotem zajela mi w sumie 16 godzin, ale wysilek dotarcia na uroczystosci 18-lecia Radia Maryja zostal stukrotnie wynagrodzony przezyciami, których doznalem wraz z ogromna rzesza pielgrzymów Rodziny Radia Maryja.

Chyba najwazniejsza okolicznoscia jest niezwykla atmosfera wspólnej obecnosci w gronie wielu tysiecy osób, które przybywaja z róznych zakatków Polski, czesto w jeszcze dluzszych od mojej podrózach, by spotkac sie w nadzwyczajnej Rodzinie - rosnacym w sile zalazkiem odnowionego Narodu.

Przezywalem to wielokrotnie na lipcowych pielgrzymkach RM i kilka razy na mniejszych spotkaniach w Toruniu, ale za kazdym razem odnosze wrazenie, ze kolejne swieto jest zawsze dojrzalsze od poprzedniego. Wspaniali ludzie, odnajdujacy sie w tych samych pogladach, dazeniach i marzeniach, w bezpretensjonalnosci, w cierpliwym oczekiwaniu, w pielegnowanych nadziejach, jakby migawki tamtego, zdawaloby sie bezpowrotnie nam zabranego czasu Solidarnosci z lat 80/81. Wtedy nadzieje byly spotegowane wyobraznia zaniedbujaca myslenie o innych niepomyslnych wariantach przyszlego rozwoju sytuacji. Dzisiaj podejscie jest bardziej realistyczne, a pamiec o wydarzeniach i zawodach, których doznalismy w czasie minionych blisko trzydziestu lat, buduje mocne korzenie tego drzewa wspólnoty, którego korona juz zdaje sie rozwijac, choc w sposób jeszcze trudno dostrzegalny dla ludzi pozostajacych na zewnatrz.

Przyjechalem juz w piatek wieczorem i spotkalem wielu serdecznych znajomych, ale wsród nich takze swojska gromade górników-wiertników PGNiG, którzy swietowali zakonczenie waznego etapu zwiazanego z drugim odwiertem torunskiej geotermii. Ojcowie redemptorysci z Radia Maryja krzatali sie w roli gospodarzy i tylko ktos rozpoznajacy dobrze trudnosci logistyczne zwiazane z organizacja takiego zjazdu moze prawdziwie docenic ich ujmujaca swobode i naturalnosc, wynikajaca z wieloletniego doswiadczenia prowadzenia takich spotkan. Ojciec Dyrektor Tadeusz Rydzyk zawsze zadziwia mnie fenomenalna zdolnoscia panowania nad caloscia organizacji, przy jednoczesnym udziale w kazdym fragmencie spotkania w roli nadzwyczaj aktywnego uczestnika. Ma sie wrazenie, ze zna osobiscie wszystkich, pamieta imiona, nazwiska, skad przybyli, a czesto zadziwiajace szczególy zwiazane z historia poszczególnych ludzi. Dla wielu ma czas na rozmowe, czasem dopinguje do nowych inicjatyw, czasem sie przekomarza, zartuje, ale slucha, zyczliwie krytykuje, sugeruje, a czesto dziekuje, chwali i podziwia; komplementy pod swoim adresem zawsze skierowuje w strone najblizszych wspólpracowników.

Takze ja mialem okazje dluzej porozmawiac, opowiedziec o kilku szczególach zwiazanych z akcja naszego listu otwartego i przedyskutowac nowe pomysly. Wynik rozmowy byl zachecajacy do dzialania i natychmiast zaowocowal umówieniem sie na mój przyjazd do radia na "rozmowy niedokonczone" w pierwszych dniach nowego roku.

Nocowalem w pokojach goscinnych Wyzszej Szkoly Kultury Medialnej i Spolecznej, która jest jednym z tych zwiedzanych przez pielgrzymów obiektów zbudowanych przez ojców Radia Maryja w nadzwyczajnie pozytecznej posludze dla Polski. Przypuszczam, ze kazdy odwiedzajacy te powstale od zera obiekty, których widok stanowi materialne tlo spotkan torunskich, nie uniknie mysli o tym, jaka bylaby Polska gdyby miala takich wlasnie gospodarzy. Pozostaje tez w myslach komfortowe przekonanie, ze kazdy grosz wsparcia przekazany Kosciolowi jest tak wspaniale zagospodarowany, ze chce sie w tym dziele uczestniczyc.

Mlodziez tez pelnila role gospodarzy w zabudowaniach swojej Szkoly, a takze w oddalonym o ok.5 km Domu Slowa, który przylega do centralnego miejsca uroczystosci - sanktuarium Matki Bozej Nieustajacej Pomocy. Zyczliwosc i radosc, z jaka studenci wspomagali gosci niezbednymi informacjami, usmiechem, a czesto bezposrednia rozmowa, nie byly zachowaniem wymuszonym jakimis wczesniejszymi instrukcjami; byly naturalne i spontaniczne, powiazana takze z dobrym wychowaniem, bo Szkola uczy, wychowuje i formuje mlodych ludzi. Kaplica Szkoly zapelnila sie podczas wieczornego Apelu Jasnogórskiego.

W sobote byly dalsze spotkania i rozmowy z wieloma znajomymi, z politykami i z nowymi ludzmi. Byl wsród nich takze slyszany juz w radiu, ale dopiero teraz poznany bezposrednio, prawdziwy rybak, jeden z kilkuset pozostalych w zawodzie na calym polskim wybrzezu. Opowiadal, jak sa kontrolowani, wrecz inwigilowani przez instytucje UE. Baltyk podobno jest obficie zapelniony rybami. Wyplywa wlasnym kutrem na polów i wyciaga pelna siec - 2 tony sledzia i 8 ton dorsza. Dorsza musi wypuscic, bo tego im lowic nie wolno. Jakze latwo sie rozmawia z takimi ludzmi, jak równolegle biegna mysli o Polsce, jak mozna sie wzajemnie uzupelniac w rozumieniu polskich spraw. Rybak i fizyk jadrowy - jego nie trzeba przekonywac, ze nauka musi sie rozwijac i potrzebne jest finansowe wsparcie, ja po 15 minutach rozmowy wiem, ze mam do czynienia z wirtuozem w zawodzie rybaka. Nikt nie moze miec mocy i prawa, by ograniczac takim ludziom mozliwosci spelniania sie. Gdy otrzymuje od niego podarunek - zbiór wierszy jego przyjaciela ksiedza, to wiem, ze spotkalem czlowieka wrazliwego na kulture, który dobrze wie, czym jest wolnosc i godnosc czlowieka, a tego nie sa w stanie wyobrazic sobie, lub docenic brukselscy urzednicy.

Wreszcie po 13-tej zapelnia sie kosciól i rozpoczyna sie uroczysty koncert orkiestry Victoria i solistów, wspaniale prowadzony wiazacym slowem konferansjera, który przez wiele lat bezposrednio aranzowal oprawe artystyczna Mszy swietych za Ojczyzne sl.B.ks. Jerzego Popieluszki. Nie podejme ryzyka, by w niedoskonaly sposób opisac swoje wrazenia z przebiegu koncertu i Mszy sw., które wypelnily blisko szesc godzin uniesien i wzruszen. Kazdy moze to zobaczyc sam w pelnych transmisjach udostepnionych na stronach RM, ale ich ogladanie warto uzupelnic wyobraznia atmosfery, która stwarza bycie razem z ta wielka Rodzina, obejmujaca cala Polske, zjednoczona wspólnymi marzeniami i pokora modlitwy w oczekiwaniu na cud przelomu. Homilia ks. abp.Andrzeja Dziegi zostanie prawdopodobnie odnotowana w pisanej historii dzisiejszej wspólczesnosci, ale wysluchanie jej na zywo, wraz z tysiacami ludzi, którzy w skupieniu wyczuwali kazdy niuans i wage wypowiedzianych slów, daje obecnym tam uczestnikom przywilej bycia bezposrednimi swiadkami historii.

Takie przezycie jest prawdziwym zródlem uniesien, które daja sile i nadzieje na kolejne dni i miesiace, bez wzgledu na koszmar codziennych medialnych spektakli, którymi sterowana jest rzeczywistosc.

Podkresle trzy refleksje, które daly mi powód do rozmyslan w powrotnej podrózy. Pierwsza jest zwiazana z wyjatkowo wyrazna manifestacja akceptacji dla ewangelizacyjnej roli Radia Maryja ze strony hierarchii Kosciola. Obecnosc arcybiskupa, dziesieciu biskupów, ogromnej liczby ksiezy, sióstr i barci zakonnych i ich widoczna serdeczna wiez z ludem, pozwala sadzic, ze minelo juz to, co bylo do niedawna najbardziej niepokojace. Chodzi o te obawy o los Radia Maryja, gdy potezne ataki przeciwników z zewnatrz nie byly dostatecznie mocno neutralizowane przez wyraziste i jednoznaczne stanowisko Episkopatu, a nawet bywaly wspomagane niezyczliwoscia pojedynczych biskupów. To bylo bardziej bolesne, niz krzykliwe, zajadle i dokuczliwe akcje medialne skierowane przeciw inicjatywom zespolu Radia Maryja. Dzisiaj funkcja RM zdaje sie byc bardzo doceniona, a jego pozycja pod tym wzgledem dobrze zabezpieczona. Reszta zalezy od ofiarnosci rosnacej w sile, ale niestety ubozejacej wraz z cala Polska, Rodziny Radia Maryja.

Druga refleksja wiaze sie z charyzmatem Ojca Dr Tadeusza Rydzyka, który od wielu lat obserwuje z wielka fascynacja. Czlowiek z krwi i kosci, nie wolny od emocji, zyjacy w warunkach nieustannych napiec i stresu, o który dbaja niezmordowani prowokatorzy dysponujacy wszystkimi srodkami i nieskonczonymi pokladami zlosci i nienawisci, bezwzgledni i skoncentrowani na ciaglym poszukiwaniu punktu zaczepienia. Ojciec TR jest tylko troche mlodszy ode mnie i moje wlasne doswiadczenie kaze mi sie zastanawiac nad tym, skad ten czlowiek czerpie sily, by wytrzymac tak morderczy tryb zycia w nieustannej sluzbie sprawom, których sie podjal. To nie moze byc czysto ludzka sila, tego nie da sie racjonalnie wytlumaczyc, patrzac z bliska na kazdy fragment biegu takiego przedsiewziecia, jak torunskie uroczystosci. Charyzmat rozsiany jest równiez na wszystkich ojców redemptorystów sluzacych przez wiele lat, a czasem od niedawna w tym samym dziele. Kazdy z nich jest inny, kazdy niepowtarzalny, na swój sposób doskonaly, a jednoczesnie tak bardzo ludzki, ze przy bezposrednim spotkaniu kazdemu bliski. Jest nad calym dzielem roztoczona jakas aura nadprzyrodzona, która zazebia te wszystkie tryby funkcjonujace we wzajemnym wspomaganiu i uzupelnianiu tak plynnym, ze wszystko musi sie udac, a to, co nie wychodzi staje sie niewazne i niewidoczne.

Wreszcie trzecia refleksja to wizualna pamiec owego korowodu ludzi skladajacych podczas Mszy sw. dary przy oltarzu - niepowtarzalne piekno Rodziny Radia Maryja, które tez lepiej zobaczyc w transmisji, niz zdac sie na jakikolwiek opis. Bo jak opisac te róznorodnosc postaci, ich radosc ofiarowania, chec przekazania znaku swej milosci w szeregu wolno i dostojnie przesuwajacym sie w strone oltarza. Moglem patrzec na to z bliska i nie oderwalem wzroku, choc trwalo to dlugo - bo szedl Naród.

Potem jeszcze byl wspólny posilek i spotkania z wieloma uczestnikami, a dalej pozegnania, by rano rozpoczac powrotna podróz.

Jestem szczesliwy, ze tam bylem. Tam, skad dzisiaj bije szczególne swiatlo dla calej Polski. To swiatlo niesie nadzieje zawarta w tajemniczych dawniej, a dzisiaj coraz lepiej zrozumialych slowach Prymasa Augusta Hlonda: "Zwyciestwo gdy przyjdzie, przyjdzie przez Maryje".

21 pazdziernika 2009   -  157

 

Krótki komentarz na temat dzisiejszych problemów rzadu D.Tuska

 

            Wszystko, co da sie powiedziec na temat lawiny wydarzen dziejacych sie w aktualnej polskiej polityce, jest juz powiedziane i zwielokrotnione w róznych wersjach komentarzy polityków, dziennikarzy, publicystów i internautów. Interpretacje sa tak banalne, ze nawet R.Ziemkiewicz i L.Warzecha nie moga "szukac dziury w calym". lub stac okrakiem, K.Leskiemu wali sie swiat, a srodowisko Gazety Wyborczej zapetlilo sie w braku wiary w moc wlasnych klamstw.

            Ludzie Platformy Obywatelskiej sa juz na kroplówce, ale to drogo kosztuje, bo zalatwili publiczna sluzbe zdrowia.

 "Tak przemija chwala (ich) swiata".

            W tej sytuacji nie chce dodawac malo oryginalnych przemyslen, ale z tej racji, ze mimo wszystko problemy rzadu D.Tuska to dzisiaj najwazniejsza sprawa, powiem krótko:

 

"A nie mówilem?"

 

....i odwolam sie do Archiwum Zapisków Polaków z konca roku 2007, a konkretnie do moich zapisków od numeru 105 do 110.

 

Teraz trzeba bedzie skupic sie bardziej na "naszych politykach", bo tez jest na czym.

       

 

9 pazdziernika 2009   -  156

 

Tym razem bardzo krótko,

         Dzieje sie wiele waznych spraw wymagajacych dluzszych refleksji, ale sa i takie, w których wystarczy krótkie podsumowanie. Wyslalem nastepujace zapytanie do Przydenta RP Lecha Kaczynskiego.

Szanowny Panie Prezydencie

            Czy jednoczesnie z podpisaniem Traktatu Lizbonskiego oglosi Pan rezygnacje z kandydowania na druga kadencje?

            W istocie ten podpis oznacza podjecie wlasnie takiej decyzji.

            Ponadto uroczysta oprawa aktu zlozenia tego podpisu jest zlamaniem tej czesci przysiegi, w której, obejmujac stanowisko Prezydenta RP, zobowiazal sie Pan strzec godnosci Narodu. Nie wolno drwic z Narodu, któremu odmówiono prawa do wypowiedzenia wlasnego zdania w sprawie tego traktatu.

            Zlowieszczym dzialaniem jest, natomiast, kontynuowanie tych zwyczajów, w których  Polacy czuja sie moralnie zobowiazani do lekcewazenia aktów prawnych podpisywanych przez najwyzsze wladze panstwowe. Mam pewnosc, ze Traktat Lizbonski bedzie tak traktowany przez wiekszosc Polaków.

 

prof. dr hab. Rafal Broda     

 

6 wrzesnia 2009   -  155

            Sprawy, które poruszalem w trzech ostatnich zapiskach, sprowokowaly mnie do dluzszej przerwy w pisaniu. Wygospodarowany wolny czas prawie w calosci poswiecilem na akcje "Przestancie szkodzic Polsce". Szczerze mówiac podgladalem w miedzyczasie blogosfere i nabieralem jeszcze wiekszej niecheci do autora i wspólautorów tamtych prowokacji, a takze do tych wszystkich anonimowych blogerów, dla których podobne historie zdaja sie byc codzienna strawa. W istocie cala internetowe dzialanie w sferze polityczno-spolecznej troche mi obrzydlo. Krótkie wakacje pozwolily mi na tyle odpoczac od tych problemów, ze postanowilem powrócic do pisania. Dzieja sie wazne rzeczy, nie jestem blogerem, bo nikt ze mna nie podejmuje dyskusji, pisze wiec glównie dla siebie. Pisze, bo to dyscyplinuje moje myslenie o sprawach politycznych. Patrzac wstecz na zapiski, nie wycofuje sie z niczego, co dotychczas w ciagu ponad dwóch lat napisalem; wyrazonych pogladów tez sie nie wstydze. Mam nadzieje, ze dalej tak bede mógl powiedziec, a ewentualne bledy utrzymam w kategorii "errare humanum". Ponizej przekazuje zapisek aktualnych refleksji.     

 

 Odpryski 70-tej rocznicy wybuchu wojny

            Wladimir Putin, który pacyfikacja Czeczenów rozpoczal swoje panowanie w Rosji, juz od 10 lat prowadzi polityke przywracania jej potegi imperialnej. Jest z pewnoscia jedna z najbardziej niebezpiecznych, a zarazem odpychajacych postaci w dzisiejszym nieciekawym swiecie polityków. Mozna zrozumiec postawe Rosjan, którzy po latach smuty sprzyjajacej rozdrapywaniu majatku narodowego przez mafijno-oligarchiczne uklady, czesto wspierane z zagranicy, pragneli silnego przywództwa, które polozy kres dalszemu rozkladowi Rosji. Pragneli tak bardzo, ze zaakceptowali w tej roli czlowieka, u którego nawet cechy fizyczne podkreslaja wszystko to, co uksztaltowalo go jako element systemu bedacego przeklenstwem dla Rosji i dla swiata. To subiektywne, ale mimo wszystko dosc powszechne wrazenie, utrudnia Putinowi zwodnicze wabienie sprzymierzenców,  gdy nie dysponuje chocby sladem  takich cech, które przydaja wielu Rosjanom uzytecznej, czesto mylacej swojskosci i naturalnej spontanicznosci. Z oczu Putina, w których amerykanski polityk czyta trzy litery - KGB, wyziera wprost cala niebezpieczna dla swiata, a szczególnie dla Polski, ale takze dla Rosji, linia polityczna, która jest wycofywaniem Rosji na pozycje dawnego sowieckiego imperium. Zamiast skupic sie na wewnetrznej budowie nowoczesnego panstwa, w którym naród rosyjski w ciaglym procesie wyzwalalby sie z wielowiekowej niewolniczej mentalnosci, by stac sie normalnym czlonkiem rodziny narodów, Putin chce ponownie oprzec sile Rosji na imperialnym poszerzaniu zewnetrznej strefy wplywów.

            Wizyte Putina w Polsce, jego wystapienie na Westerplatte i cale towarzyszace tej wizycie propagandowe tlo plynace z Moskwy, omówiono juz szeroko w polskich kregach politycznych i publicystycznych. Nie mam zamiaru wglebiac sie w szczególy, bo posród wielu glosów znalazlem wiele takich, które wyrazaly moje opinie, a w charakterze przykladu przywolam tylko krótki felieton Wojciecha Reszczynskiego [Nasz Dziennik, 3 wrzesnia 2009], bo z ciekawymi komentarzami tego autora utozsamiam sie juz od dluzszego czasu.

            Chcialbym jednak post factum wyrazic opinie, ze mimo wszystko wizyta Putina w Polsce byla bardzo pozyteczna. Uwazam tak, bo jestem przekonany, ze wizyta ta przyblizyla nas do prawdy. Nie przyblizyla nas do prawdy o historii, ale do prawdy o dzisiejszej sytuacji, dajac nam i swiatu klarowny sygnal do wezwania: "Panie i Panowie, koniec zludzen!" Upraszczajac, mozna w skrócie podsumowac przeslanie Putina, a wraz z nim calej moskiewskiej machiny propagandowej. Powiedzieli oni: "To, co czynilismy w przeszlosci bylo dla nas dobre i pozostaje wlasciwym wzorcem na przyszlosc. Klamstwo i podstep, wsparte sila i wspólnym interesem z tymi, którzy sa zbyt mocni, by ich dzisiaj zniewolic, pozostanie tak jak dawnej nasza polityczna taktyka i strategia". Dobrze wiec, ze Putin to wszystko jasno i publicznie wyrazil, mówiac o traktacie wersalskim, o Katyniu, o pakcie Ribentrop-Molotow, o jencach z 1920, o Zaolziu, o "wyzwoleniu" Polski i o rusztowaniu Rosja-Niemcy, na których oba kraje wspólnie chca oprzec budowe przyszlej, wielkiej Europy. Kanclerz Merkel, przepraszajaca za przeszlosc, skromnie spuscila oczy, gdy Putin tak wyzywajaco wyjawil tresc wspólczesnych ustalen.

            Pozyteczne bylo takze to, ze Prezydent Lech Kaczynski mógl w obecnosci Putina powiedziec wazne slowa prawdy, które uslyszal swiat. Nie mogly one wyrazic calego ladunku nagromadzonych przez 70 lat emocji, ani tez calej, poglebionej prawdy, która pomoglaby wielu ludziom z zewnatrz w pelni ocenic jej wage, ale i tak byla to prawda wazna, uniwersalna ponad lokalny polski wymiar i prawda, która na biezaco zdemaskowala obrazliwe, wrecz bluzniercze i budzace czujnosc slowa przywódcy Rosji. Na szczescie Premier Tusk nie zaciemnil tego obrazu i wyglosil mowe charakterystyczna dla polityka, który wprawdzie nie identyfikuje sie w pelni z Polska, co wynika z jego wlasnorecznie napisanej biografii, ale chce w kolejnych wyborach zyskac glosy Polaków.

            Nie znam komentarzy na temat przemówienia J.Buzka na Westerplatte, jednak przyznam, ze mimo bardzo zlej pamieci o jego roli z czasów rzadu koalicji AWS-UW,  powiedzial tak, ze po raz pierwszy pomyslalem o dobrej stronie objecia przez Polaka funkcji Przewodniczacego PE.

            Po tych pochwalach chce zwrócic uwage na watpliwe elementy wydarzenia, które nie zawazyly znaczaco na calosci, ale trzeba je wypunktowac.  

            Wielu komentatorów zwrócilo uwage na niepotrzebny zgrzyt w przemówieniu Prezydenta, gdy poddajac sie intrydze Putina, nazwal "grzechem" zajecie Zaolzia w 1938 roku. Musze o tym wspomniec, poniewaz jestem wciaz mocno zwiazany z moim rodzinnym Cieszynem i czuje wyniesiona stamtad tesknote do tego waznego fragmentu ziemi cieszynskiej, a zdjecie wujka prowadzacego tuz po zajeciu Zaolzia parade batalionu Rezerwistów i Weteranów w Defiladzie Zwyciestwa 11 listopada 1938 roku, towarzyszylo rodzinnym opowiesciom o tamtym czasie. Dzisiaj, gdy wiadomo juz, jak potoczyl sie dalej bieg historii, mozna miec wrazenie, ze wybór momentu do zajecia Zaolzia byl niewlasciwy. Jednak wtedy decyzja polskich wladz byla calkowicie uzasadniona, a zajecie tych ziem, zamieszkalych w przytlaczajacej wiekszosci przez ludnosc polska, bylo nieporównanie mniej brutalne, niz akcja czeska wlaczajaca w 1920 roku te tereny do Czechoslowacji. Podczas gdy  w 1920 roku Polacy byli zajeci odpieraniem bolszewickiej nawalnicy, w 1938 roku wladze Czech mimo wszystko podpisaly uklad monachijski. Zadnych uzgodnien z Hitlerem na temat Zaolzia wtedy nie bylo, natomiast byloby czyms calkiem niewlasciwym, gdyby Polska w milczeniu zgodzila sie na to, ze wymuszona decyzja wladz Czech przekazuje równiez sporne tereny wraz z polska ludnoscia w granice Rzeszy.

            Dzisiaj sprawa Zaolzia jest dla Polski przegrana; Czesi zbyt dlugo i skutecznie pracowali nad wykrzewieniem polskosci z tej ziemi. Wspólczesne czasy wymagaja pogodzenia sie z obecnymi granicami. Mam wrazenie, ze tak, jak Polacy z Kresów, Lwowa, czy Wilna z gorycza pogodzili sie ze swoim losem, tak ludnosc ziemi cieszynskiej juz nie przygotowuje sie do odzyskiwania Zaolzia. Te sprawy juz dawno powinny byc tak uzgodnione pomiedzy Czechami i Polakami, by Prezydent Lech Kaczynski mógl odrzucic bzdury Putina, jako wtracanie sie w drobne spory sasiadów, które od dawna sa dwustronnie wyjasnione i nie stanowia zadnej przeszkody we wzajemnych relacjach. Jesli Prezydent w tak waznym wystapieniu nazwal zajecie Zaolzia "grzechem", to mógl tak zrobic wylacznie majac pewnosc, ze prawie natychmiast Prezydent Klaus odpowie, ze "grzech" ten byl konsekwencja naszego (czeskiego) "grzechu" popelnionego w roku 1920-tym.  A najlepiej by bylo, gdyby Prezydenci, lub Parlamenty Czech i Polski wydali wspólne oswiadczenie podsumowujace sprawe  i zawierajace istotna deklaracje o traktowaniu Zaolzia, dawniej spornego terenu, jako miejsca, w którym przenikanie obu narodów moze liczyc na szczególne wsparcie obu panstw.

Na taka deklaracje wciaz jeszcze jest czas, ale jesli jej zabraknie, to ów "grzech" z przemówienia Prezydenta Lecha Kaczynskiego wielokrotnie jeszcze bedzie kamieniem, którym bedziemy uderzani. Wystarczy zwrócic uwage na kamien "Jedwabnego", którym wciaz jestesmy kaleczeni, tylko dlatego, ze komus nie chcialo sie sprawy wyjasnic do konca, do pelnej prawdy, a inni chcieli taki kamien miec do dyspozycji, by przy stosownych okazjach bic nim w Polaków.

            Jeszcze jeden fragment z przemówienia Prezydenta mnie nie zachwycil. Ten mianowicie, gdy Prezydent mówil o motywie zemsty, którym kierowali sie zbrodniarze decydujacy o zbrodni katynskiej. Gleboko wierze, ze taki element motywacji rzeczywiscie byl wazny, ale jest to niebezpieczne splycenie problemu, bo inna motywacja byla przeciez po stokroc wazniejsza. Chodzilo o likwidacje elity narodu, która miala cel polityczny.  Ten potworny zamysl Hitler i Stalin realizowali z cala bezwzglednoscia i z fatalna dla Polski skutecznoscia. Pierwszemu chodzilo o zniszczenie narodu, które nalezalo rozpoczac od obciecia jego "glowy". Drugiemu, który w zbrodniczym dzialaniu byl o wiele bardziej wyrafinowany, chodzilo o trwale podporzadkowanie Polaków w niewolniczym jarzmie i choc cel nie zostal do konca osiagniety, fatalne skutki odczuwamy do dzisiaj szczególnie bolesnie.

            Nie warto komentowac rocznicowych argumentów Putina, warto tylko wyrazic satysfakcje, ze w poszerzonej wersji wyrazil je wlasnie na lamach Gazety Wyborczej. Mimo woli  byl to uklon w strone Polaków, dla których z definicji wszystko, co plynie z tamtych lamów, jest klamstwem, a z cala pewnoscia jest skierowane przeciw Polsce. Nie ma zatem potrzeby glebszej analizy, mozna tylko zwrócic uwage na charakterystyczna technike oparta na hipokryzji, np. na tej hipokryzji, która wyraza owa nadzwyczajna troska o los rosyjskich jenców wojennych.

            Przypomina mi sie opowiadanie mojego kolegi o rosyjskim staruszku, który przylgnal na chwile do niego na dworcu bialoruskim w Moskwie. Bylo to w poczatku lat 70-tych. Rozpoznawszy w moim koledze cudzoziemca, gdy dowiedzial sie, ze jest Polakiem, Rosjanin rozjasnil swoje oblicze i spontanicznie, z radoscia wyznal, ze byl w Polsce w 1920-tym internowany w obozie jenieckim. A dalej w uniesieniu oznajmil, ze byl to jego najbardziej beztroski i najpiekniejszy okres w zyciu, po czym, bez zadnego strachu, po polsku wyrecytowal: "...szable w dlon, bolszewika gon, gon, gon!", by wykazac, ze mówi prawde i dobrze pamieta tamten czas.

            Putin boleje nad losem rosyjskich jenców i nikt mu nie przypomina, ze sam wywodzi sie z formacji, która zabijala i niszczyla wszystkich, którzy "papali w plien" i po zwolnieniu z niewoli odwazyli sie wrócic do Rosji. Najwyzszy juz czas, by zaczac porozumiewac sie z Rosjanami ponad glowami ich przywódców, by zaszczepiac w nich wole uznania dla wyzwalajacej mocy prawdy. Ich zniewolenie, tak mocno zwiazane z brakiem prawdy, jest glówna przeszkoda w naszych relacjach. Jesli rzeczywiscie transmisja z polskich uroczystosci byla przeprowadzana na zywo w rosyjskiej telewizji i jesli w miare wiernie tlumaczono przemówienie naszego Prezydenta, to w slad za tym powinno isc szerokie wyjasnianie najwazniejszych spraw we wszelkich prywatnych kontaktach z Rosjanami. Trzeba to robic delikatnie, z uwzglednieniem wrazliwosci rozmówców, ale nie wolno rezygnowac z prawdy.

 

15 czerwca 2009   -  154

Warto oczyszczac przestrzen publiczna (zdemaskowanie blogera Toyaha)

            Dawno temu, w czasach PRL, próbowalem uswiadomic znajomym Amerykanom, jak trudno jest pracowac dla wlasnego Kraju, gdy rzadzacy skinieniem reki moga zniszczyc kazda pozytywna inicjatywe i czesto czynia tak nawet wbrew wlasnym interesom. Zrezygnowalem z tych prób, gdy uslyszalem slowa: " Przeciez macie w Polsce wybory, wiec dlaczego wy ich wybieracie?" W tamtym czasie naiwnosc pytania byla tak absurdalna, ze odbierala zdolnosc do wyjasnienia przyczyn tego paradoksu ludziom, którzy nigdy nie zetkneli sie z systemem opartym w kazdym swoim elemencie na klamstwie.

            Dzisiaj to pytanie zdaje sie byc o wiele mniej absurdalne, ale odpowiedz na nie jeszcze trudniejsza. Czy mozna w prosty sposób wyjasnic paradoks, ze Polacy w wyborach przekazuja wladze ludziom, którzy dzialaja na ich szkode?

            Nie podejme sie poszukiwania pelnej odpowiedzi na to pytanie, bo zbyt wiele fragmentów sklada sie na zjawisko, które sprawia wrazenie samobójczego chocholego tanca Polaków na przelomie wieków. Zwróce dzisiaj uwage tylko na jeden specyficzny element, który w istotny sposób przyczynia sie do zlozonej sytuacji.  Chodzi o te wszystkie dzialania róznych ludzi, którzy w sposób swiadomy poszerzaja stan chaosu w sferze publicznej i utrudniaja jednoczenie sie Narodu wokól inicjatyw próbujacych organizowac i porzadkowac zycie spoleczno-polityczne. Mamy do czynienia ze skrupulatnie wykonywana operacja ciaglej dywersji, w której wyspecjalizowani ludzie staraja sie stlumic w zarodku kazda inicjatywe i skompromitowac kazda osobe, która moglaby wplynac na zmiane sytuacji i powstrzymanie rozwinietego juz procesu niszczenia Polski. Zdolano wytworzyc atmosfere poteznej nieufnosci, w której otwarlo sie pole dla dzialania lajdaków, prowadzacych bezkarnie swoja dywersje i nie ponoszacych zadnej odpowiedzialnosci za czyny, nawet gdy w szczesliwym zbiegu okolicznosci udalo sie te dywersje wykazac bez zadnych watpliwosci. To wszystko odbywa sie w sferze publicznej i dysponujemy juz rozpoznaniem calej galerii zorganizowanych srodowisk medialnych, indywidualnych publicystów i komentatorów wypelniajacych bez reszty przestrzen publiczna, którzy pracuja od wielu lat i sa sowicie oplacani za wprowadzanie zametu i niszczenie ludzi, ujawniajacych chocby symptomy pozytecznosci.

            Nowy fragment przestrzeni publicznej, jakim jest blogosfera i generalnie siec internetowa, jest komfortowym miejscem dla prowadzenia takiej dywersji. Sprzyja temu latwosc, z jaka szarlatan, hochsztapler, czy wlasnie dywersant, moze zdobyc poklask i uznanie wylacznie na podstawie pisanych tekstów, najczesciej anonimowych, bez koniecznosci wsparcia slów jakimkolwiek dotychczasowym dorobkiem, czy swiadectwem wczesniejszych dzialan. Otwiera to szczególnie zyzne pole dla intryg, plotek i oskarzen, którymi mozna oplesc kazda ofiare i skompromitowac kazde dzialanie zanim ma szanse sie rozwinac.

            Rzadko sie zdarza, by udalo sie takich agentów dywersji zidentyfikowac i ujawnic na podstawie niezbitych faktów. Jeszcze trudniej jest ustalic i wykazac, ze byc moze dzialaja oni w szerszym porozumieniu, lub na czyjes zlecenie. W ostatecznosci ocene kazdego bulwersujacego faktu  mozna prawie zawsze sprowadzic do uznania go za incydentalne zdarzenie, czy tez stwierdzic, ze mamy do czynienia z nieszkodliwym glupcem pelniacym role "pozytecznego idioty". Gdy jednak splot zdarzen nie pozostawia zbyt wiele miejsca na takie interpretacje, to warto takie odkrycia jak najszerzej ujawniac i mocno akcentowac, by w miare moznosci uwalniac sfere publiczna od ponurych postaci, które wcale nie maja zamiaru zaprzestac niegodnych praktyk.

            Z tego wlasnie powodu, a nie dla watpliwej satysfakcji odplaty za trzy tygodnie infamii, jaka mi zaserwowano, pragne jeszcze raz zaakcentowac i naglosnic przypadek Krzysztofa Osiejuka, który jest, moim zdaniem, agentem wplywu dzialajacym pod pseudonimem Toyah na obszarze wspomnianej wyzej dywersji w przestrzeni blogosfery.

            Powracam do tego, bo wczesniej obiecalem, ze sprawa nie jest zakonczona. Powracam takze, bo juz calkiem na chlodno zanalizowalem caly przebieg wydarzen zwiazanych ze sprawa, a podsumowanych w swym glównym wymiarze w relacji red. Z.Labedzkiego "Toyach i jego druzyna" i doszedlem do wniosku, ze cala ta akcja nie byla zadnym bledem, czy wypadkiem przy "blogerskiej" pracy, ale byla dzialaniem o starannie przemyslanym celu. Powracam takze dlatego, ze w wydarzeniach uczestniczylo wielu internetowych komentatorów, którzy tak jak glówny winowajca, po ujawnieniu wstydliwych faktów dokumentujacych jego prowokacje, strzepneli z siebie wszelka wine, zapomnieli o sprawie i bawia sie dalej. Prowokator  pod tym samym pseudonimem Toyah pisze kolejne teksty, a grono klakierów mlaska z zachwytu i przybiera maski sprawiedliwych, niezaleznych i uczciwych obserwatorów wydarzen, uznajac o dziwo swoja moralnosc i etyke za lepsza od ludzi piszacych pod wlasnymi nazwiskami.

            Przypomne wiec krótko istote prowokacji i podam argumenty uzasadniajace moja ocene jej prawdziwych celów. Wreszcie, wzbogacony doswiadczeniem plynacym z prowokacji, nawiaze do moich utarczek w debatach na stronie POLIS ze srodowiskiem zwiazanym co najmniej taktycznie w tej akcji z prowokatorem.

 

Chronologicznie i w skrócie sprawa prowokacji wygladala nastepujaco:

 

            K.Osiejuk - znany jako bloger Toyah, piszacy dosc oryginalne i ciekawe teksty, mial od dluzszego czasu swoje miejsce, takze dzieki mojej rekomendacji, na portalu Ojczyzna.pl. Wlasnie z tego powodu znalazl sie posród tych osób, które red. Zbigniew Labedzki poinformowal o inicjatywie listu otwartego "Przestancie szkodzic Polsce" skierowanego przeze mnie i kpt. Z.Sulatyckiego do Premiera Tuska i marszalków Sejmu i Senatu, a takze o mozliwosci dolaczenia swojego podpisu pod podanym mailowym adresem w Kanadzie. W tym samym dniu zglosil on siebie, zone, córke i syna w bezposredniej korespondencji na wskazany adres, po czym spokojnie przygladal sie rozwojowi sytuacji. Po dwóch miesiacach, gdy akcja zbierania podpisów pod listem rozwinela sie do niezwyklych w takich przypadkach rozmiarów i przekroczyla liczbe 10 tysiecy sygnatariuszy, postanowil dzialac. Napisal na swoim blogu tekst zatytulowany "Beznadziejny dowcip z Broda", w którym wbrew znanej sobie "z pierwszej reki" prawdzie, zarzucil mi samowolne umieszczenie, bez jego wiedzy i zgody, podpisów swojej czteroosobowej rodziny wsród sygnatariuszy listu otwartego. Opatrujac tekst dramatyczna historia o odkryciu tego bezecenstwa przez jego dotknieta do zywego córke, powtarzal wielokrotnie ten motyw, podsycany chórem równie oburzonych komentatorów, którzy nie szczedzili mi najbardziej niewybrednych razów i obelg. W krótkiej notce, skierowanej wprost do niego, zaprzeczylem oskarzeniom i oswiadczylem, ze sa dwie alternatywy, albo jest glupcem, albo prowokatorem - nie mialem wtedy pojecia, ze obie oceny nie sa alternatywne, bo sa jednoczesnie prawdziwe. Trzeba byc wyjatkowo bezczelnym prowokatorem, by samemu zglosic swoja rodzine, jako popierajacych list, a nastepnie oskarzac o to organizatorów akcji, ale trzeba byc wyjatkowo glupim prowokatorem, by zakladac, ze oryginal zgloszenia nie bedzie zachowany, lub bedzie niedostepny dla inicjatorów listu. 

            Mijaly dni i tygodnie, zanim sie to wszystko wyjasnilo, w których bloger Toyah, powtarzajac swoja wersje, uzywal jej jako kanwy do najciezszych oskarzen pod moim adresem, od zarzutu moich powiazan i dzialan na rzecz Rosji, do bycia narodowcem, rozbijajacym prawice, wrogiem Kaczynskich i PiSu. Równolegle, i to bylo chyba najwazniejsze w jego prowokacji, usilnie staral sie zdeprecjonowac i osmieszyc akcje zbierania podpisów pod listem otwartym przez wprowadzenie w obieg insynuacji, ze jej inicjatorzy wstawiaja fikcyjne nazwiska na liste sygnatariuszy, tak jak to "odkryl" w przypadku swojej rodziny. Posród wtórujacych mu komentatorów znalazlo sie jednak kilku watpiacych i sugerujacych wyjasnienie sprawy bezposrednio ze mna. Domyslali sie jakiegos nieporozumienia, lub zlosliwego zartu kogos z zewnatrz, ale prawdopodobnie nikt z nich nawet nie przypuszczal, ze Toyah sam mógl spreparowac taka mistyfikacje.

            Te sugestie i watpliwosci w zaden sposób nie "odswiezyly" pamieci prowokatora, który trwal do konca przy swojej opowiesci. Takze wtedy, gdy juz otrzymal sygnal, ze sa slady dokumentujace prawde, próbowal jeszcze rozmydlic sprawe obciazajac red. Z.Labedzkiego rzekomym zgloszeniem rodziny Osiejuków do listy sygnatariuszy.

 

W blogu "Przepraszam" z 15 maja Toyah pisze:

Pragne uroczyscie zakomunikowac wszystkim zainteresowanym, ze sprawa umieszczenia podpisów mojej zony, moich dzieci i mojego osobistego pod listem prof. Brody i kpt. Sulatyckiego zostala ostatecznie wyjasniona. Otóz, jak sie okazuje, nasze podpisy pod apelem umiescil osobiscie kpt. Sulatycki, który otrzymal je od nieznanego mi pana Czartoryskiego, który otrzymal je od znanego mi pana Zbigniewa Labedzkiego z portalu www.ojczyzna.pl ..............

.........Dlatego, ze ja po prostu zapomnialem, ze osobiscie upowaznilem Labedzkiego do rozporzadzania moim nazwiskiem i przez to zapomnienie zrobilem chryje na cala lokalna blogosfere. I dzis wiem, ze gdybym wtedy pamietal o tym mailu, w którym zgodzilem sie, by Labedzki wpisywal moje nazwisko gdzie chce, to bym oczywiscie w dalszym ciagu mial do niego pretensje, ze mnie wlaczyl w cos, co powinien doskonale wiedziec jest mi obce, a byc moze i nieprzyjemne, ale bym przynajmniej to wszystko co napisalem, napisal tak, ze i Labedzki i Broda, i cala ta banda szkodników dostalaby po uszach, ale znacznie celniej i – naturalnie – bardziej sprawiedliwie.

            Dopiero wtedy, gdy przyparty do muru publicznie przedstawiona kopia wlasnego maila, w którym osobiscie zglosil swoja rodzine do grona sygnatariuszy, znalazl sie w sytuacji bez wyjscia, obrócil wszystko w rozpaczliwa wersje samokrytyki wyrazona w szczególnym stylu w dyskusji pod tym samym blogiem z 15 maja, ale trzy dni pózniej, w odpowiedzi red. Z.Labedzkiemu:

Szanowny Panie Labedzki

Czy sa jakies wiadomosci, które Pan przekazuje w swoim imieniu? Czy moze Pan dziala wylacznie jako poslaniec Ojczyzny reprezentowanej przez Czartoryskiego, Sulatyckiego i Brody? Niby bez znaczenia, ale wolalbym wiedziec z kim tak naprawde gadam.

Dla wyjasnienia. 26 lutego otrzymalem od Pana e-mail napisany przez Czartoryskiego w imieniu Sulatyckiego w imieniu Brody. Brzmial on nastepujaco:

"Kpt. Z.Sulatycki, poprosil mnie abym zebral pod zalaczonym dokumentem maksymalna ilosc podpisow (imie, nazwisko, miasto, zawod/tytul/funkcja). Osoby ktore zgadzaja sie na umieszczenie ich nazwiska, proszone sa, najpozniej w czwartek (to juz jest po jutrze) o upowaznienie mnie (jerzy@czartoryski.ca) do wyslania listy podpisow do kpt. Sulatyckiego.
Prosze przekazac ten list krewnym, znajomym itp, aby zebrac jak najwiecej podpisow, czasu jest bardzo malo.

Serdecznie pozdrawiam.
Jerzy Czartoryski"

(Tak na marginesie, moze niech Pan poda Czartoryskiego do sadu, ze nie uzywa polskich znaków)

Poniewaz e-mail przyszedl od Pana, uznalem ze trzeba dzialac - zgodnie z prosba - szybko, i na podany przez Pana adres wyslalem wiadomosc o takiej tresci:

"Bardzo prosze. Krzysztof Osiejuk z rodzina. Zona Malgorzata, syn Antoni, córka Hanna.

Pozdrawiam,K.".

I o sprawie zapomnialem. Calosc.

Dzis w Panskim komentarzu informuje mnie Pan w imieniu Brody, ze: "Krzysztof Osiejuk vel Toyah przekazal poczta elektroniczna bezposrednio do Pana J.Czartoryskiego z Kanady, tzn. z wlasnego adresu mailowego i bez niczyjego posrednictwa, jasno sformulowana prosbe, by jego i jego rodzine umiescic w gronie popierajacych list otwarty".

Juz wspomnialem wczesniej, ze zachowalem sie jak kretyn i jest mi z tego powodu wstyd. Jesli Panu malo, to dodam, ze moim zdaniem jestem starym, sklerotycznym piernikiem, który nie wie co robi, co pisze i co mówi. Jest mi wstyd i na przyszlosc, zanim postanowie sie zadawac z tzw. polskimi patriotami, najpierw trzy razy walne sie mlotkiem po swoim zakutym lbie.

Na koniec, jedna uwaga do osób zwiazanych ze sprawa tylko w charakterze obserwatorów, którzy sie martwia. Jest mi oczywiscie przykro, ze tak sie fatalnie poukladalo. Natomiast dobre jest zawsze to, ze z kazdego takiego nieszczescia czerpiemy nauke. Kiedy Rafal Broda po raz pierwszy wyslal (nie wiadomo po jaka cholere) do Polisu tekst, w którym tlumaczyl, ze na lustracje trzeba machnac reka, a ksiadz Zaleski to bardzo podejrzany typ, trzeba bylo ten jego tekst wyrzucic do smieci, albo mu odeslac i poprosic, zeby go wyslal gdzie indziej. Zrobilismy blad. I za to dzis sie musimy meczyc.

I jeszcze jedno. Kazdy nastepny komentarz, w którym bedzie sie pojawialo moje nazwisko, zostanie usuniety.

toyah 374 6680 Posluchaj, to do Ciebie... toyah.salon24.pl

            Przytoczylem te wypowiedz Toyaha w calosci, bo dobrze oddaje ona jego styl, a takze odslania specyficzny sposób obrony, gdy lekcewazace przyznanie sie do winy i obrócenie wszystkiego w niepowazny incydent wynikajacy jakoby z klopotliwych "starczych ulomnosci", zamienia sie w ostry atak podkreslajacy wczesniejsze oskarzenia. Taka obrona jest charakterystyczna dla ludzi pozbawionych normalnych ludzkich cech, dla bojowników spelniajacych scisle wyznaczone zadania, zwlaszcza takie zadania, które otrzymuja do wykonania agenci wplywu. Nawet w przypadku wpadki, ludziom poddanym manipulacyjnym dzialaniom w sferze informacji trzeba pozostawic wrazenie, ze to, co im zaszczepiono w mózgach pozostaje i tak w znacznej mierze wazne. Tak postapil Toyah, a moja  blisko miesieczna obserwacja zachowania obiektów jego manipulacji, a wiec tych srodowisk internautów, w których on funkcjonuje, wykazala, ze mu sie to w znacznym stopniu udalo.

            W tej sytuacji musze wykrzyczec moje rozczarowanie faktycznym brakiem odpowiedniej reakcji tego srodowiska na ujawniony postepek.

            Panie i Panowie! Wam w wiekszosci ta sprawa wydaje sie w ogóle nie macic dobrego samopoczucia, przyklaskujecie dalej tekstom Toyaha, sami piszecie teksty pelne bezkrytycznego zachwytu nad takimi jak on anonimowymi blogerami, którzy podobno walcza o prawdziwa informacje, sa niezalezni, uczciwi, gleboko moralni i generalnie pozyteczni dla Polski.

            Tymczasem jestescie wodzeni za nos przez teksciarzy - agentów wplywu, którzy caly czas robia swoja robote i zeruja na tych glupcach, którym imponuje fakt, ze moga zamiescic pare wlasnych slów w udawanej rozmowie o Polsce i nawet sa czytani, a nawet moga brac udzial w "rozmowie", mimo ze kwalifikacje do takiego udzialu bywaja calkiem marne.

            Uwazam, ze bloger Toyah jest agentem wplywu. Ze wstydem przyznaje, ze sam dalem sie poczatkowo nabrac na jego teksty, w których czesto odnajdywalem wnikliwe obserwacje, wrazliwosc, zaangazowanie i budzaca sympatie otwartosc i naturalnosc. Jednak zanim jeszcze dotknela mnie jego prowokacja, zauwazylem slad czegos zgola innego w jego pisaniu, jakies drugie dno, z którego od czasu do czasu eksplodowala zupelnie nieoczekiwana wulgarnosc i sklonnosc do rzucania latwych obelg na ludzi. Takze motyw wlasnych dzieci, które tak beztrosko przywoluje w stylu swojej narracji, czy kokieteryjne udawanie naiwnosci, przeciez calkiem niewiarygodnej w zestawieniu z dobrym samopoczuciem oprycha bijacego po twarzy, mówia o tym, ze jedno z tych obliczy jest udawane.

            Jestem najglebiej przekonany, ze to oblicze, w którym Toyah przedstawia sie jako bezgranicznie roztargniony mysliciel, jest maska. Gdyby tak nie bylo, reakcja po wyjasnieniu sprawy bylaby calkiem inna. Winowajca by sie zawstydzil i na dlugo zamilkl, a pózniej skupilby sie na reperowaniu swojego autorytetu u wlasnej córki i rodziny, a jeszcze pózniej zastanowilby sie jak cala rzecz naprawic. W rzeczywistosci zachowal sie dokladnie odwrotnie, pisal tekst za tekstem, aby zatuszowac sprawe, a po paru tygodniach powrócil do starego stylu, nawet do tych samych zwyczajów powolywania sie w nowych narracjach na wlasne dzieci. Nie musial sie juz tlumaczyc, bo swiat internautów tylko calkiem sporadycznie i bez dociekan nawiazywal do sprawy, zadowalajac sie uwaga na odczepne, ze "sprawa jest juz wyjasniona".

            Powracajac wielokrotnie do jego wypowiedzi w trakcie kilku tygodni prowokacji, widac wyraznie dobrze przemyslane dzialanie, bez zadnych wahan, bez chwili refleksji, ostro i dosadnie wedlug wyznaczonego celu: zniszczyc Brode, uderzyc w akcje "Przestancie szkodzic Polsce". Nic sie nie udalo, ale fakt, ze totalny bojkot akcji we wszystkich mediach znalazl takze wspólpracowników w blogosferze, jest dosc znamienny. Bylo kilka prób informacji o akcji podpisów pod listem otwartym - wszystkie zostaly szybko stlumione - mozna pogratulowac tego "sukcesu". Jako gorzka pigulke dla agenta wplywu i ofiar tego wplywu podam informacje, ze akcja dalej dobrze sie rozwija poza mediami i blogosfera, a podpisów zebrano juz 25 tysiecy, a szczególnie interesujacy element akcji, jakim sa towarzyszace poparciu listy, beda przechowane jako swiadectwo czasu.

 

Wreszcie ostatni i niemniej wazny watek stawiajacy pytanie: czy K.Osiejuk dziala sam?

            Z cala pewnoscia nie dziala sam, a koncowy fragment jego wyzej cytowanej ostatniej wypowiedzi nawiazuje do srodowiska POLIS i mówi wprost o scislych zwiazkach z tym srodowiskiem, udokumentowanych nawet uzyciem formy "my". Moze najwyrazniejszym fragmentem wspólpracy POLIS z prowokacja Toyaha bylo zamieszczenie jego tekstu "Ida ruskie" (to o mnie), a takze kilku niewybrednych komentarzy pod nim. Tekst ten zostal zreszta  usuniety ze strony glównej witryny POLIS, gdy gmach prowokacji autora runal, ale jest wciaz dostepny z portalu Ojczyzna.pl. Mozna sie tam zapoznac z dalszym etapem dzialan agenta wplywu, uznanym za swojego przez autorów POLIS  (miasta Pana Cogito?), w którym nazwanie mojego artykulu o lustracji "ubeckim tekstem" byl tylko przedpolem do serii innych insynuacji.

            Tutaj dochodzimy do innej niebanalnej postaci, którym jest anonimowy dla mnie twórca POLIS, wystepujacy od dawna na Salonie24 i w innych miejscach pod pseudonimem Free Your Mind (FYM). Takze on zwrócil moja uwage ciekawymi tekstami i zablysnal w blogosferze jako wnikliwy komentator. Takze on jednak musi byc oceniany bardziej na podstawie czynów, niz slów, które pisze. Równiez w tym przypadku doznalem wielkiego rozczarowania, gdy rozpoznalem czyny.

            Oszczedze czytelnikowi szerszego omówienia moich doswiadczen na terenie POLIS, bo wymagaloby to wejscia w dwie dyskusje, w których tam wzialem udzial.

Wtedy, w czasie kompletnie jalowych dyskusji zastanawialem sie czy mam do czynienia z ludzmi slabo myslacymi, czy ze zla wola - dzisiaj mysle, ze raczej z ta druga alternatywa. W sumie, w obu dyskusjach nie bylo ze strony interlokutorów wejscia w meritum sprawy, bylo ustawiczne znieksztalcanie moich tez i wielkie udawanie udzialu w debacie, by uderzac kompletnie nieadekwatnymi i wymyslonymi zarzutami i podnosic temperature insynuacjami. Nie pchalem sie do tych debat, a raczej zostalem w nie wciagniety, pewnie juz z tym przemyslanym zamiarem, by próbowac mnie skompromitowac. Kazdy, komu wystarczy cierpliwosci moze sam przesledzic te slowne utarczki.  

            Jedna rzecz wszakze podkresle, bo wiaze sie scisle z wykonywaniem zadania przez agenta wplywu Toyaha. Mianowicie to glówny autor POLIS - FYM pierwszy rzucil sugestie  o mnie, jako o ruskim agencie. Zrobil to w subtelny, ale latwy do wychwycenia sposób, gdy w kolejnej wymianie komentarzy o mnie z innym uczestnikiem dyskusji, z glupia frant rzucil  uwage, ze warto by zajrzec w archiwa moskiewskie. Ten "odkrywczy i jakze przelomowy" pomysl, który wczesniej nikomu nie wpadl do glowy, zostal skwapliwie podchwycony i mial niedwuznacznie sugerowac, ze byc moze znajda sie tam w Moskwie ciekawe informacje na temat Rafala Brody. Rozwinal to bardziej bezposrednio Toyah w swojej prowokacji, który wtedy wlasnie, dziwnym zbiegiem okolicznosci,  pojawil sie w debacie o lustracji, w gronie moich "polemistów" tak malo rozumiejacych dzisiejsze prawdziwe zagrozenia.

            Gdyby brac doslownie te podejrzenia o szerszym wymiarze agentury wplywu w blogosferze trzeba by uznac FYMa za prowadzacego Toyaha. Latwo zauwazyc ich dzisiejsza wzajemna wspólprace w blogosferze, która rozwija sie mimo znanej FYMowi wpadki kompana. Jest oczywiste, ze mu ta wpadka nie przeszkadza, nie przeszkadza mu tez ta "belka w oku", by pisac kolejne wzniosle teksty o blogosferze.

            Przeciez to wszystko dotyczy zagrozen zwiazanych ze zlym uzywaniem narzedzia, jakim jest przestrzen internetowa. Jesli ta przestrzen zostanie opanowana przez ludzi takich jak Osiejuk, to biada nam wszystkim. 

Uwaga: Wszelkie komentarze dot. "Zapisków" prosimy zamieszczac na Forum portalu Ojczyzna.pl   

 

17 maja 2009   -  153

Prowokacja zwiazana z Listem Otwartym "Przestancie szkodzic Polsce" wyjasniona, ale sprawa nie zakonczona

 

            Prosze mi wybaczyc, ze jeszcze wracam do sprawy, która opisalem w poprzednim zapisku, gdy dzieje sie tyle innych waznych spraw zaslugujacych na komentarz. Wracam do tej sprawy nie tylko dlatego, ze bardzo mocno dotyczy mnie ona osobiscie, ale wracam takze dlatego, ze uznaje ja za doswiadczenie, które moze byc wazne dla przyszlosci. Chodzi o to, ze komunikacja internetowa w przyszlosci stanie sie, jeszcze bardziej niz dzisiaj, narzedziem regulujacym zjawiska w przestrzeni publicznej i trzeba zrobic wszystko, aby stala sie narzedziem pozytecznym, a nie droga do zrywania delikatnych nici w tkance spolecznej, do atomizacji i antagonizowania ludzi.

            Na prostym przykladzie mozna sobie uswiadomic potencjal szkodliwych skutków wyzwolony dzialalnoscia nieodpowiedzialnych i nieuczciwych ludzi w internecie. Od najdawniejszych czasów ludzie mieli sklonnosc do obmowy innych ludzi, rzucania na nich falszywych oskarzen i puszczania w obieg szkodliwych dla ofiary plotek. Chyba dlatego Pan Bóg, wiedzac o tych sklonnosciach, wyryl na kamiennych tablicach takze ósme przykazanie. Do niedawna miejsca, w których lamano to ósme przykazanie zwykle ograniczaly sie do sfer prywatnych, magiel byl juz miejscem, w którym zle slowo wykraczalo poza intymna wymiane dwóch osób, a sile razenia wytworzonej plotki do dzis najlepiej wyrazaja slowa don Basilio wyspiewane w arii "La calunnia" z "Cyrulika Sewilskiego". Dzisiaj wkraczamy w czasy, gdy w internecie grzech przeciw ósmemu przykazaniu jest popelniany publicznie i bezposrednio uderza w godnosc pomawianej ofiary.

            Cóz by mnie obchodzilo, gdyby jacys niezidentyfikowani ludzie o róznych dziwacznych pseudonimach wymieniali sie miedzy soba prywatnie swoimi chorymi myslami, wnioskami opartymi na luznych i calkiem dowolnych skojarzeniach, obsypujac mnie przy tym insynuacjami i obelgami. Pan Bóg by to odnotowal, ale mialoby to wszystko niewielki zwiazek ze mna. Calkiem inaczej sprawa wyglada, gdy rzecz dzieje sie publicznie i obejmuje szerokie grono osób, które bez zadnych skrupulów biora w tym udzial.

            Od 3 maja, od pierwszego wpisu na mój temat internauty o nazwisku Krzysztof Osiejuk i pseudonimie Toyah, jestem obiektem takich zabiegów ze strony ludzi, których w ogóle nie znam, a którzy najwyrazniej znaja sie miedzy soba i sa zorganizowani w grupe polaczona wspólnym celem dyskredytowania mojej osoby. Ja nie chce sie domyslac na czym polega ich cel, jaka jest glebsza motywacja, czy ktos inny tym wszystkim steruje, ale nie moge w tej sytuacji milczec.

            Oczywiscie jest grono ludzi, którzy mnie dostatecznie dobrze znaja, by smiac sie z autorów pomówien, z ich prymitywnego poziomu dedukcji wniosków, by oburzac sie na insynuacje i obelgi - Rafal Broda - narodowiec?, przeciwnik Kaczynskich?, przeciwnik lustracji?, ruski?, nieuczciwy?, gracz polityczny poslugujacy sie nieczystymi metodami?, nieudany naukowiec bez sukcesów? Czy wy wiecie, o czym mówicie?

            Ale posród czytelników tych róznych wynurzen hunwejbinów, bo nie ma bardziej wlasciwego slowa dla ich okreslenia, moze byc wiele ludzi, którzy mnie nie znaja. Co wiecej czesto beda to ludzie, którzy nie zmusza sie do wysilku, by zapoznac sie glebiej z moja sylwetka, a tym bardziej ze szczególami dwóch rozleglych prób debaty na forum POLIS, w których dosc jasno widac, kto chcial wyjasnic sprawe rzeczywistych róznic pogladów, a kto robil awanture.

            Wszakze dla tych malo dociekliwych czytelników jeden prosty fakt powinien wyjasnic w zasadzie wszystko - fakt w pelni udokumentowany i nie budzacy zadnej watpliwosci:

            Krzysztof Osiejuk vel Toyah przekazal poczta elektroniczna bezposrednio do Pana J.Czartoryskiego z Kanady, tzn. z wlasnego adresu mailowego i bez niczyjego posrednictwa, jasno sformulowana prosbe, by jego i jego rodzine umiescic w gronie popierajacych list otwarty.

 

            Musialem czekac do 12 maja, na powrót p.Czartoryskiego do Kanady i cierpliwie znosic te wszystkie klamstwa na mój temat zamieszczane przez grupe calkowicie nieodpowiedzialnych ludzi. Natychmiast po jego powrocie do Kanady otrzymalem ów mail - wstrzasajace swiadectwo wyjatkowego lajdactwa p.Osiejuka.

            Prosze przeczytac sobie te cala sekwencje wypowiedzi, która tak skrupulatnie zebral mój Przyjaciel red. Zbigniew Labedzki na portalu Ojczyzna.pl, i  czytajac prosze caly czas pamietac o tym fakcie wytluszczonym powyzej.

            Internetowi zawdzieczam znajomosc ze Zbigniewem Labedzkim, która przerodzila sie w przyjazn, mimo ze nigdy nie spotkalismy sie osobiscie, by te przyjazn przypieczetowac usciskiem rak. To prawdziwy dramat, ze po obcieciu Narodowi glowy w  latach wojny, w okupowanej Polsce i w miejscach symbolizowanych przez Katyn, a potem w ubeckich piwnicach, kolejna generacje elity, Polaków takich jak Z.Labedzki, wyrzucono z Ojczyzny w stanie wojennym. Rosnie nam teraz substytut tej elity, o dziwnych nazwiskach Osiejuk, lub innych, których sami wlasciciele zdaja sie wstydzic.

            Jedno mnie w tym wszystkim dziwi, bo zabawa hunwejbinów trwa dalej, takze na stronie POLIS. Uczestnicza w niej równiez osoby majace duze trudnosci z mysleniem, jednak zarówno Toyah, jak i FYM nie cierpia na takie braki, sadzac po ich dotychczasowych tekstach. Na co, zatem, oni liczyli?

            Czy naprawde liczyli na to, ze po odebraniu maila od Osiejuka, organizatorzy akcji nie zachowaja dokumentacji zgloszenia?

            Czy dzisiaj, gdy Toyah pisze swój kolejny blog, zatytulowany dziwnym slowem "przepraszam", w którym nie wiadomo kogo przeprasza, bo dalej kontynuuje beztrosko poprzednia linie ataku i tym razem przerzuca z nadzwyczajna latwoscia wine na Z.Labedzkiego; czy on naprawde uznal, ze nie ma pelnych dowodów na to, kto i do kogo wyslal oryginalna wiadomosc?

            Kilka razy juz Toyah chcial zamknac sprawe, po przykryciu jej istoty lawina belkotliwych slów i towarzyszacych im dalej komentarzy o podobnej wartosci.

Nie! Ta sprawa jeszcze nie ma swojego konca!

Uwaga: Wszelkie komentarze dot. "Zapisków" prosimy zamieszczac na Forum portalu Ojczyzna.pl

 

5 maja 2009   -  152

Prawda o czlowieku czesto ujawnia sie jako rezultat upojenia

            W poprzednim tekscie krótko wyjasnilem dwie przyczyny, które spowodowaly wyrazne oslabienie mojej aktywnosci w pisaniu Zapisków. Obie wyczerpuja caly wolny czas, którym dysponuje. Obie tez dotycza waznych spraw i sa zródlem osobistej satysfakcji, ale tez dostarczaja calkiem nieoczekiwanych i przykrych emocji.

            W dyskusji, która rozwinela sie w POLIS w zwiazku z moim tekstem o lustracji, zetknalem sie nie tylko z calkowitym niezrozumieniem jego przeslania, ale tez doswiadczylem wyjatkowego sposobu prowadzenia polemiki, w której wszyscy interlokutorzy kompletnie lekcewazyli moje rzeczywiste tezy i argumenty, by uporczywie bombardowac mnie swoimi wyobrazeniami o nich. Zmeczyla mnie ta niezdolnosc do merytorycznej rozmowy, mimo ze tekst pisany powinien ulatwiac rzetelne podejscie, gdy mozna wielokrotnie powrócic do zapisanych slów. Zmeczyla mnie i pozegnalem sie z POLIS, by czekac na chwile gorzkiej satysfakcji, gdy sprawy sie ostatecznie wyjasnia.

            Druga przyczyna to kosztujaca wiele wysilku akcja rejestracji poparcia dla listu otwartego "Przestancie szkodzic Polsce". Nie tlumacze, o co chodzi, bo takze na portalu Ojczyzna kazdy moze znalezc w miare wyczerpujace informacje. Masowe i wciaz utrzymujace sie tempo zglaszania nowych sygnatariuszy, a takze towarzyszace im listy, których fragmenty zdarza mi sie odczytywac na antenie Radia Maryja, powoli staja sie zjawiskiem socjologicznym, które zdaje sie byc znakiem czasu. Pracuje nad analiza tego zjawiska i moge juz teraz zapowiedziec bardzo ciekawe wyniki, które podwaza wiele obiegowych opinii.

            Dzisiaj chce opowiedziec o ciemnej stronie mojego zaangazowania, tzn. o przykrych incydentach, które mnie z tego powodu dotykaja, a wlasciwie o jednym incydencie, którego autorem jest bloger o pseudonimie Toyah - od wczoraj wiem, ze jego prawdziwe imie i nazwisko brzmi Krzysztof Osiejuk.

            Najpierw jednak poprzedze opis tego incydentu zdementowaniem glównej informacji, która Toyah najwyrazniej chcial przekazac publicznej opinii internautów. Otóz listy sygnatariuszy, które podajemy sa wyjatkowo rzetelne. Jezeli zdarzaja sie sporadycznie przypadki intruzów, którzy chca przeszkodzic w akcji, to sa one dosc szybko identyfikowane. Mozliwosci intruzów sa wieksze w przypadku automatycznej rejestracji na stronie My-Naród przeznaczonej wylacznie dla tej akcji, a praktycznie minimalne przy "recznej rejestracji" za posrednictwem poczty zwyklej i elektronicznej. Listy sygnatariuszy sa calkowicie autentyczne. Zapewne uczciwosc w takim dzialaniu jest poza skala wyobrazen Toyaha, któremu najwyrazniej cala ta akcja przeszkadza.

            Zdarzylo sie, ze przez 36 godzin sprzymierzencem Toyaha byla grupa Onet, kocernu ITI, która usunela mój adres i zablokowala kilkaset zgloszen. Moja publiczna reakcja spowodowala cofniecie blokady, a slady tego incydentu sa takze dostepne na portalu Ojczyzna.

            Drobne "warkniecie" Toyaha pod moim adresem w krótkiej wymianie z komentatorem "never06" w Salonie24, bylo zaledwie zapowiedzia generalnego uderzenia, które nastapilo w jego wpisie pt. "Beznadziejny dowcip z Broda"  z dnia 3 maja o godz. 15:41. Mam wrazenie, ze wybór narodowego swieta na te okazje, byl starannie przemyslanym wyborem.

            Toyah opisal historyjke, jak nagle jego córka odkryla, ze jest na liscie sygnatariuszy, a obok niej jest równiez jej brat, tata, a nawet mama, mimo ze nikt z nich nigdy nie zglaszal checi podpisania takiego listu. Na bazie tego odkrycia, puscil wodze wyobrazni i wysmarowal obszerny, pelen insynuacji obrazliwy tekst o mnie, wnioskujac nawet, ze to ja, lub "moi ludzie" rozszyfrowali nick Toyah, a nawet zidentyfikowali cala jego rodzine. Kazdy moze znalezc ten tekst, który w zetknieciu z prawda stal sie swiadectwem upadku czlowieka. Nie odniose sie do zadnego z zarzutów, bo nie zasluguje na to czlowiek, który nie zadal sobie minimalnego trudu, by dowiedziec sie kim jest "niejaki prof. dr hab. Rafal Broda". Mial pelne mozliwosci, by to zrobic, bo w przeciwienstwie do niego nigdy niczego nie ukrywalem i jestem "otwarta karta" dla kazdego, kto chce sie dowiedziec. Moze sie dowiedziec zarówno o moim zyciorysie, o zyciu zawodowym, o dotychczasowej dzialalnosci publicznej, a nawet detalicznie o moich pogladach z ostatnich trzech lat, gdy w Zapiskach przekazywalem na biezaco moje refleksje na temat róznych wydarzen.

            Dlatego w lagodnej formie, w krótkim wpisie pod jego tekstem, do którego poczulem sie zmuszony, zaprzeczylem jego insynuacji i przypisalem mu dobrze oddajacy jego podejscie cytat z "Ody do mlodosci". Jednoczesnie zasygnalizowalem trudnosc, wobec której stanalem ze sprawdzeniem jego przypadku, gdy nie znam jego nazwiska. Ze zdziwieniem wczoraj odkrylem, ze na portalu Ojczyzna rzeczywiscie obok pseudonimu Toyah, jest nazwisko Krzysztof Osiejuk, a nawet zdjecie blogera. Podobno ta identyfikacja jest juz od dawna umieszczona, ale nigdy do mnie ten malo istotny szczegól nie dotarl. Sprawdzilem listy i z najwyzszym zdumieniem odkrylem, ze cztery imiona z nazwiskiem Osiejuk sa na pierwszej liscie sygnatariuszy.

            Nie zajmowalem sie zbieraniem poparcia pierwszych sygnatariuszy listu, wsród których ok. 3/4 byli ludzie z Polonii. Nie wiem na jakiej podstawie na poz.142 tej list znalazla sie rodzina Osiejuków, mam nadzieje, ze uda sie to w pelni wyjasnic w kontakcie z Polakami z Kanady, którzy w glównej mierze te listy kompletowali. Dzisiaj moge tylko zwrócic uwage na dziwne okolicznosci dzialania pana Osiejuka.

            Pierwsza lista byla drukowana wraz z oryginalnym listem juz 5 marca br. w Naszym Dzienniku i pelne informacje lacznie z kompletna lista sygnatariuszy byly wielokrotnie przeze mnie odczytywane w Radio Maryja. Jak to sie stalo, ze dopiero 3 maja córka Toyaha, calkiem przypadkowo dokonala tego strasznego odkrycia. Dalej Toyah domysla sie i wielokrotnie to powtarza, ze chcielismy uswietnic liste i zwiekszyc jej liczebnosc o 4 osoby z ich rodziny. Warto przejrzec te liste w calosci i uswiadomic sobie jak wielka wartoscia, godna wszelkiego wysilku i pracy agentów, bylo umieszczenie tam tych wlasnie czterech imion i nazwiska.

 

            Bardzo licze na pelne wyjasnienie tej sprawy, ale nie oczekuje zadnych przeprosin od Toyaha. W gruncie rzeczy nie mam zadnej ochoty, by rozpoznawal swój blad przez analize mojej postaci, nie chce by mnie nawet calkiem posrednio dotykal swoimi analizami. Wole to paskudne zlo obrócic w Dobro.

            Mianowicie, mimo woli, przypadek ten dostarcza argumentu dla mojego stanowiska w dwóch dyskusjach na terenie POLIS, w których uczestniczylem. W pierwszej, na temat blogosfery, gdy napiecie wzroslo po wymianie uwag na temat anonimowosci blogerów. Przypadek Toyaha pokazuje, jak anonimowy bloger moze wprowadzic w blad czytelnika swoimi tekstami, ukrywajacymi prawde o nim samym. Toyah pisze swietne teksty, z wiekszoscia z nich sie zgadzam, ale moim zdaniem, po zerwaniu maski okazalo sie, ze jest nieuczciwym czlowiekiem. Potakujacy komentatorzy i rosnaca popularnosc powoduja stan upojenia sukcesami, w którym czlowiek moze utracic kontrole i ujawnic kawalek istotnej prawdy o sobie;  tak jak zamroczony alkoholem czesto ukazuje swoja prawdziwa nature. Nie jest wiec dziwne, ze Toyach kolejny (a wiec juz  poza okresem emocji zwiazanej z owym odkryciem) obrazliwy tekst o mnie umiescil na POLIS - ..... w gospodzie.

            Druga dyskusja, ta o lustracji, tez zyskala ciekawy przyklad, jak mozna bez dociekania prawdy opluc niewinnego czlowieka i jak trudno sie bronic. Teraz jeszcze lepiej moge sie wczuc w dramat abp.S.Wielgusa. Sfory takich hunwejbinów  czekaja wlasnie na pelne otwarcie archiwów.  Wierze, ze wyzwalajaca moc prawdy i tak wszystko wyprostuje.

 

Uwaga: Wszelkie komentarze dot. "Zapisków" prosimy zamieszczac na Forum portalu Ojczyzna.pl

 

19 kwietnia 2009   -  151

Zwiastuny nadziei - wymuszone milczenie

            Musze przeprosic Szanownych Czytelników moich zapisków za te wyjatkowo dluga przerwe. Zwykle pisze bardzo nieregularnie i wcale nie ma to zwiazku z natezeniem waznych wydarzen, czy zjawisk, które sa warte komentarza. Przerwy wynikaja wylacznie z moich ograniczen czasowych zwiazanych z praca zawodowa, lub innymi waznymi zajeciami. Tym razem przerwa jest rzeczywiscie dluga i otrzymalem juz kilka ponaglajacych sygnalów, ze przynajmniej wypada ja wytlumaczyc. Chce niniejszym to dzisiaj zrobic, a wczesniej przeprosic za dlugie milczenie.

            Podstawowa przyczyna jest tym razem moje zaangazowanie w akcje zwiazana z listem otwartym "Przestancie szkodzic Polsce", o której mozna sie dowiedziec w kilku miejscach, takze na portalu Ojczyzna. Przyznam, ze nie przypuszczalismy z kpt.Z.Sulatyckim, jakie konsekwencje bedzie mialo dla nas napisanie tego mocnego, ale przeciez jednego z wielu listów otwartych, które zdarzylo sie kazdemu z nas napisac w zyciu. Tym razem nasze proste slowa skierowane do Premiera i marszalków Sejmu i Senatu, wzywajace do opamietania i powaznego potraktowania slów przysiegi skladanej przy obejmowaniu swoich stanowisk, trafily w samo sedno odczuc Polek i Polaków. Oferta skladania podpisów pod tym listem spotkala sie z nadzwyczajnym odzewem i juz od z góra miesiaca ukladamy listy sygnatariuszy, które dzisiaj przekroczyly juz 10 tysiecy osób. To mordercza praca, ale daje wiele satysfakcji, bo wiaze sie takze ze szczególna mozliwoscia poznania opinii Rodaków o tym, co sie dzieje. Listy, które otrzymujemy bardzo czesto zawieraja tresci, które wzruszaja, czasem wzmacniaja gniew, ale tez budza nadzieje, a ich odczytywanie jest jakby dotykaniem duszy Narodu A.D.2009.

            I gdybym mial na tej relacji poprzestac, chcialbym podsumowac swoje wrazenia konkluzja, ze dzieje sie cos bardzo waznego - NARÓD WSTAJE Z KOLAN, cos sie znów zaczyna.

            Uruchomiona strona internetowa o nazwie My - Naród, z adresem www.my-narod.4w3.pl jest wielkim prowizorium, ale juz znakomicie spelnia swoja funkcje, rejestrujac interaktywnie glosy poparcia, ponad te, które otrzymujemy w mailach i w zwyklych listach. Do dzisiaj zarejestrowano juz 3000 podpisów, mimo ze wylacznie Radio Maryja i portal Ojczyzna przekazaly informacje o uruchomieniu strony. Mamy wrazenie, ze to dopiero obiecujacy poczatek.

            Byc moze to, co przekazalem bedzie laskawie zaliczone jako wystarczajace usprawiedliwienie mojego milczenia. Jednak chcialbym wspomniec jeszcze o czyms, co zajelo mi troche czasu ponad zwykle obowiazki. Na stronie internetowej POLIS, do której link jest na niniejszym portalu, zamieszczono mój artykul sprzed 1.5 roku, a wraz z nim ostre, krytyczne wypowiedzi, które wymagaly mojej reakcji [cz.1, cz2]. Wywiazala sie tam spora awantura, w której samotnie musze sie bronic przed atakiem niemalej grupy dosc emocjonalnych, niestety na ogól anonimowych dla mnie autorów. Poniewaz kazdy, kto czytal moje zapiski, zna moje poglady na sprawy zwiazane z lustracja, a w szczególnosci na sprawe abp.S.Wielgusa i ewolucje moich pogladów na dzialalnosc ks.T.Isakowicza-Zaleskiego, zachecam do odwiedzenia strony POLIS, by przeczytac, jak konfrontuja sie one z pogladami adwersarzy. W komforcie atmosfery portalu Ojczyzna, gdy ja sobie pisze, a Panstwo czytacie, lub nie czytacie, ale nie krytykujecie, ja nie wiem, jakie sa opinie innych. Tym bardziej zachecam do spojrzenia tam, gdzie spotkalem sie z czyms wiecej, niz z krytyka, spotkalem sie z masowym potepieniem. A teraz musze porzadkowac listy sygnatariuszy.

Uwaga: Wszelkie komentarze dot. "Zapisków" prosimy zamieszczac na Forum portalu Ojczyzna.pl

 

 

17 marca 2009   -  150

Sluszna decyzja Episkopatu

            Czytam z troska, a czesto z irytacja komentarze zamieszczane na portalach Salon24, Blogmedia24 i na róznych forach dyskusyjnych, które pojawily sie po ogloszeniu decyzji Episkopatu o zakonczeniu procesu tzw. lustracji Kosciola i zapowiedzi, ze Kosciól polski nie bedzie sie wlaczal w dalsze dyskusje na ten temat.

             Na przyklad komentarz anonimowego autora gw1990 umieszczony na obu (pewnie dlatego, ze taki "wazny") portalach. Oto fragment:       

           Episkopat Polski idzie z pradem

.....To byla dla mnie najbardziej przykra wiadomosc dnia w Polsce. Kosciól nie ma zamiaru rozliczac sie z bledów w czasach komunizmu, dajac kolejna pozywke antylustratorom na potwierdzenie swoich propagandowych tez. Nihil novi w tej sprawie tym bardziej uderza, ze powolano Koscielna Komisje Historyczna. Nie wiem jednak, czym ona sie zajmowala, bowiem hierarchowie Kosciola czesciej próbowali przymykac usta ks. Isakowiczowi - Zaleskiemu, niz dochodzic do prawdy.

             Byc moze bolesnej, ale potrzebnej. To ma wyrózniac duchowienstwo sposród tlumu grzeszników - odwaga i niezlamana wiara w Stwórce, przy którym nalezy "isc pod prad"....

            Warto przeczytac caly ten wpis i uczynic to ze swiadomoscia, ze liczba 1990 w pseudonimie autora oznacza jego rocznik, ze mamy do czynienia z tegorocznym maturzysta, który juz wczesniej odslonil te czesc swojej identyfikacji. I warto tez zwrócic uwage na pochwalny, krótki komentarz pod tym tekstem zamieszczony przez Jerzego Bukowskiego piszacego pod haslem Sowiniec:

"Brawo, to jeden z najlepszych Pana wpisów i w ogóle czolowy w Salonie 24 w tej kwestii. Ale niech Pan zajrzy moze do Toyaha, on ma zupelnie inne zdanie. Ja trzymam z Panem."

            Mlody czlowiek, maturzysta, korzysta z wolnosci slowa i bez zadnych zahamowan, bez specjalnych watpliwosci, czy jego poglad jest sluszny, czy warto go publicznie wypowiadac, strofuje Episkopat, daje moralizujace pouczenia, a nawet pokpiwa sobie z Koscielnej Komisji Historycznej. Nie mam zamiaru go potepiac, bo czytajac okazjonalnie jego wczesniejsze i wlasciwe dla mlodego wieku wpisy, widzialem takze komentarze, które prawdopodobnie mialy go zachecac do pisania, ale byly raczej ta woda sodowa, która uderzyla mu do glowy. Mam natomiast pretensje do Sowinca, który jako filozof, zasluzony harcerz i dzialacz niepodleglosciowy, tak wyraznie lekcewazy elementarne zasady pedagogiki w stosunku do mlodego czlowieka. Nawet jesli wyrazony poglad sklania go do "trzymania z autorem", warto bylo po tym wlasnie wpisie przyhamowac troche zapedy chlopca, bo mówiac delikatnie, przekroczone zostaly granice braku kompleksów. Zostawmy jednak maturzyste i skupmy sie na lawinie innych, znacznie bardziej obrazliwych komentarzy, posród których centralne miejsce, jak zwykle w sprawach agentów w Kosciele, zajmuja potoki slów wypowiadanych i pisanych przez ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego.

            Trudno zaprzeczyc, ze wielu zacnych ludzi ma powazny i rzeczywisty problem w zrozumieniu istoty sprawy tzw. lustracji Kosciola. Rozwinela sie jakas potezna, wszechogarniajaca slepota, która sprawia, ze nie jest dostrzegane, skadinad bardzo wyrazne, drugie dno dzisiejszego procesu lustracji, w którym archiwa SB zdaja sie sluzyc dalszej i byc moze jeszcze bardziej skutecznej niz w czasach PRL walce z Kosciolem w Polsce. Przywolywalem juz kilka razy mój obszerny artykul "Zaprogramowana lustracja", w którym postawilem teze, ze dzisiaj, po wielu latach blokowania lustracji i dlugim okresie umozliwiajacym odpowiednie przygotowanie archiwalnych materialów SB, nie mozna podchodzic do procesu lustracji tak, jakby mialo sie do czynienia z zamrozonym, nietknietym zbiorem dokumentów. Zwracalem tez uwage, ze walka z Kosciolem stala sie dzisiaj jeszcze bardziej bezwzgledna, niz w czasach PRL, a wyrafinowanie metod i uzytecznosc dokumentów kontrolowanych w znacznej mierze przez wrogów Kosciola, uczynily ja niezwykle skuteczna. Wyrafinowanie tej dzisiejszej walki wiaze sie szczególnie mocno z wykorzystaniem "pozytecznych idiotów", którzy wykonuja glówna czesc roboty i sa trudno odróznialni od swiadomych uczestników gry.

            Z tym artykulem nikt nie podjal polemiki, jest on juz od kilku lat lekcewazony i zbywany argumentami, które pomijaja istote sprawy, a arbitralnie uznaja tekst za jeszcze jeden glos przeciwko lustracji. Tak tez zdarzylo sie ostatnio, gdy twórca portalu POLIS uznal tresc artykulu za ogromnie kontrowersyjna, ale w prywatnej wymianie maili zgodzil sie na publikacje w lutowym numerze POLIS, wraz z ostrymi polemikami, na które tez móglbym odpowiedziec. Numer lutowy sie ukazal bez zapowiadanej polemiki, nie otrzymalem tez zadnego sygnalu, który wyjasnialby, czy ktos sie takiej dyskusji podejmie. Brak wyjasnienia i zrozumienia tej szerszej sprawy jest moim zdaniem glównym zródlem emocjonalnej, powierzchownej i demagogicznej krytyki decyzji Episkopatu, która eksplodowala zwlaszcza w przestrzeni internetu.

            Niedawno, w pazdzierniku 2008, w Zapisku nr.138 "Panie, chron Kosciól przed falszywymi przyjaciólmi", wypowiedzialem swój poglad na dzialania ks. T.Isakowicza-Zaleskiego, a dzisiaj, na podstawie dalszych jego zachowan i wypowiedzi, moge tylko wzmocnic tezy wówczas postawione. Tekst ten wywolal takze nieslychane emocje na portalu Blogmedia24, gdzie przez chwile goscilem, ale byly to wylacznie emocje, a nie dyskusja. Tak jest i teraz, bo rozpasanie niektórych komentatorów, bombardujacych Episkopat, który "odwazyl sie" zamknac rozdzial p.t.: "lustracja Kosciola", przypomnialy mi tamten czas. Potwierdzily takze slusznosc decyzji, bym wycofal sie z grona, w którym jest zbyt duzo miejsca na wzajemne uklony i adoracje, a za malo na rzeczowe wyjasnianie sobie nie trywialnych róznic.

            Krótko uzasadnie swój poglad o slusznosci decyzji Episkopatu i nieracjonalnosci krzykliwych glosów potepienia, wsród których z rzadka tylko pojawiaja sie glosy ludzi wnikajacych w istote sprawy i wiedzacych o co tutaj toczy sie gra.

            Aby rzeczywiscie bylo krótko, przyjme bez uzasadnienia dwie wstepne tezy. Pierwsza, ze podstawowa troska instytucjonalnego Kosciola jest dbalosc o jego trwanie i takie funkcjonowanie, by mógl w optymalny sposób prowadzic misje, do której zostal powolany. Druga, ze ludzie instytucjonalnego Kosciola sa dobrze wyksztalceni, inteligentni, doswiadczeni i wyrózniaja sie madroscia i formacja etyczna znacznie ponad przecietnosc. Chodzi o to, ze podejmujac decyzje, wiedza, co robia i w zbiorowej madrosci staraja sie by ta decyzja byla w danych warunkach optymalna. Trzeba jeszcze przypomniec Czytelnikom bedacym czlonkami Kosciola o wspomagajacej roli Ducha Swietego w dokonywaniu wlasciwych wyborów przez Episkopat. Jezeli ktos odrzuca te wstepne tezy, to nie ma o czym mówic, rozwazania dotycza wtedy calkiem innego problemu.

            Tak uksztaltowane grono biskupów staje wobec problemu rozpoznania postawy innych czlonków Kosciola instytucjonalnego - swoich wspólbraci, w trudnym okresie komunistycznego zniewolenia. Maja do dyspozycji te dokumenty, które przekazal im IPN, jako komplet aktualnie odnalezionych materialów, zawierajacy wszystkie zródlowe dokumenty uzyskane w bezposredniej kwerendzie. Dysponuja takze wiedza, czesto oparta na wlasnym doswiadczeniu, o metodach, sposobach i narzedziach uzywanych przez funkcjonariuszy totalitarnego panstwa w bezwzglednej walce z Kosciolem. Ta wiedza, dotyczaca specyficznej materii dzialan przeciw Kosciolowi jest znacznie szersza, bardziej wszechstronna i gleboka, niz to, czym dysponuja historycy na podstawie badan dokumentów. Takze znajomosc spraw zwiazanych z wewnetrznym przekazem informacji w ramach poszczególnych szczebli kosciola instytucjonalnego, które nie moga i nie powinny byc ujawniane, jest tym fragmentem wiedzy, niezwykle istotnym dla oceny kazdego przypadku, który jest calkowicie niedostepny dla ludzi z zewnatrz. Takze ks.T.Isakowicz-Zaleski nie ma dostatecznej wiedzy o tych sprawach, by oceniac sprawiedliwie którykolwiek z przypadków odnotowanych w rejestrach SB.

            Nikt wiec, poza samym Kosciolem instytucjonalnym, nie jest uprawniony, ani dostatecznie kompetentny, by dokonac pelnej i rzetelnej oceny postawy poszczególnych ksiezy, których funkcjonariusze SB otoczyli "szczególna opieka". Tylko uprawnieni ludzie Kosciola mogli dokonac takiej oceny i kwestionowanie ich dobrej woli, a zwlaszcza podwazanie prawa Episkopatu do akceptacji wypracowanych wyników badan Komisji Historycznej, jest uzurpacja pozbawiona jakichkolwiek podstaw.

            Mozna wyszczególnic trzy przypadki, które w zasadzie wyczerpuja warte rozwazenia sytuacje. Pierwszy to przypadek ks.Czajkowskiego, w którym ujawniona dokumentacja nie pozostawia watpliwosci, ze mielismy do czynienia z najbardziej godnym potepienia donosicielem, krzywdzacym i Kosciól i pojedynczych ludzi. Zostal odsuniety z zycia publicznego i "obleczony w wór pokutny", bo jego obecnosc bylaby zródlem zgorszenia. I taka decyzja byla calkowicie sluszna. Drugi mozliwy przypadek to kaplan X, który byc moze byl zaangazowany w jakas forme wspólpracy, lub byl zbyt malo ostrozny i swiadomie, lub nieswiadomie przynosil szkode Kosciolowi, przy czym nie ma zadnych wskazan, by inna osoba byla ofiara jego dzialan. Wtedy jedynie Kosciól ma prawo ocenic te dzialania i postanowic wedlug wlasnego uznania o winie i karze. Wreszcie trzeci przypadek, gdy sa dokumenty rejestrujace TW, lub inne, ale analiza wykazuje, ze w danych warunkach zachowanie ksiedza bylo racjonalne i nie przynioslo, ani Kosciolowi, ani nikomu innemu zadnych wymiernych szkód. Kosciól slusznie uznaje wtedy, ze sprawa jest zakonczona.

            Jezeli ktos dopomina sie innego postepowania i kwestionuje werdykt Episkopatu wzmocniony glosem z Watykanu, to trzeba sie zapytac: "Jakim prawem? Na jakiej podstawie?". To jest wylacznie sprawa instytucjonalnego Kosciola, by egzekwowac prawo do wlasnej oceny i wlasnej decyzji motywowanej dobrem Kosciola. Kwestionowanie tego prawa, to wotum nieufnosci dla calego Episkopatu i podwazenie jego funkcji, jaka jest prowadzenie Kosciola. Oznacza to praktycznie wypisanie sie z Kosciola.

            Ten werdykt jest zakonczeniem sprawy ze strony Kosciola, ale wcale nie oznacza zamkniecia lustracji. Niech ja teraz robia inni, niech szukaja nowych dokumentów, w których byc moze znajda dowody podobne do przypadków ks.Czajkowskiego, Maleszki, Szczypiorskiego, Boniego, Wolszczana ..itd. Jezeli winowajca bedzie ksiadz katolicki, na pewno Kosciól podejmie odpowiednie dzialania. Ale Kosciól nie powinien reagowac na beztroskie lustracyjne dzialanie takich badaczy, jak ks.Zaleski, który oskarzyl 118 kaplanów o agenturalnosc i szczyci sie tym, ze zaden z nich nie podal go do sadu. Wiekszosc z nich nie zareagowala, i slusznie.

            Wczoraj obejrzalem wieczorny program T.Lisa w TVP. Krytycznie o decyzjach Episkopatu rozmawiali sami swoi: Sz.Holownia, A.Szostkiewicz, T.Terlikowski, ks. T.Isakowicz-Zaleski, J. Prusak SJ, M.Zajac. To byl prawdziwy "swad szatana". Rozmówcy mówili w formie "My Kosciól" i obrazali Kosciól w najbardziej niewybredny sposób. Tu juz nie wystarczy mówic o falszywych przyjaciolach Kosciola, to byl sabat wrogów Kosciola, a w kazdym razie zgromadzenie Jawnych Wspólpracowników (JW), którzy tez doczekaja sie kiedys pelnej lustracji.

 

Od Redakcji:
Prosimy sz. Autora o wybaczenie opóznienia publikacji powyzszego tekstu z powodu technicznych klopotów.

Uwaga: Wszelkie komentarze dot. "Zapisków" prosimy zamieszczac na Forum portalu Ojczyzna.pl

 

 

3 marca 2009   -  149

 

Temat wciaz powracajacy

         Sprawy dotyczace stosunków polsko-zydowskich regularnie powracaja w polskie zycie publiczne. Czasem poraza natezenie klamstwa i obludy, a bezsilnosc wyzwala eksplodujacy gniew; czasem zadziwia beznamietna imitacja falszywego dialogu, który niczego nie wyjasnia, ani nie naprawia i zdaje sie byc przykryciem dla zgola innych, tajemniczych, bardzo podejrzanych celów.

         Nekajaca Polaków propagandowa wojna trwa juz 22 lata i nic nie wskazuje, by miala sie zakonczyc; tym bardziej, ze nie wiadomo, czym mialaby sie zakonczyc. Wojne te rozpoczal w poczatku 1987 roku Tygodnik Powszechny artykulem Jana Blonskiego "Biedni Polacy patrza na getto". Artykul zaskoczyl opinie publiczna postawieniem tak niebywale niesprawiedliwych zarzutów wobec Polaków, ze wywolal prawdziwy gniew. W tamtych czasach nawet trudno bylo sobie wyobrazic, ze to dopiero lagodne preludium do tego, co mialo nastapic po 1989 roku. Nikt chyba wtedy nie przypuszczal, ze zetkniemy sie z najbardziej wymyslnymi klamstwami, nieuzasadnionymi oskarzeniami i pretensjami srodowisk zydowskich, których kulminacja zdaja sie byc prowokacje J.T.Grossa. Jeszcze bardziej irytujaca jest bezwstydna obojetnosc Zydów wobec wlasnych win i kompletny brak wdziecznosci za tolerancje i goscinnosc, której przez wiele wieków doswiadczyli w Polsce i dzieki której w ogóle przetrwali jako naród zdolny do budowy wlasnego panstwa.  

         Profesor Jan Blonski stanal przed Najwyzszym Sedzia i zapewne wyznal juz prawdziwe motywacje, jakie nim kierowaly, gdy pisal dla Tygodnika Powszechnego swój artykul. Obszerne wspomnieniowe materialy o nim zamiescil ten sam tygodnik, nawiazujac do rocznicowej dyskusji, jaka odbyla sie dwa lata wczesniej i powtórzyla styl z 1987 roku, ale mimochodem we wstepie zasygnalizowala trudnosci, z którymi redakcja sie wtedy zetknela.

     

"Rzadka to rzecz, ze po dwóch dziesiecioleciach wraca sie do artykulu prasowego, by nadal o nim dyskutowac. Na czym polega aktualnosc „Tygodnikowego" tekstu Jana Blonskiego, który wedlug niektórych otworzyl droge do dialogu polsko-zydowskiego?"

 

         Te wytluszczone powyzej slowa swiadcza o tym, ze redakcja TP pamieta prawdziwa reakcje na artykul w 1987 roku i zdaje sobie sprawe z tego, ze dla wielu Polaków byl to poczatek konca dialogu polsko-zydowskiego.

         Takze w dalszych wspomnieniowych tekstach przejawia sie ta swiadomosc, gdy czytamy:

"... To byl najwazniejszy artykul w historii "Tygodnika Powszechnego", odegral wielka role w historii dialogu polsko-zydowskiego..."         

         Uniknieto wypunktowania oceny tej "wielkiej roli", bo trudno powiedziec nieprawde, ze byla to rola pozytywna. Przypominam sobie, ze po latach ktos z redakcji TP, moze nawet sam J.Turowicz, przyznal, ze byl to znaczacy blad ludzi tygodnika. W tym sensie byl to rzeczywiscie "najwazniejszy artykul w historii TP" - od niego rozpoczal sie upadek pisma, które dzisiaj stoczylo sie do upokarzajacej roli deficytowego przedsiewziecia koncernu ITI. Blad byl jednak znacznie powazniejszy, bo artykul przedwczesnie zdradzil paskudny i jalowy scenariusz tego, co dzisiaj jest juz dobrze rozpoznane jako falszywy dialog polsko-zydowski, poza którym nie ma zadnego innego dialogu.

 

         Chcialbym, dla przypomnienia atmosfery tamtego czasu,  przywolac nigdzie wczesniej niepublikowany mój list-artykul z 1987 roku przekazany za posrednictwem red. J.Hennelowa redakcji TP, jako glos w toczacej sie wtedy dyskusji. Oczywiscie, jak wiele innych, czasem bardzo ciekawych i merytorycznych glosów, takze ten list nie byl publikowany, ani nie doczekal sie zadnej reakcji. Zachowanie redakcji TP bylo kublem zimnej wody dla wielu czytelników, którzy od lat, pokonujac wszelkie trudnosci, zdobywali kolejne numery reglamentowanego pisma, ale nie spodziewali sie tej naglej i drastycznej demonstracji nieuczciwosci. Redakcja wykorzystala wtedy swoja pozycje na rynku prasowym i licencje na niezaleznosc, by forsowac wlasny punkt widzenia na polsko-zydowskie problemy, tworzac jednoczesnie pozory, ze toczy sie prawdziwa debata. W istocie tekst mec. W.Sily-Nowickiego byl jedynym artykulem, w którym dopuszczono polska strone do debaty, by nastepnie zbombardowac mecenasa cala seria obszernych, potepiajacych wypowiedzi i nie dac mu prawa do repliki. Mój list bardziej wyrazal protest wobec tej metody dyskusji, niz polemike z tezami artykulu Blonskiego i z satysfakcja wspominam ciekawa wymiane listów z mecenasem.  Przekazal mi wtedy swoja replike odrzucona przez redakcje TP i zwrócil uwage na szczególnie wartosciowy tekst Witolda Rymanowskiego, takze odrzucony i z koniecznosci publikowany w paskudnym wtedy tygodniku "Zycie Literackie".

 

         Byla w tej pozorowanej "debacie" okolicznosc szczególnie irytujaca. Kolejni autorzy w róznych wersjach powtarzali rytual bicia sie w piersi w imieniu Polaków, którzy w czasie zaglady rzekomo byli bierni, obojetni, a dzisiaj nawet lekcewaza fakt, ze to przeciez stalo sie na polskiej ziemi, wiec niejako automatycznie Polacy niosa na swoich barkach brzemie winy. Po latach okazalo sie, ze wiekszosc z tych autorów poczuwa sie do korzeni zydowskich, ale nie uznali wtedy za niezbedne, by w takiej wlasnie dyskusji zaznaczyc ten zasadniczo wazny element. Ta uzurpacja jest i teraz nagminnie powtarzanym zabiegiem w wiekszosci dyskusji zwiazanych z polsko-zydowskimi stosunkami i jest to skrajnie nieuczciwa postawa.

 

         Ciekawe jest porównanie dwóch opisów zdarzenia, które przytaczane jest w aktualnym zbiorze wspomnieniowym TP, jako stojace u genezy rozmyslan, które przywiodly J.Blonskiego do napisania artykulu.

 

         W jednym z nich Grzegorz Nurek [17.02.2009 TP 8 2009] pisze:

"W rozmowie z Markiem Edelmanem, Czeslawem Miloszem i Jerzym Turowiczem w 50. rocznice Powstania w getcie warszawskim Profesor powiedzial: „Chociaz bylem malym chlopcem, widzialem te karuzele, chodzac na piechote ze Starego Miasta na Zoliborz. Doskonale pamietam karuzele stojaca przy murze getta; kolo niej grala katarynka, a zza muru bylo slychac wystrzaly”. Przyznal tez, ze tekst „Biedni Polacy patrza na getto” powstal po czesci pod wplywem traumatycznego wspomnienia: przechodzac w poblizu getta, mlody Blonski zobaczyl uciekajacego zydowskiego rówiesnika i biegnacych za nim granatowych policjantów".

 

         W drugim Agnieszka Sabor [11.02.09. TP 42 2007] opisuje inne zdarzenie, choc moze  byc zaskoczeniem, ze takze powoluje sie na pamiec J.Blonskiego:  

"Zbyt dobrze pamietal cos, co zdarzylo mu sie w czasie okupacyjnego dziecinstwa. Któregos wieczoru dostrzegl wychodzace z kanalów dwie postaci. Bez watpienia byli to Zydzi. Zobaczywszy ich, aryjski chlopak poczul wstyd i strach. Wstyd – bo byl przeciez bezradny, w zaden sposób nie mógl im pomóc. Strach – bo wolalby ich nie zobaczyc. Kto wie, czy w tym wspomnieniu nie kryje sie zródlo artykulu, który w 1987 r. mial sie ukazac na lamach „TP"?",

ale nie waha sie przekazac, najwyrazniej tym razem chyba istotnej, informacji, ze autor byl "aryjskim chlopcem".

         Trudno ocenic wiarygodnosc tej informacji, ale widac, ze tym razem uznano ja za wazka dla wartosci tezy pózniejszego artykulu; podzielajac w pelni te opinie wolalbym móc ja potwierdzic. Jednak takiej mozliwosci w dzisiejszej Polsce najzwyczajniej nie mamy. W Polsce, nie wiedziec czemu, wolno zapytac: "Czy Pan jest Niemcem?... Rosjaninem?.. Norwegiem?... Francuzem?... Ormianinem? ..etc,, ale nie wolno zapytac, "Czy Pan moze jest Zydem?" Jakby to dziwnie nie brzmialo, takie pytanie natychmiast staje sie powodem do oskarzen o antysemityzm - cos, w co chyba trudno byloby uwierzyc Amerykanom, bo w ich kraju nie byloby zdziwienia, a jedyna reakcja bylaby dumna odpowiedz: "Tak, jestem Zydem". Najczesciej nikt zreszta nawet nie czeka na pytanie i w sposób calkowicie naturalny chwali sie swoja narodowoscia i korzeniami.

         Niedawno, pewnie ze trzy tygodnie temu zwrócilem uwage na fragment homilii abp.Józefa Zycinskiego przekazywany w jakiejs telewizyjnej transmisji z lubelskiej swiatyni. Z koniecznosci musze sie posluzyc pamiecia, by przytoczyc to, co mnie uderzylo. Arcybiskup nawiazywal do wspomnien slugi Bozego Jana Pawla II, który powiedzial, ze w Jego szkole (klasie?) w Wadowicach jedna trzecia uczniów byla Zydami...i wszyscy byli z patriotycznych rodzin. A dalej, jednym tchem, arcybiskup juz grzmial: "Dzisiaj sa w Polsce ludzie, którzy w haniebny sposób dopytuja sie ilu jest Zydów w polskim rzadzie?" i te ciekawosc hierarcha uznal za haniebny przejaw antysemityzmu.

            Cóz za obludna niekonsekwencja. Z jednej strony uznanie za naturalne, a nawet chwalebne, ze w przedwojennej Polsce ludzie nie ukrywali swej tozsamosci i kazdy wiedzial wszystko o otaczajacej go spolecznosci. Z drugiej strony potepienie tych, którzy osmielaja sie domagac wiedzy nawet na temat tozsamosci ludzi pretendujacych do podejmowania najwazniejszych decyzji, od których zalezy ich los.

            Ostatnio arcybiskup znów poruszyl opinie publiczna zupelnie bezprecedensowym atakiem na ujawnienie "rewelacji" M.Cichego, który wynurzyl sie z wnetrza Gazety Wyborczej, by bezposrednio potwierdzic to, co bylo juz od dawna rozpoznane. Mianowicie stosowanie etnicznych, by nie powiedziec rasowych kryteriów w doborze zespolu GW i linia polityczna pisma,  której glównym celem jest interes Zydów. To przeciez jest od dawna widoczne w 20-letniej dzialalnosci GW, wiec co tak bardzo zabolalo arcybiskupa?

 

            Sadze, ze najwyzszy juz czas, by w Polsce przywrócono normalnosc i zaprzestano  maskowania tozsamosci. Ta praktyka tez jest pozostaloscia komunizmu, jak symbolizuje to owa anegdota z jednego z wywiadów w ksiazce Toranskiej "Oni",  o Zofii Gomulkowej, która ustawiala z profilu nominatów na funkcje panstwowe, by nie razili zbytnio semickim wygladem. Gdybym na przyklad wiedzial, ze prawda jest to, co mówia ludzie, ze abp.J. Zycinski jest pochodzenia zydowskiego, byloby mi latwiej przyjac jego niechetna Polakom postawe - po prostu mniej bym sie nia przejmowal.

            Czytam dosc czesto teksty E.Barbura w Salonie24 i cenie go za jednoznaczne podkreslanie swej zydowskiej tozsamosci. Moge latwo uczyc sie, ze ma on calkiem odmienne od moich poglady, ma inna kulture, inaczej reaguje, jego system wartosci jest calkowicie odmienny od mojego. Jednym slowem jest dla mnie obcy i z tego powodu latwiej mi go tolerowac, a gdy znajduje jakas zgodnosc pogladów,  rodzi sie nawet sympatia. Ostatnio E.Barbur zdecydowanie wyznal, ze Europa i Polska nie jest dobrym miejscem dla  Zydów i powinni oni ukladac swoje zycie we wlasnym panstwie. Tez tak uwazam i przypominam mój juz dawno sformulowany wniosek, ze trzeba przyjac minione, wielowiekowe doswiadczenia  historii i uznac, ze w sumie próba wspólzycia Polaków i Zydów byla nieudanym eksperymentem. Zwlaszcza Zydzi artykuluja od dawna swoje wielkie niezadowolenie z pobytu wsród Polaków. Trzeba to z pokora przyjac i ochlodzic zapedy niektórych wizjonerów, którzy chca przywracac zydowska diaspore w Polsce. To byloby otwarcie calego cyklu nieszczesc dla obu narodów. Niech tutaj pozostana ci Polacy pochodzenia zydowskiego, którzy sie naprawde z Polska identyfikuja, podobni do tych zydowskich kolegów Ojca Swietego ze szkoly w Wadowicach. Obawiam sie, ze tych wlasnie dotknela w olbrzymiej wiekszosci zaglada, ale na szczescie wiem, ze wielu przetrwalo i kochaja Polske.

Uwaga: Wszelkie komentarze dot. "Zapisków" prosimy zamieszczac na Forum portalu Ojczyzna.pl

 

15 lutego 2009   -  148

Aktualne zagadki i rozterki

         Znowu dzieje sie tak wiele, ze media gubia sie w wyborze priorytetów, a ich konkurujacy ze soba dysponenci juz sami nie wiedza, kto zainicjowal aktualny show, jaki byl glówny cel zamieszania i do jakiego momentu warto temat ciagnac, by nie przeoczyc chwili, w której we wlasnym interesie nalezy sprawe wygasic. Tak prosto bylo z Palikotem - trzeba cos zatuszowac, odwrócic uwage opinii publicznej - wystarczy podsunac mikrofon Palikotowi i sprawa zalatwiona, publicznosc zajeta, widownia rozpalona do czerwonosci, politycy w ekstazie i kasa leci. Ale Palikot sie skonczyl, mozliwosci wyczerpane, wstyd go pokazywac, bo nawet wirtualne przebranie za kobiete przestalo ludzi interesowac i nie udalo sie zbagatelizowac Kongresu PiS. Musza wiec tuzy medialne glowic sie nad tym, co, czym przeslaniac, co naglasniac, a nawet za kim dzisiaj kibicowac i komu dowalac - przyszlosc jest tak pelna zagadek, ze coraz trudniej wyczuc skad wieje wiatr.

            Nerwowosc w osrodkach medialnych, wsród pracowników, prezenterów telewizyjnych, publicystów i zawodowych komentatorów zdaje sie osiagac apogeum. Zdarza sie, ze ludzie, których bym nigdy nie podejrzewal o zdolnosc do wypowiedzenia jakiegokolwiek rozsadnego pogladu, nagle mówia ludzkim glosem i czesto nieglupio, jakby wbrew sobie. Zdarzaja sie tez przypadki calkowicie nie planowane, które odslaniaja nie tylko owa nerwowosc, ale pokazuja skrywana prawde o ludziach mediów. Potok wulgarnych slów, w których swoja nerwowosc i prostacka nature ujawnil K.Durczok za posrednictwem jakiegos poczciwego kreta w TVN, odslania te prawde, która przeciez nie jest szczególnym zaskoczeniem dla obserwatorów potrafiacych czytac rzeczywisty obraz miedzy wierszami codziennych programów. Oni tacy wlasnie sa - otwarcie prymitywni, wulgarni, pewni siebie, pogardzajacy wszystkimi, którzy zajmuja nizsze pozycje w hierarchii zawodowej, ale totalnie zaklamani, gdy wiedza, ze oko kamery i mikrofonu uruchomilo przekaz do milionowej rzeszy telewidzów. Naleza sie brawa dla owego nieznanego kreta, którego niechybnie Durczok dopadnie, ale chwala mu, ze zdazyl pokazac "misje telewizji TVN", która od poczatku byl  program Big Brother, bo w takim schemacie trzeba odbierac wystep Durczoka. Jedno, co mnie w tym wszystkim zaskoczylo i jest chyba znamienne, to beznamietna praca dziewczyny, która bez zadnych wahniec, spokojnie przygotowywala oblicze gwiazdy do ukrycia sladów tkwiacego w nim klamstwa przed kamerami. Widac bylo, ze sytuacja nie jest niecodzienna i takie eksplozje brukowego temperamentu K.Durczoka to dla niej raczej chleb powszedni. Zreszta byl juz podobny epizod z innym gwiazdorem - T.Lisem - krazyl po sieci w wersji audio, ale nic nie zaszkodzil jego bohaterowi w rozwijaniu zdumiewajacej kariery, która jest jednym ze znaków obecnego, jakze irytujacego czasu. Jestem pewien, ze w wiekszosci krajów, które znam z bezposrednich obserwacji, taka wpadka, jak ta aktualna z Durczokiem i ta dawna z Lisem zakonczylaby kariery obu politowania godnych prezenterów- w Polsce nie ma takich zwyczajów, a nawet trudno wykluczyc, czy ujawnienie takich wystepów nie jest elementem malo subtelnej gry majacej nas przyzwyczaic do tolerancji dla chamstwa.

            Musze jednak przyznac, ze choc nie ogrania mnie nerwowosc, bieg aktualnych wydarzen jest zródlem wielu moich rozterek. Z jednej strony sa sprawy, które budza tzw. mieszane uczucia, z drugiej strony sa inne zdarzenia, które trudno calkiem jednoznacznie ocenic, bo czasem powstaje wrazenie, ze jest cos, co mozna nazwac drugim dnem.

            Zacznijmy od sprawy J.M.Rokity, która w pierwszej chwili wyzwolila u mnie tzw. Schadenfreude. Miala wyrazny aspekt komiczny i skompromitowala polityka, który bardzo sobie zasluzyl nawet na takie upokorzenie, jakim bylo zakucie w kajdanki i postawienie w sytuacji, która kazdy jego przeciwnik polityczny moze mu przez lata wytykac, z taka sama doza demagogii, jaka on stosowal wobec innych. Jest jednak takze inna strona tej sprawy, która rzeczywiscie wiaze sie z trudna do zaakceptowania praktyka w polsko-niemieckich stosunkach. Z wlasnego doswiadczenia wiem, czym jest sytuacja, w której Polak staje wobec wszechmocy róznych niemieckich organów wladzy. Nawet jesli trudno to wykazac bezposrednimi dowodami, najczesciej ma sie do czynienia z postawa, która niesie calkiem jednoznaczne skojarzenia z bolesna historia. Niemcy maja wyjatkowa sklonnosc do uznawania siebie za naród szczególnie zasluzony w cywilizacyjnym rozwoju ludzkosci, az po nie wypowiadana dzisiaj granice naleznego im statusu nadludzi. Wyraza sie to w jakby zakodowanym protekcjonalnym stosunku do Polaków, których trzeba praktycznie przy kazdej okazji pouczac o wartosci zasady "Ordnung muss sein". Jest tez specyficzna atmosfera takze na pokladach samolotów Lufthansy i szczerze mówiac wolalbym unikac tych linii, gdybym mógl. Tak naprawde, to zal mi dawnych czasów, gdy rejsy LOT-em, stawaly sie jedna z milych atrakcji prawie kazdej podrózy. Jezeli J.M.Rokita, po tak niecodziennych przezyciach, docenil dzisiaj wartosc posiadania przez Polske wlasnego, niezaleznego od nikogo LOTu, to powinien w pierwszym rzedzie przypomniec sobie swój wlasny udzial w pozbawianiu Polski kontroli nad wieloma firmami, które z wielkim wysilkiem budowaly wczesniejsze pokolenia. W gruncie rzeczy w tej konkretnej sprawie nie mam zadnych powodów, by stawac po stronie J.M.Rokity; mysle, ze zasluzenie dostal w leb i jesli nikt w Polsce nie potrafil go sprowadzic na ziemie, to nawet niemieckiej stewardessie gotów jestem wybaczyc te demonstracje powagi przepisów pokladowych, które brutalnie poskromily kaprysy niedoszlego premiera.

            Podobnie mieszane uczucia wyzwala sprawa ministra sprawiedliwosci Andrzeja Czumy. Jego krysztalowy charakter zostal juz wczesniej nadwatlony wybitnie dyspozycyjna rola w charakterze przewodniczacego komisji sledczej w sprawie tzw. nacisków. Tutaj nie sposób doszukac sie intencji poszukiwania prawdy i nawet Czuma musi o tym wiedziec, ze uczestniczy w grze pozorów budujacych staly konflikt, który jest przedluzeniem taktyki PO sprzed wyborów.  Od dawna rzucaly sie tez w oczy mankamenty jego intelektualnych mozliwosci, bo takich braków nie da sie ukryc komus, kto tak bardzo lubi wystepowac w mediach. Nie wiazalem z jego nominacja zadnych oczekiwan co do kierunku zmian w resorcie - ten kierunek zostal dostatecznie wyraznie wytyczony wczesniejsza nominacja Cwiakalskiego, która jednoznacznie wyjasnila istote zamiarów premiera Tuska w tej dziedzinie. Patrzylem jedynie z nadzieja, ze charakter A.Czumy predzej, czy pózniej przyniesie jakas eksplozje, gdy jego kompletny brak politycznego wyrafinowania i prostota zetrze sie z bezwzglednym wyrachowaniem i zachlannoscia innych polityków PO. Sypnelo sie wszystko o wiele wczesniej, niz mozna sie bylo spodziewac, a seria zaszlosci i gaf runela z taka intensywnoscia, ze chyba nic nie jest juz w stanie uratowac jego pozycji. Z pewnoscia tej pozycji ministra sprawiedliwosci nie ochronia dla A.Czumy owadzie spiewy S.Niesiolowskiego, wspólnika "bohaterskich akcji" w slabo zakonspirowanym podziemiu i mniej bohaterskich doswiadczen po dekonspiracji.

            Jest jednak jakies drugie dno w tych atakach na Czume, bo ich intensywnosc, zarliwosc i wielostronnosc prawie dorównuje atakom na szczególnie bombardowanych polityków PiS. Fakt, ze rozpoczela je "Polityka" , ze ciaglej kanonadzie przewodza postkomunisci, a glówne media raczej wzmacniaja oskarzenia, niz je wygaszaja, kaze doszukiwac sie bardziej zlozonych motywacji. Mamy juz bogate doswiadczenia wskazujace na to, ze waznego klucza do zrozumienia wydarzen dostarcza analiza tego, kto atakuje i w jaki sposób to robi. W przypadku Czumy nie ma watpliwosci, ze najbardziej atakuja go ci, przed którymi zwykle chce sie chronic kazdego czlowieka i automatycznie prowadzi to do poszukiwania jego dobrych stron. Zagadka jednak jest bardzo trudna, bo natychmiast towarzyszy jej pytanie o motywacje Tuska przy tej nominacji. Przeciez nie mozna posunac sie do takiej naiwnosci, by sadzic, ze Premier chcial zmienic linie Cwiakalskiego w aparacie sprawiedliwosci. Pozostaje zatem postepowac zgodnie z regula: jesli nie wiesz, jak postapic, postepuj uczciwie. Uczciwym wyborem jest w tym przypadku stanie z boku, bez szczególnego zaangazowania - niech sie sami nawzajem zjadaja. Nie jest wykluczone, ze Tusk wpadl w pulapke - Cwiakalskiego musial zwolnic, bojac sie kompromitacji po ujawnieniu jego towarzyskich konszachtów ze Stoklosa (prawdopodobnie milczenie i tuszowanie tej sprawy potwierdza wersje z "Nie"), mianowal wiec Czume, który mial byc figurantem. Nagle okazalo sie, ze figurant jest bardzo klopotliwy, a to chyba dalece nie koniec klopotu i warto spokojnie czekac na kontynuacje.

            Przerwanie bojkotu TVN jest dla mnie kolejna zagadka, choc wpisuje sie konsekwentnie w zapowiedziana na kongresie PiS tzw. zmiane wizerunku. Patrzylem dosc uwaznie na skutki tego kroku. Zwracalem juz wczesniej uwage na pozytywne skutki bojkotu, bo w stacjach TVN PiS byl w tym czasie bardzo obecny i byl prezentowany w nieporównanie bardziej lagodny sposób. Wykorzystywanie "wolnego miejsca" przez polityków odsunietych na boczny tor, nie przynioslo im zadnego zysku; wrecz odwrotnie - mam podstawy, by uwazac, ze np. M.Jurek pograzyl sie jeszcze bardziej. Gdy PiS powrócil do TVN, mialem nawet watpliwosci, bo przez pierwsze dwa dni byli traktowani bardzo delikatnie. Sytuacja jednak szybko wrócila do normy i dzisiaj jest chyba tak, jak przed bojkotem - atakowanie, przerywanie, zagluszanie, faworyzowanie przeciwników i ciagle podsycanie konfliktu, w którym dziennikarz - podpalacz jest panem, a widz zauwaza, ze oni sie klóca i racje sa podzielone.

            Pek róz dla funkcjonariuszki TVN - M.Olejnik, niczego nie zmienil w jej postepowaniu - poczula sie wrecz jak zwycieska pogromczyni. Program poprowadzila tak, ze na pewno w ciagu tej pól godziny róze zwiedly. Pozostal tylko watpliwej jakosci obraz Prezesa PiS, który gotów jest zniesc bardzo wiele, by kilka osób dostrzeglo jego dobra wole.

            Moze nie mam racji, moze tak wlasnie trzeba, by dotrzec do Polaków z czastkowa chocby prawda - to wszystko zalezy w koncu od temperamentu ludzi przygladajacych sie tym spektaklom. Na mnie wciaz robi przygnebiajace wrazenie ogladanie T.Cymanskiego w towarzystwie przekomarzajacych sie z nim Niesiolowskiego, Kalisza, czy PRLowskiej skamieliny - Zelichowskiego, zwlaszcza gdy pomaga mu wyrosniete dziecko polityki -M.Kaminski, nie potrafiacy wlasnym zachowaniem uszanowac godnosci Urzedu, który reprezentuje.

            A w tym wszystkim dziwnie wspólbrzmiacy glos Prezydenta, który wzywa do wspólpracy ognia z woda. Wszyscy myslacy ludzie, ze wszystkich stron sceny politycznej, az drza na mysl o tych klebach pary zrodzonych z takiej wspólpracy, które jak "wieczna mgla zaciemia obszar gnusnosci zalany odmetem". Czy taka gra, w której przeciez nie ma tajemnic, bo chodzi o "wizerunek", cokolwiek zmieni w postrzeganiu skonfliktowanych stron? Czy kilka drobnych zabiegów socjotechnicznych wykonanych w odpowiednim czasie przez ekspertów PO, nie wywróci tej misternej pracy nad wizerunkiem dobrotliwych, pragnacych dobra Polski polityków PiS ?

            Panie i Panowie! Trwa prawdziwa wojna z Narodem. Nie ma juz ani jednej dziedziny, w której nie dokonywano by spustoszenia. Niszczono Polske przez wiele lat, ale dzisiaj to sa juz koncowe akordy, które brzmia jak larum. Wiosna Naród ruszy po swoje, bo krzywd nazbieralo sie ponad miare i wiadomo, kto ponosi wine i odpowiedzialnosc. Szkoda czasu na sztuczne pudrowanie wizerunku, lagodne westchnienia poczciwego marszalka Putry, czy na aktorskie uniesienia Cymanskiego - dzisiaj trzeba zaczac lac po pyskach tych, którzy musza zrozumiec swoje winy, bo juz jutro moga wisiec.

 

Uwaga: Wszelkie komentarze dot. "Zapisków" prosimy zamieszczac na Forum portalu Ojczyzna.pl

 

8 lutego 2009   -  147

Okragly spektakl

            Nie udalo sie przez 20 lat przekonac Polaków, by propagandowa inscenizacje z 1989 roku o nazwie "Okragly Stól" przyjeli jako symbol przelomowych wydarzen, które zapoczatkowaly budowe nowej, wspólnej, wolnej i demokratycznej Polski. Nawet Lech Walesa szukajacy w poplochu miejsca w zblizajacym sie nieuchronnie przesileniu, zaczyna umywac rece od udzialu w "zgnilym kompromisie" sprzed lat, który zwykl dotad charakteryzowac jako mistrzowski manewr. W ankietach socjologów, które mówia wiecej o stanie ich wlasnych rozterek, niz o odczuciach opinii publicznej, takze rysuje sie tendencja do coraz bardziej powszechnej oceny spektaklu, jako wyrezyserowanego zabiegu komunistów, pragnacych zachowac uprzywilejowane pozycje i miekko wyladowac w nowych czasach.

            Mimo fiaska dotychczasowej propagandy na temat wagi "Okraglego Stolu", wysilki nadal trwaja, ale nie wróza sukcesu. Bo jakiz skutek moze miec wielokrotne powtarzanie w  telewizyjnych migawkach owego beznadziejnie naiwnego westchnienia ulgi Joanny Szczepkowskiej o skonczeniu sie komunizmu, które nie wiadomo z jakiej racji przypisano do rocznicy wydarzen tak dzisiaj lubianych glównie przez komunistów. To westchnienie kamery telewizyjne utrwalily po wyborach 4 czerwca 1989, a wiec w czasie, gdy Naród perfekcyjnie wykorzystal mozliwosc wypowiedzenia swojego zdania i praktycznie jednomyslnie uniewaznil "zgnily kompromis" zawarty pomiedzy komunistami sprawujacymi wladze i ich dawnymi towarzyszami, którzy weszli w role tzw. "konstruktywnej opozycji".

            Naród uniewaznil, ale uzurpatorzy zlekcewazyli ten gest i rozpoczeli wspólnie z wlascicielami PRL przejmowanie wszystkich srodków kontroli procesu transformacji na kolejne 20 lat, które wlasnie teraz minely w rocznicowej farsie wypelniajacej caly przekaz telewizyjny ostatnich dni.

            Ze zloscia patrze na rozpartych w fotelach dyskutantów, którym do szczescia brakuje jedynie glosnego aplauzu widowni zmaltretowanej jawnym obrazem dokonanego oszustwa. Ze zloscia patrze na komunistycznych lajdaków plawiacych sie w bezkarnosci i wyraznie nie przygotowanych jeszcze do szykujacej sie kleski, do opadniecia kurtyny klamstwa i kontaktu z mieczem sprawiedliwosci, na który tak bardzo zasluzyli. Z pogarda natomiast patrze na czolówke uzurpatorów, którym stan wojenny utorowal droge do wejscia w zawlaszczona bezprawnie role reprezentantów Narodu. Widze Walese, Mazowieckiego, Michnika, Frasyniuka, Celinskiego, Onyszkiewicza, Komorowskiego, a w tle wiele innych ponurych postaci, takich jak kunktatorzy Tygodnika Powszechnego, a wsród nich jakze liczne grono nie majacych wtedy nic do powiedzenia pragmatyków dobrej woli i snujace sie zle duchy Kuronia i Geremka. Znalismy te wszystkie nazwiska i przyjmowalismy z pokora ich obecnosc w zrywie Solidarnosci, ale dopiero z biegiem lat poznalismy ich prawdziwe zamiary i sprytnie wówczas zalozone maski. Zastanawiam sie dzisiaj, jak straszliwie nie komfortowa sytuacje, jakie wrecz meki musial cierpiec Michnik, Celinski, czy Frasyniuk, gdy dziejowa koniecznosc zmuszala ich do trudnego maskowania swojej najglebszej niecheci do otaczajacego ich w latach 1980/81 i pózniej w stanie wojennym, powszechnej atmosfery patriotyzmu, wznioslych mysli o Ojczyznie, manifestowanej wiary w Boga i wiernosci Kosciolowi. Teraz oni wszyscy, bez potrzeby kamuflazu, siedza jeszcze raz wspólnie ze starymi towarzyszami przy goracych okraglo-stolowych wzruszeniach rocznicowych, marzac o legalizacji tych wzruszen w powszechnym narodowym zachwycie.

            Przygladajac sie tym wszystkim rocznicowym debatom, raz po raz lapie sam siebie na reakcjach, które mnie samego niepokoja. Otóz drazni mnie, ze ludzie ci uzywaja formy "my", "nasze", "nas", jakby na sile wciagajac Naród we wspóludzial, a tym samym w akceptacje dzisiejszego stanu polskich spraw i calkiem karykaturalnie ustawionej hierarchii spolecznej, w której niegodziwcy zajmuja najwyzsze pozycje. Niepokoi mnie ta moja zlosc, bo laczy sie ona z trudnoscia uznania tych ludzi za czesc Narodu, gdy postepuja jak skrajnie obcy,  wrecz wrogowie i nie wiadomo jak liczne sa ich zastepy. Irytuja mnie tez mlodzi ludzie, którzy bez cienia zazenowania wystepuja w róznych telewizjach ze swoimi glupimi komentarzami i interpretacjami wydarzen Okraglego Stolu, jakby nie wiedzieli, ze mówia do swiadków historii, których rozeznanie i doswiadczenia sa o wiele bogatsze, prawdziwsze i bezposrednie. Ci mlodzi ludzie to skutek edukacji w minionym dwudziestoleciu, w której uksztaltowano nowy typ czlowieka - madrali bez kompleksów, bez zahamowan, bez potrzeby poszukiwania prawdy - glosni, bezczelni i przekonani o swojej racji tylko dlatego, ze ktos dal im do reki pióro, mikrofon, czy wpuscil przed kamery telewizyjne.

 

            W dzisiejszych okraglo-stolowych publicznych retrospekcjach pojawiaja sie tez elementy, które az prosza sie o komentarze. Poprzedze je pewna, moim zdaniem, bardzo wazna uwaga o szczególnej wadze telewizyjnych materialów archiwalnych, które w niektórych przypadkach maja wieksza wartosc dokumentalna, niz niejeden dokument przechowywany w archiwach IPN. Nie wiem, w jakim dzisiaj stanie sa te archiwa TVP, ale uwazam, ze wszystkie materialy informacyjno-publicystyczne powinny byc pieczolowicie uporzadkowane i zachowane w specjalnym dziale archiwum IPN, aby zabezpieczyc przed zniszczeniem to szczególnie cenne zródlo historycznej informacji. Ile prawdy wniesiono by w zycie polityczne, gdyby mozna bylo wizualnie przypomniec pelne wypowiedzi polityków, dziennikarzy i publicystów w róznych momentach, gdy wazyly sie losy rozstrzygniec decydujacych o losach Polski. Niektóre migawki tkwia jeszcze w pamieci nielicznych ludzi, którzy przykladali szczególna wage do rozpoznawania zachodzacych zjawisk, ale nawet w tych przypadkach pelny obraz musial sie nieco zatrzec, pozostala swiadomosc, ze wazne i warte przypomnienia wydarzenie mialo miejsce.

            W zwiazku z Okraglym Stolem pamietam dwa istotne telewizyjne wydarzenia, które zapowiadaly zlowrogi bieg wypadków. Pierwsze z tych wydarzen mialo miejsce chyba jeszcze w roku 1988 i bylo bezposrednia transmisja ze spotkania vice-premiera Wilczka z partyjnym aktywem robotniczym zakladów Ursus. Wilczek mówil wprost, bez owijania w bawelne, a byl to jeden z tych momentów, gdy warto bylo przysluchiwac sie temu, co mówia komunisci. Mówil, ze nadchodza nowe czasy, wszystko sie zmienia, koniec z ideologia, zaczyna sie normalny gospodarczy kapitalizm, w którym ludzie beda sie bogacic....i zwrócil sie do owego aktywu: "...to wy, towarzysze, macie sie bogacic!". To zabrzmialo tak zlowieszczo, tak jasno definiowalo scenariusz przyszlosci, ze zapamietalem te chwile i zawsze do niej wracalem w myslach, gdy uwlaszczenie nomenklatury odslanialo sie w kolejnych seriach dokonanych faktów. Okragly stól byl fragmentem realizowanego juz pelna para scenariusza przemian, który potrzebowal politycznego bufora ludzi Solidarnosci, aby oslaniac kradziez majatku narodowego i zdobywanie dominujacej pozycji komunistów w nowych warunkach ostrego i bezwzglednego kapitalizmu. Nie ma zadnej watpliwosci, ze ograniczone grono uczestników tego spektaklu ze strony nazwanej umownie opozycyjna, bylo w pelni swiadome uczestnictwa w takim zdradzieckim wobec Narodu planie.

            Drugie wydarzenie zwiazane jest z mecenasem W.Sila-Nowickim, o którego dramatycznym i ocenzurowanym wystapieniu zmuszajacym do uczczenia minuta ciszy zamordowanych Ksiezy Niedzielaka i Suchowolca, dowiedzielismy sie dopiero kilka dni temu. Dowiedzielismy sie zarazem, ze istniala dlugotrwala tajemnicza zmowa milczenia o zaistnieniu takiego wydarzenia, mimo ze zastosowana cenzura musiala zwrócic uwage wielu uczestników, zwlaszcza, ze wsród zmuszonych do uczczenia zamordowanych byli pewnie takze dysponenci mordu. Nie wiem, kto jeszcze dzisiaj pamieta, ze mec. Sila-Nowicki mial jeszcze jedno wazne i znacznie dluzsze wystapienie, które wyglosil w ostatnim dniu Okraglego Stolu. Nikt tego wystapienia dzisiaj nie przypomina, choc bylo prorocze. Nagralem te mowe, bo intuicyjnie czulem, ze bedzie miala znaczenie historyczne, choc  wciaz niestety nie moge odnalezc tej tasmy video w swoim archiwum. Mecenas podsumowal Okragly Stól, jako uzgodnienia wladzy z nie reprezentatywna czescia opozycji i ostrzegl przed dalszym rozwojem sytuacji, który moze byc wielkim rozczarowaniem. Zabrzmialo to jak zgrzyt w powszechnej euforii uczestników, która tak podstepnie aranzowali i pompowali Geremek i Reykowski w codziennych relacjach z obrad.

            Warto przy okazji powrócic do reakcji Kiszczaka i Jaruzelskiego na przypomnienie dwóch morderstw ksiezy. Ten pierwszy uznal sprawe za "glupstwo", jakby chcial zwrócic uwage, ze wobec wielkiej liczby ofiar, które ma na sumieniu, dwóch ksiezy to szczegól, do którego nie warto wracac. Drugi natomiast odwolal sie do tej samej linii obrony, która zastosowal w przypadku morderstwa Ksiedza Jerzego Popieluszki. Prostolinijnie odwolal sie do "zelaznej logiki", z której rzekomo wynika, ze byl to zbrodniczy czyn skierowany, jako prowokacja przeciw jego linii politycznej, a wiec sam jest poza podejrzeniem. Prawdziwie zelazna logika kaze jednak rozwazyc dalszy bieg wypadków i zachowanie Jaruzelskiego. Gdyby te morderstwa byly prowokacjami wobec Jaruzelskiego, które spalily na panewce, zadbalby on sam o ujawnienie i obezwladnienie sprawców tych prowokacji. Farsa sterowanego procesu morderców ks. Popieluszki, w którym chroniono prawdziwych dysponentów i klasycznie ograniczane sledztwa, w których tuszowano prawde o innych morderstwach ksiezy, w sposób oczywisty wykluczaja wole Jaruzelskiego dojscia do prawdy, która uwolnilaby go od oskarzen. We wszystkich tych przypadkach Jaruzelski mial nieograniczone mozliwosci, by dojsc do prawdy i niechybnie by tak uczynil, gdyby nie byl odpowiedzialny za zbrodnie.

            Wreszcie, powracajac do serwowanych w mediach wspomnien o Okraglym Stole, przesuwaja sie obrazy charakterystycznej pary - "romantycznego"A.Michnika i odpychajacego J.Urbana. Komentarz bylby dosc nudny, ale dziwia mnie tylko ich wieczne i uporczywe zabiegi , by budzic w Polakach niechec do Zydów i demonstrowac swoja obcosc.

            Trudno tez komentowac kolejne histeryczne zapewnienia T.Mazowieckiego, który od wielu lat halasliwie przekonuje, ze przy okraglym stole nie bylo spisku, gdy te sama opinie wypowiada znacznie spokojniej i calkiem niepotrzebnie sam Prezydent Lech Kaczynski. Latwo mi uwierzyc, ze Lech Kaczynski nie bral udzialu w spisku, ale tez spisek dotyczacy tak zasadniczych spraw nie polega na spisywaniu umowy pomiedzy jego uczestnikami. Spisek zarysowuje linie ustalen, która gwarantowana jest wspólnota interesów, a to wszystko ustalono w waskim gronie, reszta sie po prostu mogla domyslic i podporzadkowac, lub nie - chyba, ze nie chcieli sie domyslac.

 

            "Pacta sunt servanda" powiedzial Geremek po wyborze Jaruzelskiego na Urzad Prezydenta, a te "pacta" ani w czasie obrad, ani w czasie wyborów czerwcowych, ani nigdy potem nie byly ujawnione - pozostala tylko ta wypowiedz Geremka, jako nieostrozne ujawnienie malego fragmentu spisku.

Uwaga: Wszelkie komentarze dot. "Zapisków" prosimy zamieszczac na Forum portalu Ojczyzna.pl

 

3 lutego 2009   -  146

Polityczne wizerunki  i piekielne podchody,

            Wydarzenia faluja z coraz wieksza czestoscia i z rosnaca amplituda - niewatpliwie zblizamy sie do kolejnego przesilenia w naszej Ojczyznie. Politycy zaczynaja przykladac coraz wiecej uwagi do wlasnego wizerunku w perspektywie nadchodzacych trudnych i niepewnych rozstrzygniec wyborczych.

            Wizerunek polityków Platformy Obywatelskiej, a zwlaszcza tych pelniacych funkcje rzadowe i parlamentarne rysuje sie niejako automatycznie przez aktualny stan polskich spraw, gdy sypiace sie po kolei wczesniejsze zapowiedzi trzeba medialnie wygladzac klopotliwa ucieczka w totalne  klamstwo. Rzeczywiscie, dialektyka jest trudna sztuka, ale medialne manewry Chlebowskiego, niezborne i glupie dywagacje Komorowskiego, czy iscie diaboliczne przyplywy szalu Niesiolowskiego, nie maja w sobie zadnego wyrafinowania, sa potokami nic nieznaczacych slów, lamiacymi poczucie estetyki, raniacymi szacunek dla prawdy i budujacymi wizerunek ludzi, którzy mówia bez jakichkolwiek hamulców, bo wciaz jeszcze siedza na bagnetach.

            Gdy przylozymy nasz wzrok do binokularu fotoplastikonu i przesuniemy przed oczami galerie postaci rzadzacych dzisiaj naszym blisko 40-milionowym Narodem, czlowiek  wzdraga sie przed zatrzymaniem w kadrze chocby na chwile któregokolwiek z ministrów. Zdawalo sie, ze znikniecie charakterystycznie upiornej twarzy poprzedniego ministra sprawiedliwosci oczysci nieco krajobraz, ale to przeciez nie o taki doslowny wizerunek chodzi, gdy dominuja wrazenia zwiazane z narzucajacymi sie skojarzeniami. Czego mozna wypatrywac w twarzy minister edukacji, gdy wie sie, ze Komisja Edukacji Narodowej przewraca sie w grobach patrzac na rujnowanie wielkiego dziela wychowania obywateli Rzeczypospolitej?  Czy warto poszukiwac meznosci i oparcia w ministrze obrony, gdy z kazdego spojrzenia, zawahania i niepewnosci bija kompleksy niespelnionego psychiatry? Czy mozna czuc sie zdrowo poszukujac bezskutecznie w unikajacych prostego spojrzenia oczach minister zdrowia, chocby sladów dobrych intencji, których nie da sie wydobyc z pokladów nieufnosci nalozonych na nia przez partyjna kolezanke od krecenia lodów? Czy tajemniczo pelzajace usmieszki ministra spraw wewnetrznych nie sygnalizuja jakiegos zdziwienia, ze mistyfikacja tak dlugo sie udaje, a toporne poczucie humoru specjalisty od dorzynania watah nie budza wspomnien o innych ludziach siegajacych po najwyzsze stanowiska w Polsce, mimo klopotów z identyfikacja, gdzie lokowac swoja lojalnosc?  Czy w koncu warto dalej przegladac te galerie, wiedzac, ze na jej koncu pojawi sie przywódca, którego samo zaistnienie w polityce polskiej jest jedna wielka mistyfikacja, a kazda wypowiedz wskazuje na tony arogancji nabytej w trwaniu 20-letniej bezkarnosci i bezprzykladnego lenistwa, które uchronilo go od wchloniecia szczypty kindersztuby wymaganej dla reprezentowania majestatu panstwa ?

            Niech ten wizerunek ludzi platformy utrwala sie w umyslach wyborców, jako skuteczne antidotum na wysilki róznych Mistewiczów, formujacych od wielu lat ksztalt wyników wyborczych. 

            Sa i inni budowniczowie wlasnych wizerunków, ale czy warto skupiac jakakolwiek uwage na tak pieknie dzisiaj rozproszonej mafii postkomunistycznych tuzów, gdy kazde ich wypowiedziane slowo tlumione jest tym niezapomnianym brzeczeniem prawdy z tasm Gudzowatego, która trzeba mimo wszystko wciaz utrwalac powtarzaniem w pamieci tamtych jednoznacznych slów: "Oni wszyscy maja Polske w d...."

            Jednym z ciekawszych natomiast zjawisk jest dynamika zmian wizerunków ludzi, którzy odeszli, lub zostali odsunieci od PiS. Narzuca sie tutaj sylwetka K.Marcinkiewicza, którego zapalczywy ekshibicjonizm wprowadzil w oslupienie wielu ludzi, zwlaszcza tych, którzy raczej powierzchownie sledza polityczna scene. Kilka moich o wiele wczesniejszych zapisków oceniajacych tego polityka dowodzi, ze nigdy nie dalem sie zwiesc manipulacjom medialnym, które wraz z towarzyszacymi manipulacjami sondazowymi tak skutecznie i sztucznie wypromowaly tego nedznego, plytkiego i nieuczciwego polityka. Jednak takze ja czuje sie zaskoczony ta demonstracja braku zdolnosci do samooceny i pelna utrata kontroli wlasnych czynów przez czlowieka, który obracal sie w najwyzszych kregach panstwowych.

            Wizerunek L.Dorna tez zmienil sie w zastraszajacym tempie. Jeszcze niedawno super-inteligent, ogarniajacy podobno wnikliwym umyslem zakamarki rzeczywistosci politycznej i dajacy wytchnienie swoim myslom wedrówkami w strone poezji. Dzisiaj pochloniety wlasnym zgorzknieniem, tracacy kontakt z rzeczywistoscia , osuwa sie w "bambosze" i staje sie "niewyksztalciuchem", by nie pograzac go calkiem w klasyfikacjach, które sam wprowadzil do jezyka polityki. Obraz innych bylych czlonków PiS takze niesie te zlowroga charakterystyke, która w dziwnie regularnej prawidlowosci umiejscawia ich w szeregu najbardziej zacieklych wrogów swej dawnej partii. Dotyczy to takze ludzi bezbarwnie wtopionych w inne grona uczestniczace we wspólnym "trzymaniu rak na anty-polskim pokladzie" - zapomniany juz Mezydlo, Ujazdowski, Sellin, czy Zalewski, którym zapewne blizej do J. Kaczmarka, niz do J.Kaczynskiego, bo pozostalo tylko przywiazanie do inicjalów.

             Wreszcie to, o co chodzi najbardziej, o czym tak glosno, co zawladnelo politycznym oddechem przed Kongresem PiS - chodzi o tzw. nowy wizerunek PiS i o nowa twarz samego Jaroslawa Kaczynskiego. Nie wiem, czy ktos zebral, podsumowal, lub chocby podliczyl publicystyczno-dziennikarska twórczosc poswiecona temu zagadnieniu. Rozpisywali sie na dlugo przed kongresem prawie wszyscy, a zdolniejsi i rzekomo przyjazni dla PiS publicysci wlozyli wiele emocji w udokumentowanie prognoz o rychlym koncu Presesa PiS i o zmarnowanych szansach. Skrajnie przyjazny T.Sakiewicz laskawie dwukrotnie podal reke przywódcy PiS sugerujac niezbedny, ale jakze glupi powrót do koncepcji  POPiS. Rozpisywali sie tez ukryci i jawni przeciwnicy, którzy przepelnieni zyczliwa potrzeba doradztwa, snuli dziesiatki pomyslów na to, co J.Kaczynski ma zrobic, by ratowac polityczna przyszlosc swojej partii. Najczestszym pomyslem oczywiscie byla rada, by Prezesa zastapil ktos inny.

            Nastal Kongres PiS i z ulga zobaczylem ten zapowiadany i publicystycznie rozpracowany nowy wizerunek. Wysluchalem obu przemówien J. Kaczynskiego na forum Kongresu i jednego wykladu na sympozjum "Polski rachunek sumienia- 1989-2009". Odetchnalem z ulga, bo zrozumialem, ze rzeczywisty wizerunek Prezesa bedzie taki jak dawniej, ze nie zmienil ani na jote swoich pogladów, ze jedyna zmiana polega na jeszcze dojrzalszym rozumieniu swoich celów politycznych i na jeszcze bardziej klarownej wizji Polski. Jesli cos sie zmieni, to tylko wtedy, gdy ludzie mediów rzetelnie przekaza odbiorcom prawdziwy wizerunek partii i jej prezesa - wtedy bedzie to nowy wizerunek medialny tylko dlatego, ze po raz pierwszy bedzie to wizerunek zgodny z rzeczywistoscia. Przypuszczam, ze ze swej strony J.Kaczynski moze zmienic troche jezyk publicznych wypowiedzi, jesli tak wymuszona rezygnacja z jasnosci nie zdeformuje prawdy. Byloby jednak czyms niewlasciwym, gdyby ktos w reakcji na seanse Niesiolowskiego odpowiadal: "Szanowny panie Posle, pozwole sie nie zgodzic z pana oskarzeniami, w których swa powszechnie znana kulture osobista i delikatnosc stara sie pan przykryc nieco dosadnym jezykiem, aby zarzutom nadac wieksza jasnosc". Z latwoscia natomiast moze obiecac, ze L.Dorn juz nie bedzie obrazal nikogo w imieniu PiS, a jesli ponownie wprowadzi  psa do Sejmu, to zrobi to wylacznie na wlasny rachunek.

            Po Kongresie PiS jestem spokojny o dalszy rozwój sceny politycznej w Polsce. Uwazam, ze ani w partii PiS, ani nigdzie indziej, dokad mój wzrok siega, nie ma polityków z klasy Jaroslawa Kaczynskiego. Jego wizja Polski zdaje sie byc oparta na najglebszych przemysleniach, jego doswiadczenie polityczne jest zapowiedzia dalszej skutecznosci, a przywództwo jest calkowicie naturalne i naturalnie akceptowane.

            To moje przekonanie jest autentyczne i nie jest niczym wymuszone. Dostrzegam wszakze tez rózne wady i niedoskonalosci, ale nie zatrzymuje sie na nich, bo przez nie Prezes jawi sie jako bardziej naturalny, omylny czlowiek; z drugiej strony sam nie moge byc do konca pewien swoich racji. Wazne jest, ze w porównaniu z 2005 rokiem otoczenie czolówki PiS jest juz w znacznej mierze odchwaszczone, a mozna przypuszczac, ze proces krystalizacji ideowej PiS wciaz jeszcze trwa i wiele nowych, nieznanych dzisiaj ludzi zasili szeregi partii, gdy realizacja wizji Polski wejdzie w decydujaca faze. Beda tez kolejni, którzy opuszcza szeregi, bo kandydatów sklonnych do pójscia inna droga juz widac. Pani Kluzik_Rostkowska zdaje sie rozpatrywac taka mozliwosc ukazujac cechy infantylnej progresistki, która latwo moze sie zagubic, gdy bedzie "z lewej strony obchodzic J.Gowina" w cywilizacyjnym starciu o "in vitro".

            Mimo oczekiwanych dalszych wstrzasów jestem wiec spokojny o tak dlugo pozadane klarowanie sie sceny politycznej. Jestem natomiast o wiele mniej spokojny o piekielne podchody, które w ostatnim czasie ujawniaja sie w szczególnej i wielostronnej koncentracji ataków na Kosciól Katolicki. Te piekielne podchody zdaja sie obejmowac coraz wieksze sily uderzajace na wielu róznorodnych frontach. W niespotykane wczesniej ataki na Ojca Swietego Benedykta XVI zaczynaja sie bezwstydnie angazowac srodowiska zydowskie, a  obok  Pani Kanclerz Niemiec wlaczaja sie tez marszalkowie  Sejmu i Senatu RP i beztrosko ignoruja tak skwapliwie dotychczas wykorzystywany rozdzial Kosciola od panstwa. Wyrafinowana antykoscielna polityka TVN, Tygodnika Powszechnego i manipulacje KAI trwaja bez przerwy, ale zastanawia zbieznosc tych wszystkich aktów uderzania w Kosciól Katolicki z uzurpatorskimi eksplozjami lustracyjnych oskarzen ks. Isakowicza-Zaleskiego. To, co sie ostatnio dzieje wokól wzmozonej akcji samo-mianowanego lustratora Kosciola wymaga glebszej analizy, bo uwiklanie prawdy w tych wydarzeniach jest szczególne i wielu ludzi zdaje sie zbyt latwo ulegac wierze w dobre intencje przesladowanego kiedys kaplana. Czekajac na rozwój sytuacji zwróce jedynie uwage na niewatpliwy paradoks, który sie uwidacznia. W trosce o prawde i dobro Kosciola niektórzy ludzie uznaja, ze ks. I.-Z. zalezy na tym dobru o wiele bardziej niz prawie wszystkim innym ksiezom, biskupom, arcybiskupom i kardynalom w Polsce. To rzeczywiscie smiale zalozenie, prawie na miare zaczynu dla puryfikacji totalnej, takiej o której marza upadle anioly. Wcale nie jest dziwne, ze walka z Kosciolem ma swoje wazne fronty w Polsce, ale tez nie jest dziwne, ze czeka nas kolejna, byc moze najwazniejsza próba.

Uwaga: Wszelkie komentarze dot. "Zapisków" prosimy zamieszczac na Forum portalu Ojczyzna.pl

 

 

14 stycznia 2009   -  145

    Czy Wy Panowie czasem siebie ogladacie i sluchacie?

 

Na internetowej stronie PiS przeczytalem wywiad, jaki przeprowadzil red. Michal Karnowski z poslem Jackiem Kurskim. W koncówce tego wywiadu padlo zasadnicze pytanie:

M.K.: Czy zostanie odwolany bojkot telewizji TVN?

J.K.: Nie jestem upowazniony do skladania jakichkolwiek oswiadczen. Wiadomo, ze w zyciu nic nie moze wiecznie trwac. Z pewnoscia, gdy TVN da gwarancje, ze skonczy sie maniera, ze w momencie, gdy zapraszany jest pisowiec, to doklada sie dwóch lub trzech polityków wrogich i jeszcze dziennikarz jest przeciwko niemu, przeszkody znikna. Wtedy jestem przekonany, ze to sie stanie.

M.K.: Ten moment zakonczenia bojkotu jest blisko?

J.K.: Mysle, ze mozna oczekiwac po kongresie stanowiska Jaroslawa Kaczynskiego w tej sprawie. Moge sie tylko domyslac i spekulowac, ze jesli mialoby dojsc do porozumienia z TVN, to po ogloszeniu nowego PiS na kongresie.

Wiem, ze Jacek Kurski nalezy do tych kilku poslów PiS, którzy z niechecia podporzadkowuja sie decyzji partii o bojkocie TVN i bardzo cierpia z powodu ograniczenia mozliwosci oddawania sie ulubionemu zajeciu, jakim jest wystepowanie w blasku kamer w bezposrednich starciach na publicznej arenie. Niewatpliwie poslowie ci czuja sie bardzo pewnie w dysputach publicznych, sa cenieni za celne riposty, podziwiani za swade, za odpornosc na zaczepki przeciwników i sa dostatecznie przebojowi, by nie dac sie calkiem zagluszyc i spacyfikowac. Tak sa oceniani z zewnatrz i z takim przekonaniem zwykli opuszczac jedno studio telewizyjne, by szybko przeniesc sie do kolejnego studia i powtórzyc ten sam spektakl w nieco zmienionym towarzystwie, w nowych okolicznosciach i z doswiadczeniem wyniesionym z poprzedniego wystepu. Sa z siebie zadowoleni, przekonani o pozytkach jakie wniesli w promocje wlasnej partii, w debate publiczna, a w koncu i w to, co najwazniejsze, w autentyczna walke o polskie sprawy - bo ta walka wymaga przeciez cierpliwosci, poswiecenia, wielkiego wysilku, znoszenia upokorzen ...itd.

Czesto zastanawiam sie, czy tacy medialni poslowie PiS siegaja czasem do nagran swoich wystepów, by przyjrzec sie z zewnatrz wspóltworzonemu przez siebie spektaklowi  z pozycji widza, czy sluchacza. Czy potrafia spojrzec na to wszystko, wczuwajac sie w dramat odbiorcy, który mimo wczesniejszych rozczarowan, ponownie wlacza te sama stacje radiowa, ten sam program telewizyjny, by jeszcze raz sprawdzic, czy moze tym razem uslyszy cos, co dotyczy naprawde waznych spraw publicznych. Czy, ogladajac, lub sluchajac siebie w odtworzonym programie, politycy - aktorzy potrafia dostrzec trudnosci, jakie napotyka zwykly odbiorca, gdy próbuje zlowic jakies wazne slowa, jakis istotny przekaz, wyjasnienie czegos, czy chocby odebranie jakichs pozytywnych przykladów zachowania, formulowania mysli, czy wzorca kultury osobistej. Czy potrafia rzetelnie ocenic estetyke programów, w których biora udzial, wrazenie jakie u widza pozostaje, gdy juz znikna z ekranu? Czy wreszcie dokonuja pelnego bilansu zysków i strat wyniklych z tego udzialu - kto naprawde zyskal, a kto stracil? - jakie jest saldo w tym doraznym momencie politycznego czasu i w dalszej perspektywie, która tworzy fragment historii.

Obawiam sie, ze ci politycy tego prawie nigdy nie czynia, a jesli nawet siegaja po nagrania, to nie po to, by analizowac calosc, a jedynie, by przyjrzec sie swoim wypowiedziom pod katem potrzeby promocji wlasnego wizerunku. Ale moze przygladaja sie wystepom innych i wtedy zaczynaja dojrzewac w nich jakies refleksje.

Na przyklad próbuje wyobrazic sobie poslów J. Kurskiego, T.Cymanskiego i K.Putre, czestych bywalców programu "Kawa na lawe"  prowadzonego przez "wybitnego, bo przeciez nagrodzonego dziennikarza" B.Rymanowskiego, gdy w niedzielny poranek 11 stycznia zasiadaja w swoich domach przed telewizorem, wlaczaja pilotem stacje TVN, patrza i sluchaja, jak tym razem bez nich, toczy sie widowisko. Ogarniaja wzrokiem cale studio i widza byc moze cos, czego nie dostrzegli wczesniej na zywo z jego wnetrza. Moze ich rutynowi wspólrozmówcy wydaja sie troche inni, niz zwykle,  bardziej realistyczni, mniej zachecajacy do okazywania sztucznej komitywy "ponad podzialami". Spójrzmy na te galerie.

Oto Ryszard Kalisz - mówi duzo, zapelnia przy zblizeniach prawie caly ekran, zaklóca bez przerwy wypowiedzi innych, poucza o demokracji i wolnosci slowa, o moralnosci i etyce.  Wspiera sie mocno na kindersztubie klamstwa, która wyniósl ze swego srodowiska i zdaje sie wierzyc w sile wlasnej prawniczej sofistyki, raz po raz wpadajac w klopotliwe zapetlenia. Gdy jest zdenerwowany i nie znajduje argumentów, jego wymowa zdradza chec do przeciwstawienia sie oponentom z "calom mocom i godnosciom", by donosnym rechotem zagluszyc juz wszystko.

Jest tez Eugeniusz Klopotek, który lubi mówic o rzeczach blahych i jednoczesnie skarzy sie na mialkosc debaty. Wykazuje specyficzne poczucie humoru, polegajace na wspieraniu swoich wypowiedzi salwami wlasnego smiechu, które zawisaja w prózni  akustycznej ciszy.

Widzimy tez trzech dawnych przyjaciól z rozsypanego ZChN-u, których drogi calkowicie sie rozeszly, a kariery potoczyly sie po sinusoidach o róznych fazach. Jest Stefan Niesiolowski, który kazdym swoim wystapieniem publicznym przypomina o slusznym sprzeciwie polityków PiS, gdy powierzano mu funkcje vice marszalka Sejmu RP. Jest Michal Kaminski, z temperamentem i gadulstwem wtlaczajacym go w banalne, jalowe i niepowazne starcia, które najwyrazniej tlumia poczucie odpowiedzialnosci wynikajace z pelnionej funkcji i szkodza prestizowi Urzedu Prezydenta. Jest tez byly marszalek Sejmu Marek Jurek, który wbrew publicznym deklaracjom po odejsciu z PiS, zalozyl wlasna partie i stara sie swej dawnej partii szkodzic. "Elegancko" wykorzystuje wolne miejsce przy stole telewizji, która calym swoim jestestwem zwalcza te wartosci, o które on sam pryncypialnie zabiega. Lokuje zludne nadzieje w sile praw socjotechniki, które mu podpowiadaja, ze im wiecej go ludzi zobaczy, tym wiecej na niego zaglosuje.

 

Usiedli wiec jedni poslowie w studio, a inni parlamentarzysci -  J.Kurski, T.Cymanski i K.Putra wbili wzrok w ekran razem z licznymi telewidzami i pomysleli: O czym oni dzisiaj beda rozmawiac? Dzieje sie tyle waznych spraw.

rozwija sie dalej kryzys gospodarczo-finansowy,

trwa energetyczny konflikt gazowy,

swiat w bezradnej bezsilnosci patrzy na Blisko-Wschodni gwalt,

w Polsce przestepca skarzy ministra sprawiedliwosci i wygrywa proces,

rodzina zmaltretowana przez przestepców i sluzby panstwowe jest dalej bezkarnie maltretowana przez panstwo,

wladza sadownicza traci wiarygodnosc i staje sie bezuzyteczna,

prawnicy nie potrafia odczytac najwazniejszych ustrojowych zapisów konstytucyjnych,

euroentuzjasci domagaja sie ratyfikacji nieporównanie bardziej zlozonego traktatu lizbonskiego, z którego ci sami prawnicy moga wydedukowac wszystko,

nadludzie, stawiajacy sie w miejscu Boga chca rozpoczac seryjna, przemyslowa produkcje ludzi (wszak slychac argumenty, ze in vitro rozwiaze problemy demograficzne).

Ale "wybitny, bo nagrodzony dziennikarz", pelniacy role gospodarza, podnosi batute i zadaje temat - zaczyna sie ozywiona debata na temat kogos, kto postawil Polske na nogi, choc nie wiadomo, jak mu sie to udalo i kim jest. Czy jest komiwojazerem z seks-szopu ? Czy terminatorem z rzezni ? Czy moze satyrykiem wspólczesnego kabaretu studenckiego?

Nie !  To nowobogacki destylator, który bawi sie Polska i w komitywie z mediami, upokarza dumny blisko 40-milionowy Naród, który w bezsilnosci coraz bardziej zdaje sie zapominac o swoim dziedzictwie i powinnosciach. To nie Naród jest winny, to ci panowie w studio, którzy z entuzjazmem scieraja sie na powazne argumenty w niepowaznej sprawie.

A gdy juz Marek Jurek zaczyna intuicyjnie wyczuwac, ze cos niedobrego sie dzieje i chce przerwac spektakl, "wybitny, bo nagrodzony, dziennikarz" dolewa oliwy do gasnacego ognia i zaczyna recytowac fragmenty bloga destylatora, w których znajduje nowe  elementy mogace wzniecic dyskusje. Jednak sie nie udalo, wiec przerywa program i serwuje wyjatkowo dluga sekwencje reklam, by kazdy z uczestników dobrze sobie uswiadomil, w jakim celu zostal zaproszony do studia. Nie sadze, by Rymanowski z Palikotem chcieli budzic Naród takimi wiadrami zimnej wody, ale mimo ich woli, tak to mozna odebrac. Trzeba dotknac dna, by sie od niego odbic.

Jakie wrazenia mieliby nasi medialni poslowie, gdyby rzeczywiscie ogladali program "Kawa na lawe" w niedziele 11 stycznia 2009 ? Czy westchneliby - szkoda, ze nas tam nie bylo? Czy ktos z nich moze odetchnalby z ulga - dobrze, ze mnie tam nie bylo? A moze ktos z nich zauwazylby nawet, jak wlasciwym gestem byloby wyjscie ze studia w momencie, gdy gospodarz zaczal cytowac blog destylatora.

 

Bo dosc juz tolerancji dla medialnego upokarzania Polaków, dosc publicznego jeczenia o tym, co jest powszechnie widoczne. Teraz potrzebne sa czyny i odpowiednie gesty - bojkot zlych mediów,  ostracyzm wobec Palikotów i Niesiolowskich, milczenie w wymagajacych milczenia sytuacjach i przywolywanie do porzadku "wybitnych, bo nagrodzonych, dziennikarzy" - takiego obrotu spraw chcemy, bo dna juz dotknelismy.

Uwaga: Wszelkie komentarze dot. "Zapisków" prosimy zamieszczac na Forum portalu Ojczyzna.pl

 


 

Od redakcji:

Niniejszy tekst nie jest typowym zapiskiem Profesora, a Jego glosem w dyskusji nad nowa rola blogosfery w polskim zyciu publicznym. Dyskusja odbywa sie na stronie internetowej POLIS, gdzie mozna sledzic wszystkie wypowiedzi dyskutantów:

http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=category&layout=blog&id=18&Itemid=7

 

Rola blogosfery w polskiej rzeczywistosci medialnej

Dziwie sie, ze tak wazny temat zainicjowany przez FYM nie pociagnal lawiny tekstów wielu wytrawnych blogerów. W istocie pelen skromnosci czekalem na te wypowiedzi, ale brak cierpliwosci przewazyl nad skromnoscia i spróbuje dodac kilka wlasnych refleksji opartych raczej na zewnetrznej obserwacji, niz na bezposrednim uczestnictwie. Moje zapiski, w których nieregularnie i dosc oszczednie na portalu Ojczyzna komentuje to, co uwazam za wazne w danej chwili, nie spelniaja kryteriów blogu, bo praktycznie nie wywoluja dyskusji. Pisze je, bo wiem, ze kilka osób je czyta, a mam tez takich, którzy sie nawet dopominaja o kolejny zapisek, gdy przerwa jest zbyt dluga. Jednak doswiadczenia w prawdziwym blogowaniu mam raczej skromne.

Sadze, ze FYM ma znacznie wiecej przemyslen do przekazania, a swój tekst potraktowal jako wyzwanie inicjujace. Mysle tez, ze wypowiedz Zbyszka Labedzkiego wpisala sie dobrze w te przemyslenia, dopominajac sie o rozszerzenie pojecia blogosfery, a takze punktujac bardziej precyzyjnie prawdziwy kontekst I-ego obiegu, czyli zapasc semantyczna dla pojecia "dziennikarz". Dorzucam zatem moje uwagi, przyjmujac, ze blogosfera oznacza III obieg w internecie.

 

Refleksje na temat pozytków i zagrozen zwiazanych z blogosfera

Z pewnoscia moi koledzy po fachu, fizycy pracujacy w genewskim osrodku CERN, gdy tworzyli zreby internetu, by móc szybko sie komunikowac i przesylac dane z eksperymentów, nie przypuszczali, ze komercyjne zastosowania tak szybko i przeksztalca to narzedzie w powszechnie dostepny i imponujaco rozwiniety system. Naukowcy, jak to zwykle bywa, nie biora tantiem za takie wynalazki, ale dobrze jest pamietac, ze to, co dzieje sie równolegle i powstaje niejako na uboczu badan podstawowych, jest zwykle wystarczajacym uzasadnieniem nakladów lozonych przez spoleczenstwo na nauke. Wymiana informacji przez internet byla mozliwa juz na dlugo przed 1989 rokiem, ale jej ograniczony zakres nie mógl wtedy otworzyc nowej jakosci dla spolecznej komunikacji w przestrzeni publicznej. Dopiero powszechnosc komputerów i gwaltowny rozwój oprogramowania wyzwolily potencjal, którego pelnych skutków takze dzisiaj nie sposób przewidziec.

Bo blogosfera, jak kazde narzedzie zbudowane przez czlowieka, moze byc bardzo pozyteczna, ale moze tez przynosic nowe, nieznane wczesniej zagrozenia, a i jedno i drugie moga dotyczyc tej samej dziedziny. W interesujacym nas przypadku chodzi o dziedzine komunikacji spolecznej, w której upragnionym pozytkiem jest mozliwosc szybkiego porozumiewania sie, by wspólnie ulepszac swiat, a zagrozeniem jest latwa mozliwosc zaklócania tego procesu, lub ukierunkowania go na wrecz przeciwstawne tory.

Powstajace w lawinowym tempie fora dyskusyjne w internecie szybko ujawnily te zagrozenia, zwlaszcza w miejscach, które zyskaly uprzywilejowane pozycje w zwiazku z nieograniczonymi mozliwosciami finansowymi. To, co bylo wartosciowe i i potencjalnie pozyteczne zostalo zepchniete do pozycji niszowych, mimo wielkiego wysilku i bezgranicznego poswiecenia twórców poszczególnych portali. Jednak wysilek wielu prawdziwie patriotycznych twórców takich ograniczonych mozliwosciami przedsiewziec nie byl bezowocny, bo pozwolil wielu ludziom zaistniec w przestrzeni publicznej i wzajemnie sie odnalezc, aby spotykac sie takze w innych miejscach. W tym samym czasie potezne fora internetowe wyczerpaly juz mozliwosci medialnej dywersji, bo ujawnily swój destrukcyjny charakter dla debaty publicznej. Dzisiaj juz szanujacy sie uczestnik dyskursu publicznego nie znizy sie do umieszczania swych komentarzy na Onecie, forum GW, czy w innych portalach internetowych sprzezonych z dziennikami, tygodnikami, czy stacjami telewizyjnymi. Wypowiedzi tam zamieszczane sluza bardziej rozladowaniu wlasnych, nierzadko prymitywnych emocji i moga byc traktowane wylacznie jako wentyl bezpieczenstwa wypuszczajacy pare z kotla napiec. Mozna przy tej okazji tylko wyrazic zdziwienie z powodu razacego braku reakcji na wiele komentarzy przepuszczanych przez administratorów portali w slowie pisanym, przy jednoczesnym czepianiu sie najbardziej niewinnych slów, które pojawiaja sie w znacznie trudniejszych do kontroli warunkach na zywo w Radiu Maryja. Przejde jednak do podsumowania moich obserwacji zwiazanych z podgladaniem Salonu24, jednego z glównych osrodków blogosfery w Polsce, gdzie m.in. odnalezli sie wzajemnie zalozyciele POLIS i ludzie pretendujacy do uczestnictwa w tej nowej inicjatywie, której goraco zycze rozwoju w nowa jakosc.

Twórca tego fragmentu blogosfery, Igor Janke nie jest osoba, która charyzmatycznie przyciaga do Salonu24 - jest jednym z tych licznych mlodych ludzi, których "dziennikarska" kariera rozwinela sie w sposób charakterystyczny dla czasów po 1989 roku w Polsce. Przecietna inteligencja, niezbyt wszechstronne zainteresowania i wyksztalcenie i brak jakiegokolwiek znaczacego dorobku, ale wyrazny koniunkturalizm, brak skromnosci, gietkosc kregoslupa i wkomponowany w chec trwania na fali, sztucznie motywowany pluralizm, to cechy uprawniajace go do podjecia sie zadania. Nie mam watpliwosci, ze Salon24 dla Igora Janke to zadane mu zadanie i w przeciwienstwie do wszelkich ideowo motywowanych konkurentów, raczej zarabia na tym przedsiewzieciu, niz doplaca do niego. Te zaprogramowana linie widac wyraznie na podstawie rozwoju Salonu24, cenzorskich zabiegów i i manipulacyjnego traktowania uczestników. Nie o to wszakze chodzi, bo przedsiewziecie sie nadzwyczajnie udalo i wbrew zamierzeniom przynioslo nawet pozytki dla zyskania waznych doswiadczen. Nie byloby jednak tych waznych doswiadczen, gdyby nie uporczywy, kompetentny i konstruktywny udzial wielu wspanialych ludzi, którzy aktywnie uczestniczyli w Salonie 24, tolerujac czesto zle traktowanie, ale intuicyjnie wyczuwajac, ze to wszystko sie oplaca, ze warto. Skladajac hold tym ludziom, skróce mój wywód podsumowaniem najwazniejszych wniosków, jakie wlasnie dzieki nim wywiodlem z obserwacji Salonu24.

 

Pozytki:

  1. Ujawnienie sie (nawet, jesli nie w pelni) wielu ludzi, reprezentujacych rózne dziedziny, których poglady na zachodzace zjawiska sa wyraznie odmienne od pogladów dominujacych w przestrzeni publicznej ograniczonej medialnym monopolem. Z jednej strony zyskujemy bezposrednie potwierdzenie prawdziwosci zarzutu, ze dotychczasowa debata publiczna w Polsce jest zasadniczo ograniczona przez narzucona jednostronnosc, z drugiej strony, czytelnicy Salonu24, dostrzegajacy od dawna ten podstawowy defekt zycia publicznego, zyskali odrobine komfortu w potwierdzeniu, ze ich oglad rzeczywistosci nie jest odosobniony.

  2. Salon24 jest czesto zródlem informacji o faktach, które moga umykac nawet uwaznemu obserwatorowi wydarzen. Jest tez miejscem, w którym uzasadnienie okreslonego pogladu dostarcza nowych przekonujacych i wazkich argumentów, których istnienia moglismy wczesniej nie dostrzegac. Trafnosc argumentacji buduje respekt dla ich autorów i wzmacnia wiez z czytelnikiem potrzebna dla formowania autentycznej elity.

  3. Salon24 jest miejscem, gdzie mozna sie blizej zapoznac z sylwetkami niektórych osób reprezentujacych pogladowy monopol medialny. Niecodzienna i niewygodna dla nich sytuacja, w której musza konfrontowac swoja argumentacje z komentarzami i opiniami autorów spoza wlasnego, pozornie tylko zróznicowanego, srodowiska, daje bezposredni wglad w ich prawdziwy potencjal intelektualny, w ich zasób wiedzy, kompetencje, profesjonalizm i wewnetrzna uczciwosc. Tutaj narzucaja sie od razu wnioski plynace z tych obserwacji, które sa naturalnie moimi subiektywnymi wnioskami i dotycza nie tylko "czerwonych", czyli autorów o aktualnym statusie "dziennikarza", ale i innych harcowników przynaleznych, choc nieformalnie, do monopolu, których zestawie w porównaniu do innych uczestników Salonu24, nazwanych lapidarnie "nasi". Wnioski te sa bardzo optymistyczne i budujace: biorac sredni przekrój autorów Salonu24, "nasi" sa lepsi pod kazdym wzgledem, sa lepiej merytorycznie przygotowani, ich argumenty sa nieporównanie bardziej powazne i przekonujace, pisza lepszym, czasem wykwintnym stylem, unikaja demagogii, sa uczciwsi, bo potrafia sie wycofac i zmienic zdanie, gdy natrafia na rzetelne argumenty drugiej strony. "Czerwoni" potwierdzaja przypadkowosc karier dziennikarskich, w których jest miejsce na wypalonego intelektualnie i moralnie K.Leskiego, zapetlonego we wlasnych sidlach sofistyki W.Sadurskiego, gubiacego sie we wlasnym, sztucznie hodowanym pluralizmie L.Warzeche, bo zawsze mozna spojrzec w dól, gdzie blisko zawodowego dna tkwi J.Osiecki. Poza tym glównym nurtem jest wielu innych, których wzajemne dialogi ucza tylko jednego - tak wyglada ten swiat, który dzisiaj zdaje sie wygrywac. Nie mozna od nich oczekiwac niczego konstruktywnego, poza jednym - niech dalej daja swiadectwo o sobie, ta szczypta prawdy tez jest pozyteczna.

  4. Obserwacja Salonu24 uczy, ze nie ma szans na autentyczny dialog, moze byc tylko pokojowe wspólistnienie, z pelna swiadomoscia, ze ten pokój jest bardzo nietrwaly. Wytworzyly sie sciezki dialogu, które tworza calkowicie niezalezne enklawy w Salonie24. Ich wspólobecnosc w jednym miejscu jest pozyteczna, bo jest odzwierciedleniem pewnej istotnej prawdy o autentycznie uzasadnionych podzialach, które maja swe fundamenty w przyjmowanym odmiennym systemie wartosci. Zobrazuje to osobista dygresja. Wielokrotnie spieralem sie goraco z kolega z dawnych lat w rozmowach na tematy polityczne. Kiedys otwarcie powiedzial mi wprost: "Ja jestem Europejczykiem, mnie te sprawy bardziej interesuja niz Polska, patrze wiec na to wszystko calkiem inaczej, niz ty". To uczciwe wyznanie zalatwilo sprawe, odtad traktuje go jak Europejczyka i nie oczekuje od niego postawy patriotycznej, czy zrozumienia tych spraw, które ja uznaje za wazne. Takie ustalenie jest pozyteczne, bo rozwiewa zludzenia. Nauka plynaca z Salonu24 mówi, ze sa grupy, które moga prezentowac swoje poglady obok siebie, ale w pewnych sprawach nie warto szukac miedzy nimi porozumienia.

 

Mankamenty, zagrozenia i perspektywy:

  1. Salon24 jest przedsiewzieciem zamierzonym na opanowanie blogosfery przez te same grupy, które zmonopolizowaly media. Uczestnictwo w nim sprzyja wiec realizacji tego zamierzenia, bo zwieksza atrakcyjnosc i pozoruje wiarygodnosc dla czytelników nie zdajacych sobie sprawy z takiego celu. Te cene uczestnictwa warto jednak bylo zaplacic, bo w miedzyczasie wartosciowi autorzy stali sie rozpoznawalni i moga odniesc sukces w tworzeniu wlasnych przedsiewziec medialnych, zwlaszcza w blogosferze. Dzisiaj zaczynaja sie pojawiac objawy kryzysu w Salonie24, którego decydenci prawdopodobnie doszli do wniosku, ze aktualny stan bardziej sprzyja dalszemu promowaniu niezaleznych autorów, niz przybliza do celu wlasciwego. Widzimy, zatem, próby narzucenia rygorów, które rozstrzygna losy walki o te czesc przestrzeni publicznej. Wydaje sie, ze powstanie POLIS mialo decydujace znaczenie dla podjecia tych kroków. Losy tej walki beda zalezec od zachowania sie tych wszystkich blogerów, którzy pogladami wykraczaja poza linie akceptowana przez decydentów Salonu24. Wazne jest, wypracowanie wspólnego sposobu dzialania, az po ewentualny powszechny bojkot, gdy administracja Salonu24 uniemozliwi normalne funkcjonowanie. Jesli salonowy dialog poprowadzi ze soba wylacznie tych kilku galopujacych majorów, z markami dumle, salon24 szybko rozplynie sie i odejdzie do historii.

  2. Mankamentem szczególnie trudnym do unikniecia jest nadmiar informacji, który stanowi szum medialny zaciemniajacy wazne sprawy. Tutaj pole jest szeroko otwarte dla wszechstronnej dywersji. Podczas, gdy trole sa latwo rozpoznawalne, dywersja moze byc o wiele bardziej wyrafinowana i jej istnienie trzeba zawsze wkalkulowac, a ograniczone zaufanie poddaje kazdego uczestnika ciaglym testom uwaznie obserwowanym przez ogól czytelników. Dla wielu uczestników blogosfery ilosc czasu, który moga poswiecic na sledzenie tekstów i pisanie wlasnych, jest bardzo ograniczona. Obezwladniajaca jest aktywnosc niektórych blogerów, którzy zdaja sie wiekszosc czasu spedzac przy komputerze. Dlatego nie mozna oczekiwac, ze inni ustawia sobie podobne priorytety. Tym bardziej trzeba cenic czas innych i unikac jalowych wymian o charakterze towarzyskim, lub komentarzy, które niewiele wnosza poza informacja, ze autor przeczytal watek wszczynajacy dyskusje. To nie znaczy, ze wymiana komentarzy ma byc pozbawiona charakteru rozmowy i zamienic sie w naukowa dyspute. Gdzies jednak istnieje zloty srodek i intuicja podpowiadajaca, co jest wazne, co ciekawe, co ubarwiajace, a co jest calkiem jalowe i niepotrzebne.

  3. Zagrozen jest wiele. Poczawszy od tych, które wynikaja z uzywania jezyka epitetów, falszywych oskarzen i indywidualnych nieprzemyslanych, czasem histerycznych reakcji, które tworza atmosfere zniechecajaca potencjalnie wartosciowych uczestników do udzialu w blogosferowych wymianach. Potrzebna jest duza doza tolerancji dla akceptacji róznych temperamentów, dla pewnej autentycznej, ale nie zaprogramowanej naiwnosci, dla tej szczypty zlosliwosci, która dodaje dyskusji wigoru. Potrzeba takze sporej dozy samokrytycyzmu i gotowosci do zmiany pogladu, jesli trafia sie na solidne, przekonujace argumenty. Zagrozeniem, z którego nie wszyscy zdaja sobie sprawe jest tez cos, co sprzyja traceniu wrazliwosci - pewien efekt znieczulenia na negatywne zjawiska. Czasem odnosze wrazenie, ze identyfikacja jakiegos zla, wymiana zgodnych pogladów na jego temat, wreszcie wspólny lament i narzekania, koncza sprawe, bo i tak niczego nie da sie zrobic. Wielokrotne powtarzanie takiej sekwencji w róznych sprawach, powoduje pewnego rodzaju przyzwyczajenie do tej bezsilnosci. Waznym i niezbednym elementem takich sytuacji musi byc poszukiwanie rozwiazan, rozwazanie mozliwych sposobów dzialania, a takze ewentualne podejmowanie wspólnych akcji. Jedna podstawowa potrzeba wydaje sie byc dzisiaj naglaca - chodzi o uruchomienie ciaglej debaty rozwazajacej sposoby dzialania, by osiagnac stan powszechnej mobilizacji elektoratu, który odsunie aktualnie rzadzaca ekipe od wplywu na sprawy polskie. Ten temat zasluguje na specjalny dzial inicjatywy POLIS.

Powstanie w tak wlasciwym momencie i tak dobrze zapowiadajacego sie fragmentu blogosfery, jakim jest POLIS, moze uruchomic wazne centrum narodowej debaty, które nada wlasciwy wymiar pozorowanej debacie imitowanej w mediach przez pseudo-dziennikarzy i ich decydentów. Od uczestników debaty w POLIS zalezy, czy opiniotwórcza sila oddzialywania tego srodowiska zmusi polityków do czerpania z tworzonego tutaj dorobku. Wiem, ze moje uwagi o pozytkach i zagrozeniach zwiazanych z dzialaniem w blogosferze zawieraja wiele tresci juz wczesniej rozpoznanych przez uczestników POLIS. Tym bardziej wierze w powodzenie tego przedsiewziecia.

 

Kraków 3 stycznia 2009

Rafal Broda

Uwaga: Wszelkie komentarze dot. "Zapisków" prosimy zamieszczac na Forum portalu Ojczyzna.pl


 

28 grudnia 2008   -  144

Zyczenia swiateczne i but Gowina

 

Gdyby na podstawie strumieni dobrych i cieplych slów, które plyna pomiedzy ludzmi w okresie swiat Bozego Narodzenia wnioskowac o miedzyludzkich relacjach w Polsce A .D. 2008, moglibysmy byc pewni, ze wszystko jest na dobrej drodze i wystarczy tylko znalezc ów trudny klucz slów potrzebnych do porozumienia, by rozpoczela sie budowa zrebów takiej Polski, o jakiej snily pokolenia. Jednak zbyt dlugo zyjemy i zbyt dobrze poznalismy juz ludzka nature, by wspierac swoje nadzieje na tak watpliwych przeslankach; przezylismy wszak wiele Swiat i slyszelismy wiele slów uniewaznionych nastepstwem pózniejszych czynów. Odczytujac, lub sluchajac tresci wypowiadanych prywatnie zyczen, staramy sie pielegnowac nastrój chwili, wierzymy w prawdziwosc intencji i odrzucamy wszelkie mysli o mozliwym braku szczerosci ze strony osoby skladajacej zyczenia. Zgola inaczej bywa, gdy sluchamy zyczen skladanych publicznie, przez publiczne osoby najczesciej pozbawione wiarygodnosci, a czesto znane nawet ze sprawstwa niegodziwych czynów. W tych przypadkach gladkie frazy zyczen czesto przytlaczaja falszem, a poziom obludy i hipokryzji swiadczy o pilnie odrobionych lekcjach zadanych przez Mistewiczów.

Dlatego przeczekalem swiateczny czas ograniczajac sie do zyczen prywatnych, by w tym wykwintnym miejscu publicznym dopiero dzisiaj zlozyc zyczenia Szanownym Czytelnikom moich nieregularnych i zawisajacych w milczacej prózni zapisków. Zycze Panstwu tego, czego zycze Polsce, a mianowicie, by Duch Swiety ponownie zstapil na Nasza Ziemie, by oswiecil umysly Polaków, pozwolil w czas dostrzec nadchodzace kolejne zagrozenia i pomógl znalezc najwlasciwsze sposoby obrony. Wierze, ze goraca modlitwa, która plynie obficie od wielu lat z róznych zakatków Polski i z glebi polskich dusz rozsianych po swiecie, przygotowuje caly Naród do przyjecia takiej wlasnie pomocy Opatrznosci.

 

Tak sformulowane zyczenia sklaniaja do skupienia sie na wlasciwym rozpoznaniu zagrozenia, które jawi sie dzisiaj jako najgrozniejsze, bo prowadzi do skutków o wymiarze katastrofy cywilizacyjnej - chodzi o frontalny atak na swietosc Daru Zycia przez próbe legalizacji procedury in vitro.

Dobro Daru Zycia jest ta podstawowa wartoscia, z której wywiesc mozna wszystkie elementy skladajace sie na okreslenie pelnego wymiaru Racji Stanu, a wiec tych pryncypiów, dla których obrony warto zaplacic kazda cene. Dlatego wszystko, co dotyczy Daru Zycia, nie tylko w sensie biologicznym, a bardziej jeszcze w sensie, który okresla istote Czlowieczenstwa,  musi byc chronione w szczególny sposób regulami, które sa niewzruszalne i niepodwazalne. Gdyby przeciwnikom Zycia udalo sie zalegalizowac medyczne technologie in vitro, bylby ten akt najbardziej drastycznym zlamaniem tych regul i bezposrednim uderzeniem w Dobro Daru Zycia, a w konsekwencji w Racje Stanu. Taka ocena proponowanego aktu legalizacji pozostanie niezalezna od sztucznie tworzonego kontekstu pseudo-katolickich uniesien i sofistyki argumentacyjnej, w której broni sie wartosci nizszego rzedu, by godzic sie na przekreslenie wartosci najwyzszej.

 

Nie jest rzecza zaskakujaca, ze przywództwo w tym nowym ataku na Zycie objal senator PO Jaroslaw Gowin, uchodzacy dosc powszechnie za oswieconego katolika, przedstawiciela srodowiska tzw. kosciola otwartego, które wykazalo juz wczesniej wielka skutecznosc w demontazu polskiego katolicyzmu. Istote tego srodowiska najbardziej adekwatnie i pewnie najdosadniej okreslila troska Pawla VI wyrazona slowami o swadzie szatana, który mozna wyczuc we wnetrzu Kosciola,  bo tez dzialania uderzajace w Dar Zycia sa  swadem, który nie moze miec innego zródla.

Sen. J. Gowin, z wlasciwa sobie poza, zademonstrowal troske o zycie embrionów zabijanych w trakcie przeprowadzanych "na dziko" zaplodnien in vitro i zaproponowal wybór mniejszego zla, jakim mialoby byc uregulowanie legalizujace taka procedure in vitro, w której embriony beda chronione prawem. Przyneta, która jest malo realistyczna oslona sztucznie powolanych do zycia istnien, ma obezwladnic cywilizacje milosci i dac przeciwnikom Zycia najbardziej przez nich upragniona, a jednoczesnie makabryczna zdobycz - zgode na otwarcie manufaktur, w których produkowac sie bedzie czlowieka. Jaroslaw Gowin uchylil drzwi zamknietego kosciola i wlozyl swój but, by przez szpare wnikal do jego wnetrza swad szatana, który odbierze Zyciu Czlowieka charakter Daru Stwórcy i wyposazy medyków w insygnia boskiej wladzy.

Legalizacja in vitro, bez wzgledu na okolicznosci przywolywane dla usprawiedliwienia jej akceptacji jako "mniejszego zla", bylaby jakosciowa zmiana i cywilizacyjnym skokiem w przepasc, o niewyobrazalnych konsekwencjach.  J.Gowin nie moze o tym nie wiedziec, nawet jesli doglebnie rozwazyl wszystkie przytaczane przez specjalistów zagrozenia specyficzne dla metody in vitro i uznal, ze wiazace sie z tym ryzyko mozna zaniedbac. Nie moze nie wiedziec, poniewaz rozpoznanie tego najwazniejszego zagrozenia dostepne jest dla kazdego myslacego czlowieka, który dysponuje odrobina wyobrazni. Chodzi o latwa do przewidzenia sekwencje wydarzen uruchomionych tym pierwszym krokiem, po którym procedury in vitro stana sie legalne.

Mozna przytoczyc jedno ze sprawdzonych w praktyce praw Murphy'ego -  "anything that can go wrong will go wrong", by ocenic, ze na pewno zle pójdzie sprawa, w której tak wiele rzeczy moze pójsc zle. Jesli jeszcze uzupelnic to wszystko wiedza, ze w sprawe zaangazowane beda wielkie pieniadze, konsekwencje przewidywane dotychczas jako grozna mozliwosc, nabiora charakteru skutków pewnych i to takich, które rozwina sie poza wszelka kontrola i beda nie do unikniecia.

Dosc powszechnie uznaje sie bron jadrowa za symbol najpowazniejszego zagrozenia dla swiata, ale wciaz jeszcze nie dociera do ludzi swiadomosc, ze zagrozenie zwiazane z inzynieria genetyczna jest po stokroc wieksze. Rzecz w tym, ze wytworzenie broni jadrowej wciaz jest technicznie trudne i dostep do niej jest nadzwyczajnie ograniczony i kontrolowany. Wszelkie procedury zwiazane z inzynieria genetyczna sa nieporównanie prostsze i tansze w realizacji, a zatem lawinowo sie rozprzestrzenia w dziesiatkach tysiecy laboratoriów i beda dzialac poza wszelka kontrola.

Nie trzeba snuc dalszych rozwazan - jezeli nie powstrzyma sie inicjatywy Gowina w Polsce i zaawansowanych dzialan cynicznych destruktorów cywilizacji chrzescijanskiej w swiecie, wkrótce bedziemy swiadkami przerazajacych zjawisk. Beda przemyslowo produkowani ludzie, bedzie selekcja dzieci z wlasciwosciami okreslonymi przez zapotrzebowanie klientów, wytworza sie mody na posiadanie dzieci o specyficznych cechach,  bedzie handel embrionami, wymiana "nieudanych egzemplarzy" na nowe, beda wreszcie szalenstwa klonowania, krzyzowania z róznymi gatunkami i bardzo rozpowszechni sie hodowanie ludzi na organy do transplantacji.

To cale zlo i tak juz sie zaczelo i moze sie rozwijac, ale tak jak z kazdym grzechem, kazdym zlym czynem, czy zbrodnia mozna z nim walczyc i ograniczac jego skutki. Bedzie to jednak bardzo trudne, gdy usuniemy tak podstawowa bariere jaka jest jednoznaczny sprzeciw i potepienie dla przyjmowania przez czlowieka roli kreatora zycia. Tutaj nie moze byc zadnego kompromisu i niech Senator J.Gowin wyciagnie swój but ze szpary w drzwiach, bo juz zbyt duzo swadu weszlo do wnetrza. Sytuacja jest nieporównywalna z kompromisem w tzw. ustawie antyaborcyjnej, bo tam po klarownym potepieniu zabójstwa poczetego czlowieka, uczyniono zaledwie nieznaczne ustepstwo polegajace na nie karaniu sprawcy tego zlego czynu w trzech wyjatkowych sytuacjach - nazwano rzecz po imieniu, okreslono jednoznaczna zasade i zgodzono sie na pozostawienie niektórych jednostkowych przypadków kwestii sumienia tych osób, których sprawa dotyczy. Mozna z lekka przesada powiedziec, ze zrezygnowano z prawnego przymuszenia ludzi do bohaterstwa, czy swietosci. W sprawie zaplodnienia in vitro J.Gowin chce nam wtloczyc falszywy poglad, ze mozna produkowac czlowieka, byleby ograniczyc zabijanie jego sióstr i braci.  Jest oczywiste, ze nie wolno w zadnych okolicznosciach produkowac czlowieka,  i tutaj musi zabrzmiec "non possumus".

Jakaz ulga, ze to "non possumus" zabrzmialo. Najpierw w czystym i jednoznacznym dokumencie Kongregacji Nauki i Wiary: "Dignitas personae ", a dzisiaj w Liscie Pasterskim Episkopatu Polski skierowanym do Rodzin. Juz dawno nie zetknalem sie z tak pieknie sformulowanym Listem naszych Pasterzy - piekny jezyk, piekna prostota, piekna jednoznacznosc. Moze zaczyna sie dziac cos dobrego w Polsce - trzeba sie uwaznie przygladac na zachowanie sie polityków w tej fundamentalnej sprawie.

Uwaga: Wszelkie komentarze dot. "Zapisków" prosimy zamieszczac na Forum portalu Ojczyzna.pl

 

18 grudnia 2008   -  143

Ziemkiewiczowszczyzna, lub ziemkiewiczactwo

            Artykul Rafala Ziemkiewicza - "Dlaczego nie lubimy lubic Kaczynskich" wywolal cos w rodzaju konsternacji wsród prawicowych publicystów. Z jednej strony powodem do zadumy byly tezy artykulu, w którym, nie po raz pierwszy, Ziemkiewicz uderza w Prezesa PiS Jaroslawa Kaczynskiego i proroczo skazuje go na zejscie ze sceny politycznej, z drugiej strony ze zdziwieniem i zaklopotaniem przyjeto tekst pelen wewnetrznej sprzecznosci, z trudna do wyluskania logika i brakiem spójnosci z wieloma poprzednimi tekstami tego samego RAZ-a.

            Znakomicie te rozterki sformulowali dwaj interesujacy autorzy z Salonu24 - Free Your Mind i Toyah, wywolujac dyskusje i obszerne komentarze innych bloggerów. Nie musze przywolywac tych tekstów, ani wypowiedzi dyskutantów, bo sa one latwo dostepne na naszym portalu. Zwrócily jednak moja uwage pewne uzupelnienia samych autorów, które pojawily sie w trakcie owych dyskusji. Wynika z nich, ze mimo wszystko wciaz traktuja oni R.Ziemkiewicza, jako wybitnego publicyste, który moze przyczyniac sie do prostowania sciezek polskich spraw.

            Mam juz od dosc dawna bardziej sprecyzowane spojrzenie na watpliwa przydatnosc RAZ-a dla wyjasniania problemów Polski i aktualna wolta z przytoczonym na wstepie artykulem w ogóle mnie nie zaskakuje; nawet zastanawialem sie, kiedy ona nastapi. Swoja opinie wypracowalem dzieki wysilkom zwiazanym z próba zrozumienia fenomenu UPR, bo przeciez R.Ziemkiewicz najpierw dlugo chodzil w stajni J.Korwina-Mikke, a dopiero pózniej usamodzielnil sie, gdy rozeznal, ze z Korwinem-Mikke kariery nie zrobi. Tym niemniej pozostala w nim ta nabyta w UPR latwosc chlastania slowem i krzykiem ofiary, która stawia w kacie, bo akurat w danym momencie mocne przylozenie w leb tej wlasnie ofiary pozwala utrzymac sie w masce "wybitnego publicysty".

            Ziemkiewicz dysponuje lekkoscia pióra i mial zadatki na dobrego publicyste, ale stal sie, moim zdaniem, calkowicie leniwy umyslowo, skupiony na doraznie uzytecznych tematach i nie potrafi spojrzec na wazne sprawy w szerszym horyzoncie i bez zaprogramowanego cynizmu. Najwieksza jednak jego wada jest to, ze nie pamieta mysli, które sam ujal w slowo pisane wczesniej i czesto samemu sobie zaprzecza. Dlatego od dawna nie przywiazuje zadnej wagi do jego tekstów, nawet jezeli czasem czytam je z zadowoleniem.

 

            Przed wielu laty, Rafal Ziemkiewicz, jako publicysta Gazety Polskiej, pisal felietony w cyklu zatytulowanym "Zero zdziwien". Czesto te felietony mnie irytowaly, bo zawsze sprzyjaly tym wszystkim zjawiskom, które byly dla Polski niezwykle szkodliwe. To sprzyjanie zwykle polegalo na wylewaniu kubla pomyj na wszystkich kwestionujacych te posuniecia, a argumentacja polegala na obdarowywaniu wybranych ofiar epitetami, dokladnie polegala na tym samym, co pózniej wygarnal Minikowszczyznie. Kiedys sie zdenerwowalem i napisalem mój polemiczny felieton, który byl drukowany w tyg. Nasza Polska.

            To kiedys, to byl rok 1998, ale zagladajac do tego tekstu stwierdzilem, ze jest on dzisiaj dalej aktualny, choc w Polsce inne sprawy sie wtedy dzialy. Zamieszczam ten artykul, bo poza tym wszystkim, co dopelnia sylwetke "wybitnego publicysty", niesie on dosc istotne przeslanie na dzisiaj. Mianowicie:

            Te problemy, z którymi sie dzisiaj Polska boryka, maja swoje zródlo w wielu wczesniejszych latach, w których zadecydowano i wykonano bolesne operacje ekonomicznego ubezwlasnowolnienia Narodu. Pamietajmy nie tylko o tych, którzy podejmowali zle decyzje, pamietajmy takze o tych, którzy tworzyli publicystyczna oslone dla tych dzialan.

Oto ten tekst z roku 1998:

 

Zero argumentów

         Stefan Kisielewski mógl bez wahania spiac swoje pisane przez wiele lat felietony, by wydac je w jednej ksiazce - wiedzial, ze w niektórych mógl mylic sie ze swoimi ocenami, ale byl pewien, ze zadnego z nich nie musi sie wstydzic. Niewielu publicystów zajmujacych sie polityka mogloby postapic podobnie. Nie wierze by pan Rafal Ziemkiewicz mógl tak w przyszlosci uczynic;  sadze, ze zawaha sie czy umieszczac w swoim zbiorze felietony z cyklu "zero zdziwien", które pisze w ostatnim okresie. Zawaha sie tym bardziej, ze zna przeciez to minimum, którego oczekuja czytelnicy, skoro w swiatecznym wydaniu Gazety Polskiej (23.12.98) pisze: "...Uczciwosc wobec czytelnika, który placi za gazete i wobec którego winien jestem naprezenia intelektu....".

            Trudno dociec co p.Ziemkiewicz naprezal w czasie pisania tych felietonów, z cala pewnoscia nie byl to intelekt - do pisania inwektyw wystarczy naprezyc rdzen nadnerczy, by wydzielil troche adrenaliny. Zastanawialem sie kilka razy, czy warto podjac polemike, ale stwierdzilem, ze tego sie po prostu nie da zrobic. Nie da sie zrobic, bo nie ma najmniejszego punktu zaczepienia - "zeru zdziwien" towarzyszy calkowite zero argumentów. Zupelnie niezrozumiala jest rozpacz p.R.Ziemkiewicza wyplywajaca rzekomo z faktu, ze jego "demaskatorzy" - "...nie wdaja sie w spory, nawet nie rozwazaja, bodaj nawet nie zauwazaja argumentów...". Na milosc boska !  Gdzie sa te argumenty?  Czy ten zbiór obrazliwych slów, plugawych skojarzen i zwyklego belkotu jest jakims szczególnym kodem, w którym zaszyfrowana jest mysl warta polemiki ? Niechze zatem R.Ziemkiewicz rozkoduje ten szyfr, niech "wypelni kupon Toto-Lotka" by potencjalnym polemistom dac szanse. Moze wreszcie  prostym, jasnym tekstem wytlumaczy to wszystko, co jego zdaniem niepotrzebnie gnebi ludzi, z którymi sie tak zywiolowo nie zgadza.

Niech jednak nie tlumaczy rzeczy oczywistych dla kazdego, niech nie rozwiewa obaw tam, gdzie ich w ogóle nie ma. Niech nie przekonuje, ze nie nalezy sie bac kapitalu zagranicznego, ale niech poda argumenty wykazujace, ze dla Polski, dla Polaków jest korzystne, by wiekszosc banków, zakladów produkcyjnych, przedsiebiorstw handlowych, srodków masowego przekazu byla pod kontrola kapitalu zagranicznego. Niech wykaze na czym polega donioslosc hasla J.Lewandowskiego, ze "..Polacy moga zyc z pracy, a nie z wlasnosci.." Niech merytorycznymi argumentami rozwieje obawy o wlasnosc ziemi w Polsce.

Niech pokaze, ze dla Polski dobrym interesem jest polityka podatkowa, w której zagraniczni wlasciciele supermarketów nie placa podatków od nieruchomosci, a polscy kupcy, czy rzemieslnicy ledwo wytrzymuja pod ciezarem tych oplat.  Ze dobrze funkcjonujacy zaklad (Tormies) nie powinien byc wlasnoscia spólki pracowniczej, która wykazala znakomita gospodarnosc z wielostronna korzyscia dla panstwa, a powinna przejsc na wlasnosc innych, którzy zlikwiduja ja zgarniajac nie wypracowany przez siebie zysk. Ze perspektywiczna zyla zlota dla Polski - Stocznia Gdanska nie moze byc wykupiona przez polskich akcjonariuszy, a musi byc za póldarmo oddana kilku kombinatorom, którzy wprawdzie nie dysponuja kapitalem, ale post factum uzyskaja taki kapital sprzedajac tereny stoczni.

            Niech wykaze rachunkiem strat i zysków te wspaniala perspektywe dla Polski, gdy wies sie wyludni, a zyzne pola zamienia sie w nieuzytki. Niech unika szafowania haslami o nieuniknionym procesie globalizacji, bo te hasla przypominaja spiewy z niedawnej przeszlosci - niech zamiast tego przedstawi pociagajaca dla Polaków i dla swiata wizje, w której waska, elitarna grupa przejmie w swe wypieszczone rece pelna kontrole nad kazdym aspektem zycia gospodarczego i finansowego. Niech osmieszy nieuzasadnione obawy przed dzialaniem waskich grup i jednostek, objasniajac przejrzyste przeciez mechanizmy gospodarcze i finansowe, które zalamaly funt angielski, spowodowaly kryzys azjatyckich tygrysów, które wreszcie tlumacza brak zwiazku pomiedzy stanami gospodarek, a ruchami na gieldach.

            Niechze dokona karkolomnej sofistyki i wykaze, ze rewolucja francuska, bolszewicka, Teheran i Jalta nie byly dzielem spisku. Niech pokaze, ze takze w mniejszej skali takim spiskiem nie byl "okragly stól", wybór Jaruzelskiego na pierwszego prezydenta, obalenie rzadu J.Olszewskiego, czy kolejne ordynacje wyborcze. Niech wreszcie wykaze w oparciu o fakty, ze autorzy zglebiajacy i szerzacy wiedze o masonerii, to grupa sfrustrowanych grafomanów, a wyrazne, wielokrotnie potwierdzane stanowisko Kosciola w tej sprawie, to koloryt tekstów bez zadnego znaczenia. Niech po ludzku wytlumaczy dlaczego komunisci Miller i Borowski sa - be, a komunisci Balcerowicz i Geremek - cacy, dlaczego jest w porzadku gdy biskup T.Pieronek i ks.J.Tischner uczestniczy w polityce korzystajac z mediów publicznych, a jest skandalem, gdy robia to inni ksieza, choc do tych mediów zupelnie nie maja dostepu.

            Nie wiem, czy R.Ziemkiewicz sie tego wszystkiego podejmie. Nawet nie wiem, czy przyjmie odpowiedzialnosc za takie poglady, bo niby skad mam wiedziec. Natomiast wiem kogo i za co p.Ziemkiewicz z wielka furia nieustannie atakuje - powyzsze sugestie i zachety musialem przeciez oprzec na tym co jest dostepne.

            Jedno tylko chcialbym doradzic panu R.Ziemkiewiczowi, a mysl ta zrodzila sie juz jakis czas temu, gdy R.Z. z wielkim zapalem mlodego, zarlocznego publicysty zarzucil Jerzemu Narbuttowi glupote, choc chyba wtedy nie bardzo wiedzial o czym pisze. Chcialbym mu doradzic by nauczyl sie troche skromnosci, bo znalazl sie w warunkach przyspieszonej ewolucji gwiazdy, po której pozostaje zwykle czarna dziura. Z faktu, ze ktos w ferworze pisaniny o niczym nazwal go kiedys wybitnym publicysta, wcale nie wynika, ze jest wybitnym publicysta. Wszystko moze sie kiedys odwrócic - nawet za dzisiejsze postponowanie B.Tejkowskiego ktos z dzisiejszych przyjaciól moze mu kiedys zarzucic antysemityzm, a za watpliwosci, które niedawno wyrazil co do kierunku rozwoju spraw w NATO, jego pracodawca P.Wierzbicki moze go zaliczyc do prorosyjskiego lobby.

            Gdyby sie jednak przyjrzec bardziej syntetycznie zjawisku, w którym uczestniczy R.Ziemkiewicz, to mozna stwierdzic, ze historia sie powtarza, i jak to zwykle bywa powtarza sie jako farsa. W gruncie rzeczy nie ma zadnych nowych argumentów, zadnych oryginalnych metod ataku, nawet te same zarzuty: ekstremizm, oszolomstwo, fobie, spiskowa teoria dziejów, antysemityzm....Zmienily sie tylko osoby, bo musial ktos zastapic te dawne, po wielekroc zuzyte, pozbawione wszelkiej wiarygodnosci. Byc moze wielu zadaje sobie pytanie - co takiego sie stalo, ze Gazeta Polska pretendujaca przed laty do roli sumienia narodu, z biegiem czasu coraz bardziej staje sie dodatkiem do Gazety Wyborczej ? Jak wytlumaczyc fakt, ze od wielu miesiecy jedynym klarownym elementem publicystyki  GP jest nieustanny atak na Radio Maryja, na Nasz Dziennik, na Nasza Polske ?  Mam wiedze oparta na osobistych doswiadczeniach z ludzmi kierujacymi Gazeta Polska, wiedze, która pozwala mi nie zadawac sobie takich pytan. Nie chce dzisiaj z cala otwartoscia dzielic sie ta wiedza, bo szanuje postepowanie Redakcji Naszej Polski, która nie daje sie sprowokowac i nie odpowiada na wielokrotne zaczepki. Nie chce tez przykladac reki do upadku Gazety Polskiej, która przeciez byla przed laty waznym zródlem nadziei. Niech to sie dokona samo, z udzialem R.Ziemkiewicza, przed którym kiedys ostrzegalem kierownictwo GP. Moze dopiero wtedy publicysci Gazety Polskiej zauwaza, po jakiej stronie stali, gdy dla nich Wyborcza pisala laurki, Skarb Panstwa wspomagal platnymi ogloszeniami, Tygodnik Powszechny w eterze - Radio Plus nawiazalo wspólprace, a nieznanych sprawców poczeto nasylac na inne redakcje.

                      Rafal Broda

Uwaga: Wszelkie komentarze dot. "Zapisków" prosimy zamieszczac na Forum portalu Ojczyzna.pl

 

13 grudnia 2008   -  142

Lech Walesa pozostanie w historii Polski symbolem ....
     ..... ale symbolem czego ?

            Ksiazka "SB, a Lech Walesa" - S.Cenckiewicza i P.Gontarczyka nie jest latwa lektura  - ponad 700 stron z nadzwyczaj gestymi przypisami.   Przeczytalem ja od deski, do deski, by zweryfikowac to, co juz wiedzialem i odnalezc udokumentowanie tego, co zdawalo sie byc najbardziej niewiarygodne, mianowicie zniszczenie przez LW kompromitujacych materialów. To przestepstwo, które polscy prawnicy zapewne w olbrzymiej wiekszosci uznaja za niewazna zaszlosc wobec istotnego dla nich faktu, ze " skoro nie ma dokumentów to i nie ma sprawy", kazdy myslacy czlowiek musi uznac za koronny argument potwierdzajacy wspólprace Walesy z SB. Falszywie oskarzany czlowiek zrobilby wszystko, by takie materialy nie ulegly zniszczeniu, liczac na ich rzetelna analize w przyszlosci i nadzieje na wykazanie wlasnej niewinnosci.

            Znalazlem w ksiazce to wszystko, czego szukalem, a w miare czytania roslo moje uznanie dla rzemiosla dwóch historyków IPN, którzy podjeli sie tak trudnego zadania.  Wykazali tez wielka odwage i odpornosc na ataki; o ile ich pojawienie sie mozna bylo z góry antycypowac, obserwowana intensywnosc przerosla wszelkie wyobrazenia.

            Wokól Lecha Walesy wciaz wiele sie dzieje i bedzie sie zapewne jeszcze wiele dziac, ale ja, po przeczytaniu tej ksiazki i w zwiazku z tym wszystkim co bylo powszechnie dostepne,  juz dzisiaj jestem gotów do ostatecznego podsumowania sprawy. Wlasnie dla historii trzeba zamknac ten rozdzial w taki sposób, w jaki moze to zrobic uczciwy czlowiek wspólczesny wydarzeniom.

            Sa wszakze ludzie, którzy uporczywie powtarzaja pytanie: "Po co sie tym zajmowac, skoro rzecz dotyczy tak odleglej przeszlosci - L.Walesa i tak pozostanie w historii legendarnym przywódca Solidarnosci, symbolem zwyciestwa nad komunizmem". Mimo pewnosci, ze u zródel tych pytan stoi prawie zawsze wyzwalana róznorakimi interesami chec stlumienia prawdy, trzeba na to pytanie odpowiedziec, takze dlatego, ze wsród gaszacych prawde znajduje sie historyk Norman Davies, który, prawdopodobnie nie do konca swiadomie, wspiera utrwalanie falszywej interpretacji naszej najnowszej historii.

            Mozna te potrzebna odpowiedz ujac najprostszym stwierdzeniem: "Trzeba sie tym zajmowac, bo prawda jest najwazniejsza", a dla powaznego historyka-naukowca winna to byc odpowiedz calkowicie wystarczajaca. Mozna jednak wejsc w argumenty bardziej pragmatyczne, w których rozwazy sie potencjalne skutki drazenia prawdy o Walesie, lub alternatywne skutki zaniechania takiego wysilku i poprzestania na arbitralnym przyjeciu watpliwej prawdy, ze Lech Walesa jest naszym bohaterem narodowym, symbolem zwyciestwa nad komunistycznym zniewoleniem.

            Przyjecie takiego mitu za prawde mozna próbowac zestawic z sytuacja we Francji, gdzie legende zdobycia Bastylii uznano powszechnie za bohaterski symbol rewolucji francuskiej, a radosna coroczna narodowa feta obchodzona w dniu 14 lipca, unika przypomnienia znanej równie powszechnie prawdy o tym smiesznym i malo znaczacym wydarzeniu. Francuzi nie klopocza sie o prawde, która w tym momencie nie jest istotna - maja spokój, swietuja i pozostawiaja historykom niewazne anegdoty zwiazane z wydarzeniami z przeszlosci. Jest w tym nawet cos wlasciwego, gdy klamstwo symbolizuje rewolucje francuska, w której hasla "równosc, wolnosc, braterstwo" oznaczaly w praktyce dyktature, terror, gilotyny i rzezie wandejskie. Moglibysmy wiec i my, nawet z pewna niechecia, ale pragmatycznie, upodobnic sie do Francuzów, machnac reka na prawde i przyjac legende o Walesie, która tak bardzo spodobala sie swiatu.

            Moglibysmy tak postapic, gdyby nie to, co w sprawie Lecha Walesy jest najbardziej istotne, mianowicie to, ze nie jest ona tylko historia, ze jest dzisiaj bardzo aktualna, dalej sie dzieje i jest istotnym czynnikiem wplywajacym na los Polski. Bez jej pelnego zrozumienia, nie pojmiemy sensu tego, co sie z nami dzialo przez ostatnich 20 lat i nie znajdziemy drogi do wyjscia z sytuacji.

            Gdy spojrzec na kolejne fazy przemian w Polsce, mozna latwo zauwazyc jak bardzo podzialy sceny politycznej zwiazane sa z ocena postaci Walesy. Kiedy tuz po 1989 roku kierunek polskich przemian zaczal budzic powazne watpliwosci, poszukiwanie ratunku dla Polski, a takze niechec do scenarzystów i decydentów tego okresu zorganizowanych pózniej w Unii Demokratycznej, sklonila do skupienia sie opozycji wokól nierozpoznanego jeszcze do konca  Lecha Walesy i wyniesienia go na urzad prezydenta. Z drugiej strony konstruktorzy i beneficjenci przemian uznawali wtedy Walese za najpowazniejsze zagrozenie i atakowali go z furia, uzywajac monopolu w mediach i argumentów punktujacych jego prostactwo, czasem nawet zahaczajac o niejasna przeszlosc. Okres prezydentury radykalnie zmienil stosunek do Walesy obu grup na zupelnie przeciwny. Postepowanie Walesy-Prezydenta zaszokowalo jego zwolenników, natomiast pozytywnie rozczarowalo wczesniejszych przeciwników, az po te ostateczna próbe, kiedy obalenie rzadu Jana Olszewskiego utrwalilo polityczna ocene Walesy i do dzisiaj pozostala ona jednym z waznych wyznaczników podzialu sceny politycznej.

            Tak, wiec, mimo politycznej bezsilnosci, Walesa caly czas tkwi w centrum zasadniczego sporu politycznego, który wyznacza dzianie sie wspólczesnej historii, a jego pozytywna, lub negatywna ocena okresla calkiem jednoznaczne staniecie po konkretnej stronie tego sporu. Wspólne przyznanie mu w historii miejsca legendarnego przywódcy Solidarnosci, jako symbolu ówczesnych dazen i nadziei narodu, byloby koncem tego fundamentalnego konfliktu politycznego. A konflikt ten jest przeciez wciaz aktualny, z biegiem lat nawet coraz bardziej sie zaostrza i wrózy potezna konfrontacje byc moze w niedalekiej w przyszlosci.

            Jesli zatem odrzucic historyczna postac Lecha Walesy, jako niezgodny z prawda pozytywny symbol zwyciestwa nad komunizmem, to czego symbolem móglby on byc ?

 

            Zanim sformuluje swój poglad na ten temat, mimo wszystko w skrócie jeszcze raz przywolam historie, w której taki poglad sie rodzil. Uzyje liczby mnogiej, bo jak sadze tak wygladala ta historia w oczach bardzo wielu ludzi.

            W pierwszych dniach strajków, które zrodzily ogólnonarodowy zryw Solidarnosci, uslyszelismy z radia Wolna Europa nazwisko robotniczego przywódcy Lecha Walesy i zarysowano nam jego sylwetke - elektryk, uczestnik strajków 1970, dzialajacy w kregach opozycyjnych, ojciec wielodzietnej rodziny, wyrzucony represyjnie z pracy w stoczni gdanskiej. Znacznie pózniej zobaczylismy go na ekranach telewizorów, budzacego sympatie, emanujacego charyzma i w atmosferze wielkiej nadziei przyjelismy go jako autentycznego przywódce i symbol wolnosciowych dazen. Choc wtedy nie myslelismy o tym, bylo to calkowicie oczywiste w tych okolicznosciach zaufanie na kredyt. W istocie nie wiedzielismy prawie niczego - ani kim rzeczywiscie jest i co naprawde robil dotychczas, jakie sa jego prawdziwe intencje i kompetencje, w jakich okolicznosciach przekazano mu przywództwo i jak realizowal to przywództwo, tzn. jakie decyzje byly jego autorstwa, a jakie pochodzily od wiekszego srodowiska. Poza waskim gronem wspólpracowników takie fragmentaryczne rozeznanie, a w gruncie rzeczy pelna niewiedza, obejmowala prawie wszystkich Polaków identyfikujacych sie z Solidarnoscia i trwala dalej w okresie 1980/81, w latach stanu wojennego, przelomu 1989 roku, az po pierwszy okres prezydentury Walesy.

            Kredyt zaufania byl potezny, bo nie nadwerezylo go wiele dziwnych, a nawet rozczarowujacych dzialan i zaniedban, które kazdorazowo mogly byc usprawiedliwiane zlozonymi i nieznanymi dla zewnetrznego obserwatora okolicznosciami. Nastal jednak moment prawdy, w którym zachowanie Lecha Walesy zobaczylismy w blasku kamer, gdy jego odpowiedzialnosc zostala ujeta w karby konstytucyjne, a jego decyzje i sposób dzialania staly sie dostatecznie jawne, by mozna je bylo ocenic bez szczególnych watpliwosci. I wbrew oczekiwaniom okazalo sie wtedy, ze nie ma zamiaru w najmniejszym stopniu wykonac tego, czego domagali sie jego zwyciescy wyborcy. Zamiast powstrzymac uwlaszczanie nomenklatury i kradziez majatku narodowego - przyspieszyl te procesy, a Balcerowiczowi chcial jeszcze dodac blizniaka, by skuteczniej rujnowal Polaków. Umocowal na urzedzie premiera J.K.Bieleckiego, który wprowadzil instytucjonalna korupcje przyzwoleniem na zajmowanie sie dzialalnoscia gospodarcza przez urzedników i funkcjonariuszy panstwowych.  Zamiast zainicjowania rozliczenia systemu komunistycznego, wspieral "lewa noge", kpiac sobie, ze robi to w imie troski o demokracje. I najpowazniej wspieral komunistów czynem, blokujac lustracje, ulaskawiajac przestepców, umacniajac sluzby specjalne i ich zwiazki z biznesem, sabotujac przemiany kadrowe w wojsku i wzmacniajac polityczna pozycje tych, których nalezalo pozbawic jakiegokolwiek wplywu na panstwo. Wiara, ze Walesa zadba o prawde i godnosc Narodu rozwiewaly sie wobec braku jakiejkolwiek polityki historycznej i zaniedban w podejsciu do swiat narodowych, w polityce orderowej, takze zludzenia pryskaly po kazdej jego podrózy zagranicznej, zwlaszcza tej do Izraela. Jezeli dzisiaj przypisuje sobie wyprowadzenie wojsk sowieckich, czy wejscie do NATO, to az trudno pojac bezczelnosc tak oblednie liczaca na powszechna amnezje. Nie wyrazil sprzeciwu dla wyprowadzenia wojsk okupacyjnych, bo nie mógl, ale czynil wszystko, by dalsza obecnosc okupanta realizowala sie w agenturalnych osrodkach uformowanych w bazach opuszczonych przez te wojska.      

          Wreszcie zludne bylo przekonanie wyborców, ze wobec razacych braków wyksztalcenia i kompetencji, Walesa otoczy sie swiatlymi i patriotycznymi wspólpracownikami i doradcami. Belweder i jego otoczenie zaroily sie gestwina podejrzanych indywiduów, w tym tych najbardziej widocznych, od zupelnie horrendalnej, uwlaczajacej godnosci Urzedu Prezydenta RP postaci Wachowskiego, przez kpiacego sobie z prawa Falandysza, sliskiego Drzycimskiego, az po tajemniczego kapelana. Dzien 4 czerwca 1992 roku byl dniem pelnego otwarcia kart, postawieniem kropki nad "i". Znowu wszelkie zludzenia prysly, inaczej niz 13 grudnia 1981 roku, ale dla wielu wstrzas byl podobny.

            Wtedy to, co moglo byc niewazne, co przyjelibysmy jako zaledwie klopotliwy fragment odbrazowienia legendy, nagle stalo sie bardzo wazne. To zachowanie Walesy-Prezydenta nie moglo byc w zaden sposób racjonalnie wytlumaczone w ramach dotychczasowych zalozen, bylo calkowicie sprzeczne z duchem i nadziejami Narodu skupionego w Solidarnosci, bylo sprzeczne z wyobrazeniami o Walesie-Przywódcy Solidarnosci. Ale to musialo znalezc racjonalne wytlumaczenie i dlatego trzeba bylo koniecznie postawic pytania: "Kim naprawde byl Lech Walesa? Kim jest dzisiaj?" i zwrócilismy sie w strone tej nieodleglej, ale najwyrazniej z premedytacja zaciemnionej przeszlosci.

            Coraz czesciej poczeto nadstawiac ucha i traktowac powaznie to, co od lat mówili jego najblizsi wspólpracownicy, co mieli do powiedzenia bezposredni swiadkowie róznych wydarzen i okolicznosci, tych z 1970 roku, ale zwlaszcza tych obejmujacych czas rodzenia sie Solidarnosci i pózniejszych. Zaczela sie wylaniac bolesna dla Walesy i przykra dla wszystkich prawda, która znalazla wreszcie potwierdzenie w dokumentach IPN, przedstawionych w niezwykle waznej ksiazce historyków przytoczonej we wstepie. Ta prawda bylaby nieporównanie mniej przykra, gdyby wyszla od samego Walesy. Walesa, mimo ze mial wiele okazji, a nawet sytuacji prowokujacych do pelnego rozliczenia sie z przeszloscia, nigdy z takiej mozliwosci nie skorzystal i wlasnym wyborem pozostal do dzisiaj uwiklany.

            Powiedziec, ze Lech Walesa w przeszlosci mial przykry epizod wspólpracy z SB, a pózniej chwalebny okres walki z komunizmem, to tyle, co powiedziec rzecz malo wazna i dalej tkwic w klamstwie. Bo ten epizod jest zaledwie wyjasnieniem genezy uwiklania Walesy, które z rózna intensywnoscia trwalo przez wszystkie te lata, trwa do dzisiaj i wciaz utrudnia uwolnienie sie Polski z uscisku dawnego systemu, choc przepoczwarzonego w bardziej aktualne formy. Warto ustawic w jednym szeregu dzisiejszych obronców Walesy, by przyjrzec sie ich proweniencji, zyciorysom i dzialaniom, az po czasy najbardziej wspólczesne. I warto sobie uswiadomic, ze bez ich odsuniecia od wszelkich wplywów na polskie sprawy, nie wyjdziemy z tej matni - trzeba rzeczywiscie uwierzyc w wyzwalajaca moc Prawdy.

            Zgodnie z nauczaniem, ze chrzescijanie maja napietnowac grzech, ale nigdy nie moga potepiac czlowieka, mozna dla historii rzecz podsumowac dwoma wnioskami, które wyrazaja wspólczucie dla Lecha Walesy, ze zostal uwiklany we wspólprace i nie zdolal sie z niej dotad wyzwolic. Prawdopodobnie nie ogarnal on wciaz jeszcze ogromu swego nieszczescia i dalej uznaje, ze to on wykiwal sily zla, a nie zdaje sobie sprawy z tego, ze caly czas byl narzedziem w ich rekach. Dlatego ponizej sformulowane dwa wnioski ze sprawy Walesy dotycza bardziej prawdy o tym, jak straszny i perfidny byl system komunistycznego zniewolenia, w którym perfekcyjnie oparto sie na syntezie klamstwa i przemocy. Oto te wnioski:

 

  1. W 1980 roku, w obliczu nieuniknionego przesilenia i buntu spoleczenstwa, które wielostronnym wyczerpaniem doprowadzono do granic tolerancji, komunistom udalo sie wprowadzic swoich ludzi na wszystkie najwazniejsze pozycje kontrolujace rozwój sytuacji. Mimo tego organizacyjnego sukcesu tajnych sluzb, spontanicznosc, powszechnosc i autentycznosc zrywu spoleczenstwa, wymusila uzycie otwartej przemocy po 15-to miesiecznych próbach opanowania sytuacji.
  2. Lech Walesa jest historycznie powszechnie uznanym przywódca Solidarnosci, ale jednoczesnie jest tragicznym symbolem skutecznego i dlugotrwalego uwiklania pojedynczego czlowieka w klamstwo, które bylo podstawowym narzedziem systemu komunistycznego. Rozpoznano perfekcyjnie slabosci charakteru ofiary i uzytecznosc jego talentów dla wykonywania waznych politycznych zadan. Po okresie uwiklania we wspólprace wyznaczono go do kontroli akcji strajkowej, która niemalze udalo mu sie ugasic. Gdy wydarzenia przerosly mozliwosci kontroli sluzb, wypadki potoczyly sie w sposób wymagajacy ciaglej aktualizacji planów operacyjnych. W waznych fragmentach tych planów w wieloletnim okresie, zawsze udawalo sie wykorzystac uwiklanie Walesy dla uzyskiwania optymalnych w danej sytuacji wyników. W nieokreslonym czasie uwiklanie ofiary osiagnelo taki poziom, ze utozsamila sie ona bez reszty z celami sluzb i ich decydentów.

 

            Warto przygladac sie i odnotowywac tych wszystkich, którzy dzisiaj bronia Walesy - ich polityczna tozsamosc jest calkiem jednoznacznie okreslona data tego zapisku.                         

 

 

15 listopada 2008   -  141

"Rzeczpospolita" chroni konstytucjonalistów przed trudnymi pytaniami,

W zapisku 136 z dnia 17 pazdziernika b.r. próbowalem uzasadnic, ze w sporze konstytucyjnym zwiazanym z kompetencjami Prezydenta i Premiera w sprawach polityki zagranicznej racje ma Prezydent Lech Kaczynski. Wyrazilem tez sprzeciw wobec licznych wypowiedzi polityków, a zwlaszcza konstytucjonalistów i innych prawników, w których opinii publicznej próbowano narzucic arbitralna interpretacje Konstytucji RP uznajaca Premierowi wylacznosc decydowania o kierunku polityki zagranicznej.

Dlatego rozumiem i popieram zachowanie Pana Prezydenta, z pewnoscia oparte na opiniach wlasnych ekspertów, które wskazuje na przyjecie takiej interpretacji, jaka kazdy obywatel moze wprost odczytac z zapisów  konstytucji i podeprzec swiadomoscia wagi swojego uczestnictwa w powszechnym akcie wyboru najwazniejszej osoby w Rzeczypospolitej. Sprawa nabrala szczególnej wagi w zwiazku z konfliktem zwiazanym ze szczytem europejskim, ale juz wtedy bylo jasne, ze jej waznosc i aktualnosc nie zgasnie i bedzie o wiele trwalsza.

Dzisiaj mamy do czynienia z wydarzeniami, które przydaja jeszcze wieksze znaczenie wlasciwej interpretacji tych zapisów konstytucyjnych. Samowolna decyzja Premiera zrealizowana przez min. R.Sikorskiego, który w zaskakujacy sposób zadeklarowal zmiane postawy wobec Rosji, lekcewazac Gruzje i pozostawiajac samotna Litwe na placu boju, a takze sygnaly (m.in. skandaliczna wypowiedz marsz. B.Komorowskiego na temat tarczy antyrakietowej) wskazujace, ze wczesniejsze sabotowanie sprawy tarczy bylo rzeczywista linia polityczna Rzadu D.Tuska, to zjawiska wchodzace w zakres dotykajacy bezposrednio suwerennosci Polski. Strzezenie suwerennosci jest jednym z podstawowych obowiazków Prezydenta RP i jedynie jemu Konstytucja RP przypisuje ten obowiazek.

 

Po opisie tego kontekstu sytuacyjnego chcialbym Panstwu przedstawic moja  najnowsza przygode z "Rzeczpospolita":

Piotr Winczorek - profesor Uniwersytetu Warszawskiego, znawca tematyki konstytucyjnej i staly wspólpracownik "Rzeczpospolitej" przedstawil na jej lamach, w dniu 4 listopada b.r., artykul pt.: "Nicowanie ustroju", w którym jeszcze raz potwierdzil arbitralna interpretacje Konstytucji, przyznajaca w sporze kompetencyjnym racje Rzadowi RP. Takie stanowisko zawarl juz we wstepnej czesci artykulu, w której pisze: "....Zwlaszcza dzialania prezydenta RP ( uczestnictwo wbrew woli rzadu w posiedzeniu Rady Europejskiej, zaproszenie na posiedzenie Rady Gabinetowej osób, które nie wchodza w jej sklad) budzic mogly watpliwosci, jesli chodzi o umocowanie ich w obecnej konstytucji...."

 

Przekazalem poczta elektroniczna do Redaktora Naczelnego nastepujacy list:

 

Szanowny Panie Redaktorze,

Uprzejmie prosze o opublikowanie zalaczonego listu, w którym stawiam zasadnicze pytania w zwiazku z opublikowanym artykulem prof. P.Winczorka "Nicowanie ustroju".

   z powazaniem

             Rafal Broda

 

z nastepujacym zalacznikiem:
 

Pytania do prof. Piotra Winczorka i innych prawników specjalizujacych sie w tematyce konstytucyjnej

 

Artykul prof. P.Winczorka pt. „Nicowanie ustroju” [Rzeczpospolita 04.11.2008] wpisuje sie w obszerny zbiór publicznych wypowiedzi polskich prawników, w których z róznym naciskiem przyjmuje sie polityczna interpretacje Konstytucji RP przyznajaca Rzadowi RP priorytet w ksztaltowaniu polityki zagranicznej.

Trudno ze spokojem akceptowac sytuacje, w której uregulowania prawne sa niejednoznaczne, a rozstrzygniecia  podlegaja dowolnym interpretacjom prawników, czesto calkowicie sprzecznym miedzy soba. Trudno sie na to zgadzac tym bardziej, gdy sytuacja dotyczy ustawy zasadniczej, a interpretacje prawników klóca sie z naturalnym rozumieniem zapisów zawartych w Konstytucji RP. Dlatego zapytuje:

 

  1. Na jakiej podstawie w art.146.1 okreslajacym prerogatywy Rzadu dotyczace polityki zagranicznej, wieloznacznemu czasownikowi „prowadzi” przydaje sie znaczenia „ksztaltuje, wyznacza, kieruje, okresla..etc.”, ograniczajace role Prezydenta.

  2. Na jakiej podstawie w art.133.3 okreslajacym obowiazki Prezydenta, czasownikowi „wspóldziala”, który jednoznacznie nadaje równoprawny status uczestniczacych stron, przypisuje sie znaczenie: „podporzadkowuje sie decyzjom Rzadu”.

  3. W jaki sposób, przy przyjeciu takiego znaczenia w/wym. czasowników Prezydent móglby wykonywac swoje konstytucyjne obowiazki, scisle zwiazane z polityka zagraniczna i zastrzezone wylacznie dla niego, takze potwierdzone w rocie przysiegi: strzec suwerennosci, bezpieczenstwa, nienaruszalnosci i niepodzielnosci terytorialnej.

  4. Jak mialby postapic Prezydent RP, gdyby w ramach tak przyjmowanej interpretacji Konstytucji, Rzad RP prowadzil polityke zagraniczna zagrazajaca suwerennosci, niepodleglosci, czy terytorialnej integralnosci. Zapisy Konstytucji bezposrednio nie zabraniaja tego Rzadowi i czesto odnosze wrazenie, ze z taka sytuacja mamy do czynienia.

 

        Uprzejmie prosze o odpowiedz na te pytania, poniewaz  tzw. spór kompetencyjny zdaje sie byc wciaz bardzo aktualny.

 

Kraków 6 listopada 2008
Prof. dr hab. Rafal Broda

 

Do wiadomosci:

Lech Kaczynski - Prezydent RP

 

Juz w nastepnym dniu, 7 listopada, otrzymalem ponizsza odpowiedz:
 

Szanowny Panie Profesorze,

dziekujac uprzejmie za list, pozwalam sobie przeslac garsc cytatów z niektórych tylko tegorocznych publikacji Profesora Piotra Winczorka.

Przywolane artykuly, jak i te z poprzednich lat na temat Konstytucji RP z 1997 roku (w tym zakresu kompetencji m.in.  Rzadu i Prezydenta), sa dostepne  w redakcyjnym archiwum :httP://www.rp.pl

 

Lacze wyrazy szacunku 
Irena Skoneczna

tel. (+ 48 22) 46 30 366
I.Skoneczna@rp.pl

------------------------------

Redakcja „Rzeczpospolitej”
Dzial Lacznosci z Czytelnikami
ul. Prosta 51
00-838 Warszawa

 

, po której nastepowala spora garsc cytatów z róznych artykulów prof. P.Winczorka, w tym ten pierwszy z zachowanym wytluszczeniem, tak jak w oryginale odpowiedzi. Cytat ten byl przytoczony kilka razy, a wszystkie cytaty przetykane byly odnosnikami do artykulów:
 

Profesor Piotr Winczorek:

" (...)Przepisów konstytucyjnych nie mozna bowiem odczytywac bez uwzglednienia kontekstu, w jakim wystepuja. Nie nalezy sie kierowac wylacznie wykladnia jezykowa obowiazujacego tekstu. Uwzgledniac trzeba równiez wykladnie systemowa i funkcjonalna. To, co brzmi podobnie lub przyjmuje identyczna postac gramatyczna, nie zawsze ma podobne znaczenie. (...)" (caly artykul dolaczylam na koncu)

 

Przytaczam jeszcze jeden ciekawy cytat, w którym autor bez wahania potwierdza, ze polemista prof. Z.Krasnodebski niepotrzebnie ironizuje, bo istotnie prezydent "bez szemrania" powinien wykonywac polecenia premiera:
 

Powinnosc prezydenta

Zdzislaw Krasnodebski ironizuje, piszac, ze to ostatnie postanowienie interpretowane jest jako oznaczajace, iz nalozony zostal na prezydenta obowiazek wykonywania „bez szemrania” polecen premiera i ministra spraw zagranicznych. Przepis ten, jak kazdy inny, sformulowany jest w trybie oznajmujacym, ale oznacza powinnosc prawna. I rzeczywiscie, to na prezydencie RP, a nie na premierze i ministrze taka powinnosc spoczywa.

Skad takie rozwiazanie? A stad, ze to wlasnie do Rady Ministrów, a nie glowy panstwa nalezy sprawowanie ogólnego kierownictwa w dziedzinie stosunków zagranicznych oraz zawieranie wymagajacych ratyfikacji umów miedzynarodowych (art. 146 ust. 3 pkt 9 i 10 Konstytucji RP).

Prezydent RP jest wprawdzie najwyzszym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej (art. 126 ust. 1), ale Rzeczypospolitej, a nie swych wlasnych wylacznie koncepcji w tej lub innej dziedzinie. Obok prezydenta organami panstwa sa ponadto – Sejm, Senat, Rada Ministrów, sady i trybunaly i to one, w zakresie przyznanych im kompetencji, podejmuja decyzje wladcze w imieniu Rzeczypospolitej.

Decyzje te prezydent RP winien respektowac. Gdy zas mowa o problemach zwiazanych z zagranicznymi stosunkami panstwa, liczyc sie musi w pierwszym rzedzie stanowisko Rady Ministrów. (...)" 

"Co moze glowa panstwa", "Rz" z 17.10.2008 r.

 

W odpowiedzi napisalem natycmiast (7.11) kolejny list, tym razem do Pani Ireny Skonecznej:
 

Szanowna Pani,

Uprzejmie dziekuje za przeslanie mi tak obfitej garsci cytatów z artykulów prof. P.Winczorka i wskazówek jak moge dotrzec do calosci tekstu.

Wprawdzie zbiór ten zawiera wiele powtórzen, ale ten najwazniejszy, który nawet Pani podkreslila wytluszczeniem trafia w samo sedno moich pytan:

" (...)Przepisów konstytucyjnych nie mozna bowiem odczytywac bez uwzglednienia kontekstu, w jakim wystepuja. Nie nalezy sie kierowac wylacznie wykladnia jezykowa obowiazujacego tekstu. Uwzgledniac trzeba równiez wykladnie systemowa i funkcjonalna. To, co brzmi podobnie lub przyjmuje identyczna postac gramatyczna, nie zawsze ma podobne znaczenie. (...)"

 i czyni je jeszcze bardziej aktualnymi, bo profesor potwierdza, ze nie mozna arbitralnie interpretowac czasowników "prowadzi" i "wspóldziala" z naruszeniem wykladni systemowej i funkcjonalnej, a w moim jezyku z naruszeniem ducha konstytucji.

Poniewaz codziennie slysze za strony rzadowej, z ust róznych polityków, publicystów i komentatorów. a takze, o zgrozo, ze strony prawników nazywanych czasem autorytetami, wypowiedzi narzucajace te arbitralna i niewlasciwa wykladnie, chcialem, by takze publicznie wybrzmialy moje proste pytania.

Dlatego mialem nadzieje, ze list mój i pytania w nim zawarte bedzie takze opublikowany w Rzeczpospolitej. 

Uprzejmie prosze o mozliwie szybka odpowiedz w tej sprawie, poniewaz w razie odmowy pragne opublikowac go w innych miejscach.

Uprzejmie dziekuje i serdecznie pozdrawiam

 Rafal Broda

 

I po dniach swiatecznych, 12 listopada otrzymalem odpowiedz:

 

   Szanowny Panie,

pozwole sobie  serdecznie Pana zaprosic  do  redakcyjnego archiwum  w http://www.rp.pl i przeczytania juz opublikowanych tekstow  - nie tylko piora Profesora Piotra Winczorka - poswieconych Konstytucji RP z 1997 roku, w tym takze artykulom Konstytucji, ktore wymienil Pan w  pytaniach w mailu z 6 listopada tego roku.

 

Lacze wyrazy szacunku

Irena Skoneczna

 

....z dodatkiem wszystkich wczesniejszych cytatów,

wiec w tym samym dniu zapytalem w kolejnym liscie:
 

Szanowna Pani,

Zaczynam sie lekko dziwic i stawiam proste pytanie:

Czy list zawierajacy moje konkretne pytania: "Do Prof. P.Winczorka i innych konstytucjonalistów" bedzie opublikowany w Rzeczpospolitej?

I uprzejmie prosze o jasna odpowiedz, bez dalszego zapraszania mnie do czytania tekstów pelnych prawniczego chaosu i sprzecznosci.

Z powazaniem

Rafal Broda 

 

i otrzymalem ostateczna odpowiedz:
 

Szanowny Panie,

list  "Do Prof. P.Winczorka i innych konstytucjonalistów" nie bedzie opublikowany, poniewaz kwestie, którym go Pan poswiecil, wielokrotnie wczesniej byly wyjasniane na lamach "Rz" - w artykulach Profesora Piotra Winczorka oraz innych prawników.

 

Z wyrazami szacunku
Irena Skoneczna

 

i pozegnalem sie nastepujacym mailem:
 

Szanowna Pani,

Dziekuje za jasna odpowiedz. Opublikuje w innym miejscu wraz z opisem mojego kontaktu z Rzeczpospolita.

Chcialbym, by dotarlo do wiadomosci prof. P.Winczorka i innych konstytucjonalistów, ze przy ich dowolnych interpretacjach trudno jakiekolwiek prawo, w tym konstytucje, traktowac powaznie. Ich obszerne wyjasnienia sa pelne sprzecznosci, zatem sa bezwartosciowe.

Z powazaniem

   Rafal Broda 

 

Prosze Panstwa

Prof. P.Winczorek uznal, ze jego publicystyczny polemista prof. Z.Krasnodebski "ironizowal" i niezwykle zasadne watpliwosci zbyl tym jednym slowem. Ja postawilem wprost pytania,  których nie mozna zbyc taka publicystyczna sztuczka. A pytania sa bardzo wazne, bo rzecz dotyczy Konstytucji RP. Dlatego nie dziwie sie, ze prof. Winczorek nie chcial odpowiedziec.

Nie dziwie sie takze, ze "Rzeczpospolita" chroni swoich wspólpracowników przed takimi trudnosciami, nawet narazajac sie na zarzut, ze lekcewazy sprawy niezwykle istotne dla tej prawdziwej - Rzeczypospolitej Polski. Zgodnie z zapowiedzia publikuje tutaj te obszerna historie (no bo gdzie mam to opublikowac?) i apeluje:

 

Zadawajcie Panstwo takie proste i oczywiste pytania prawnikom, bysmy sie nie obudzili w niewoli totalitaryzmu, którego kleszczami beda prawnicy i biurokraci.

 

 

9 listopada 2008   -  140

Swiateczny magiel i prezydencki "dostojnik"

W amerykanskiej telewizji zawsze irytowalo mnie to, ze najciekawsze programy polityczne podsumowujace wydarzenia tygodnia emitowane sa w niedzielne przedpoludnie, istotnie zaburzajac swietowanie Dnia Panskiego. Mimo to, poddawalem sie narzuconemu schematowi i wyjscie do kosciola czesto przesuwalem na pózniejsza godzine. Moja irytacja wiazala sie raczej z bezsilnoscia, a lagodzona byla uznaniem, ze w koncu to nie jest mój kraj i  musze sie dostosowac do panujacych zwyczajów.

W Polsce wciaz jeszcze z kosciola sw. Krzyza transmitowana jest o godz.9-tej Msza sw. w Jedynce  radia publicznego, a radiowa Trójka prezentuje dwugodzinne podsumowanie tygodnia w sobotnie przedpoludnie. Dopiero od niedawna w TVP3 pojawil sie niedzielny  (godz.10:00) publicystyczny program R.Ziemkiewicza, na szczescie malo atrakcyjny i chyba niezbyt ogladany. Natomiast, w pelni te amerykanskie zwyczaje wprowadzil koncern ITI, co niewatpliwie wiaze sie z ideologicznym zadaniem, by neutralizowac polskie tradycje i katolicyzm - intencje klarownie widoczne takze w wielu innych przedsiewzieciach medialnych.

Mamy wiec, niedzielne przedpoludnie wypelnione cala seria programów - od audycji Radia Zet "Siódmy dzien tygodnia" z Monika Olejnik, przez program Bogdana Rymanowskiego "Kawa na lawe", az po "Loze prasowa" prowadzona przez red. M. Blaszcz. Mimo analogii zwiazanej z ideologicznie dobranym czasem tych przedstawien, wszystkie one róznia sie jednak zasadniczo od programów amerykanskich - chodzi o wybór tematyki, o merytoryczny poziom, takze o wulgarna przejrzystosc technik manipulacyjnych. Bezposrednio mozna to dojrzec konfrontujac np. TVN-owska "Loze prasowa" z amerykanskim programem "Meet the press", bo odpowiedników dla programu Rymanowskiego, a zwlaszcza dla radiowego programu Olejnik raczej nie znajduje. W gruncie rzeczy zachowanie i sposób prowadzenia kazdego programu przez M.Olejnik wyrzuciloby ja z wilczym biletem za burte amerykanskich mediów - takiego lekcewazenia podstawowych regul profesjonalnego dziennikarstwa, braku elementarnej kultury, a takze dawki, trzeba wprost powiedziec, prowokacyjnego chamstwa wobec interlokutorów, sluchaczy i telewidzów, nikt nie bylby w stanie tolerowac na tamtejszym rynku, chyba ze w specyficznych programach rozrywkowych. Podobnie z Rymanowskim, choc w tym przypadku prowadzacy potrafi rozlozyc wine na wszystkich uczestników programu, bo wszyscy oni dostrajaja swoje zachowanie do wymaganego poziomu i przekomarzajac sie miedzy soba obrazaja glównie tych, którzy sa w studiu nieobecni i ogladajacych program telewidzów. To, co dzieje sie w niedzielne przedpoludnia w Radiu Zet i TVN-owskich telewizjach to prawdziwy swiateczny magiel, a wszyscy jego uczestnicy swiadomie lub nieswiadomie sa sprawcami karygodnego zasmiecania przestrzeni publicznej.

Czasem slysze pytanie: "Dlaczego sam sie nie wyciszysz w niedzielny poranek, dlaczego tego sluchasz i ogladasz?" Zwykle odpowiadam, ze "tak jak wielu innych robie to, abys ty nie musial", bo ktos musi próbowac zrozumiec, co sie dzieje, by wiedziec jak temu wszystkiemu zaradzic. Zreszta robie to takze na takiej zasadzie, na jakiej ONI podsluchuja audycje w Radiu Maryja, równiez dlatego, ze chce znac pelny kontekst wypowiedzi, gdy pózniej cytuja: "XX w radiu Zet, czy YY w programie "Kawa na lawe" powiedzial...."

 Przeciez wolalbym tego nie ogladac, ale to "nasi" politycy uczestniczacy w takich programach zmuszaja mnie do tej koniecznosci. Nie slucham radia Tok FM, nie czytam Gazety Wyborczej, Trybuny i wielu innych pism, nie analizuje programów TV Polsat, czy Superstacji, bo na szczescie "nasi" politycy nie wchodza w te pozalowania godne nisze.

Jestem wdzieczny politykom PiS, ze po dlugim okresie naiwnych zludzen zdecydowali sie na bojkot TVN i byc moze zrozumieli juz, ze niczego nie traca, a jest wrecz odwrotnie. Wypelniaja te bolesna dla TVN-u luke, niestety, inni politycy, którzy szukaja mozliwosci powrotu na scene publiczna i dosc bezwstydnie dokarmiaja medialnego potentata wlasna obecnoscia; wsród nich sa, niestety takze, wspólpracownicy Prezydenta.

W tym przypadku sytuacja moze byc troche usprawiedliwiona, bo stanowisko Prezydenta musi byc jakos bardziej powszechnie przedstawiane. Wszakze podstawowym warunkiem musi byc reprezentowanie urzedu prezydenckiego z pelnym zachowaniem jego powagi, wrecz majestatu.

Min. Michal Kaminski jezeli uczestniczy w telewizyjnym lub radiowym programie jest reprezentantem urzedu Prezydenta. On ma obowiazek zapomniec o tym, ze jest, politykiem, poslem, czy normalnym czlowiekiem z temperamentem, ulegajacym emocjom, czy innym naturalnym odruchom - ani przez chwile nie moze zapomniec o tym, ze reprezentuje najwazniejsza osobe w Rzeczypospolitej. Nawet jesli sytuacja zmusza go do obecnosci w maglu, musi zachowac dystans do gawiedzi, która sie w tym maglu przekomarza, nie wolno mu wchodzic w tryb prywatny, zwlaszcza, gdy jego wlasciwa rola jest na biezaco podkreslana zwrotami: "Panie ministrze". Tutaj pragne sie skupic na dzisiejszym wystepie min. M.Kaminskiego zarówno w radiu u M.Olejnik, jak i w programie B.Rymanowskiego - oba spektakle mialy podobny sklad uczestników i calkowicie identyczny wybór tematyki.

W Polsce i wokól niej tocza sie wazne sprawy. Odbyl sie szczyt europejski z udzialem Prezydenta, kryzys finansowy trwa, Rzad oglosil plan wejscia w strefe Euro, przegrana sprawa stoczni ukazuje prawdziwa twarz UE, protesty w Kraju narastaja - reforma  emerytur upadnie, reforma sluzby zdrowia nie ma szans, horror rodziny Olewników ujawnia totalny kryzys panstwa prawa, marszalek Sejmu ciezko uwiklany w niejasne gry sluzb specjalnych...etc.

O czym rozmawia gawiedz w maglu?

O  smierci M.F.Rakowskiego, o "skandalicznej" wypowiedzi posla A.Górskiego, a takze o "skandalu dyplomatycznym" w zwiazku z niescislymi wypowiedziami urzedników prezydenckich na temat telefonicznej rozmowy Prezydenta RP i Prezydenta-Elekta USA. I w tej maglowej pyskówce aktywnie uczestniczy minister prezydencki wraz ze zgromadzonymi w maglu:

J. Wenderlichem tak upojonym wlasna kwiecista mowa, ze zawsze wydaje sie jakby trzymal uniesiony w góre maly palec, pijac herbate z filizanki,

S.  Niesiolowskim, który z pozycji marszalkowskiej i profesorskiej leczy kompleksy wynikle ze zlych wyborów i swego przegranego zycia,

E. Klopotkiem, zawsze zadowolonym z siebie i obdarzajacym siebie samego specyficznymi dawkami humoru kwitowanymi osobistymi salwami smiechu,  

M. Orzechowskim, szukajacym mozliwosci powrotu do tego znaczenia, które sam sobie kiedys przydal

i oczywiscie z B. Rymanowskim zadowolonym z biegu maglowej biesiady i z kasy, która mu podpowiada wyobraznia o satysfakcji wlascicieli ITI.

Co mówi min. M.Kaminski?

 Najpierw niezgodnie z zasada "De mortuis nihil nisi bene", nie milczy, ale z entuzjazmem i w nadzwyczaj rozwinietej formie wyraza zachwyt i uznanie dla zmarlego. Ma pelne prawo prywatnie taka pamiec zachowac o M.F.Rakowskim, ale mam tez watpliwosci, czy Prezydent podziela ten dosc zaskakujacy zachwyt.

Dalej min. Kaminski z cala moca potepia posla A.Górskiego i wyzwala zrozumiale wyrazy satysfakcji na twarzach prawie wszystkich zgromadzonych w maglu - przeciez o to chodzilo. Mysle, ze Posel Górski zakonczyl swoja kariere polityczna, bo tak publiczne ujawnienie braku madrosci nie moze przejsc bez skutku. I tutaj wcale nie chodzi o poglad, który przeciez juz zostal wielokrotnie wypowiedziany, zwlaszcza w USA. Chodzi o fakt wygloszenia tego pogladu z trybuny sejmowej, ze znaczkiem posla PiS - tego sie nie da zinterpretowac inaczej, niz alternatywnie - albo swiadomy sabotaz wobec PiS, albo glupota - obie alternatywy sa degradujace.

M.Kaminski, jako minister prezydencki powinien krótko, bez wdawania sie w dyskusje stwierdzic: "To byla bardzo niefortunna i niemadra wypowiedz, ale powinna pozostac w ramach folkloru wypowiedzi sejmowych i niesc wylacznie wewnetrzne konsekwencje dla autora. Fakt, ze sprawa zostala naglosniona jest jeszcze bardziej niefortunny i kazdy, kto dalej uczestniczy w tym naglasnianiu dziala na szkode Polski, przydajac nam, ku uciesze wrogów, jeszcze jedno calkowicie nieuzasadnione oskarzenie o rasizm. Radze Panom powstrzymac sie od dalszych komentarzy, a prowadzacemu zalecam skupienie sie na znacznie wazniejszych dla Polski sprawach."

W gruncie rzeczy mógl nawet zaatakowac przypominajac skandaliczna wypowiedz marsz. B.Komorowskiego, ze nie plakalby, gdyby tarcza upadla. Ta wypowiedz byla po stokroc wazniejsza, bo byla najbardziej bezposrednim podwazeniem klarownej polityki Prezydenta, przyjetej z oporami, ale calkiem oficjalnie przez Rzad.

Wreszcie rzecz najbardziej deprymujaca, okreslana i poteznie naglasniana jako zdementowanie wypowiedzi urzedników Prezydenta, jakoby Prezydent-Elekt Obama w rozmowie telefonicznej zapewnil o utrzymaniu programu tarczy anty-rakietowej.

Nie wiemy, jak wygladala  rzeczywiscie ta rozmowa, ale wcale bym nie wykluczyl, ze  w rozpedzie i rutynie wielu obietnic wyborczych zwyciezca wyborów w USA powiedzial to, co zostalo zakomunikowane - "Bedzie pelna ciaglosc, projekt tarczy nie jest zagrozony ani finansowo, ani technicznie". Z tego mozna sie bylo ucieszyc, ale tego nie wolno bylo zakomunikowac publicznie, szanujac prywatny charakter rozmowy. Popelniono blad, ale M.Kaminskiemu nie wolno bylo deprecjonowac innych wspólpracowników Prezydenta, dajac nam wszystkim powód do troski o to, ze w najblizszym otoczeniu Prezydenta toczy sie ambicjonalna walka.

Bez wzgledu na to, jak bylo, nalezalo powiedziec: "Tresci rozmowy nie znam, ale byla to rozmowa prywatna i nalezalo nie ujawniac zadnych fragmentów, pamietajac o pozycji prezydenta-elekta stojacego dopiero przed zaprzysiezeniem. Wbrew ogloszonym faktom nikt jednak nie powiedzial, ze przekazano obietnice, badz zobowiazania wobec Polski."

Minister M. Kaminski zdawal sie w pelni akceptowac stwierdzenia innych, ze min. P. Kownacki sklamal. Takiej nielojalnosci nie wolno wybaczyc. Mimo dobrych pogladów, niewatpliwie dobrych intencji i kilku prawdziwych zaslug ja bym min. Kaminskiego zwolnil. Zwlaszcza dlatego, ze przez tyle lat nie zrozumial zagrozen zwiazanych z wystapieniami w mediach. Gdyby przestudiowal nagrania swoich wystapien w programach M.Olejnik i B.Rymanowskiego i rozwazyl, kto z nich wyniósl korzysci, sam nie mialby watpliwosci.

Uwazam, ze pojawienie sie min. P.Kownackiego w otoczeniu Prezydenta RP znacznie poprawilo jego sytuacje w elektoracie. Pora znalezc kilku podobnych nowych wspólpracowników, by pojawily sie nowe mozliwosci naprawy Polski. Wystarczy dobrze sie przyjrzec kto, i jak zaciekle, próbuje min. Kownackiego zneutralizowac.

I z magla tez trzeba wyjsc! Na zawsze!

 

4 listopada 2008   -  139

O was sie boimy, durnie !

Rzad Tuska ostro rusza z akcja wpychania Polski do strefy Euro, a funkcjonariusze medialni juz buduja atmosfere powszechnego poparcia dla tej perspektywy. Jak zwykle w takich przedsiewzieciach tworzy sie obraz Polski podzielonej na rozsadna wiekszosc, która potrafi pojac dobro wynikajace z rezygnacji z wlasnej waluty i biedna, zahukana mniejszosc, która nie jest w stanie zrozumiec donioslosci tego kroku.

Zwykle powtarzany jest ten sam slogan, którego tak namietnie naduzywano przed referendum akcesyjnym do UE. Brzmi on mniej wiecej tak:  "Wiekszosc Polaków popiera wejscie do strefy Euro. Oczywiscie sa tez sceptycy,  którzy boja sie wszelkich zmian i sa podatni na demagogiczne i nieprawdziwe argumenty - trzeba cierpliwie rozwiewac watpliwosci i tlumaczyc im pozytywne strony wejscia w strefe wspólnej waluty".

Ten ton slyszymy zwykle od polityków i publicystów, którzy zawsze lgali, lub sie mylili, a czasem od zupelnie nieopierzonych "dziennikarzy", którym zwykle nie starcza wyobrazni, by dostrzec, ze wsród odbiorców ich nieprzemyslanych slów sa rzesze ludzi znacznie madrzejszych, bardziej przenikliwych i doswiadczonych. I wtedy, pamietajac o powiedzeniu: "Polak madry po szkodzie", chce sie zakrzyczec -"To o was sie boimy, durnie! Zatem przestancie nas karmic sloganami i zacznijcie sami myslec."

Argumenty zawodowców opiewajacych korzysci Polski plynace z przyjecia europejskiej waluty mozna sobie darowac - dziwie sie, ze ci wszyscy ekonomisci, doradcy bankowi, i gieldowi wrózbici nie udaja sie na kilkumiesieczny odpoczynek, by leczyc wlasne intelektualne rany po finansowym kryzysie. Generalnie sytuacja jest tak plynna i tak bardzo oczekujaca generalnej reformy systemów finansowych swiata, ze dzisiejsze planowanie zmiany waluty jest niezwykle  ryzykownym ruchem nieodpowiedzialnych desperatów. Natomiast warto sie zastanowic nad tym, co nam dzisiaj w mediach serwuja, jako madrosci oswieconych.

 

Mówia nam: "Nie ma mowy o utracie suwerennosci"

Przytocze fragment mojego artykulu z czasu przed akcesja:

......Nie ma dzisiaj kraju w pelni suwerennego, musimy wiec tez zrzec sie czesci naszej suwerennosci. Czesci?

Jezeli bezkrytycznie przyjmuje sie prawo stanowione gdzie indziej, akceptuje sie narzucane ograniczenia, co nam wolno produkowac, w jakich ilosciach, z kim handlowac, jakie spelniac warunki finansowe, jakie podatki nakladac? Jezeli, wbrew wlasnym dalekosieznym interesom, mamy zmieniac strukture spoleczna, rujnowac polska wies, ograniczac produkcje zywnosci, zmieniac swój jadlospis i stosowac idiotyczne normy wymyslane przez chorych technokratów? Jezeli, zaniedbujac sami siebie, mamy dopieszczac rózne mniejszosci, tolerowac paranoje obyczajowa, znosic upokorzenia, pozwalac na falszowanie wlasnej historii, edukowac mlodziez wedlug narzuconych z zewnatrz wzorów, a nawet przekazywac w obce rece sposób w jaki mamy byc informowani? Jezeli mamy oddawac obcym wlasnosc naszych banków, calych galezi przemyslowych, calych dziedzin produkcji, handlu, a nawet ziemi i terenów rekreacyjnych? Jezeli wreszcie mamy na kazde zawolanie wysylac swoich zolnierzy, by walczyli o niejasne i czesto obce nam sprawy, jezeli mamy organizowac wspólna policje, przyjac wspólna walute, a ochrone zewnetrznych granic powierzyc obcym formacjom?

To na czym w koncu ma polegac nasza suwerennosc? Czy na tym, ze jeszcze przez jakis czas wolno nam bedzie mówic po polsku? Spiewac polskie piesni? Grac polski hymn? Miec wlasne reprezentacje w róznych dziedzinach sportu i powiewac polska flaga?

A dzisiaj mozna te kurczaca sie suwerennosc zilustrowac jeszcze dosadniej przywolujac wmuszany (i to jak bezwstydnie!) narodom europejskim prawniczy bubel, jakim jest traktat lizbonski, zakaz wsparcia wlasnego przemyslu stoczniowego, czy nakaz lepszego traktowania zab z Rospudy, niz ludzi z Augustowa.

 

Twierdza, ze juz zgodzilismy sie na Euro przyjmujac traktat akcesyjny.

Daje slowo, ze w propagandzie przed akcesja nie slyszalem agitacji zwiazanej z tym raczej ukrywanym fragmentem traktatu, a przestrogi na ten temat byly zwykle zagluszane przez agitatorów potokami slów pelnych demagogii, ukrywajacych te pulapke. Warto by odnalezc w materialach z tamtego czasu miare wagi przypisanej do argumentu zwiazanego z przyjeciem wspólnej waluty. Jakby nie bylo, glosowanie w powszechnym odbiorze dotyczylo wejscia do UE, a nie poszczególnych elementów traktatu akcesyjnego. Dlatego dzisiaj ewentualne pytanie referendum na temat Euro powinno wyraznie postawic kwestie przyjecia waluty na nowo. Jesli zas pytanie mialoby rzeczywiscie dotyczyc jedynie terminu przyjecia, to termin 100 lat tez powinien byc w nim zawarty.

 

Powiadaja, iz nieprawda jest, ze w innych krajach ceny poszly drastycznie w góre po wprowadzeniu Euro....

...i bezczelnie przytaczaja dane statystyczne mówiace o podwyzkach nie przekraczajacych kilku procent, nie wiecej niz 15%. Zarówno we Wloszech, jak i w Niemczech od czasu wprowadzenia Euro ceny zwiazane z podstawowymi wydatkami ludzi poszly w góre o czynnik ok.2, przy jednoczesnej calkiem nieznacznej podwyzce plac. Zastanawiajac sie nad zabiegiem, jakiego dokonuja osoby przywolujace te dziwne dane statystyczne, doszedlem do wniosku, ze mówia oni byc moze o natychmiastowych podwyzkach cen, zaraz po wprowadzeniu Euro. Tak istotnie moglo byc, bo wtedy sztuczka polegala glównie na zaokraglaniu w góre przeliczonych cen. A potem szlo bardzo szybko, dzien po dniu, miesiac po miesiacu. Nie mozna tez wykluczyc, ze finansisci tej miary, co aktualny minister finansów ucieka sie do starej komunistycznej metody: wprawdzie chleb, maslo, mieso, warzywa, owoce, gaz, energia elektryczna, czynsze znacznie podrozaly, ale lokomotywy, statki i dzwigi budowlane bardzo potanialy.

 

Mówia wreszcie, bo im samo zycie taki argument podsuwa, ze rezygnujac z wlasnej waluty uodpornimy sie na takie kryzysy finansowe, z jakim mamy dzisiaj do czynienia.

Nie slyszalem, by w UK, Danii, czy Szwecji akurat ten kryzys osiagnal rekordowy wymiar, a raczej mam wrazenie, ze w Niemczech bylo znacznie gorzej.

 

Jezeli D.Tusk ze swoja ekipa dotrwa do konca kadencji, to byc moze wyskoczy jeszcze z pomyslem by wprowadzic w Polsce jezyk niemiecki. Na szczescie nie dotrwa.

 

28 pazdziernika 2008   -  138

Panie, chron Kosciól przed falszywymi przyjaciólmi !

Juz ponad dwa tysiace lat trwa Kosciól rzymsko-katolicki, zmagajac sie z silami Zla, które przybieraja rózne postaci i posluguja sie rozmaitymi metodami, od tych calkiem brutalnych, po inne, bardziej wyrafinowane, których skutecznosc jest zwykle najwieksza. Kosciól trwa, bo tak zapowiedzial Pan Bóg, ale ta Boza wola realizuje sie przez coraz bardziej doswiadczonych ludzi Kosciola, którzy wyciagaja lekcje z wczesniejszej historii i w zbiorowej madrosci staraja sie wybrac optymalna odpowiedz na kolejne zagrozenia. Nauki sluzace znajdywaniu wlasciwej odpowiedzi plyna takze z obserwacji rozwiazan stosowanych w swieckim swiecie.

To wlasnie latwo zauwazalne, ewidentne wady rozwiazan stosujacych procedury demokratyczne, sklaniaja Kosciól do rygorystycznego przestrzegania ustanowionego wewnetrznego porzadku hierarchicznego i wzmocnienia go scislym nakazem posluszenstwa dla calego duchowienstwa. Zasady te sa oczywiste dla kazdego, kto zgodnie z powolaniem przyjmuje swiecenia kaplanskie i zakonne, a takze dla wszystkich swieckich czlonków Kosciola, którzy musza je przyjac bez zastrzezen. Jedyny, ale podstawowy element demokracji obejmujacy czlonków Kosciola realizuje sie przez uznanie wolnej woli kazdego pojedynczego czlowieka, który ma prawo decydowac o przyjeciu, lub odrzuceniu tych zasad. W istocie przynaleznosci wiernych do Kosciola towarzysza rózne nastroje i zachowania - od pelnego zrozumienia i oddania, przez dreczace watpliwosci, obojetnosc, chwile buntu, rezygnacje, czasem odejscie, az po nierzadki blask nawrócen i powrotów. To sa zwykle koleje losu zwiazane z przyznana kazdemu czlowiekowi osobista wolnoscia wyboru. Natomiast hierarchiczny Kosciól sam autonomicznie wybiera sposób postepowania w kazdej sprawie, by najlepiej realizowac swoja ziemska misje wobec swieckich obdarzonych niekwestionowana wolnoscia. Ci, którzy próbuja z zewnatrz naprawiac Kosciól, demokratyzowac jego ustrój, przysposabiac go wedle wlasnych wyobrazen, czy upodoban do tzw. nowych czasów, sa falszywymi przyjaciólmi Kosciola. Przed nimi trzeba Kosciól chronic.

Naprawiacze Kosciola dzialaja czasem z pozycji laikatu, a czasem z samego wnetrza. Ci ostatni sa o wiele grozniejsi, bo suknia duchownego sklania do wiekszej wiary w dobre intencje zatroskanego i zaangazowanego reformatora. Bo przeciez w gloszonej argumentacji zawsze chodzi o dobro Kosciola, o prawde, o moc ewangelizacyjna, o dobro ludu Bozego, który winien byc prowadzony przez swiatlych, madrych i wrazliwych na jego odczucia i potrzeby kaplanów. Charakterystyczne, ze zawsze tez glównym miejscem akcji jest arena publiczna, na której mozna glosno wykrzyczec swoje pretensje i zamanifestowac najbardziej pozytywne motywacje. Ci falszywi przyjaciele Kosciola wiedza, ze najbardziej skutecznym narzedziem jest sterowanie opinia publiczna, z pomoca której tak latwo udaje sie zapedzic ofiare pod sciane.

Glówny cel zabiegów falszywych przyjaciól Kosciola najbardziej precyzyjnie odslonil J.M.Rokita, gdy komentujac wydarzenia zwiazane z niedoszlym ingresem abp. S.Wielgusa radosnie wykrzyczal: "To jest najszczesliwszy dzien w moim zyciu. Po raz pierwszy swieckim udalo sie odwrócic decyzje hierarchów." Udalo sie. Wlozyli but w drzwi i teraz staraja sie przez szpare saczyc demokratyczny ferment, który musi przyniesc pozadane owoce. To ciekawe, ze ta prawda wymknela sie Rokicie wlasnie podczas tego wydarzenia, które zogniskowalo najwazniejszy dzisiaj wymiar zagrozenia dla Kosciola.

Sposród wielu niewyjasnionych spraw z minionych dwudziestu lat, malo jest takich, w których bylbym pewien swoich racji równie mocno, jak tego, ze abp. Wielgus zostal straszliwie skrzywdzony i jest calkowicie niewinny. Pisalem o tym wiele wtedy, gdy sprawy sie dzialy (mozna to znalezc w archiwum moich zapisków na portalu "Ojczyzna") i dzisiaj poprzestane na stwierdzeniu, ze stosunek do tej sprawy jest dla mnie wskazówka, na której opieram swoja prywatna ocene wypowiadajacych sie na ten temat osób. W istocie ulatwia mi to rozpoznawanie falszywych przyjaciól Kosciola, choc musze zaznaczyc, ze pejoratywne okreslenie "falszywy przyjaciel" nie powinno byc utozsamiane z kwalifikacja "wróg", bo to wymagaloby wiedzy, ze udawanie "przyjaciela" jest swiadome.

W minionym dwudziestoleciu naprawa Kosciola zajelo sie wielu falszywych przyjaciól. Choc poczynili wiele zla, w miare uplywu czasu i konfrontacji gloszonych intencji z rzeczywistymi skutkami, ich moc kruszyla sie, a szeregi topnialy. Ci najgrozniejsi jak Weclawski, czy Obirek upadli do konca, a ten pierwszy juz nawet wyrzekl sie Chrystusa, mimo ze jeszcze nie wyjasniono do konca jego roli w niszczeniu abp. J.Paetza i osobistego przyczynku do pograzenia abp.Wielgusa ( rewelacje na temat sprawy plk. Tobiasza moga tutaj wniesc nowe watki). Garstka tzw. medialnych biskupów, dzgajacych ustawicznie Kosciól wypowiedziami zdumiewajacymi innych hierarchów, duchowienstwo i wiernych, stracila juz wplyw na opinie publiczna - jeszcze od czasu do czasu mówia, ale niewielu juz ich slucha, a prawie nikt nie traktuje tych wypowiedzi powaznie. Spuszczono juz zaslone obojetnosci na propagatorów kosciola otwartego ze srodowiska Tygodnika Powszechnego, po których wynurzenia siega garstka czytelniczych dinozaurów i byc moze ideolodzy wlascicielskiego koncernu ITI. Podobnie entuzjasci postepu w Kosciele skupieni w Znaku, Wiezi, czy wokól agencji KAI zdaja sie byc juz Polsce niepotrzebni ze swymi potokami zuzytych slów i fraz, a jesli juz ktos z nich utrzymuje sie w sferze publicznej, jak senator J.Gowin, to raczej unika wszelkich skojarzen ze srodowiskami, z których wyszedl.

Dzisiaj w sprawach Kosciola szczególnie glosna jest para dziennikarzy -T.Terlikowski i E.Czaczkowska, którzy cwicza profesje falszywego przyjaciela, uzurpatorsko przyjmujac przydomek publicystów katolickich, bezpodstawnie przez kogos im nadany i starannie, z wielkim impetem podtrzymywany. Nie mam najmniejszego zamiaru wchodzic w analize tekstów i zachowan tych dwojga autorów, bo ich postawa tak bardzo przekracza kompetencje publicystów zajmujacych sie delikatna materia Kosciola, a arogancja i wlasnie owe uzurpatorskie sklonnosci wyzwolily taka przesade, ze wszystko obraca sie w forme jakiejs nieprzystojnej, glupiej parodii. Ludzie ci, przez brak powagi, po prostu nie moga byc zbytnio szkodliwi.

Inaczej sprawy wygladaja w przypadku ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, którego równiez uwazam za falszywego przyjaciela Kosciola, bo te bledy, które popelnia naprawde szkodza Kosciolowi. Wlasciwie caly ten mój dlugi wstep jest opisem kontekstu,dla skupienia uwagi na tej jednej sprawie.

Przykra to rzecz, bo nie ma watpliwosci, ze ks. Isakowicz-Zaleski byl mocno zwiazany z antykomunistyczna opozycja, byl przesladowany, ma ogromne zaslugi w dzialalnosci charytatywnej, jest czlowiekiem ideowym, odwaznym i takze dzisiaj mówi glównie rzeczy sluszne i prawdziwe. Jest jednak obarczony wada straszliwej, wrecz chorobliwej pychy, która kaze mu wciaz poszukiwac sposobu na staniecie w srodku uwagi publicznej, w blasku reflektorów, w centrum kontrowersji, która czesto, moze wbrew jego woli, upokarza i krzywdzi jednych, bez potrzeby podwaza autorytet innych i wspólgra z tymi, którzy sa rzeczywistymi wrogami Kosciola. Trudno pojac, ze tej intensywnej ideowosci, zmaconej niepohamowanym brakiem skromnosci, towarzyszy taki brak rozeznania sytuacji, ze moze on uznac telewizje TVN, Superexpress, czy Terlikowskiego za wlasciwych partnerów w walce o prawde i rzekoma naprawe Kosciola. Trudno pojac, ze ktos moze tak bezwzglednie uzurpowac sobie prawo do wlasnej wersji prawdy, ze nie zwraca uwagi na wlasne czyny krzywdzace innych, a zwlaszcza lekcewazy potencjalnie szkodliwe skutki dla calego Kosciola.

Dzisiaj, jak nigdy przedtem, jestem przekonany, ze tzw. lustracja ludzi Kosciola jest jego wewnetrzna sprawa i nikt z zewnatrz nie ma prawa domagac sie otwartosci procesu tego samooczyszczenia, a tym bardziej wplywac na podjete decyzje. Tylko z wnetrza Kosciola, przy wspólpracy dobranych, czasem niezbednych ekspertów, mozna dostatecznie wnikliwie rozwazyc cala zlozonosc pojedynczych przypadków, ustalic konkluzje i podjac decyzje sluzace dobru, które jest takze wyznaczone przez uznanie waznosci chrzescijanskich zasad. Tym bardziej, ze analiza tak trudnych spraw moze wymagac rozwazan zwiazanych z autentycznymi tajemnicami, których Kosciól nie moze i nie powinien ujawniac.  Kaplan nie ma prawa wywracac tego porzadku i wciagac swiat zewnetrzny w rozwazanie tych kwestii. Nie ma prawa takze wtedy, gdy czuje sie osobiscie skrzywdzony, bo nie moze kwestionowac dobrych intencji swoich przelozonych i stawiac wlasne rozeznanie, obarczone subiektywnym postrzeganiem, ponad przyrzeczony obowiazek posluszenstwa. Sprawa moze miec wymiar zewnetrzny jedynie wtedy, gdy pretensje zglosi swiecka osoba skrzywdzona przez duchownego.

Ks. Zaleski zostal slusznie dopuszczony do studiowania dokumentów IPN zgromadzonych w jego sprawie i mozna usprawiedliwic jego chec zbadania przypadków zwiazanych z wlasna krzywda. Takze kwestia jego sumienia byla decyzja, w jakim rozmiarze ujawni publicznie wyniki swoich badan. Jednak jego publiczna walka o poszerzenie wlasnych zapedów sledczych i przyjecie roli glównego lustratora koscielnego, a zwlaszcza sposób, w jaki wykonywal te role i podwazal autorytet swoich przelozonych, byl trudny do zaakceptowania. Wcale nie dziwila mnie reakcja wielu ksiezy, do których zwrócil sie o wyjasnienia, bo znalazl dokumenty o ich wspólpracy. Wielu z nich po prostu odsylalo pismo bez odpowiedzi, bo nie widzieli powodu, by uznawac te uzurpacje ksiedza za godna akceptacji.

Jezeli dzisiaj ks.T.I.-Z. argumentuje slusznosc swego podejscia, bo kontaktowal sie z bodaj 130 ksiezmi w sprawie ich SB-ckich dokumentów i "zaden z nich nie podal mnie do sadu", to czlowiek traci ochote na szukanie usprawiedliwien. Dla uzywania tego typu argumentacji potrzeba wyjatkowego poziomu arogancji i braku rozeznania rzeczywistosci w polskim sadownictwie - to jest wlasciwie podejscie kpiarza.

Przez dluzszy czas ksiadz Zaleski trwal w wyciszeniu i przyjmowalem ten fakt z satysfakcja, a nawet z zyczliwoscia  przyjalem jego protesty zwiazane z przemilczaniem zbrodni wolynskiej. Jestem tego samego zdania, ze uciekanie od prawdy tylko pogorszy nasze relacje z narodem ukrainskim. Co wiecej, sytuacja, w której Ukraincy buduja swoja tozsamosc na tradycji zbrodniczych organizacji, uniemozliwia kontynuacje tak powszechnego gestu strony polskiej, w którym nie wiaze sie tej zbrodni z narodem ukrainskim, a jedynie z mala jego czescia. I ten rozwój sytuacji wymaga stanowczych reakcji, bez wzgledu na korzysci polityczne.

A jednak nawet tutaj ks. Zaleski wywolal szkodliwy dla Kosciola konflikt. Wielu autorów przedstawilo historyczne analizy wydarzen, a jednak nikt nie sprowokowal do reakcji przedstawicieli Kosciola grecko-katolickiego. Udalo sie to ksiedzu Zaleskiemu, mimo ze brak ujawnienia listu abp. Martyniuka nie pozwala do konca zrozumiec, jak mu sie to udalo. W delikatny dialog bratnich Kosciolów ks.Zaleski bez odpowiedzialnosci wtloczyl lyzke dziegciu, a jeszcze dodatkowo dzga w kurie krakowska, ze nie bierze go w obrone, milczy, nie ujawnia etc. Nie wiadomo jeszcze, co z tego wszystkiego wyniknie, ale jedno wiadomo, bo widzimy, ze ks. T.Isakowicz-Zaleski znów jest na ustach mediów, znów jest w centrum zainteresowania, a niektórzy szykuja sie nawet do akcji w jego obronie, nie znajac jeszcze calosci sprawy.

Jestem przekonany, ze mamy do czynienia z falszywym przyjacielem Kosciola, który znajdzie w koncu droge do uswiadomienia sobie, ze krzywdzil Kosciól, mimo iz tego nie chcial. Uswiadomienie to moze jednak trwac bardzo dlugo, bo charakterologiczne cechy tego ksiedza mocno determinuja jego impregnacje na argumenty.

Mam jedno osobiste doswiadczenie z ksiedzem Zaleskim, gdy próbowalem rozmawiac z nim na temat sprawy abp. S.Wielgusa - to bylo nieprzyjemne doswiadczenie, bo nie zdolal pohamowac gniewu, wykrzykujac tylko jeden argument: "Ja sie na tym znam, bo ja ogladalem rózne dokumenty, a Pan nie!". Ciekawe, na czym opieral to swoje: "..a Pan nie!".          

Kazdy z nas, zwlaszcza starsi ludzie, jestesmy troche psychologami. Gdybym mial wyciagac wnioski z tego wszystkiego, co pisze i zamieszcza na swoim blogu ksiadz Zaleski, stwierdzilbym, ze mamy do czynienia z czlowiekiem o skrajnie rozwinietym ego i skrywanymi kompleksami, które sklaniaja go do wielkich wysilków, by skupic na sobie uwage. Chcialbym dotrzec do profesjonalnej analizy sylwetki ksiedza wykonanej przez prawdziwego psychologa na podstawie wylacznie tekstów i zdjec z jego blogu.

Ten zapisek jest wyjatkowo dlugi, ale gdy wklada sie kij w mrowisko, to lepiej, gdy ten kij jest dlugi. 

 

22 pazdziernika 2008   -  137

Twarz Beaty Sawickiej i  wspólnictwo "Rzeczpospolitej"

Minister Ewa Kopacz, a wraz z nia rzadzaca Platforma Obywatelska juz bez oporów pokazuje swoja brzydka twarz zasluzonej partyjnej dzialaczki, ale upadlej poslanki Beaty Sawickiej. Trzeba bylo odczekac caly rok, by wierzac w ulotnosc ludzkiej pamieci, zarysowac konkrety programu nakreslonego lapidarnie w podsluchanej przez panstwowe sluzby szczerej i pelnej nadziei biznesowej rozmowie o przygotowywanych lodach. Trzymane w ryzach media dbaja o to, by tamte sceny nie byly przypominane, a zadni zwykle dosadnej ilustracji goracego tematu dziennikarze, nawet sie nie dopominaja o tamte wstrzasajace obrazki. Linia pelnego poparcia mediów dla PO trwa, wiec nie pokazuja, bo pani minister jest troche podobna do Beaty Sawickiej - troche przez malo atrakcyjna urode, troche przez poziom i arogancje wypowiedzi, a bardzo przez to wszystko, co mozna nazwac bezczelnoscia przez lzy.

Jest wiec program dzialania, w którym dokonuje sie zasadniczego przewartosciowania - zdrowie czlowieka jest towarem, zycie czlowieka tez jest towarem, lekarz jest pozbawionym emocji, wynajetym rzemieslnikiem-wykonawca, który bez skrupulów skalkuluje, co mu sie oplaca, a co nie. Wspólczucie i inne ludzkie odczucia mozna w sobie zgasic, bo tak latwiej i efektywniej sie zarobi - przysiega Hipokratesa idzie do lamusa, gdy zysk okresla potrzeby. Warto byc wlascicielem - podaz klientów zapewniona, NFZ, albo inne ubezpieczeniowe firmy zaplaca, a korporacyjna solidarnosc zawiaze taki monopol, ze nikt nie podskoczy.

Mamy ogromne grupy ludzi zainteresowanych tymi lodami, zwlaszcza zainteresowanie udzialem od samego poczatku, gdy po pokonaniu wstepnych barier ruszy latwy pieniadz za sprzedawane fragmenty dzisiejszego majatku publicznego. Ale nie mam watpliwosci, ze aktywna jest tez znacznie wezsza grupa tych, którzy sa zainteresowani ideologicznie. Chodzi o degradacje godnosci czlowieka, o ubezwlasnowolnienie spoleczenstwa, wreszcie o niszczenie Polski przez redukcje jej potencjalu demograficznego.

Wielu kompetentnych ludzi wie dobrze, co nam zagraza. Przedstawiaja oni konkretne szczególowe argumenty dotyczace tej grozby. Przygladajmy sie jednak, kto w tym wszystkim uczestniczy.

Dziennik Rzeczpospolita od pewnego czasu uznawany jest za sprzyjajacy zwolennikom PiS , a bardziej generalnie za pismo traktujace powaznie nazwe, jaka mu kiedys nadano. Wiele materialów, komentarzy, publikacji, felietonów publikowanych w ostatnim roku, a nawet przed wyborami potwierdzalo taka nowa dla pisma linie, chociaz uwazni obserwatorzy dostrzegali takze smuge klopotliwego pluralizmu karmionego tekstami calkiem dziwnie tolerowanych, znanych skadinad indywiduów. Obawiam sie, ze ostrzezenie zawarte w tej smudze jest dosc wazne. Mielismy taki przypadek z Dziennikiem, który w krótkim okresie tez zwodzil czytelników, po czym zmiana linii nastapila tak gwaltownie, ze jedyne, co warte bylo zastanowienia, to ów fenomen zwiazany z pytaniem o konstrukcje mentalna zywych i myslacych ludzi - publicystów Dziennika, którzy gromadnie, jak dorozkarskie konie skrecili po jednym zacieciu cugli. Dziennikowi Rzeczpospolita wyraznie dano sygnal zmiany kierunku, w sprawie, która jest wyjatkowo wazna.

Pojawilo sie juz kilka prawie jednobrzmiacych w swej wymowie tekstów, promujacych prywatyzacje szpitali. Najdziwniejsze jest to, ze w sytuacji gdy PO zapiera sie ze wszystkich sil intencji prywatyzacyjnych i protestujac przeciw takim zarzutom, mówi, ze chodzi tylko o komercjalizacje, autorzy Rzeczpospolitej wprost, bez zadnych niedomówien propaguja wlasnie pelna prywatyzacje.

Pierwszy z taka publikacja i to w ostrej, wrecz irytujacej wersji wystapil Dominik Zdort. Byl to tak zaskakujaco paskudny i nieuczciwy tekst, ze zareagowalem równie mocnym komentarzem, korzystajac z faktu, ze wypowiedz autora umieszczona byla w sekwencji blogów. Popelnilem jednak blad, bo pisalem "on line", nie przypuszczajac, ze mój komentarz moze sie nie ukazac. Ukazal sie na krótko z informacja, ze tekst trafil na biurko redaktora, po czym zniknal. Mój kolejny wpis zawierajacy zapytanie: "Mój tekst nie zawieral zadnych agresywnie obrazliwych sformulowan - o co wiec chodzi?" takze sie nie ukazal. Oczywiscie autor nie przekazal mi zadnego sygnalu i musialem uznac, ze merytoryczna tresc mojego komentarza zbyt dotkliwie burzyla jego argumenty. Niestety, nie zadalem sobie trudu, by odtworzyc swój tekst, a dzisiaj juz po prostu nie potrafie tego zrobic.

Aby nie rozwijac ponad miare tematu podsumuje ten watek dwoma moimi konkluzjami. Pierwsza to ta, ze wlasciciele niepolskiego pisma Rzeczpospolita uznali, ze wbrew interesom Polaków zatrudnieni dziennikarze maja popierac prywatyzacje sluzby zdrowia w Polsce. A druga konkluzja dotyczy techniki, z jaka dziennikarze realizuja polecenia wlascicieli - w technice tej nie wolno oslabiac zalecanej linii dopuszczaniem zbyt przekonujacych kontrargumentów.

Bieg spraw ukazuje, ze zbieraja sie wszystkie moce, by przejac polska sluzbe zdrowia i zadac Polakom nokautujacy cios. Byc moze SLD zostanie przekupione, czesc pracowników sluzby zdrowia uciszona 15% udzialami w spólkach, referendum zablokowane, weto Prezydenta obalone, a PO juz obiecuje, ze nawet przy upadku ustawy, oni i tak swoje zamysly zrealizuja.

Cóz zatem czynic?

Uwazam, ze trzeba przygotowac sie na najgorsze i zrobic wszystko, by jak najmniejsza czesc tego zla byla nieodwracalna. Moim zdaniem, gdy to zlo rzeczywiscie sie stanie, PiS powinien wydac niezwykle mocne oswiadczenie, poparte autorytetem Prezydenta i odpowiednio glosnym poparciem zorganizowanych pracowników sluzby zdrowia.

Oswiadczenie winno zawierac:

- stwierdzenie, ze bez zgody spoleczenstwa rzad nie ma prawa wprowadzac zmiany, która grozi likwidacja podstawowych praw obywatelskich zapisanych w konstytucji,

- obietnice, ze w przypadku powrotu do wladzy PiS zobowiazuje sie przywrócic publiczna wlasnosc tych szpitali, które dzisiaj sa publiczne,

- ostrzezenie dla wszystkich planujacych udzial w prywatyzacji, ze ich wspóludzial w tym procederze bedzie rozpatrywany jako dzialanie nielegalne, bedzie przedmiotem pelnej kontroli, a straty zwiazane z przywróceniem w przyszlosci publicznej wlasnosci nie beda rekompensowane.

W wyborach parlamentarnych takie oswiadczenie moze byc nosnikiem zwyciestwa. 

 

17 pazdziernika 2008   -  136

Tego nie wolno zapomniec, ani wybaczyc!

Krzysztof Leski zdazyl juz napisac: "Szczytowe spiecia powoli odplywaja w niepamiec. Juz pewnie nigdy nie dowiemy sie,...", wlaczajac sie tym samym w dziennikarska kampanie zacierania sladów po wydarzeniach, które postawily Polske w stan wrzenia. Oczywiscie dziennikarze, w tym równiez Pan Leski musza byc zainteresowani w tkaniu zaslony milczenia, bo ich udzial w kompromitujacym spektaklu, jaki rozegral Premier Tusk ze swymi kompanami, byl decydujacy. Ludzie mediów, bo lepiej juz nie uzywac mylacego terminu "dziennikarze", byli zaczynem i oliwa konfliktu Premier-Prezydent - Donald Tusk nawet nie pomyslalby o wszczynaniu konfliktu, gdyby nie mial pewnosci wspólnictwa mediów.

Zachowanie ludzi mediów w czasie trwania konfliktu powinno byc przedmiotem przemyslen i analizy tych wszystkich, którzy jeszcze nie wiedza, ze media stoja u zródel prawie kazdego problemu, z którym mamy dzisiaj do czynienia w Polsce. To wszystko, co naprawde jest wazne dla wspólnotowego zycia Narodu, dzieje sie w sferze publicznej, która opanowali w calosci ludzie mediów. Nawet politycy powolani do rozwiazywania problemów i uroczyscie przysiegajacy, ze beda dbac o dobro Rzeczypospolitej, sa tylko narzedziami w rekach mediów, bo ich skutecznosc i mozliwosc dzialania jest w ogromnym stopniu zalezna od tego, co w koncu dociera do opinii publicznej. A o tym decyduja ludzie mediów, którzy perfekcyjnie opanowali techniki manipulacyjne i pozostaja zawsze bezkarni, mimo ewidentnych wykroczen.

Zwracam uwage na media dlatego, ze z latwoscia mozna przewidziec ich dalsze dzialanie, do którego skutecznosci nie wolno nam dopuscic. Otóz, po poczatkowym okresie konfliktu, kiedy media skupily caly atak na obozie Prezydenta, strona rzadowa dopuscila sie tak karygodnych, prymitywnych, wrecz ordynarnych zachowan, ze ich przemilczanie, tuszowanie, czy tolerowanie stalo sie dla mediów wrecz niemozliwe. W pewnym momencie nastapila zmiana linii mediów i juz do konca taktyka manipulacyjna skupiona zostala wokól tezy: "Premier formalnie ma racje i slusznie walczy o prerogatywy, które prawnie zapewnia mu konstytucja, ale w tej walce wykazuje taki brak kultury, ze równiez nie jest bez winy. Jest wiec to z obu stron ostra ambicjonalna rywalizacja, która wpisuje sie w przyszla kampanie wyborcza, ale dzisiaj szkodzi Polsce." Dzisiaj, gdy wydarzenia zwiazane z konfliktem mamy juz za soba, teza ta utrzymywana jest jako podsumowanie calej afery i dzialanie mediów musi tworzyc sytuacje, by tak pozostalo - "Obie strony winne, obie strony nie doceniaja kultury politycznej, konstytucja jasno definiuje prerogatywy Rzadu, byc moze potrzebna jest ustawa kompetencyjna precyzujaca dodatkowo podzial ról dla najwyzszych urzedów panstwa - a w ogóle to zapomnijmy o tym przykrym epizodzie i patrzmy w przyszlosc."

A tutaj trzeba wyraznie powiedziec:

Nie! Panie i Panowie! Tej sprawy nie wolno zapomniec, nie wolno przyklepac. To musi byc wyjasnione do konca!

I nie pisalbym o tym, gdyby nie dzisiejsze wypowiedzi w telewizji TVN24 ludzi, których ktos, kiedys namascil na autorytety, choc malo kto powaznie te nominacje traktuje. Chodzi o program z psychologiem spolecznym - Edmundem Wnukiem-Lipinskim, z socjologiem - Jadwiga Staniszkis i z prawnikiem - Andrzejem Zollem, w którym tak wlasnie podsumowano istote konfliktu w sprawie szczytu europejskiego. Uczciwosc nakazuje mi dodac, ze Staniszkis, z poparciem A.Z. i  przy milczacej aprobacie E.W-L. zwrócila uwage na dominujaca i negatywna role mediów w rozwoju konfliktu, ale nic z tego nie wynikalo dla oceny roli Premiera i Prezydenta w sporze. Najbardziej istotna byla wypowiedz prof. A.Zolla, który wprost, bez cienia watpliwosci powiedzial, ze konstytucja w sposób oczywisty ustala, ze Premier wraz z Rada Ministrów KSZTALTUJE polityke zagraniczna. To prawdziwe horrendum, gdy taka bzdure mówi czlowiek wychowujacy zastepy mlodych prawników w najstarszym polskim uniwersytecie.

Jestem przekonany, ze Trybunal Konstytucyjny, choc chetnie poparlby Tuska, zrobi unik, by nie utracic resztek wiarygodnosci, chociaz niczego nie da sie wykluczyc, gdy pamieta sie niektóre werdykty trybunalu. Spróbuje w zastepstwie TK uzasadnic, ze opinia A.Zolla i wielu innych jest kompletna bzdura, bo wyjasnienie tego jest centralnym punktem calej sprawy. Oczywiscie wykraczam poza swoja specjalizacje, ale prawo jest dla ludzi i nie pozwole sie zepchnac do roli przedmiotu zdanego na sofistyke prawników.

 

Cale rozumowanie ludzi, którzy interpretuja konstytucje, przyznajac racje Premierowi, opiera sie na zapisie:

Art. 146.

1. Rada Ministrów prowadzi polityke wewnetrzna i zagraniczna Rzeczypospolitej Polskiej,

a dokladnie mówiac, opiera sie na wlasnej interpretacji czasownika "prowadzi", które np. A.Zoll bezpodstawnie utozsamia z czasownikiem "ksztaltuje".

Prawnicy maja zwyczaj unikac precyzyjnych sformulowan, by pózniej dowolnie je interpretowac. Co wiecej, gdy natrafia na takie nieprecyzyjne sformulowanie, przyklekaja na oba kolana i traktujac zapis prawny jako slowo objawione, marszcza czolo w intelektualnym wysilku i zastanawiaja sie nad tym, co ustawodawca mial na mysli i czy ewentualnie moze sie to wpisac w pozadana dla nich interpretacje.

W tym przypadku jednak czasownik "prowadzi" moze tez znaczyc "wykonuje praktyczne dzialania, niekoniecznie decydujac samodzielnie o ich celu". Tak, jak na przyklad czlowiek, który prowadzi kancelarie premiera zgodnie z jego zaleceniami, czy taksówkarz, który prowadzi taksówke zgodnie z zyczeniem klienta. Jesli mamy do czynienia z brakiem precyzji, to trzeba sie odwolac do ducha prawa, a w tym przypadku do ducha ustroju panstwa zawartego w konstytucji, który jednoznacznie okresla hierarchie stanowisk i wiazaca sie z nia hierarchie kompetencji.

Art. 126.

1.      Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest najwyzszym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciaglosci wladzy panstwowej.

2.      Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na strazy suwerennosci i bezpieczenstwa panstwa oraz nienaruszalnosci i niepodzielnosci jego terytorium.

Zapisane najpowazniejsze obowiazki Prezydenta, nakladajace na niego szczególna odpowiedzialnosc, potwierdzone sa w tekscie przysiegi:

 "Obejmujac z woli Narodu urzad Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyscie przysiegam, ze dochowam wiernosci postanowieniom Konstytucji, bede strzegl niezlomnie godnosci Narodu, niepodleglosci i bezpieczenstwa Panstwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyslnosc obywateli beda dla mnie zawsze najwyzszym nakazem",

który istotnie rózni sie od przysiegi Prezesa Rady Ministrów:

Obejmujac urzad Prezesa Rady Ministrów (wiceprezesa Rady Ministrów, ministra), uroczyscie przysiegam, ze dochowam wiernosci postanowieniom Konstytucji i innym prawom Rzeczypospolitej Polskiej, a dobro Ojczyzny oraz pomyslnosc obywateli beda dla mnie zawsze najwyzszym nakazem."

i w sposób oczywisty wiaze sie z wazna rola Prezydenta w kreowaniu polityki zagranicznej, a z pewnoscia naklada na Prezydenta obowiazek pilnowania, by kierunek tej polityki nie zagrazal ciaglosci panstwa, godnosci Narodu, suwerennosci i bezpieczenstwu panstwa i by zapewnial nienaruszalnosc i niepodzielnosc jego terytorium.

Zalózmy, by poprowadzic argumentacje ad absurdum, ze A.Zoll ma racje. Premier egzekwuje swoje prowadzenie polityki zagranicznej w tak wulgarnym trybie, jaki zademonstrowal podczas ostatniego kryzysu. Uznaje, ze tylko on ma prawo ksztaltowac polityke zagraniczna, nawet nie informuje Prezydenta o swoich zamiarach, co wiecej jego urzednicy oficjalnie zakazuja udzielania informacji. Wbrew publicznie wyrazonej przez Prezydenta woli uczestnictwa, nie zgadza sie na jego wyjazd na szczyt, nie dopelnia powinnosci zgloszenia jego uczestnictwa i podejmuje bezposrednie dzialanie, by mu uniemozliwic wyjazd do Brukseli. Wszystko to odbywa sie w kontekscie bezprzykladnie obrazliwych dla Glowy Panstwa czynów i wypowiedzi, az po najbardziej drastyczne: "Ja Prezydenta nie potrzebuje". Doszlo nawet do tego, ze Premier zakwestionowal wylaczne, wprost zapisane w Konstytucji uprawnienie Prezydenta do ratyfikacji traktatu miedzynarodowego, rezerwujac dla siebie udzial w dyskusji na temat ratyfikacji traktatu lizbonskiego, mimo ze jego rola w tej sprawie zostala juz w pelni zakonczona.

To wszystko wlasnie jest rzeczywistym zlamaniem konstytucji, a prawdziwym skandalem jest powolywanie sie na artykul 133, mówiacy, ze "Prezydent RP w zakresie polityki zagranicznej wspóldziala z Premierem i z wlasciwym ministrem", gdy cale postepowanie Rzadu fizycznie uniemozliwia jakiekolwiek wspóldzialanie. Przeciez wspóldzialanie nie moze polegac na rezygnacji z udzialu w tworzeniu polityki zagranicznej, na wymuszonym braku zainteresowania, na zgodzie na brak informacji, na rezygnacji z uczestnictwa w waznym miedzynarodowym spotkaniu, na uchylaniu sie od obowiazku reprezentowania panstwa. Premier zlamal konstytucje, poniewaz uczynil wszystko, by uniemozliwic najwyzszemu przedstawicielowi Rzeczypospolitej Polskiej wykonywanie jego konstytucyjnych obowiazków.

Min. Michal Kaminski podczas rozgrywanej przez Rzad intrygi z samolotem wykrzyczal: "To jest kieszonkowy zamach stanu". Jest to zupelnie niewlasciwe obracanie sprawy w zart. To, co sie stalo w zwiazku ze szczytem europejskim nosi w pelni znamiona nieudanej próby zamachu stanu na ustrój panstwa - Premier Donald Tusk i bioracy udzial w próbie zamachu ministrowie, urzednicy i politycy musza stanac przed Trybunalem Stanu. Oby jak najszybciej.

Prezydent Lech Kaczynski swoja zdecydowana postawa zablokowal zamachowców i zachowal sie jak prawdziwy maz stanu zachowujac spokój i godnosc w trudnej sytuacji.

Pojawiaja sie juz lajdackie glosy polityków i komentatorów przywodzace argument, ze "po co pojechal, jesli i tak niczego nie powiedzial". To juz jest bezczelnosc w najwyzszym wymiarze, jesli rozwazyc wszystkie okolicznosci tego dramatycznego wyjazdu i  powsciagliwosc Prezydenta na forum miedzynarodowym zaplanowana po to, by strzec godnosci Polski. Nie dopuscmy do zatarcia tych wydarzen i skonczmy z tolerancja dla polityków, których identyfikacja z Polska jest tak straszliwie watpliwa, ze juz nie wiadomo kto ich naprawde wybral.

 

13 pazdziernika 2008   -  135

Prezydent nie moze zrezygnowac

Od tygodnia glówna pozywka mediów jest sprawa konfliktu na linii Premier-Prezydent w sprawie wyjazdu do Brukseli na szczyt UE. Mówia o tym wszyscy. Niektórzy nawet wrzeszcza, popisuja sie, oburzaja, wzywaja do opamietania, jecza i strasza - nikt nie mówi o tym, co jest najwazniejsze w tym konflikcie.

Szczerze mówiac nie jestem pewien, czy rzeczywiscie nikt nie mówi, bo w kilku komentarzach internetowych pojawiaja sie juz slady zrozumienia istoty rzeczy. Byc moze ktos juz sprawe wylozyl pelnym tekstem, ale nie siedze po uszy w internecie i sam jeszcze takiej wypowiedzi nie spotkalem. Zacznijmy wszakze od tego, co widzimy.

Wszystko rozpoczelo sie od mocnej, publicznej i wypowiedzi Premiera, ze sam ustali sklad delegacji na szczyt, bedzie jej przewodniczyl i nie widzi miejsca dla Prezydenta. Byla to wypowiedz wybitnie prowokacyjna, a nawet upokarzajaca, z wyrazna intencja postawienia Prezydenta w klopotliwej sytuacji. Natychmiast pojawila sie riposta urzedu Prezydenta, po której potoczyla sie lawina jeszcze bardziej prowokacyjnych wypowiedzi róznych kompromitujacych postaci strony rzadowej.

Urzad Prezydenta nie atakowal, odpowiadal na oczywiste zaczepki, obelgi i insynuacje, a robil to czasem bardzo zdecydowanym i klarownym slowem, przekazujac jedna, podstawowa teze - "Prezydent pojedzie na szczyt i z urzedu bedzie przewodniczyl delegacji".

Musze poczynic mala dygresje. Z przekonaniem glosowalem na Lecha Kaczynskiego, ale nigdy dotad nie rozpieszczalem go pochlebnymi uwagami. Bylo zwykle odwrotnie, poniewaz mialem ogromne zastrzezenia do ludzi z otoczenia Pana Prezydenta - umiejetnosc doboru ludzi uwazam za podstawowa kwalifikacje potrzebna do sprawowania urzedu. Ostatnio jednak cos sie zmienia w dobra strone i sadze, ze min. P. Kownacki szybko i efektywnie zbiera dla niego punkty, budzac oczywiscie zlosc przeciwników.

Gdyby widzowie tego wciaz trwajacego widowiska zdobyli sie na odrobine obiektywizmu, zauwazyliby latwo róznice poziomu i stylu polityków obu stron. Nieslychana agresja polityków PO i ostre, dosadne, ale z zachowaniem kultury riposty drugiej strony. Tym bardziej, ze brakowi powagi i zwyczajnemu chamstwu polityków PO, caly czas towarzyszy kompletny brak szacunku dla stanowisk przez nich pelnionych. Szkoda przypominac te wszystkie sytuacje, ale czy po tym, co pokazano, mozna miec szacunek do mlokosa, którego postawiono na czele MON, do hochsztaplera i kleczacego histeryka na czele MSZ, do gówniarza kierujacego kancelaria premiera, czy przewodniczacego klubu PO, wylewajacego potoki nic nie znaczacych, zwykle falszywych slów?

Niezawodni dziennikarze maja swoje dni - podsycaja konflikt, jak moga, judza az do skutku, zagluszaja argumenty, przerywaja watek rozmówców ze strony Prezydenta, sami staja sie strona i zaangazowanymi, nieobiektywnymi "mediatorami".

Równie niezawodni socjologowie opisuja istote konfliktu - chore ambicje, walka o wladze, potyczka o pozycje polityczna, poczatek kampanii wyborczej ...etc. Tylko jednemu z nich (Jablonski - tak, to ten lysy, o malo inteligentnym wygladzie, zwlaszcza gdy mówi w emocjach) wypsnela sie prawda wprawiajaca w zaklopotanie kolegów po fachu: "My tu jestesmy przeciez od tego, by robic rewolucje!"

I nikt nie dotyka sedna rzeczy, które polega na calkowicie odmiennym podejsciu Prezydenta i Premiera do polskich spraw, o których moga zapasc powazne decyzje na szczycie. Prezydent slusznie ocenia Premiera i jego zespól ministrów, jako osoby malo wrazliwe na interes Polski, a nawet sklonne do dzialan przeciw tym interesom i uznaje, ze kilku spraw poruszanych na szczycie musi przypilnowac. Jego upór nie ma powaznego zwiazku z ambicjami, z próznoscia, czy z kampania wyborcza - jestem przekonany, ze ustapilby, gdyby chodzilo o jego prywatne sprawy. Tutaj jednak chodzi o Polske i konsekwentne obstawanie przy swojej pierwotnej decyzji jest po prostu koniecznoscia - pilnowanie najwazniejszych spraw dla Polski jest podstawowym obowiazkiem Prezydenta i za to bedzie kiedys oceniany przez historie. Prezydent nie moze wprost powiedziec, ze sie obawia, ze D.Tusk znowu chce zadzialac przeciw interesowi Polski, bo konsekwencja wygloszenia takiej opinii, bylaby koniecznosc odwolania Premiera, a tego sie wciaz jeszcze nie da zrobic.

Z pewnoscia moja opinia o szkodliwosci D.Tuska i jego ekipy dla polskich spraw jest jeszcze bardziej negatywna i ugruntowana na podstawie wielu wydarzen, które mialy miejsce  po 1989 roku. Nigdy nie moglem pojac powszechnosci wyjatkowo glupich oczekiwan, ze jest mozliwa koalicja, czy wspólpraca PO i PiS. To oczekiwanie, formulowane takze przez polityków PiS, bylo podstawowym zródlem moich watpliwosci w ocenie pozytecznosci PiS. Dzisiaj chyba juz wyparowala ta idea z glów, a ohyda lajdackiego stada, które tak bardzo zdazylo juz zaszkodzic Polsce, jest coraz powszechniej rozpoznawana.

W trakcie pisania, którego nie ulatwia mi rozwijajacy sie dramat, coraz czesciej slysze i to ze strony PO potwierdzenie, ze istota konfliktu jest róznica pogladów na temat omawianych na szczycie spraw, a co za tym idzie, róznica pogladów na temat waznych dla Polski rozwiazan. W normalnych warunkach Premier spotkalby sie kilka razy z Prezydentem, by próbowac ustalic kompromis. Moglaby sie tez rozwinac publiczna debata na temat tych róznic, ujawniajaca chocby fragmentarycznie postawe spoleczenstwa. I to wszystko zalezalo od PO, w jaki sposób ustawi od poczatku ten merytoryczny spór, jeszcze przeciez daleko nie konflikt. Ale tu nie chodzilo o merytoryczne przekonanie do racji, tak jak nie chodzilo o to wczesniej przy wielu aferalnych posunieciach politycznych sprzed lat. Tutaj chodzilo o przeforsowanie swoich zamierzen - po czesci motywowanych materialnie skoków na kase, po czesci motywowanemu ideologicznie zaoraniu Polski, by nie przeszkadzala w tworzeniu "nowego porzadku swiata". A przy okazji jest i zysk dla dziennikarskich hien: "The show must go on".

Dlatego dobrze, ze Prezydent nie zrezygnowal, dobrze, ze bedzie pilnowal polskich spraw. Przewiduje, ze konflikt rozwinie sie jeszcze mocniej, moze az do wyborczego przesilenia. Oby!

 

9 pazdziernika 2008   -  134

Wyciagajmy ludziom glowy z piasku !

Red. Piotr Gociek przedstawil we wczorajszej  Rzeczpospolitej miazdzacy obraz pozycji PiS w spoleczenstwie, wynikajacy z przejecia przez polityków PO praktycznie wszystkich zalet, dzieki którym PiS zyskiwal niegdys przychylnosc swojego elektoratu. Stawiajac te teze publicysta w calosci oparl sie na wynikach róznorodnych sondazy opinii publicznej i zaserwowal szeroka palete liczb rzekomo odzwierciedlajacych rzeczywiste poglady sredniego Polaka. Redaktor tak gleboko rozwija interpretacje poszczególnych liczb sondazowych, ze nie pozostawia zadnych watpliwosci co do swojej niezachwianej wiary w rzetelnosc wyników badan.

Szkoda slów, bo ta choroba jest dosc powszechna i mimo niezliczonych kompromitacji wyników sondazowych, ludzie wciaz zdaja sie wierzyc w magie podawanych liczb. Juz mnie ta ludzka przypadlosc nawet nie zlosci, a jedyne czego nie potrafie zaakceptowac, to dyskusji, lub tekstów, w których argumentacje buduje sie na podstawie sondazy. Dlatego trudno mi potraktowac powaznie analityczne spojrzenie red. Gocka na sytuacje na politycznej scenie.

Takze, budzace tak ogromne, ale pelne satysfakcji, zdziwienie publicystów utrzymujacymi sie dobrymi notowaniami PO w sondazach, jest zbudowane na fikcji. Niestety badacze nigdy nie podaja szczególów metodyki badan, a zwlaszcza tego, ze znakomita wiekszosc ankietowanych w ogóle odmawia odpowiedzi. Nietrudno sie domyslic, ze taka odmowa wylacza z badan grupe o innych preferencjach politycznych, niz ci, którzy chetnie odpowiadaja ankieterom. W skrajnym przypadku, gdy badania firmuje np. red. T.Lis wyniki jego sond odzwierciedlaja poglady tych, którzy go lubia, a przynajmniej toleruja - i to kazdy z latwoscia zobaczy po wynikach. Jestem przekonany, ze badajacy dobrze wiedza o falszywej reprezentatywnosci badanych grup i dlatego uwzgledniaja odpowiednia korekte, gdy zbliza sie czas weryfikacji -czas wyborów. Ja sam intuicyjnie staram sie oceniac wielkosc niezbednej korekty, ale w duzej odleglosci czasowej od finalu taki zabieg jest dosc ryzykowny i oglaszane wyniki niewiele sa warte. Jedyna informacja do przyjecia jest fakt, ze dzisiaj zapewne PO i PiS maja duze poparcie elektoratu, a cala reszta bardzo male.

W fizyce bardzo pozyteczne sa tzw. doswiadczenia pomyslane (gedanken Experiment), ale w chwiejnej materii badan socjologicznych nie ma wystarczajacych przeslanek, by zaprzac do rozwazan twarda logike i wysnuc jakies wnioski. Gdyby jednak zrobic taki eksperyment i zalozyc, ze za miesiac mamy wybory, zobaczylibysmy szybko jak zmieniaja sie wyniki sondazy. To nie zmienialyby sie preferencje wyborców, to firmy badajace opinie publiczna rozpoczelyby starania o zachowanie elementarnej wiarygodnosci i stopniowo roslyby wyniki PiS i malaly dla PO. Ostateczne sondaze, tuz przed wyborami bylyby bliskie rzeczywistym wynikom, moze z kilku procentowym przeszacowaniem dla PO. Dlatego dzisiaj, na podstawie chwiejnej przeslanki, jaka sa wciaz utrzymujace sie rozsadnie duze notowania dla PiS, które podaja sprzyjajace PO (innych nie ma) osrodki badan, twierdze, ze notowania PiS wynosza 43%, a PO 25%. Ta duza korekta w stosunku do publikowanych wyników swiadczy o mojej ocenie stopnia bezczelnosci dzisiejszych sondazystów i równoleglej oceny stopnia naiwnosci wiekszosci publicystów.

A jednak, powiedziawszy to, co powiedzialem, musze wyrazic wielki dyskomfort, ze po tym wszystkim, co sie dotychczas stalo i co przynosi prawie kazdy dzien, tak wielu Polaków wciaz toleruje wyczyny Platformy Obywatelskiej. I odczuwam szczególny dyskomfort, gdy ta niefrasobliwosc tak mocno dotyka srodowiska naukowe; niestety takze srodowiska fizyków. Wielokrotnie próbowalem zrozumiec dlaczego tak sie dzieje, zwlaszcza w przypadkach ludzi, o których wiem, ze z grubsza przyjmuja podobny system wartosci, moze lekko tylko przyprószony wyrastajaca ponad przecietnosc przypadloscia egoizmu. Przeciez nawet egoizm nie powinien tlumic wyobrazni wybiegajacej w przyszlosc, gdy wyczerpie sie czas egoistycznych korzysci i zaczna wszystkim doskwierac skutki niedostrzeganych dzisiaj bledów i zaniedban.

Bylem w ostatnich tygodniach zaabsorbowany wyjazdami zwiazanymi z moja praca zawodowa, a ostatnie dwa tygodnie spedzilem w USA. Spotykalem sie takze z wieloma znajomymi, wsród nich z wieloma Polakami i próbowalem sondowac nastroje polityczne przed tamtejszymi wyborami. W ogromnej wiekszosci popieraja Obame i zmeczeni prezydentura Georga W. Busha oczekuja zmiany. Ale argumentów, ze to bedzie zmiana na lepsze nie maja. Przypomina to nastrój wytworzony przez media przed wyborami w Polsce - nie jest wazne, co zrobi PO, wazne, zeby usunac PiS. Próbowalem im podac mniej wiecej taki argument: "Nie przygladalem sie ostatnio polityce w USA i nie czuje sie dostatecznie kompetentny, by dyskutowac o tutejszych problemach wewnetrznych; do niedawna wynik wyborów byl mi raczej obojetny, bo Bush rzeczywiscie byl kiepskim prezydentem. Jednak patrzac na sytuacje Polski i bardziej generalnie sytuacje swiata z perspektywy dzisiejszego zachowania sie Rosji, Obama bedzie dramatycznie zlym wyborem. Jako Polak glosowalbym na Mc Caina, a gdybym byl Amerykaninem, to dla dobrej przyszlosci swojego kraju tez bym tak wybral."

 Odpowiedz zwykle brzmiala: "No tak, ale jak ten wiekowy Mc Cain umrze, to bedziemy mieli niekompetentna i glupia Sarah Palin." Zbyt malo wiedzialem o kandydatce na wiceprezydenta, ale juz zdazylem zauwazyc, ze w wiekszosci mediów byla straszliwie brutalnie atakowana i osmieszana - przypominalo to te furie, z jaka przed wielu laty zalatwiono skutecznie mlodego D.Quale'a. Zmobilizowalem sie i obejrzalem debate Palin-Biden, w której partnerka Caina wypadla znakomicie, zaprzeczajac calkowicie negatywnym opiniom o sobie. A pózniej okazalo sie, ze moi znajomi w ogóle nie ogladali debaty, za to powtarzali opinie przekazane w mediach, potwierdzajace wczesniejsze oceny.

Niestety, taka sytuacja jest wszedzie, ze wielu ludzi, poczytujacych sie, albo mylnie uznawanych za swiatla elite narodu, nie zadaje sobie zadnego trudu, by samemu poszukac prawdy. Jak strus, chowaja glowe w piasek i odbieraja zupelnie powierzchowne bodzce, które nakazuja im isc w stadzie, bo zdaje im sie, ze tak jest bezpieczniej.

Powróce na nasze podwórko.

Kilka miesiecy temu bylem na przyjeciu imieninowym w towarzystwie, w którym unika sie juz rozmów na tematy polityczne, by zachowac dobra atmosfere. Ktos jednak zlamal te niepisana zasade i delikatnie rzucil w przestrzen uwage o deficycie patriotyzmu w szeregach PO. W tym momencie jedna z pan eksplodowala gniewem i oburzeniem, ze jak mozna ja posadzac o brak patriotyzmu, gdy jej dziadek zostal wywieziony na Syberie. Byla cala rozdygotana i wstrzasal nia szloch. Nie pojmowala, mimo ze nie jej bezposrednio dotyczyla uwaga, ze moze w ogóle znalezc sie w cieniu podejrzen o zanik patriotyzmu. Milczac, myslalem, jak to moze byc, ze ta dobra i serdeczna znajoma, inteligentna i niezla w swojej specjalnosci naukowej, jest tak pewna swojego patriotyzmu, a zawsze lokuje swoje sympatie w partiach, które realizuja cele absolutnie sprzeczne z interesem narodowym. Jak to moze sie dziac, ze ona tak bardzo nie rozpoznaje sytuacji i nawet nie domysla sie sprzecznosci swoich politycznych wyborów z jej patriotyzmem. Bo przeciez nie mam watpliwosci, ze oburzenie bylo calkiem autentyczne - ona naprawde wierzy, ze jest patriotka.

Wielokrotnie próbowalem rozmawiac z takimi ludzmi. Niestety, z nimi sie nie da rozmawiac z tej prostej przyczyny, ze sa calkowicie niekompetentni. Oni nie znaja podstawowych faktów. Te, które sie juz zdarzyly i powinny byc namacalnym dowodem w prostej argumentacji wyborów politycznych, dziwnie zacieraja sie w ich pamieci. Oni trzymaja glowy w piasku i nie chca wiedziec. Nie chca wiedziec, bo to komplikuje zycie, bo to taka trudna materia, bo polityka to brud, bo nie chca sie klócic, bo nie maja czasu, etc. I im nie mozna pomóc, bo oni nie przyjma zadnych niewygodnych dla siebie faktów; uznaja je za tendencyjnie wybrane, a sprawdzanie to zbyt wielki i czasochlonny wysilek.

Wiem, ze ich przekonanie o przynaleznosci do elity jest calkowicie nieuprawnione, a tym bardziej do elity patriotycznej. Mozna byc wybitnym naukowcem, ale nigdy nie wolno uchylac sie od szerokiego spojrzenia poza wlasna dziedzine i zapominac, ze Ojczyzna to zbiorowy obowiazek. Dzisiaj elementarnym obowiazkiem patriotycznym jest dobre rozpoznawanie sytuacji politycznej, by wspierac tych, którzy prawdziwie pragna  ksztaltowac polska rzeczywistosc zgodnie z interesem narodu.

Nie wiem jakim sposobem wyciagac te glowy wetkniete w piasek, ale kopniaki, które wymierza rzad Tuska w strusie podogonia, moga sie do tego dobrze przyczynic.

Jezeli ludzie nauki nie otrzasna sie z tego ponad miare dlugiego letargu i nie poczuja w sobie wyzwania godnego elit, to wszyscy jak barany pójdziemy na rzez, a przodem pójda wybitni uczeni.

 

13 wrzesnia 2008   -  133

Jeszcze jeden madrala

Zamieszczony w dzisiejszej Rzeczpospolitej artykul Piotra Skwiecinskiego pt. "Kompleks Rosji" wpisuje sie w cykl plaskiej, nieuczciwej i niemadrej publicystki, która od wielu lat racza nas zastepy autorów zajmujacych zupelnie bezpodstawnie miejsce w przestrzeni publicznej. Mamy tzw. "wolnosc slowa", w ramach której rzekomo kazdy moze w nieograniczony sposób wyglaszac swoje poglady, jesli jednak zwazyc, ze mozliwosc docierania do szerszego odbiorcy jest mocno uwarunkowana i ograniczona, to tego typu zdumiewajace teksty po prostu irytuja. Jesli dodatkowo zwazyc, ze autor jest prezesem PAP, to irytacja tylko sie poglebia.

Nie wiem, dlaczego redakcja Rzeczpospolitej tak usilnie demonstruje swoja otwartosc na pluralizm pogladów, ze nie waha sie zamieszczac nawet teksty J.Zakowskiego, czy I.Krzeminskiego, które wywoluja jedynie wzruszenie ramion, lub tez L.Warzechy, które bardziej nadaja sie do badania osobowosci autora, niz do przemyslenia przedstawianego pogladu. Fakt, ze praktycznie nikt nie podejmuje z nimi polemiki, wydaje sie byc naturalna reakcja, ale pozostaje tez poczucie pewnej bezkarnosci, która zacheca innych do pisania równie niemadrych i najczesciej prowokacyjnych tekstów.

Bo tekst P.Skwiecinskiego jest prowokacyjny i jest to ten typ powtarzanej od lat prowokacji, w której stosunkowo mlody autor, bez jakiegos szczególnego dorobku, czy zaslug, uzurpuje sobie prawo do chlostania narodu. Ten przywilej, a zarazem uprawnienie do krytyki i upomnien, które moga wywolac chec do przemyslen, moga miec tylko wielcy Polacy, którzy wczesniej czynem wykazali, ze miluja Polske i Naród, ze zycza mu dobrze, a chlosta wynika z troski o przyszlosc. Ani ich imion nie trzeba przypominac, ani nazwisk tych, którzy jako uzurpatorzy tak chetnie siegaja po nie przyslugujaca im role. No i teraz Pan Piotr Skwiecinski dolaczyl jako jeszcze jeden madrala. I tutaj nie chodzi, bynajmniej, o hamowanie slusznej i zyczliwej krytyki, chodzi o ton i maniere, w której to wszystko sie odbywa.

Niezawodny FYM (pseudonim Free Your Mind), blogger z Salonu24, juz zdazyl powiedziec na temat artykulu prezesa PAP to wszystko, co najwazniejsze. To mój ulubiony publicysta, z którego wypowiedziami zgadzam sie zawsze prawie w calosci i jestem wdzieczny, ze tak niezwykle szybko, sprawnie i jasno formuluje swoje poglady. Jestem wdzieczny, bo przeciez czuje ulge, gdy to, co sam mysle wybrzmiewa szybko w medialnej trybunie i moge sie ucieszyc, ze ktos to tak dobrze napisal. Mysle tez, ze maja sie czego uczyc ci wszyscy, których nazwiska w Salonie24 znaczone sa czerwonym kolorem.

Chcialbym jednak tym razem cos dodac do wypowiedzi FYMa; cos, co odslania troche przyczyny mojej irytacji w zwiazku z tekstem P.Skwiecinskiego.

Najpierw ta faktograficzna czesc, w której autor buduje oskarzenie na podstawie wiary, ze to, co mu podano jest prawdziwe i na podstawie uzupelnien zbudowanych z wlasnych obserwacji blizej nie sprecyzowanego srodowiska, którego poglady i opinie utozsamia z ogólem Polaków. W przypadku dramatu zakladników w Bieslanie nie spotkalem nikogo, kto stanalby po stronie terrorystów i domagal sie kapitulacji rosyjskich wladz. Jezeli ktos w ogóle rozwazal mozliwe motywacje terrorystów, to próbowal uruchomic wyobraznie na temat tego, co rozgrywalo sie w Czeczenii (czego swiat przeciez nie widzial) i moglo prowadzic ludzi do takiego zezwierzecenia. W zadnym przypadku nikt nie usprawiedliwial terrorystów, natomiast powazne watpliwosci dotyczyly sposobu odbicia zakladników, w którym porazala latwosc szafowania zyciem dzieci. I to zachowanie, ten brak szacunku dla zycia ludzi, gdy w gre wchodzi demonstracja politycznego zdecydowania, jest charakterystyczne dla przywódców Rosji, choc nie tylko dla nich. Tutaj autor zdaje sie nawet nie pamietac o matkach zabitych dzieci, które wiedza dobrze, jak to sie odbylo i jaki jest skutek, ale chyba do dzisiaj nie doczekaly sie pelnych wyjasnien.

O Katyniu, który pan Skwiecinski zdaje sie uznawac za zalatwiona i wyjasniona sprawe, szkoda w ogóle mówic. Pewnie podziela opinie Rosjan i zbrodni tej tez nie uwaza za ludobójstwo, a ocierane chusteczka lzy Jelcyna uznaje za satysfakcjonujaca skruche. Rzecz nie tylko w sabotowaniu sledztwa, w ukrywaniu dalszych waznych dokumentów, a nawet w publicznym powrocie do starych propagandowych klamstw. Najbardziej istotne jest to, ze w olbrzymiej wiekszosci Rosjanie w ogóle o tej zbrodni nie wiedza - oni nawet nie wiedza o udziale Rosji w rozpoczeciu wojny w 1939 roku i o tym, ze zanim Hitler ich zaatakowal, przez 21 miesiecy scisle i przyjaznie wspólpracowali z nim w prowadzeniu i zaopatrzeniu surowcami jego podbojów.

Cóz wiec argumentowac w sprawie Gruzji, o której prezes PAP z pewnoscia nie wie niczego wiecej ponad to, co dostepne jest dla zwyklych obserwatorów, ale jest pewien, ze wersja rosyjska jest prawdziwa. Formalnie Gruzja zaatakowala wlasne terytorium, na którym Rosjanie rzadzili sie jak u siebie. Rosja dlugo prowokowala, wzmagajac napiecie do kresu mozliwosci - byli tak przygotowani, ze praktycznie wyznaczyli czas, w którym prowokacja musiala sie w koncu udac. Mam wrazenie, ze powtórzenie przez Rosjan niemieckiej prowokacji z radiostacja gliwicka pewnie tez ulatwiloby autorowi zrozumienie rosyjskich racji.

Te fakty ze wspólczesnosci sluza P.Skwiecinskiemu, jako wstep do postawienia glównej tezy artykulu o kompleksie Rosji, na który rzekomo od zawsze cierpia Polacy, by nastepnie chloszczac ich po grzbietach i duszy, domagac sie zasadniczej zmiany tej nad wyraz szkodliwej przypadlosci. I na czym autor opiera te swoja teze, ubarwiajac ja slowami o hipokryzji Polaków, o ich pogardzie dla Rosjan, o przekonaniu swej wyzszosci cywilizacyjnej? Otóz opiera ja na wlasnych obserwacjach i doswiadczeniach - jak mówil poeta: "takie widzi swiata kolo, jakie tepymi zakresla oczy".

Z mojego punktu widzenia doswiadczenia autora sa dosc unikalne. Juz w wieku 14 lat uslyszal on od kogos: "tam po kazdym najezdzie mongolskim kazda Ruska z brzuchem chodzila". Zapamietal tak dokladnie, ze nie waha sie cytowac, bo "od tego momentu" co jakis czas slyszy "kolejne warianty tej mantry", a dalej jego argumentacja jest wlasnie w stylu takich uogólnien, które ukrasza zaimkami "my", "nasze", wciagajac na sile czytelników w swoje bredzenie. Zyje troche dluzej od autora i nigdy nie slyszalem tak sformulowanych pogladów. Po trzyletnim pobycie w Dubnej (1968/71), gdzie mialem wiele okazji do blizszego poznania Rosji i Rosjan, bylem szczególnie wyczulony na obserwacje wzajemnych stosunków naszych narodów. Calkowicie nie zgadzam sie z teza autora. W gruncie rzeczy zawsze zadziwiala mnie wielka przychylnosc i kultura, z jaka sredni Polak traktowal sredniego Rosjanina. Cala ostra krytyka, potepienie, a nawet pogarda, dotyczyla wylacznie tego wszystkiego, co kojarzylo sie z systemem sowieckim, odnosilo sie do przedstawicieli tego systemu, ale w praktycznych stosunkach miedzyludzkich ta oczywista i uzasadniona niechec nie byla przenoszona na stosunek do pojedynczych Rosjan. Dosc powszechne bylo i jest uznanie dla osiagniec rosyjskiej kultury, zwlaszcza literatury, muzyki, baletu i nauki. Dziwne, ze nawet propagandowe zielono-górskie festiwale byly bardziej lubiane, niz odrzucane. Dla mnie najbardziej wyrazisty i powszechny przejaw autentycznej sympatii, zyczliwosci i szacunku dla Rosjan odslonil sie po roku 1989, gdy pekly zapory graniczne i tysiace Rosjan zalalo polskie miasta i miasteczka, by handlowac przywiezionym z Rosji towarami. Slyszalem ciekawosc ludzi, slyszalem zyczliwosc, widzialem chec wsparcia przez kupowanie nawet niepotrzebnych rzeczy i nigdy nie widzialem sladu pogardy. Szczerze mówiac byl to dla mnie powód do wielkiej dumy z Polaków, swiadectwo ich dojrzalosci, a nawet wielkosci, bo trzeba miec w sobie zdolnosc do pohamowania niecheci wobec wielu doznanych krzywd i zrozumienia ich prawdziwego zródla. Bylem dumny, bo wczesniej bylem swiadkiem powszechnego i calkiem innego podejscia Niemców do Polaków handlujacych w Berlinie, choc tamto zjawisko mialo nieporównanie mniejsza skale i w ogóle nie moglo byc dla Niemców uciazliwe.

W jednym Piotr Skwiecinski ma racje - Polacy odczuwaja w stosunku do Rosjan wyzszosc cywilizacyjna - choc wszystko wskazuje na to, ze autor ma co innego na mysli, niz to, co jest rzeczywistym zródlem tego przekonania Polaków. W Polsce w sposób calkiem wyjatkowy przyjela sie i zakorzenila cywilizacja lacinska, która w kazdej obiektywnej analizie musi byc uznana za najbardziej pozadany wzór zbiorowego zycia ludzkich spolecznosci. Uznanie kazdego czlowieka za powolanego do istnienia przez Boga i obdarzonego wolna wola, ale kierujacego sie takze dobrem innych, stwarza szczególne warunki do harmonijnego rozwoju spolecznosci i redukcje zagrozenia dla innych. W Rosji trwa do dzisiaj uksztaltowana przez wieki cywilizacja turanska, gdzie wódz ma zawsze racje, a naród podporzadkowuje sie w calosci jego decyzjom, traktujac go jak zastepce Boga. To podejscie jest w Rosji calkowicie powszechne, utrwalone wiekami historii i trudne do zmiany. Najwidoczniej jest to odzwierciedlone w porównaniu roli Cerkwii prawoslawnej w Rosji i Kosciola katolickiego w Polsce. W pierwszym przypadku - zawsze z wladza, chocby przeciw narodowi, w drugim - zawsze z narodem, chocby przeciw wladzy. I to, poza wyjatkami, z Rosjan wychodzi na kazdym kroku. Zapytany o opinie na dowolny temat zwiazany z kontrowersyjna decyzja przywódcy,  prosty Rosjanin odpowie: "Ani tam luczszie znajut", a mieniacy sie elita zacznie powtarzac argumenty, które mu podsunieto z góry. I tak bedzie dlugo i z tymi Rosjanami musimy wspólzyc i ukladac sie, ale ze swiadomoscia, ze to nie Rosjanie, ale ich praktycznie niekontrolowani przywódcy podejmuja decyzje. A ci sa bardzo grozni, gotowi do powtórek z historii, gotowi do nakladania ciezarów i kosztów tak na swój, jak i na inne narody i trzeba te zapedy ograniczac wszelkimi mozliwymi sposobami.

Wspólne dzialanie z innymi krajami swiata, przy zachowaniu jasnej swiadomosci, ze np. Putin jest wladca w ramach cywilizacji turanskiej, jest wymogiem dzisiejszego czasu i moze pomóc obalic te nieszczesna prawidlowosc ustalona przez F.Konecznego, w której rywalizacje wygrywa zawsze cywilizacja o nizszym stopniu rozwoju.

Mam wrazenie, ze pan Piotr Skwiecinski uznaje pelna równowaznosc róznych cywilizacji i kaze nam szanowac takze te turanska, która na takie wyzyny wzniosla naród rosyjski, ze mielibysmy sie czego uczyc. Jego tekst dotyka zbyt waznej sprawy, by mozna bylo tolerowac pelnienie przez autora tak waznej funkcji w glównej centrali informacyjnej Polski.

 

31 sierpnia 2008   -  132

Czarne chmury nad swiatem,

Dzisiaj ludzie, których bezposrednio dotknela tragedia wojny w Gruzji, pozostali w samotnosci ze swoimi bólami, a ich fizyczne przetrwanie zalezy w znacznym stopniu od pomocy plynacej ze swiata. Sympatia i wspólczucie zewnetrznych swiadków wydarzen ostygaja bardzo szybko, bo tez ciagla dawka obrazów tragedii i cierpien plynacych z róznych czesci swiata, stala sie chlebem codziennym. Jeszcze jutrzejszy szczyt UE wyznaczy tempo, a byc moze zdefiniuje schemat ostygania wrazliwosci swiata na ten najnowszy dramat, ale juz potencjalne obrazy szalenstwa huraganu Gustaw moga przeslonic to, co budzilo wspólczucie dla ofiar gruzinskiej potyczki. I tak sie pewnie stanie, ale wojna w Gruzji moze stac sie przelomem, jezeli swiat zrozumie przeslanie tych wydarzen.

Prawdziwie waznym przekazem jest mocny sygnal, ze Rosja uznala aktualny czas za ten moment, w którym mozna juz zrzucic maske i przystapic do praktycznego odzyskiwania mocarstwowej pozycji. Brutalna rozprawa z Gruzja jest nie tylko testem na odpornosc Zachodu - jest poczatkiem ofensywnych dzialan rosyjskich przywódców. Swiadcza o tym  cale potoki wypowiedzi plynace z kregów moskiewskich, w których slychac tak zlowrogie tony, ze w zaden sposób ich wymowy nie moga oslabic wtracane mimochodem ozdobniki: "chcemy wspólpracowac z Europa i USA", "nie chcemy izolacji", "oczekujemy realistycznego podejscia do wspólpracy". Podzial ról jastrzebia i golebia pomiedzy Putinem i Miedwiediewem ma charakter zamienny - jeden grozi i straszy, drugi lagodzi, a za chwile role sie zmieniaja. Najwazniejszy przekaz tkwi w tym, co formulowane jest w grozbach, a lagodzace wtracenia sa lekkim przykryciem, by rozmyc spoleczny odbiór wymowy grózb i dac narzedzia pozytecznym idiotom, których nigdy w swiecie, a zwlaszcza w Europie, nie brakowalo.

W przekazie grózb zawarta jest cala logika postepowania Rosji: "Mamy kase wypelniona po brzegi waszym kapitalem, a dalsze wplywy sa gwarantowane - mozemy zatem bez ograniczen finansowac nasze imperialne przedsiewziecia. Wy jestescie w przededniu bankructwa, uwiklani w kosztowne operacje w Iraku i Afganistanie i zmuszeni do wplat na nasze konta za surowce. Mozemy tempo waszego bankructwa regulowac, domykajac kurki. Nasze spoleczenstwo jest zawsze lepiej przygotowane do niedogodnosci i do ich przyjecia, gdy my kontrolujemy patriotyczny przekaz medialny.  A skoro otworzyliscie nam takie perspektywy podejscia do prawa miedzynarodowego, jak inwazja na Irak, wejscie do Afganistanu (a w czymze wasz Karzai jest lepszy od naszego Babraka Karmala?), a teraz stworzyliscie precedens przez dezintegracje Serbii po odlaczeniu Kosowa, to my sie dolaczamy do tych procesów.  Teraz nadszedl nasz czas i musicie sie z tym pogodzic, a najlepiej, gdybysmy doszli do porozumienia i ustalili granice wplywów. Nasza decyzja jest nieodwracalna i pójdziemy ta droga dalej, bez wzgledu na okolicznosci i wasze grymasy".

Uwazam, ze Rosja zdecydowala sie na pelna konfrontacje i jeszcze lepiej niz slowne grozby, o tej decyzji swiadcza grozby w czynach. Uparte pozostawanie wojsk rosyjskich w Gruzji, zaminowanie waznych obiektów (tu na razie tylko wysadzenie pociagu zademonstrowalo takie dzialania), to tylko drobnostki rozplywajace sie w wymowie calej akcji przeciw Gruzji. Najdobitniejszym sygnalem wskazujacym na znacznie szersze zamierzenia jest wysadzenie poteznego skladu amunicji na Ukrainie.

Dziwnym zbiegiem okolicznosci mamy do czynienia z minimalnym oddzwiekiem na to szczególnie istotne wydarzenie. Rozumiem, ze politycy malo mówia, bo za ich demaskacja takiego sabotazu musialyby pójsc adekwatne reakcje, ale dlaczego tuszuja sprawe dziennikarze? Oczywiscie zbieznosc czasowa kryzysu gruzinskiego i eksplozja skladu amunicji nie jest koincydencja przypadkowa, a wiec eksplozja jest zamierzonym, zaplanowanym wczesniej sabotazem, przekazujacym wlasciwy sygnal przywódcom Ukrainy i Europy o daleko idacej determinacji rosyjskich strategów.

Tu pozwole sobie na dygresje naukowa o koincydencjach przypadkowych:
W fizyce jadrowej ustalenie zbieznosci czasowej obserwowanych zjawisk jest podstawowym narzedziem analizy danych eksperymentalnych. Ustalenie to okreslone jest w ramach zadanego analiza przedzialu czasowego, który moze byc bardzo krótki, nawet rzedu  pikosekund (10-12 sek). Jednoczesna rejestracja zjawisk w takim przedziale pozwala ustalic, ze wystepuja one w ramach innego szerszego zjawiska, którego istote w ten sposób mozna badac. Elementem niepozadanym jest rejestracja koincydencji przypadkowych, to jest zaistnienie w ramach tego samego przedzialu czasowego przypadkowej zbieznosci zupelnie niezwiazanych ze soba zjawisk. Bardzo latwo mozna okreslic prawdopodobienstwo zajscia takiej koincydencji przypadkowej. Matematycznie mozna by wykazac, ze prawdopodobienstwo zaistnienia eksplozji skladu amunicji na Ukrainie w czasie trwania kryzysu gruzinskiego jest praktycznie zerowe, a kontekst innych prostych argumentów daje praktycznie pewnosc (nie dla prawników), ze byl to rosyjski sabotaz.

Zgadzam sie z opiniami tych polityków, którzy przykladaja wielka wage do wydarzen w Gruzji i domagaja sie stanowczej reakcji Europy wspartej jeszcze bardziej stanowczym, równoleglym stanowiskiem USA. Rzeczywiscie nie chodzi o konkretne sankcje, które moglyby bardziej zaszkodzic Europie, niz Rosji. Chodzi o klarowny sygnal odpowiedzi wskazujacej na gotowosc do przyjecia pelnej konfrontacji - taki, jaki ofiara winna wyslac szantazyscie. Sygnal ten powinien komunikowac Rosjanom: Rozumiemy, o co wam chodzi i przyjmujemy to wyzwanie. Pokazaliscie, ze po upadku komunizmu w istocie niczego nie zmieniliscie w swojej mentalnosci i zamierzacie powrócic do dawnych agresywnych zachowan. Nie chcemy wojny, ale bedziemy przygotowani, gdy ja rozpoczniecie. Dzisiaj rozpoczniemy przeorientowanie wszystkich naszych przedsiewziec i postepowan tak, by uwzglednic ten nowy czynnik, jakim sa wasze ujawnione zamierzenia. Musimy zapewnic bezpieczenstwo naszym narodom i innym narodom, które pragna z nami wspólnoty. W twardych warunkach handlowych bedziemy z wami wspólpracowac i nie widzimy potrzeby wprowadzania szczególnych sankcji. Jedynie rozpoczniemy dzialania dla odebrania wam organizacji olimpiady zimowej, by dac sygnal waszemu i naszym spoleczenstwom, ze w pelni odczytalismy przeslanie o waszych intencjach, jakie niosa wydarzenia w Gruzji.

Zapowiedz Finlandii o checi przystapienia do NATO idealnie wpisuje sie w taka strategie, a szybkie kroki, by przyjac takze Gruzje i Ukraine powinny miec o wiele wieksza wartosc, niz jakiekolwiek sankcje ekonomiczne. Wlasciwe sankcje ekonomiczne powinny polegac na realistycznym uniezaleznianiu sie od rosyjskich surowców.

A w Polsce zasadnicza sprawa musi byc sprawna i szybka neutralizacja piatej kolumny.

 

9 sierpnia 2008   -  131

Czarne chmury nad Gruzja

Dramatyczny rozwój sytuacji wokól Gruzji nie pozwala na optymistyczne przewidywania jej dalszego ciagu. W gruncie rzeczy nie widac mozliwosci szybkiego zgaszenia konfliktu. Rosja zbyt dlugo przygotowywala cala operacje, by zgodzic sie na jej zakonczenie przed osiagnieciem wlasnych celów. Te cele z kolei nie moga byc zaakceptowane przez wladze Gruzji, bo bedzie to nie tylko utrata czesci terytorium, ale konsekwencja  bedzie drastyczne ograniczenie suwerennosci potencjalnie okrojonej Gruzji.

Nie ma zadnych watpliwosci, ze Putin (bo przeciez to on wciaz wyznacza polityke Rosji) realizuje juz calkiem praktycznie i w dawnym stylu odbudowe imperialnej potegi Rosji, która odbila sie od dna materialnego kryzysu dzieki poteznemu zastrzykowi petrodolarów. Putin,  tak jak wszyscy jego poprzednicy - carowie i sekretarze imperialnej Rosji, kieruje sie wskazaniami zawartymi w testamencie Piotra Wielkiego, wsród których dzisiaj zastosowane sa te, mówiace o obowiazku zatrzymaniu raz zdobytych ziem, o ciaglym prowadzeniu wojny dla utrzymywania stalej gotowosci bojowej armii i o nieustannym parciu na poludnie, by przecierac szlak do zatoki perskiej. Sama Gruzja nie ma szans, by sie temu przeciwstawic i jedynie szeroka spolecznosc miedzynarodowa moze i powinna poskromic imperialne ambicje niebezpiecznego gracza, którego zbrodniczy instynkt wryl sie w pamiec wielu narodów, takze w bolesna pamiec wlasnego narodu.

Trzeba uswiadomic Rosjanom, ze nie maja czego szukac w rejonie Kaukazu, bo to nie ich tereny, nie ich cywilizacja, nie ich historia i nie ich kultura.

Dawno temu, w czasach mojego pobytu w Dubnej, mialem okazje zwiedzac kilka rejonów wlaczonych sila w Zwiazek Sowiecki. Wrazenia stamtad byly zródlem mojej wiary, ze to imperium kiedys sie rozpadnie. Bylem w Uzbekistanie, Kazachstanie, Tadzykistanie i Kirgizji - wszedzie, pomimo dominujacych sladów sowietyzacji, bylo zauwazalne kompletne fiasko wysilków wytworzenia jednego typu sowieckiego czlowieka - zdawalo sie, ze te róznorodne narody cierpliwie czekaja na swój czas. Bylem tez w Gruzji w sierpniu 1968 roku.

Juz w Dubnej mialem dobre kontakty z Gruzinami - fizykami i jak najlepsze wrazenia wyrózniajace ich sposród innych narodowosci cechami, które z pewnoscia wyplywaja z kultury wyniesionej z wlasnych rodzin, z kraju i srodowiska, w którym dojrzewali. Byla tez wzajemna sympatia, która rodzila sie jakby samoistnie i naturalnie, bez potrzeby wnikania skad sie bierze, bo wiele przyczyn sie zapewne na to sklada. Wspólnota pogladów z pewnoscia jest jedna z tych przyczyn. Wtedy w sierpniu w Tbilisi wyraznie sie ujawnila, gdy zdumiony zywo gestykulujacymi Gruzinami stojacymi przed kioskiem, kupilem gazete, by dowiedziec sie, ze wojska Ukladu Warszawskiego wkroczyly do Czechoslowacji. Nasze reakcje byly identyczne, a mnie zachwycalo, ze Gruzini nie wahali sie publicznie dawac im wyraz.

Dzisiaj wiec mysle o tej dawnej Gruzji, która juz wtedy czekala na swój czas i która takze wtedy, nawet jesli ogarnieta sowiecka duszna atmosfera, ujawniala swoja wielka i wspaniala przeszlosc, dawne cywilizacyjne osiagniecia i wyjatkowy urok. Piec dni w Tbilisi, na prospekcie Szota Rustaveli, na bulwarach ulokowanych wzdluz urwistego koryta rzeki Kury, w kosciele pw. sw. Barbary, z przypadkowym uczestnictwem w ceremonii chrztu swietego pieciu mezczyzn w wieku od 1 do 40 (chrzescijanstwo Gruzja przyjela w trzechsetnym roku), wreszcie wieczory w restauracji na górze Mtacminda - gruzinskie szaszlyki, tak rózne od uzbeckich, wspaniale wina Mukuzani, Cinandali, Chwanczkara, no i te slynne gruzinskie toasty. A potem stara stolica Mccheta, czarnomorskie Batumi oddalone o 16 km od granicy z Turcja (w zwiazku z tym, po 18-tej zazywanie kapieli w morzy bylo calkowicie zabronione), wspanialy, bodaj jeden z najwiekszych ogrodów botanicznych Zelenyj Mys, ale takze cudowne wybrzeze Abchazji z Suchumi, Gagra i Picunda. A wszedzie wspaniali, zyczliwi ludzie, slady znakomitej historii, aromatyczne owoce, wino, nadzwyczajna kawa i wyczuwalna tesknota za wolnoscia.

Juz wtedy slyszalem tez o animozjach miedzy Gruzinami, Abchazami i Osetyncami, ale nigdy nie mialem okazji, by dociekac ich genezy. Martwi to, ze te animozje przetrwaly tak trudny czas, a starodawne rosyjskie ich wygrywanie moze trwac, nie prowadzac do wniosków budujacych lepsza przyszlosc narodom kaukaskim. Wydaje sie, ze w dluzszej perspektywie, pokonanie tych plytkich przeciez zatargów i zbudowanie wspólnoty ludów kaukaskich, byloby najprostszym wyjsciem z sytuacji, umozliwiajacym przyjazny, ale stanowczy dystans do Rosji. Gdy spojrzec na historyczne zaszlosci dziejace sie miedzy narodami skandynawskimi, to latwo sobie uswiadomic, ze z madrymi przywódcami mozna zbudowac niezwykle efektywna wspólnote, prawie rodzine.

Sadze, ze Michail Sakaszwili nie jest swiatlym przywódca i nie wiem, czy rezygnujac z bardziej cierpliwego postepowania nie zrazil sobie na dlugie lata wspólbraci z Osetii. Zbyt malo wiem, by to rzetelnie ocenic, ale i tak podchodze z rezerwa do przywódców hodowanych do akcji politycznej poza wlasnym krajem. W koncu Fidel Castro i Pol-Pot to wychowankowie Sorbony. Dzisiaj z pewnoscia to nie jest wazne, bo Gruzini zjednoczyli sie wokól swojego prezydenta i swiat powinien ich jak najmocniej wesprzec.

Ciesze sie, ze nasz Prezydent zainicjowal tak mocne oswiadczenie i rzucil wyzwanie milczacemu dotychczas swiatu. Chcialoby sie, by Polska idac po tej linii politycznej, uderzyla sie w piersi za wczesniejszy blad z Kosowem, który byl prezentem dla Putina. Powolujac sie na ten dramatyczny skutek, który Rosji pozwolil zapalic Kaukaz, Polska winna przyznac, ze uznanie niepodleglosci Kosowa bylo bledem i publicznie dzisiaj wycofac to uznanie.

Posród róznych nacisków na Rosje, byc moze nalezaloby zasypac Miedzynarodowy Komitet Olimpijski zadaniem wycofania reprezentacji Rosji z olimpiady w Pekinie i wycofania Rosji z organizacji olimpiady w Soczi. Gdyby udalo sie zmobilizowac miedzynarodowa spolecznosc do takiej akcji, bylby to ten rodzaj nacisku, który móglby byc skuteczny, bo przelozylby sie na opinie publiczna wewnatrz Rosji - Rosjanie zakosztowali juz slodyczy wyjscia z wczesniejszej izolacji, by godzic sie na jej odnowienie.

 

23 lipca 2008   -  130

Oczyszczajaca moc absencji

Wielokrotnie próbowalem przekonywac, ze nie warto wystepowac w mediach, które jednoznacznie daja sie rozpoznac jako media nieuczciwe i wrogie. Takze na forum portalu Ojczyzna wszczalem kiedys wymiane zdan na ten temat, ale dyskusja szybko wygasla, bo praktycznie nie bylo zadnego glosu próbujacego uzasadnic teze przeciwna.

Dlatego dziwilem sie, ze PiS tak dlugo dojrzewal do decyzji bojkotu stacji TVN i TVN24 - teraz sie ciesze z jej podjecia i z zainteresowaniem obserwuje rozwój sytuacji. Jednak moje zdziwienie wciaz trwa, bo wewnatrz ugrupowania PiS wyraznie ujawnia sie opozycja wobec tego postanowienia, która dala znac o sobie juz w momencie podejmowania decyzji, a widac ja takze w niektórych zachowaniach "rozmiekczajacych" wymowe bojkotu. Mam tu na mysli kilka, malo jeszcze znaczacych zdarzen, które mogly jednak zostac wychwycone przez tych, którzy tez doceniaja absencje w mediach koncernu ITI.

Jeden rodzaj zdarzen, to te, które obrazuje zachowanie posla Pawla Kowala na korytarzu sejmowym, gdy "uchylil" sie od wypowiedzi dla dziennikarza TVN. Zrobil to w taki sposób, by mozliwie wyraznie przekazac swoja negatywna opinie o decyzji wlasnej partii, która juz wczesniej wyrazil wstrzymaniem sie od glosu, jak odnotowaly media na podstawie przecieków z posiedzenia komitetu politycznego PiS. Posel Kowal zdawal sie mówic do natarczywego dziennikarza TVN: Bardzo zaluje, ze nie moge szerzej sie wypowiedziec, ale tak mi nakazaly wladze partii. Dzisiaj musze milczec, choc chcialbym, takze z wami, publicznie rozmawiac. Z niecierpliwoscia czekam na czas, gdy moi koledzy uznaja, ze ten zakaz jest niemadry i wycofaja sie z niefortunnej akcji.

A drugi rodzaj zdarzen, to juz wypowiedzenie takiego pogladu otwartym tekstem, tak jak zrobil to marszalek Zbigniew Putra, mówiac, ze dzisiaj bojkot jest uzasadniony i sluszny, ale ma nadzieje, ze nie potrwa dlugo. Jestem przekonany, ze taka forma protestu jest bardzo uzasadniona i mam nadzieje, ze potrwa bardzo dlugo, moze nawet sprowadzi TVN do wymiaru, na który jej wlasciciele, twórcy i uczestnicy rzeczywiscie zasluguja.

 

Kiedy mlody czlowiek przedstawiony jako rzecznik ITI oznajmial formule reakcji koncernu ITI na decyzje PiS, wypowiedzial fraze, ze "widocznie politycy PiS nie wiedza, czym sa media i jaka jest ich rola". Nie ma zadnej watpliwosci, ze dysponenci koncernu wiedza doskonale o istocie i roli mediów. Mysle równiez, ze takze politycy (wszyscy) o tym wiedza, tylko ze niektórzy z nich tak gleboko weszli w srodek medialnego tumultu, ze zatracili zdolnosc do oceny bilansu strat i korzysci wynikajacych z wlasnego udzialu w tworzeniu medialnej codziennosci.

Sa juz dostepne liczne praktyczne obserwacje, które wskazuja na oczyszczajaca moc absencji w tych mediach, których nie nalezy wspomagac swoja obecnoscia. Jaroslaw Kaczynski od dawna to rozumie i znakomicie realizuje. Wystepuje w mediach raczej oszczednie i nie bierze w ogóle udzialu w jalowym przekomarzaniu sie polityków, zwlaszcza tych ulubienców medialnych, którzy sa selektywnie dobierani, aby dzien za dniem wypelniali spektakl dla mas. Stacje TVN od dawna J.Kaczynski bojkotuje i absolutnie niczego na tym nie traci. Wrecz odwrotnie, irytuje demonstrowana konsekwencja TVN-owskie gwiazdy, a Monike Olejnik doprowadza do takiej pasji, ze trudno jej o tym mówic przez zacisniete zeby.

Tadeusz Cymanski jest jednym z ulubienców mediów, ale pozytek z tego jest dla PiS  raczej watpliwy, jesli nie liczyc jego osobistej satysfakcji, która pewnie mialby kazdy, kto lubi sluchac samego siebie. Jednak takze w tym przypadku najwazniejsze wystapienie, mocno dostrzezone i wciaz przypominane, polegalo na demonstracyjnym opuszczeniu studia w protescie przeciw zachowaniu J.Palikota. Ten drobny i jakze bliski bojkotowi gest, rzeczywiscie pokazal swoja moc i przyniósl dobre skutki - medialna nieobecnosc Palikota jest juz, niestety, czesciowo przelamywana, ale partnerów chetnych do rozmowy bedzie mu zawsze trudno znalezc.

Wreszcie mamy te wszystkie objawy, które juz teraz widzimy, doslownie po kilku dniach bojkotu. Zaczelo sie od bardzo licznych komentarzy, ostrzezen o nieskutecznosci bojkotu i "dobrych rad" tych wszystkich, którzy z zasady palaja nieskrywana nienawiscia do polityków i elektoratu PIS. "Strzal we wlasna stope", "polityczne samobójstwo", "niedojrzalosc do demokracji" etc, takie okreslenia dominowaly w zmasowanej akcji "milosci", by uratowac PIS i wskazac droge wyjscia z tej nieslychanej pulapki, w która na wlasne zyczenie wpadli. I znów przebil wszystkich Rzecznik Praw Obywatelskich, który postanowil wystapic z wnioskiem o zbadanie, czy czasem bojkot stacji TVN przez PIS nie narusza "konstytucyjnych praw obywateli do informacji". Sadze, ze nalezaloby raczej zbadac konsekwencje osmieszania konstytucyjnego organu, jakim jest urzad RPO; w tej kolejnej gafie dr Janusza Kochanowskiego widac bardziej jakas dziwna zlosc i chec odwrócenia decyzji PIS.

Najbardziej wartosciowych obserwacji dostarcza zachowanie samego obiektu bojkotu, zwlaszcza telewizji TVN24, dla której obecnosc przedstawicieli PIS w codziennych spektaklach politycznych byla od dawna czynnikiem poteznie zwiekszajacym ogladalnosc. Jakiez to wazne dla tych wszystkich telefonicznych fanów "Szkla kontaktowego", by codziennie obejrzec te porcje chlosty, która otrzymuje wybrany skazaniec z PIS, ze strony dwóch, lub trzech przeciwników osmielanych rytmicznym waleniem w beben przez prowadzacego dziennikarza. A tu nagle to wszystko ma sie skonczyc? Decydenci TVN znaja media i wiedza, ze tutaj nie ma zartów, tu w gre wchodzi ogladalnosc i zwiazana z tym kasa. Dlatego po wstepnym oswiadczeniu ITI, w którym tak wyraznie zaznaczyl sie pojednawczy ton zaproszenia polityków PIS do wchodzenia w "zawsze otwarte drzwi" do telewizyjnego studia, widac kontynuacje tych zabiegów wprost na szklanym ekranie.

Jeszcze chyba nigdy, od czasu powstania PIS, nie ogladalem takiej porcji politycznego obiektywizmu w stacji TVN24, jak w tych ostatnich kilku dniach. Ten obiektywizm przeciez nie polega na faworyzowaniu PIS, ale na niespotykanym dotad oslabieniu jednostronnosci i zlosliwosci dotychczasowej krytyki. W oczywisty sposób widac, ze TVN24 próbuje wykorzystac teraz kazda dostepna okazje, by pokazac kogos z PIS i oslabic sygnal o swiadomej absencji glównego ugrupowania opozycyjnego. Dzisiaj mozna bylo zobaczyc bardzo szczególne zjawisko, potwierdzajace te pozytywne skutki bojkotu. Oto dziennikarz TVN24 nagle przerywa biezacy program, by pokazac cos niezwykle waznego z sejmu - okazuje sie, ze tym waznym wydarzeniem jest sejmowe wystapienie posla T.Cymanskiego, w którym nie zauwazylem niczego tak szczególnego, by zaslugiwalo na kwalifikacje "breaking news". Ale chwile pózniej sytuacja sie powtarza, znów przerwanie programu, by przekazac cos z parlamentu i...pojawia sie poslanka A.Sobecka, która tez niczego szczególnie waznego nie mówi. Jest to ewidentne wypelnienie instrukcji decydentów TVN: "Pokazujcie wszystko, co mozna pokazac, by politycy PIS byli obecni w programach. W debatach studyjnych bedziemy musieli ich zastapic tymi pozaparlamentarnymi resztówkami, zwiazanymi dawniej z PIS, ale na dlugo nam to nie wystarczy. Trzeba wiec oblaskawiac PIS, by wzmocnic tych, którzy uznaja bojkot za niemadry".

Mielismy wreszcie dramatyczny dzien 23 lipca - dzien tzw. awantury z komisja regulaminowa. Jestem przekonany, ze bez bojkotu, przy normalnej, jak dawniej, obecnosci reprezentantów PIS w TVN, przedstawiony obraz awantury bylby znacznie bardziej niekorzystny dla PIS, niz to, co tym razem zaprezentowaly telewizje TVN. O takim obrocie spraw zaswiadczyly nawet glosy poirytowanych sluchaczek telefonujacych do Szkla Kontaktowego, które zasypaly G.Miecugowa pretensjami, dlaczego krytyka i napietnowanie winnych awantury nie skupia sie wylacznie na politykach PIS. I rzeczywiscie, cóz mial na przyklad zrobic dziennikarz, który musi rozmawiac z B.Komorowskim o tak drazliwej sprawie, przy nieobecnosci oponenta z PIS - by nie poglebiac niewiarygodnosci, musial wlaczyc kilka watpliwosci i kilka niewygodnych pytan. Tak wiec, paradoksalnie, póki co bojkot nie uczynil polityków PIS nieobecnymi, nie wyrzucil poza nawias ich argumentów, a juz na pewno ustawil ich natychmiast w bardziej uczciwej sytuacji.

Powinnismy gremialnie apelowac do polityków PIS, by trwali w bojkocie, by nie pozwolili oslabiac jego wymowy indywidualnymi wyskokami, by nie dali sie zwiesc uluda oblaskawiajacych zabiegów. Rozpoczela sie wielka gra, moze jedna z najwazniejszych gier, bo skutki moga byc wielostronne i dalekosiezne. Spróbuje uzasadnic to glebiej w jednym z kolejnych zapisków, by tego dzisiejszego nie wydluzac ponad miare.             

 

16 lipca 2008   -  129

Uczcie sie laciny

De mortuis nihil nisi bene - po smierci Bronislawa Geremka maksyma ta powtarzana jest wielokrotnie, i to najczesciej przez ludzi, których trudno podejrzewac, by zetkneli sie z lacina w szkole. Najwidoczniej wielu z nich nie wie, ze tlumaczenie na jezyk polski mówi: "o umarlych nic, chyba, ze dobrze", a nie mówi: "o umarlych nic, chyba, ze nieprawde".

Nie dziwie sie Michnikowi, Mazowieckiemu, Bartoszewskiemu, Tuskowi i wielu innym, ze zasmucila ich smierc, przez która cos jednak utracili, moze nawet zalamal sie fragment fundamentu, na którym budowali swoje kariery. Nie dziwie sie tez Lechowi Walesie, któremu juz prawie caly fundament sie zawalil i gotów jest powiedziec kazda bzdure, a nawet porównac wielkosc zmarlego do postaci Jana Pawla II, czy posmiertnie mu oferowac stanowisko prezydenta, lub premiera;  byleby tylko ktos to uslyszal i pomógl w ciezkiej opresji "legendarnego przywódcy".

Ale czuje sie zaklopotany, gdy B.Komorowski i kilku innych posuwa sie dalej, niz zapewne chcialby sam Bronislaw Geremek, stawiajac go za wzór polskiego patriotyzmu, lub tez, gdy R.Sikorski chwali sie dumnie, ze dyplomacji uczyl sie u tragicznie zmarlego mistrza. Mozna to skwitowac westchnieniem - istotnie, bardzo wyraznie widac, z jakich wzorów czerpie swój patriotyzm aktualny Marszalek Sejmu, oraz zdziwieniem - czy poczynania R.Sikorskiego na polu tzw. dyplomacji nie uwlaczaja czasem pamieci jego nauczyciela?

Moje zaklopotanie siega nawet obolalego ex-polityka - Marka Jurka, który na swoim blogu wypisal cale epitafium...., oczywiscie zaznaczajac na wstepie, ze zawsze byl  przeciwnikiem politycznym zmarlego. Przytocze te istotne wynurzenia.....,

"...Jednoczesnie pracowalem z nim razem w Komisji Spraw Zagranicznych i jej Prezydium (którym przewodniczyl) i z przekonaniem moge powiedziec, ze nie bylo do tej pory przewodniczacego tej Komisji, który jej znaczenie polityczne podnióslby tak wysoko. Nadal jej ton, dzieki któremu praca w niej byla jednym z najbardziej satysfakcjonujacych zajec parlamentarnych. Nie pora dzis na przytaczanie wszystkich spraw, o które sie tam spieralismy. Profesor byl niezwykle ciekawym rozmówca, stosujac pewien tradycyjny podzial, jesli chodzi o stosunek do ludzi – zdecydowanie wolal tych (o ile wiem, równiez we wlasnej partii), którzy czytaja ksiazki. Byl znakomitym mówca. Kiedy, po przeprowadzonej przez prawice zmianie wladz, odszedl z Klubu OKP – cieszylem sie ze zmiany politycznej, ale naprawde brakowalo mi jego mów. Kiedy uslyszalem go ponownie, przemawiajacego w imieniu Unii Demokratycznej, odetchnalem, ze Sejm staje sie na nowo ciekawszy. Wiecej juz nie przemówi, Bóg nagle powolal go na swój sad. Wieczny odpoczynek racz mu dac, Panie!"

......które ukazuja, jak pieknie mozna rozmilowac sie w przeciwniku politycznym. Przytaczam to dlatego, ze kiedys w korespondencji mailowej próbowalem wydobyc z marszalka M.Jurka powód, dla którego tak goraco wspieral B.Geremka w objeciu waznej funkcji w parlamencie UE, ze az strofowal poslów, którzy inaczej oceniali jego przydatnosc i bali sie ceny, jaka za ten wybór zaplaci Polska. M.Jurek unikal odpowiedzi i kluczyl, az dopiero smierc wspieranego sklonila go do wyznania, które wczesniej wolal skrywac.

 

Normalni ludzie uznaja swietosc smierci i pozytecznosc maksymy przytoczonej na wstepie, ale jesli równoczesnie uwazaja, ze prawda nie moze byc fragmentem zaprzeczajacym calosci - po prostu milcza. To milczenie staje sie jednak nieznosne, gdy wokól rozbrzmiewa wszechogarniajace klamstwo i czlowiek nie wie, jak sie zachowac, by nie przykrylo ono calkowicie prawdy.

W tej sytuacji ogranicze sie do mojego udokumentowanego wspomnienia z roku 1990, kiedy to ustalilem wlasna ocene pozytecznosci Bronislawa Geremka dla polskiej sprawy. Wszystko, co stalo sie potem, ocene te fundamentalnie utrwalilo. Wczesniej, natomiast,  z pokora przyjmowalem zasade, ze kazdemu nalezy sie kredyt zaufania i trzeba dobrze patrzec, rozpoznawac, aby miec podstawe do ocen, na które kiedys przyjdzie czas.     Niewiele bylo podstaw do rozpoznania w latach 1980/81. B.Geremek byl jednym z  "intelektualistów", wkrecajacych sie bezpardonowo w narodowa sprawe i niechetnie przyjmowanych przez prostych ludzi, których wiodla prorocza intuicja, a przygarnianych przez Lecha Walese, którego zapewne wiodlo cos innego. Prawdziwe znaczenie jego pozycji politycznej wyroslo ze stanu wojennego, az po okraglo-stolowa kulminacje, wynoszaca go do roli glównego architekta poczatku transformacji z 1989 roku. Wtedy juz rodzily sie powazne watpliwosci, bo kunktatorski tandem Geremek - Reykowski, regularnie i monopolistycznie tlumaczacy spoleczenstwu stan pertraktacji przy okraglym stole, wskazywal dosc wyraznie na dziejaca sie mistyfikacje. A potem byly te wszystkie zaskoczenia z wyborcza lista krajowa, z prezydentura Jaruzelskiego, a dalej  "wojna na górze" i nadzieje wiazane z potencjalna prezydentura Lecha Walesy.

W tym okresie bylem na kontrakcie naukowym w RFN, a sprawy polskie sledzilem glównie za posrednictwem Radia Wolna Europa, w którym oburzyl mnie kiedys wywiad B.Geremka, atakujacego w paskudny sposób L.Walese.  Napisalem do Geremka list otwarty , którego obszerne fragmenty wydrukowano w Tygodniku Solidarnosc (redaktorem naczelnym byl wówczas Jaroslaw Kaczynski). W liscie tym, zywiolowo broniac Walesy, wezwalem B.Geremka do wycofania sie z zycia politycznego i podalem szerokie uzasadnienie dla takiego kroku. Wedlug mojego rozeznania, bylo to pierwsze, tak ostre i publiczne podsumowanie dzialalnosci B.Geremka, a satysfakcje mialem ogromna, gdy kilka tygodni pózniej zostal on odwolany z funkcji Przewodniczacego OKP. Wkrótce potem uwidocznila sie cala jego druzyna i uformowala ROAD, przeksztalcony pózniej w Unie Demokratyczna, która narzucila Polsce najbardziej niszczycielska wersje transformacji.

Moge tez cos dobrego powiedziec na temat zmarlego Bronislawa Geremka. Mianowicie, bardzo kulturalnie odpowiedzial na mój list, co wiecej powiedzial cos, w co poczatkowo nie wierzylem, ale dwa lata pózniej musialem uznac za prawde - powiedzial, ze myle sie, co do jego oceny L.Walesy. Paradoksalnie, dzisiaj to zdanie niesie jeszcze bardziej wymowne przeslanie, ze jego wiedza juz wtedy mogla siegac tych tajemnic, które dopiero teraz staja sie rozwiklane. Równoczesnie jednak ujawnialoby to oblude autora tak swiezego, a haniebnego listu skierowanego przeciw mlodym historykom.

Powracajac od tego odleglego wspomnienia, do dnia dzisiejszego, jako chrzescijanin westchne z prosba, by Najwyzszy Sedzia byl dla niego laskawy, a jako realistyczny Polak powiem, ze doznalem ulgi - jego brzemie grzechów juz nie rosnie, a krzywda Polski tym bardziej.

 

Jeszcze dodam, ze nie wstydze sie wielu dobrych slów o Walesie w tekscie mojego listu, bo wielu z nas tak wtedy myslalo. Zmiana pogladów byla uczciwa, a takze byla symetrycznym odbiciem zmiany pogladów Walesy i niech swiadectwem tego bedzie porównanie dzisiejszych jego lamentów nad trumna, z ówczesna postawa, która wyrazona jest w podziekowaniach, które otrzymalem w jego imieniu za ten list do Geremka.

 

11 lipca 2008   -  128

Zagadkowa sprawa Nangar Khel

Na arenie publicznej pojawiaja sie czasem wydarzenia, przy których lepiej powstrzymac sie od komentarza, wyczekujac na uzupelnienie podstawowych informacji. Bywa tak, ze czekanie na wyjasnienia staje sie nieznosne, gdy strzepy informacji rzucane w mediach podsycaja niezrozumienie, lamia nasze dotychczasowe wyobrazenia i intuicyjnie czujemy, ze jest prowadzona jakas tajemnicza gra.

Taka nieznosna zagadka stalo sie to wszystko, co dzieje sie w sprawie oskarzenia polskich zolnierzy o zabicie szesciu mieszkanców afganskiej wioski Nangar Khel w wyniku ostrzelania jej pociskami mozdzierzowymi. Gdy podano pierwsza wiadomosc o tym tragicznym zajsciu, naturalna reakcja byl smutek, ze takze polscy zolnierze uwiklani w operacje wojenne w Afganistanie moga byc sprawcami smierci niewinnych ludzi. Takze naturalnym odruchem bylo przyjecie tego zdarzenia, jako nieszczesliwego wypadku, bedacego nastepstwem trudnej sytuacji wojennej zwiazanej z taktyka rozproszonego i groznego przeciwnika. Sprawe pokryla dluga cisza, przerywana z rzadka lakonicznymi doniesieniami o trwajacych wyjasnieniach okolicznosci.

Az do momentu, gdy na ekranach telewizorów zobaczylismy akcje aresztowania zolnierzy, przeprowadzona w taki sposób, by nikt nie mial watpliwosci, ze chodzi o ich upokorzenie. Pózniej juz wszystko toczylo sie zgodnie z ta intencja, która tak jaskrawo uwidocznila sie w tym pierwszym akcie aresztowania. Komentarze i opinie biorace w obrone zolnierzy, domagajace sie poszanowania ich godnosci, a zwlaszcza reakcje wstrzasnietych czlonków rodzin, zagluszane byly calkowicie nieadekwatnym krzykiem oskarzajacych, mówiacych o zbrodni wojennej, o ludobójstwie i domagajacych sie najwyzszej kary, az po dozywocie. Swoistym udzialem wykazal sie Rzecznik Praw Obywatelskich - Janusz Kochanowski, który nie wiadomo na jakiej podstawie, uzurpowal sobie prawo wyrokowania o winie, a nawet zwrócil sie do Afganczyków w imieniu calego narodu z prosba o wybaczenie. (Jest wiele argumentów, by zlikwidowac urzad RPO, ale ten wybryk jest wystarczajacym powodem, by dr Kochanowski zakonczyl swoje urzedowanie).

Ujawniane okolicznosci dotyczyly szczególów, które w zamierzony sposób potegowaly wymiar zbrodni - oto ofiara byly dzieci, brzemienna kobieta, a nawet mlody mezczyzna szykujacy sie do slubu. Trzeba powiedziec, ze takze gniewna, pelna oburzenia na sprawców, reakcja min. A.Szczyglo podsycala niepewnosc. Co tam naprawde sie stalo, co pozwalalo nazwac ten wypadek ludobójstwem? Czy zolnierze moze wkroczyli do wioski ? Podrzynali gardla?  Ze szczególnym okrucienstwem  pastwili sie nad ofiarami? A jesli to wszystko, co sie stalo, sprawili z oddalenia dwóch kilometrów, to cóz moze swiadczyc o ich zbrodniczych motywach? Czy obserwowali wioske przez lornete i miedzy soba ustalali, ze sa dzieci, jest kobieta w ciazy, kreci sie tez potencjalny pan mlody - mozna sie zabawic i poslac im mozdzierzowy pocisk?

To wszystko brzmialo calkowicie niewiarygodnie, zwlaszcza w zestawieniu z licznymi przypadkami prawdziwie wstrzasajacych incydentów, których opis docieral do nas z licznych frontów wojen na przestrzeni ostatnich lat, a zwlaszcza z terenów palestynskich kontrolowanych przez wojska izraelskie. Najbardziej niewiarygodna jawila sie postawa prokuratorów wojskowych, którzy ze skwapliwoscia przekraczajaca wszelkie normy profesjonalizmu, poszukiwali wszystkiego, co mogloby obciazyc zolnierzy i pomijali wszystko, co mogloby stanowic okolicznosci lagodzace. Rozumiem, ze uczciwosc w dochodzeniu do prawdy wymaga stlumienia w sobie nadmiernych odruchów solidarnosci z oskarzonymi, którzy sa czescia tego samego wojska polskiego, ale to, z czym mielismy do czynienia, przybralo zgola odwrotna tendencje - tendencje do wykazania winy oskarzonych, za wszelka cene.

Czekalem na ujawnienie sie jakiegos elementu realiztycznego, na pojawienie sie sygnalu, ze to, co tak bardzo nieprawdopodobne, jest rzeczywiscie nieprawdziwe, ze zdarzenie bylo nieszczesliwym wypadkiem, a sprawcy, co najwyzej, wykazali niedostateczna ostroznosc.

I taki sygnal sie pojawil. Nawet mocny sygnal, który przekazal chorazy Tadeusz Swierad - oficer lacznikowy, stawiajac w bardzo klopotliwej sytuacji zadowolona dotychczas z siebie prokurature wojskowa. Sprawa jest wciaz niewyjasniona i bedzie sie dalej toczyc, ale klopotliwe czekanie na rozwiazanie zagadki uzupelnil calkiem nowy impuls dla podtrzymania wiary w polskich zolnierzy, którzy wciaz jeszcze maja prawo byc dumni z historycznego dziedzictwa polskiego wojska, nawiazujacego zawsze do cnót rycerskich.

Jesli jednak sprawy przybieraja taki obrót, to juz dzisiaj warto sie zastanowic nad mozliwoscia interpretacji tego, co byc moze jest drugim dnem sprawy z Nangar Khel. Nie ma zadnej watpliwosci, ze juz sama atmosfera sprawy, a tym bardziej potencjalne sadowe potwierdzenie oskarzen prokuratorów wojskowych, niosloby fatalne skutki dla morale armii polskiej i byloby zagrozeniem dla wszelkich misji pelnionych przez polskich zolnierzy. Byc moze pokusa pozyskiwania zoldu i przezycia zolnierskiej przygody, dotychczas oplacana kosztem wielkiego ryzyka, przestalaby byc atrakcyjna, wobec zagrozen, których wymownym przykladem stal sie los dzisiaj oskarzanych zolnierzy. Byc moze o to wiec chodzi, by uderzyc jak najmocniej w polska armie, nam wszystkim dac jeszcze jeden policzek i zakonczyc polski udzial w operacjach wojskowych.

Staje zatem owo klasyczne pytanie: cui prodest ?  I bez wysilania sie na odpowiedz mozemy dalej pytac: Czy rzeczywiscie kontrwywiad wojskowy, bedacy glównym zródlem informacji o wydarzeniu, wyzwolil sie w pelni z wplywów dawnego WSI? Czy oczyszczenie z tych wplywów w ogóle objelo prokurature wojskowa?  Nie wiem, ale zajdzie wkrótce potrzeba, by to wyjasnic, gdy rzeczywiscie okaze sie, ze ten zdumiewajacy oskarzycielski spektakl mial swoich inspiratorów.

 

Jeszcze powróce do skandalicznego naduzywania w tej sprawie terminu "ludobójstwo", przed którym tak bronia sie spadkobiercy zbrodniarzy zadajacych smierc w Katyniu. Obchodzimy rocznice Rzezi Wolynskiej, w której okrucienstwo sprawców przewyzszylo wszystko, co obejmuje nasza wyobraznia. Tutaj nawet termin "ludobójstwo" wydaje sie byc zbyt slabym slowem dla opisania tego, co sie stalo. Szybko dzis wymieraja Wolyniacy, którzy cudem przezyli tamten koszmar. Chce sie pochylic czola przed nimi wszystkimi, bo mimo ze nikt ich nie prosi o wybaczenie, zdaja sie traktowac ten trudny akt, jako swój chrzescijanski i naturalny obowiazek. To milosierdzie, na które ich dzisiaj stac, obejmuje naród ukrainski, którego nie winia za dokonana zbrodnie. Jezeli jednak bratni ukrainski naród identyfikuje sie ze sprawcami i jezeli swoja historyczna tradycje i tozsamosc chce oprzec na  fundamencie chwaly dla zbrodniarzy, to swiadomie odrzuca mozliwosc pojednania. W istocie taka postawa naród ukrainski mówi: alez nie, nam nie potrzeba waszego wybaczenia, mozecie nas winic, oni mordowali takze w naszym imieniu i za to budujemy im pomniki.

Prezydent Lech Kaczynski slusznie uznaje dobre relacje z Ukraina za jeden z najwazniejszych elementów polityki zagranicznej i mozna próbowac zrozumiec jego wstrzemiezliwosc w odswiezaniu, czy zaognianiu dawnych bolesnych wydarzen. Jednak postawa, w której prawda jest tlumiona, a poglebiane jest obrazliwe klamstwo, bez zadnej subtelnosci, nie moze prowadzic do dobrych relacji. I dlatego Prezydent winien byl zaznaczyc  pelniej swoja obecnosc na uroczystosciach - zaznaczyc jako oredownik dobrych relacji dwóch narodów, ale relacji opartych na prawdzie. Dlatego, przy okazji tej rocznicy, winien byl wezwac naród ukrainski, by polskim Wolyniakom otworzyl wreszcie szanse prawdziwego wybaczenia.

 

4 lipca 2008   -  127

Zasluzony historyk tez ?

W internetowym wydaniu Tygodnika Powszechnego - pisma, realizujacego dzisiaj wyznaczona mu misje za pieniadze ITI, jest zwiastun wywiadu z Normanem Daviesem, który podobno dobrze zna polskie sciezki.   

Wsród starszych fizyków o duzym dorobku naukowym i wypracowanym przez lata autorytecie, zauwazylem rosnaca z wiekiem obawe, by nie popsuc tego dorobku jakims przypadkowym bledem. Z wiekiem, sady sa bardziej wywazone, wyniki przygotowywane do publikacji sa szczególnie starannie sprawdzane, a nawet werwa do kwestionowania ustalonych prawd jest troche oslabiona. To wszystko w imie dbalosci o zachowanie wypracowanego autorytetu.

Wyglada na to, ze u historyków jest inaczej, bo Norman Davies nie jest juz bardzo mlodym historykiem i dlugo pracowal na swój autorytet, a przeciez wywiad, jakiego udzielil Mucharskiemu, nie przynosi mu chwaly. 

Norman Davies: Dziwi mnie polski masochizm, szukanie zla w dobrym i msciwosc. Tylko tak moge zrozumiec niezdrowe podniecenie wokól ksiazki historyków IPN.

Piotr Mucharski: Pan Profesor wie moze, kto to jest „Bolek”?

Norman Davies: Slyszalem o nim co nieco. Wedlug dokumentów znajdujacych sie w IPN byl taki agent bezpieki. Nawet nie jeden, tylko kilkunastu czy kilkudziesieciu, i to w samym Gdansku.

Wyszla teraz ksiazka poswiecona tej kwestii, napisana przez historyków IPN.

IPN jest instytucja panstwowa, której publikacje nie powinny prezentowac prywatnych opinii. A wiec ktos w panstwie polskim autoryzowal wydanie tej ksiazki w imieniu Rzeczypospolitej.

Dla Pana kluczowe w tym przypadku jest samo zlecenie napisania tej ksiazki?

Jesli ksiazka wyszla dzisiaj, to domyslam sie, ze decyzja o jej powstaniu zapadla ­dwa-trzy lata temu.

Sugeruje Pan, ze byla to decyzja polityczna?

Taki wybór jest zawsze polityczny. W tym przypadku jednak mamy do czynienia z postacia, która od prawie 20 lat jest przedmiotem nagonki. Poczawszy od sporów z dawnymi przyjaciólmi w Stoczni Gdanskiej, a skonczywszy na dzisiejszych wrogach. Powiedziec, ze to byl wybór polityczny, to malo – on byl wybitnie polityczny."

W zacytowanym fragmencie mamy wiele powodów do zdziwienia, ale najprosciej jest podsumowac sprawe korzystajac ze sformulowan samego historyka. Ten wywiad jest przeprowadzony na zlecenie polityczne - powiedziec, ze jest to wywiad polityczny, to malo - on jest wybitnie polityczny. Miejsce, w którym wywiad jest publikowany, czyni taka teze jeszcze bardziej prawdopodobna.

Trudno zachwycic sie logika Daviesa, bo nie wiem jak z domyslenia sie (pewnie na podstawie rozmiaru ksiazki), ze decyzja o jej powstaniu musiala zapasc dwa-trzy lata wczesniej, wynika, ze decyzje podjeli nieznani zleceniodawcy. Ale bardziej martwi to, ze autor tak wiele piszacy o Polsce, tak slabo zna jej wspólczesne problemy.

Szukanie zla w dobrym? Czyzby?  Czy nie chodzi bardziej o szukanie genezy zla? I to zla, które wcale nie przestalo jeszcze dzialac,  które wciaz broni swych pozycji. Hydry, której wciaz odrastaja glowy, a te niby odrabane jeszcze gdzies sie czaja.

Czy ktos na przyklad wie, gdzie czai sie Mieczyslaw Wachowski ? Czy  nowy Norman Davies ma pisac nasza historie dopiero wtedy, gdy juz wszystko przykryje kurz i nawet slabo rozpoznany "kapciowy" urosnie do rangi bohatera, lub chocby owego dobra, w którym nie trzeba doszukiwac sie zla?

A ja chcialbym znac prawde. Nawet te drobna prawde o tamtym zdjeciu Wachowskiego ze szkolenia agentów, gdy stal w samym srodku SB-ckiej druzyny sportowej. Bo wtedy, gdy tuszowano sprawe za pomoca innego agenta, bodaj Superczynskiego, który postac Wachowskiego ze zdjecia zidentyfikowal, jako siebie, nie pokazano przeciez calosci ujecia. Na obcietym fragmencie byl Superczynski jak ulal, i Wachowski pozostal Wachowskim. Ktos to w jakiejs ksiazce opublikowal, ale do sprawy nikt nigdy nie wrócil, a Wachowski sie wciaz czai. 

Najwyrazniej Norman Davies woli sytuacje, w której historycy maja pelna dowolnosc, by tworzyc prawde o przeszlosci wedlug wlasnych upodoban.

 

19 czerwca 2008    -  126

Irlandzkie referendum, prawo do zycia i zmierzch
"legendarnych przywódców Solidarnosci"

Trzy sprawy, które aktualnie rozgrywaja sie na naszych oczach, dotykaja najwazniejszych przykladów wspólczesnych zmagan prawdy i klamstwa. Prawda o UE po irlandzkim "nie", prawda o podstawowym prawie Czlowieka - prawie do zycia i prawda o Polsce po 1989 roku, czyli prawda o Walesie.   Wielu z nas byc moze czekalo na te chwile prawdy i odbiera je dosc podobnie.  W istocie nie wiem ilu Czytelników sledzi moje zapiski, ale mam podstawy, by sadzic, ze w zasadniczych sprawach z wiekszoscia z nich mamy bardzo podobne poglady.  W takich sytuacjach nie jest latwo komentowac, bo trywialnych uwag, powtarzajacych juz wielokrotnie wypowiedziane slogany, wszyscy mamy dosc. Zamilklem znów na dluzszy czas z tego wlasnie powodu, a nie dlatego, bym potrzebowal czasu na analize wypadków i nie chcial palnac glupstwa. Ustalilem juz bardzo dawno swój punkt widzenia na te trzy sprawy.

W gruncie rzeczy moja niezwykle czasochlonna obserwacja tego, co tak intensywnie dzieje sie dzisiaj w przestrzeni publicznej, skupia sie wylacznie na tych zjawiskach, które odzwierciedlaja  techniki klamców, znajdujacych sie teraz w szczególnie trudnej, a nawet w paskudnej sytuacji. Przy czym nie chodzi o kilku bezczelnych, ordynarnych, czy glupich klamców, ale o takich, którym zdaje sie zalezec, by klamstwo mialo pozory racjonalnosci. Ci pierwsi sa z pewnoscia tylko ofiarami, ale ci drudzy sa rzeczywistymi narzedziami, a moze kumplami Szatana.

Potraktujmy troche pobieznie dwie pierwsze sprawy, które sa nawet wazniejsze od tej trzeciej, ale ich zglebianie mozna troche odwlec, bo z pewnoscia przyszlosc przyniesie wiele okazji, by do nich wracac.

Pierwsza, to sprawa referendum w Irlandii, która odslonila banalna prawde o zalosnej kondycji moralnej europejskich polityków i biurokratów. Jedyny naród, któremu pozwolono sie wypowiedziec, wypowiedzial sie w imieniu nas wszystkich i spoliczkowal uzurpatorów, którzy obsiedli parlamenty, stanowiska, urzedy i polozyli rece na kasie, do której wszyscy wplacamy, a niektórzy sobie wyplacaja. Teraz bedziemy mieli dlugo ciagnacy sie spektakl, który juz dzis jest pelen belkotu o ograniczaniu demokracji w imie wspólnego dobra i pomyslnej przyszlosci naszego kontynentu. Posród tego belkotu szczególnie irytujace jest przekonywanie do zgody na zapisy prawne, których nikt nie rozumie, ergo mozna je dowolnie w zaleznosci od potrzeb interpretowac. Mamy tez nowe zjawisko - liczby wyprodukowane przez socjologów w sondazach opinii publicznej sluza juz nie tylko jako narzedzie manipulacji, zaczynaja byc wprost uzywane w debatach, jako powazny, merytoryczny argument. Jedyna reakcja na to wszystko moze byc wielowariantowe powtarzanie róznych hasel, osmieszajacych parade "nagiego króla", którego szaty podziwiaja wylacznie dworzanie brukselscy.

 

Druga sprawa, to tragiczny los 14-latki i jej 3-miesiecznego dziecka i okrutny realizm matki i niedoszlej babci, która pragmatycznie wybiera egzekucje wnuka, lub wnuczki w imie prawa do latwego rozwiazania konsekwencji niedopilnowania zywiolów dojrzewania wlasnego dziecka. Ta egzekucja wykonana w ostatniej chwili z pewnoscia zostala prawnie zabezpieczona, ale miala chyba traumatyczny charakter dla wszystkich interesujacych sie rozgrywanym dramatem. Zapadlo klopotliwe milczenie, zapewne wbrew intencjom srodowisk proaborcyjnych, a zwlaszcza ideologów Gazety Wyborczej, którzy stali sie medialnymi inicjatorami smiertelnego osaczenia nienarodzonego dziecka.

Chyba najtrafniej wychwycil prawde o tym osaczaniu Marek Magierowski z Rzeczpospolitej, który przytoczyl kalendarium cytatów z GW, zakonczone wyrokiem - zabijcie wreszcie to dziecko, bo za chwile minie 12 tygodni i prawo na to nie pozwoli!  A mozna jeszcze wzmocnic to wrazenie obrazkiem owej dzialaczki (bo przeciez nie kobiety), która z zacisnieta piescia uniesiona w góre w gescie tryumfu nad bezbronnym, juz pozbawionym zycia niewiniatkiem, wykrzyczala: "wprowadzimy aborcje na zadanie" - taki wlasnie gest bojowniczki "czarnego wrzesnia" przeciw nienarodzonym.

Mam intuicyjna pewnosc, ze 14-latka ma teraz dopiero zlamane zycie i trudno jej bedzie sie z tego podniesc, nawet jesli calkowicie zmieni srodowisko. Mam tez obawe, ze swojej matce nie potrafi wybaczyc, a uplywajacy czas bedzie potegowal niechec. Byc moze kiedys, gdy dojrzeje stanie sie wielka i znaczaca obronczynia zycia, ale trudno jej w takiej ewolucji pomóc, bo musi sama do tego dojrzec. Moze tez sama znajdzie droge do tego bohaterskiego ksiedza, który chcial jej pomóc - bohaterskiego, bo kazda ofiara Gazety Wyborczej i szwadronów smierci nienarodzonych, jest bohaterem.

 

No i wreszcie ta trzecia sprawa, która umownie nazwijmy sprawa Walesy, choc dotyczy najwazniejszej zagadki Polski z przelomu tysiaclecia; zagadki, której pelne zrozumienie moze byc poczatkiem nowej ery. Juz od dosc dawna twierdze, ze nie da sie zrozumiec tego, co stalo sie w Polsce po 1989 roku, bez doglebnego rozwiklania prawdziwej roli Lecha Walesy. Bo tez nie da sie zinterpretowac postepowania Walesy jako prezydenta RP uznajac go za czlowieka w pelni uczciwego i kontrolujacego wlasne czyny i decyzje. Nie da sie tego zrobic, dopuszczajac nawet wyjatkowo szeroki margines prawa do bledów - niechybnie istnieje drugie dno. Do tego dna, powoli, z wielkim opóznieniem, zaczelismy docierac dzieki wyjatkowej odwadze dwóch, znakomicie profesjonalnie przygotowanych mlodych historyków.

W wiekszosci wypowiedzi powtarzana jest rutynowo teza, z która niezwykle trudno sie zgodzic, ze Lech Walesa byc moze mial przykry epizod na poczatku lat 70-tych, ale cala pózniejsza dzialalnoscia ukazal, ze obok Ojca Swietego, jest jednym z najwiekszych bohaterów Polski. Taka teza stawia caly problem na glowie, bo poczatkiem problemu jest owa ogromna krzywda, która Polsce wyrzadzil po 1989 roku, a zwlaszcza po objeciu urzedu Prezydenta RP. Gdyby nie mial tak znaczacego udzialu w tym wielkim oszustwie, w którym przepoczwarzenie komunizmu nazwano jego obaleniem, nikt nie interesowalby sie epizodem Walesy z lat 70-tych. Dopiero ten jego udzial w niszczeniu Polski i tworzeniu rzeczywistosci calkowicie sprzecznej z wizjami Narodu skupionego w Ruchu Solidarnosc, stawial koniecznosc odpowiedzi na pytanie: kim naprawde jest Lech Walesa?

Juz od czasu "nocnej zmiany" nie mialem zadnych zludzen, co do autentycznosci jego negatywnej roli, ale jeszcze do niedawna mialem dla niego wiele wspólczucia, ze tak beznadziejnie sie zaplatal. Patrzac na jego dzisiejszy kompletny brak wyrzutów sumienia, brak jakiejkolwiek refleksji, nieustannie wulgarny atak na kazdego, kto chocby watpil w jego argumenty, haniebne podejrzenia o przekupstwo rzucane na inz. Szylera i brutalne, paranoiczne zaprzeczanie najbardziej oczywistym faktom - patrzac na to wszystko, nie potrafie wykrzesac z siebie juz nawet wspólczucia.

Walesa dokonuje dzisiaj pelnej autodestrukcji - zapewne tak zaprogramowal go Wachowski - i mozemy tylko, z mniejszym lub wiekszym zazenowaniem, pozostawac w roli swiadków tego dziejacego sie dramatu.

Jestem przekonany, ze przypadek Walesy to jest dopiero poczatek procesu, w którym zdemaskowana zostanie cala galeria tzw. "legendarnych przywódców Solidarnosci". Oni to juz wiedza i ich dzisiejsza zbiorowa histeria jest jakby wypelzaniem wielorybów na plaze w zbiorowym samobójczym szalenstwie. To dziwne, ale wlasnie ta specyficzna kwalifikacja "legendarny przywódca" zostala zarezerwowana tylko dla niektórych i uzywana jest niewatpliwie w znaczeniu: "opromieniony wielka slawa".

Slownik wyrazów obcych to znaczenie przymiotnika: "legendarny", podaje jednak na trzecim miejscu. Na pierwszym miejscu mamy: "oparty na podaniu", a na drugim: "nieprawdopodobny" i moze te znaczenia w przypadku tych ludzi sa bardziej adekwatne. Ale byc moze teraz juz przyszla pora, by te "podania" i "nieprawdopodobienstwa" wyjasnic do konca.

W wiekszosci owi "legendarni przywódcy" zrodzili sie w zyciu publicznym tak, jak Walesa. Niewielu ich znalo, zaakceptowano ich w ciemno, bo tego wymagal moment historyczny i nie bylo miejsca na kaprysy. Walesy nie wyniesiono na piedestal spontanicznie, w uznaniu dla jego wczesniejszych zaslug - wrecz odwrotnie, sam sie pchal do tej roli. Potem nastapil dlugi czas weryfikacji i tworzenia podan i legend, a potem zaczela sie rywalizacja, czesto brutalna, a jeszcze potem, w stanie wojennym rywalizacja sterowali komunisci i z drugiej strony radio Wolna Europa i selektywna pomoc z zagranicy. Pózniej dokonczono selekcji wyrzucajac z Polski tych, których kreatorzy sytuacji uznali za potencjalna przeszkode w realizacji swoich planów. Legendy ubarwiano coraz intensywniej - smialem sie z filmu o legendzie opozycji, której SB-cy wykrecali rece, bo juz wiedzialem, kim jest Michnik, ale dawalem wiare temu, ze nieznany mi robotnik Frasyniuk jest torturowany, a inny nieznany - Bujak jest scigany. I nie wiedzielismy, kto, kiedy, jakie podejmowal decyzje. Walesa imponowal tym, co widoczne bylo na zewnatrz, ale o tym, ze chcial zakonczyc strajk, redukujac protest do malo znaczacego epizodu, dowiedzielismy sie dopiero po latach. A calkiem potem, gdy jeszcze raz w ciemno zawierzylismy glosujac w czerwcu 1989, zaczelo sie odkrywanie prawdy. I dzisiaj wiem, ze kazdy z czworga kandydatów, na których wtedy glosowalem, byl dla Polski fatalnym wyborem.

O tak, dzisiaj po wielu latach wiemy o wiele wiecej. Wiemy nawet wystarczajaco duzo, by zdecydowac, czy tamci "legendarni przywódcy" zyskaliby masowe wsparcie ludzi znajacych ich prawdziwe charaktery, postawy i poglady. Twierdze, ze gdybysmy wtedy wiedzieli, kim naprawde jest Walesa, Frasyniuk, Bujak, Celinski, Rulewski, Borusewicz...itd. ogólnonarodowy protest nie zyskalby poparcia.

Dobrze wiec, ze wtedy nie wiedzielismy.

 

A w nawiazaniu do tej wytluszczonej konkluzji i w rewanzu za wielokrotne przechwalki  Lecha Walesy, jakoby to on dla nas samodzielnie obalil tyranie komunizmu, podsumuje:

 

My Naród!

 Dzialajac bezblednie, po mistrzowsku, z nadzwyczajna madroscia, sprytem i z nadzwyczajna zbiorowa intuicja jestesmy bliscy ostatecznego zwyciestwa nad perfidnym systemem totalitarnym. Udalo nam sie tego dokonac i przechytrzyc naszych przeciwników, poslugujac sie takze ich ludzmi - agentami, lub wspólpracujacymi z nimi uwiklanymi ofiarami. Ta taktyka byla bardzo ryzykowna, bo utrwalala szczególna pozycje polityczna tych, którymi musielismy sie posluzyc, nie majac pewnosci, czy stana po naszej stronie.   Opóznienie zwyciestwa zwiazane z neutralizacja tych ludzi, bylo z góry przewidywana cena, ale dzisiaj juz otwiera sie prosta droga do szczesliwego finalu.

W wiernosci tradycji chrzescijanskiej wybaczamy naszym przesladowcom, uznajac, ze ich publiczna hanba jest wystarczajaca kara za wszelkie winy.

 

22 maja 2008    -  125

Dawkowanie nierzadu

W codziennych przekazach medialnych otrzymujemy kolejne obrazki, ukazujace jak straszny i pelen nieszczesc jest wspólczesny swiat. Prawie co drugi dzien, z winy beztroskich i zwykle pijanych matek, dzieci wypadaja z okien, rodzice lub konkubenci maltretuja niemowlaki, psy rozszarpuja ludzi w kazdym wieku, pijani kierowcy sieja smierc, mlode nastolatki popelniaja samobójstwo, a w rodzinnych sporach siekiera rozwiazuje problemy.

I juz sami nie wiemy, czy to dzisiaj Polska stoczyla sie na takie dno deprawacji, czy tak zawsze bylo, ale nam o tym nie mówiono, a dopiero dzisiaj dociekliwa dzialalnosc ludzi mediów, motywowanych zarabianiem jak najwiekszej kasy, ujawnia selektywna prawde o nedzy gatunku ludzkiego. A moze jest to tylko niezbedne tlo potrzebne do przykrycia znaczenia tych innych, po stokroc wazniejszych spraw, które sa zródlem nieszczesc w o wiele szerszym wymiarze, w tym takze tych indywidualnych nieszczesc, które zdaja sie byc tak paskudnie atrakcyjne dla telewizyjnych hien. Bo jakze rozdygotany emocjonalnie czlowiek, który wlasnie uslyszal o skatowaniu na smierc niewinnego malenstwa, ma sie przejac tym, ze ABW kazalo komus zdjac spodnie, ze ktos komus rozrzucil dzieciece ubranka w mieszkaniu, ze jakis byly minister podejrzewa, ze jest sledzony, ze politycy sie znowu klóca, a o kims waznym dla Polski w ogóle nie powiedziano.

W tym tle dawkowane sa informacje o waznych sprawach, które rozpalaja czasem do bialosci emocje polityczne, ale zawsze rozplywaja sie w chaosie informacyjnym, przyslaniane  przez kolejne sprawy, by nigdy nie znalezc rozwiazania. Kolejne afery, nawet jesli powracaja tak jak falujace przyplywy lustracji, koncza sie zwykle niczym, bez jakiejkolwiek konkluzji, az po rozplyniecie sie w nicosc. Mozna odniesc wrazenie, ze chodzi o utrwalenie w Polakach  przekonania, ze nic sie nie da zrobic, nawet nie warto niczego zaczynac.

Sadze jednak, ze wbrew tym, dotad skutecznie dokonywanym zabiegom, rosna zastepy ludzi, którzy potrafia syntetycznie spojrzec na dawkowane informacje i wyciagnac wlasciwe wnioski. Jezeli kazda z takich dawkowanych kroplami spraw ma swój indywidualny wymiar, swoja historie i zlozonosc godna osobnego wyjasnienia, to przeciez juz samo ich zestawienie we wspólnym kontekscie prowadzi do syntetycznej konkluzji:

 

Polska nierzadem stoi!

 

Spróbujmy zestawic kilka aktualnych dawek tego nierzadu, bez specjalnej troski o chronologie, waznosc, czy stan zaawansowania, bo zwykle w takim bezladzie sa nam one serwowane.

 

Sprawcy zamachu stanu o nazwie stan wojenny nie beda ukarani.

Czy ktos mógl sie ludzic, ze ci, którzy wybrali Jaruzelskiego na pierwszego prezydenta nowej Rzeczypospolitej dopuszcza do jego ukarania? Czy zwykly sad, zwlaszcza w sprawie przepelnionej na wskros politycznym brzemieniem, moze cokolwiek rozstrzygnac ? Gdyby byla polityczna wola, mielibysmy sprawe w Trybunale Stanu. Jezeli istnienie takiej instytucji jak Trybunal Stanu ma jakikolwiek sens, to sprawa stanu wojennego jest klasycznym przypadkiem do rozpatrzenia przez taki trybunal. Czy warto szukac potrzebnych zwyklemu sadowi dowodów na troske Jaruzelskiego o Polske i Polaków wobec grozacej rzekomo interwencji, jezeli Trybunal Stanu dysponuje stuprocentowymi argumentami jego winy na podstawie losów Polski po stanie wojennym. Te wszystkie skutki, które dotknely nas w przeciagu osmiu lat niepodzielnej wladzy junty, wykazaly dobitnie zlo, którego byl sprawca i które rozpoczal stanem wojennym? Pograzenie narodu w apatii, kompletne zniszczenie gospodarki, wielki cywilizacyjny krok wstecz, a wreszcie wypedzenie z Ojczyzny blisko miliona osób wybijajacych sie w aktywnosci spolecznej. Cóz znacza placze nad losem 20 tys. zmuszonych do emigracji po marcu 68, gdy milczenie okrywa milionowa strata narodowej substancji po grudniu 1981.

 

ABW na polecenie prokuratora krajowego uderza w likwidatorów WSI

Trudno przewidziec, jakie bedzie zakonczenie tej ordynarnej prowokacji, bo juz zaczyna opadac zaslona medialnej ciszy, ale najwazniejsza sprawa jest, by nikt nie zapomnial,  kto i od czego  zaczal, jaki pretekst podchwycil prokurator krajowy, by wydac odpowiednie dyspozycje dla wykonawców z ABW. Pulkownik, agent WSW, niegdys faworyt B.Komorowskiego, glówny twórca mitów o rynkowej dostepnosci tajnych materialów z likwidacji WSI, prowokator oferujacy handel wplywami na decyzje komisji weryfikacyjnej, stwarza podstawy do ataku i zastraszania czlonków komisji, której przewodniczy J.Olszewski. Prokuratura krajowa "rznie glupa" i udajac, ze nie wie, o co tak naprawde chodzi, wpisuje sie w plany prowokatorów. Nie udalo sie innymi dzialaniami zastopowac funkcjonowanie komisji weryfikacyjnej, trzeba sie zatem uciec do technik bezposrednich. W tle tego wszystkiego wisi nieuzasadnione niczym podejrzenie wobec calej komisji weryfikacyjnej, ze ich werdykt mozna kupic, bo przeciez takie werdykty nie moga zalezec od wplywów pojedynczego kreta, musialaby w tym brac udzial znaczaca czesc komisji. I pewnie o to w tym wszystkim chodzi, by oskarzenie tkwilo w przestrzeni publicznej, by zaspokoic potrzeby zastepów swiatlych ludzi, którym nie przeszkadza manipulacja, o ile dostarcza argumenty lagodzace krzyk sumienia. Moga wtedy wykrzyczec to swoje: "przeciez ta komisja jest niewiarygodna i motywowana politycznie" i spróbujcie im udowodnic, ze tak nie jest.

 

Wlamanie do rodziny Olewników

No i te rozrzucone dzieciece ubranka, które sa jeszcze bardziej wymownym sygnalem, niz snieta ryba. Oczywiscie slychac odkrywcze deklaracje sledczych: ".....poza rabunkowymi, bierzemy tez pod uwage inne motywy sprawców". A moze by tak odwrotnie postawic sprawe! Podstawowe przeslanie dla opinii publicznej, to zlowieszczy sygnal, ze sprawcy wciaz sie nie boja, ze wciaz zdaja sie byc mocno osadzeni w strukturach wielopoziomowej wladzy. R.Kalisz, po niedawnej niedyspozycji medialno-wizerunkowej, ochlonal i czuje sie wyraznie zrelaksowany, sprawa chyba juz weszla w normalny, czyli jalowy tryb. Rodzina Olewników, natomiast, wykazuje nieprzecietny hart ducha zgadzajac sie na ochrone policyjna, choc nie ma pewnosci, jakie naprawde dyspozycje otrzyma ta ochrona. Oczywiscie sprawa spadla z pola widzenia mediów i tkwi w procedurach, tak jak dawniej, a zdawaloby sie wszystkie nici wiodace do mózgu operacji porwania, sa  w rekach sledczych. Nawet najprostsza sprawa wyjasnienia "samobójczej" smierci Kosciuka, gdzie krag "pomocników" ograniczony jest do malego, w pelni ustalonego grona, dla prokuratury jest przedsiewzieciem tytanicznym, a wiec zmierzajacym pewnie do umorzenia.

 

Mamy tez wazne sprawy, w których jakby nic sie nie dzialo, czekajace w kolejce do zapetlenia, umorzenia, przedawnienia, pozostajace juz teraz bez zainteresowania "dziennikarzy", którzy zdaja sie czekac na zupelne ostygniecie emocji i powszechne zapomnienie, ze cos sie w ogóle dzialo. Beata Sawicka podobno zmienia nazwisko, a prokuratorzy, którzy doglebnie badaja, czy wziela lapówke, czy tez zaczarowano nas wszystkich wszechogarniajacym omamem, niedlugo skieruja swoje rozwazania i wnikliwe dzialania sledcze na problemie ustalenia tozsamosci i miejsca pobytu bylej poslanki PO.

 Albo ów, niezwykle wplywowy warszawski prokurator, przylapany na przyjeciu kontrolowanej kilkusettysiecznej lapówki, a potem ponownie przylapany na próbie przekazania lapówki za nie pozbawianie go immunitetu. Czy ktos to jeszcze pamieta? Czy cos  sie w tej sprawie dzieje? Czy to wszystko musi tak trwac i niknac w rozwijanych ponad miare procedurach? A Ryszard Krauze, ukazujacy Polsce i swiatu, jak mozna przeczekac bezpiecznie za granica zakusy wladzy, która osmiela sie traktowac doslownie równosc wobec prawa. Przeciez tak, jak zaplanowal, doczekal sie rzadu sprzyjajacego przestepcom i umozliwiajacego bezpieczny powrót. A Miroslaw G., który nie jest zabójca, bo przeciez nie poderznal przy swiadkach pacjentowi gardla. Zostawil wprawdzie wacik w komorze serca, co kazdemu moze sie zdarzyc, nie usunal go, bo przeciez nie bedzie pielegniarka dyktowac, co ma zrobic wybitny chirurg. Pacjent wprawdzie umarl, ale przeciez rodzina tak malo zaplacila. No i chociaz bral regularnie lapówki, to przeciez wszyscy biora, a poza tym, czy to taka frajda dostawac raz po raz wieczne pióro, srebrne lyzeczki, dziwne zakladki w nieciekawej ksiazce? Wszystko jest chyba normalnie, skoro chce go zatrudnic szpital samego Swietego Rafala - Rafael znaczy "Bóg uzdrowi", wiec i Miroslaw G. juz nie pozbawi zycia.

Pomysl komunalizacji szpitali, jako przygotowanie prywatyzacji sluzby zdrowia poraza bezczelnoscia, z jaka przyjmuje sie doslowne i detaliczne przyjecie tej strategii "krecenia lodów", które tak niedawno, wprost zasygnalizowala B.Sawicka. Kopacz, Grad, Tusk i inni nawet sie nie zaczerwienili, podczas gdy Sawicka wtedy zaszlochala.

Zapowiedziana prywatyzacja 740 panstwowych firm,w tym takze ostatnich banków polskich, przeraza. Jeszcze bardziej irytuje argumentacja, która jest literalnym powtórzeniem tego, co prawie ci sami ludzie mówili przed laty, gdy zaplanowali wielki przekret i ponad piecset firm przekazali funduszom NFI na roztrwonienie. I nikt nie siega do materialów archiwalnych telewizji z tamtego czasu, by pokazac podobne do dzisiejszych wypowiedzi, ale pokazac je w kontekscie tego, co sie pózniej stalo.

A w tym wszystkim jawnie totalitarne zapedy zwiazane z najwazniejszym zamachem, z zamachem na telewizje publiczna. To, co sie dzieje wymaga osobnego, obszernego tekstu, ale slucham ze zdumieniem tej calej propagandowej sieczki towarzyszacej brutalnej grze Platformy Obywatelskiej, w której beznamietnie powtarza sie w kazdym wystapieniu jedno podstawowe klamstwo - "PiS wykonal skok zagarniajacy w calosci media publiczne i teraz to trzeba zmienic". To klamstwo juz tak wroslo w rzeczywistosc, ze nawet politycy PiS przyjmuja je w milczeniu, bez reakcji, jakby sami w to uwierzyli (trzeba oddac sprawiedliwosc, ze Prezydent w tym przypadku wykazuje wieksza troske o prawde). Klamstwo wspiera sie na prawdziwym fakcie, ze sklad KRRiT zostal zdominowany przez ludzi niezyczliwych PO. Tylko, ze z tego nie wyniknal zaden skutek programowy, w którym PiS bylby faworyzowany w porównaniu z PO. Ludzie Platformy Obywatelskiej uznaja, ze telewizja, która nie faworyzuje ich partii w tak ordynarny sposób, jak czyni to TVN, jest automatycznie telewizja sterowana przez ich przeciwników politycznych. Jedna z wielu irytacji zwolenników PiS podnoszonych czesto wobec ich rzadu, bylo zdziwienie, a nawet zlosc, ze politycy PiS nie doceniaja znaczenia mediów i nie opanowuja przynajmniej czesciowo TVP. Dzisiaj, przecierajac oczy, dowiadujemy sie, ze przejeli oni wtedy calkowicie telewizje publiczna, a my nie zauwazylismy tylko, jak pazerni PiSowcy króluja na szklanym ekranie, dziennikarze sie przed nimi plaszcza, a zahukane niedobitki PO próbuja bezskutecznie wedrzec sie z fragmentami prawdy do studia telewizyjnego.

Czy warto kontynuowac to dawkowanie nierzadu? Moze wystarczy tylko rzucic jeszcze pare nazwisk, które staly sie haslami wywolujacymi charakterystyczne obrazy z dziedziny tego zjawiska: Palikot, Niesiolowski, Komorowski, Borusewicz, Sikorski, Wenderlich, Pitera, Gowin, Chlebowski, aby konkludowac jeszcze raz:

 

Polska nierzadem stoi!..........., ale....

 

......ale, oto dzieje sie cos waznego!

Powiedzialem kiedys, ze bez kompletnego wyjasnienia sprawy L.Walesy, nie zrozumiemy tego, co stalo sie z Polska po 1989 roku. Cos sie w tej materii zaczelo, a narastajace, a nawet potezniejace pomruki tych, którzy cala swoja pozycje zawdzieczaja utrzymywanej przez cwierc wieku niewiedzy, wskazuja na czekajace nas trzesienie ziemi. Mozna miec nadzieje, ze te pomruki sa uprzedzeniem eksplozji, do której kazdy moze sie przygotowac, by skutki nie byly zbyt niszczace. Tak przyjazny wulkan Etna zwykle ostrzega Sycylijczyków przed erupcja, która bywa spektakularna, ale nigdy nie niesie takich zagrozen, jak nieprzyjazny Wezuwiusz. Sluchajmy wiec tego narastajacego szumu, bo wrózy dobre rzeczy, a nawet juz odslania obiecujace fragmenty nadziei wspartej na prawdzie. Oto grono "intelektualistów", stanowiacych atrape elity wspólczesnej Polski, kompromituje sie listem w obronie mitu Walesy i potepiajacym IPN. Czy jeszcze kilka lat temu bylaby mozliwa taka reakcja na ten list, z jaka mamy dzisiaj do czynienia? Czy nie jest pozytywnym zaskoczeniem ta niezwykla powszechnosc dostrzegania i nazywania po imieniu kompromitacji osób o nazwiskach, które do niedawna dyktowaly obowiazkowe interpretacje w kazdej dziedzinie? Czy nie warto w tym uczestniczyc, by kula sie wreszcie potoczyla?

Warto!

 

W tak dlugim zapisku dobije jeszcze Szanownych Czytelników odeslaniem do mojego artykulu z 1995 roku, który wreczylem kiedys osobiscie Lechowi Walesie wywolujac u niego paroksyzm wscieklosci. Wracam do tego, poniewaz kilka sympatycznych i dzielnych osób zwraca sie dzisiaj z sugestia do bylego Prezydenta, by sie wreszcie do wszystkiego przyznal. Chce przywolac tamte moje dawne i bardzo podobnie zyczliwe rady dla niego. Dzisiaj mi to jego przyznanie sie nie jest do niczego potrzebne, a nawet nie skloniloby mnie do zrozumienia i wybaczenia. Chyba, ze....chyba ze to jego przyznanie dotyczyloby spowiedzi z calego okresu i wnioslo wazne informacje pozwalajace Polsce rozprawic sie takze z innymi elementami wielkiego klamstwa, którego Lech Walesa stal sie wspóltwórca po 1989 roku.

 

2 maja 2008    -  124

Zastyglem w milczeniu

Wigilia majowej jutrzenki sklania do bardziej generalnej refleksji na temat stanu spraw w Ojczyznie i stawianiu zasadniczych pytan:  Kiedy skonczy sie ten paskudny czas upadku panstwa, ogólnego rozkladu norm i rozprzezenia na miare czasów saskich? Czy po przedluzajacej sie ciemnej nocy oslaniajacej zerowanie sepów, nastapi oczekiwany brzask majowego poranka, jako poczatek generalnej i realnej naprawy Rzeczypospolitej? Co wreszcie kazdy z nas ma robic, by nasze indywidualne wysilki i zmagania przeksztalcic w jeden wielki wspólny czyn, który zaslugiwalby na porównanie do brzasku majowej jutrzenki?

 Wszelkie przelomowe zmiany zawsze rozpoczynaja sie od dojrzewania powszechnej swiadomosci ich niezbednosci. Nie wiem, jakimi drogami szlo to dojrzewanie Narodu w czasach saskich, ale znany z przekazów historycznych wybuch entuzjazmu po rozpowszechnieniu wiesci o uchwaleniu Konstytucji swiadczy, ze dojrzewanie sie dokonalo. Czasy wtedy byly chyba jeszcze gorsze od dzisiejszych, jesli uznac za prawdziwy, znakomity, wnikliwy i detaliczny ich opis zawarty w powiesci W.Lysiaka "Milczace psy".

Myslac o tamtej sytuacji, a takze o wielu innych, które zdarzaly sie w dziejach Polski, zastanawiam sie na czym to polega, ze Naród zdolny do nadzwyczajnych poswiecen, do heroizmu, do prawdziwie wielkich czynów, Naród o wspanialej kulturze, ze szczególnym umilowaniem wolnosci, rodzacy bohaterów i ceniacy podmiotowosc jednostki, ze jednoczesnie ten sam Naród stale wydaje z siebie tak ogromna ilosc ludzi podlych, pelnych egoizmu szubrawców, którzy nie tylko nie poczuwaja sie do jakichkolwiek obowiazków wobec Ojczyzny, ale wykorzystuja kazda okazje, by jej kosztem i z krzywda calej wspólnoty narodowej czerpac wlasne korzysci. Jestem coraz bardziej przekonany, ze to nasza nadzwyczajnie naiwna i niespotykana nigdzie indziej tolerancja jest przyczyna tego stanu rzeczy. Ta wieczna "gruba kreska", która w 1989 roku naoliwila tryby mechanizmu zla, ale towarzyszyla nam zawsze w historii, choc nikt jej publicznie nie deklarowal. Sprawców zlych czynów o wymiarze godzacym bolesnie w publiczne dobro Rzeczypospolitej nikt nie karal tak, jak na to zaslugiwali - ich wina zawsze rozplywala sie w milosiernej wyrozumialosci wspólczesnych i rzedniejacej pamieci kolejnych pokolen.

Tak wiec, rodza sie ci sprawcy zla z poczucia calkowitej bezkarnosci, gdy wybujaly egoizm podpowiada te cyniczna droge, w której zdobywanie korzysci nie musi brac pod uwage kosztów ponoszonych przez innych, nawet gdy ci inni to caly Naród. Ta poblazliwosc stala sie nasza choroba historyczna, która toczy Polske od dawna, ale szczególnie skutecznie po 1989 roku.  Ludzi bez duszy, bez poczucia przyzwoitosci, chciwych i zachlannych bedzie zawsze pelno, ale geneza zla tkwi w tych, którzy propaguja tolerancje sprzyjajaca bezkarnosci, w tych wszystkich, którzy "gruba kreske" oglaszaja i praktykuja.

A gdyby tak pewnego dnia wyjsc z zalozenia, ze przyzwoitosc, uczciwosc, honor, prawda i szacunek dla ludzi, to slowa okreslajace wartosci i przymioty, które maja swój prawdziwy sens i trzeba im przywrócic nalezne miejsce w zyciu publicznym. Gdyby tak to przywracanie sensu slowom zaczelo byc widoczne w telewizji, w radiu, w prasie, takze w internecie, bo przeciez tam przewijaja sie obrazy, wypowiedzi, komentarze i zachowania, które stanowia o naszym zyciu publicznym i o wszystkim, co z niego wynika. To tam rysuje sie ta zlowieszcza tolerancja, która jest pozywka dla zla.

Nie sposób nie nawiazac do przelomowego wydarzenia, jakim moim zdaniem byl udzial rodziny Olewników w posiedzeniu komisji sejmowej. Ci zacni ludzie, doswiadczeni wielka tragedia, rzucili wyzwanie calemu swiatu polskiej polityki, ukazujac przemozne dazenie do wyjasnienia prawdy, którego nikt juz nie moze zlekcewazyc. Na chwile zamilkli ci, którzy zwykle rozpoczynaja operacje bagatelizowania i tuszowania spraw. Porazajaca w swej wymowie demonstracja dzialania zbrodniczego ukladu byla uzasadnionym, najbardziej wyrazistym i publicznym oskarzeniem panstwa. Nie bylo w tym spotkaniu miejsca na polityke i dobrze, ze w poszanowaniu dla tragedii i w respekcie dla dzielnosci rodziny ofiary politycy PIS nie ujawnili gorzkiej satysfakcji ze swoich wczesniejszych diagnoz. Milczaco jednak musi zakielkowac w powszechnej swiadomosci ta bolesna prawda o chorobie panstwa.

R.Kalisz juz dzisiaj powinien sie wycofac z zycia publicznego, bo tego wymaga przyzwoitosc, bo w pelni wiarygodni ludzie wyznali, ze byli przez niego traktowani jak smiec, bo kpil sobie bagatelizujac jawnie zaplanowana kradziez dokumentacji. Jezeli Kalisz nie jest przyzwoity, to trzeba tego "wybitnego prawnika" otoczyc ostracyzmem. Nie wierze, by uklad odbudowujacy swój potencjal w sprzyjajacej atmosferze aktualnie rzadzacej sitwy, dopuscil do ujawnienia calej prawdy, ale ta sprawa wyplynie w jeszcze szerszym wymiarze w przyszlosci.

Sledze uwaznie wszystkie wydarzenia, jednak w kwietniu zastyglem w milczeniu, bo obserwacja niszczacej mocy ekipy, która w zbiorowym wysilku "wylozyla rece na poklad", by przejac ponownie wladze nad Polska i cofnac bieg historii, ma troche dzialanie paralizujace. Dzwiecza mi w uszach slowa naszego Ojca Swietego Jana Pawla II - "....obyscie sie nigdy nie zniechecili", które nie pozwalaja na paraliz, ale jednak swiadomosc dokonywania przez Polske kolejnych kroków w tyl, jest poteznie deprymujaca.

Nazbieralo sie juz dostatecznie wiele faktów i wydarzen, które pozwalaja kazdemu dostrzec i zrozumiec to, co niemal w kazdej dziedzinie wyprawia ten rzad. Tym bardziej musza o tym wiedziec ci, którzy przez uczestnictwo w PO, czy szerzej w koalicji, sa wspóltwórcami niszczenia Polski. Albo uczestnicza w tym wszystkim swiadomie i wtedy sa lajdakami, albo nieswiadomie, a wtedy ich zbrodnia jest bycie poslem. Byc moze trzeba rozpoczac uswiadamianie sprawcom, ze tym razem nie bedzie "grubej kreski", ze odpowiedzialnosc to tez jest slowo, które ma swoje klarowne znaczenie, a przysiega poselska nie jest rytualem, który nie niesie konsekwencji.

Pisze dzisiaj bardziej generalnie, nie wchodzac w szczególy, ale o tych konkretach, które mam na mysli, bardzo sprawnie pisza inni. Bardzo sie ciesze, ze portal Ojczyzna ozyl i pojawilo sie kilku autorów z portalu blogów politycznych salon24. Ciesze sie, ze moge czytac szczególnie cenionych przeze mnie autorów, bez koniecznosci filtrowania niektórych innych, niezbyt ciekawych uczestników salonu24. Tam nie da sie wszystkiego przeczytac, ale warto wyluskac niektóre perly, praktycznie zawsze autorstwa ludzi spoza grona dziennikarzy, których poziom czesto jest zenujacy. Niedawno w salonie24 ukazal sie bardzo ciekawy tekst autora o nicku Tad9 p.t. "Czy patriota moze popierac ten rezim?", który obszernie analizuje zabójcza dla Polski polityke kadrowa obecnych wladz. Ten rodzaj dokumentacji posuniec ekipy Tuska powinien poznac kazdy zwolennik Platformy Obywatelskiej.

Nie wiem, co mysla dzisiaj wyborcy PO. Nie wiem, bo oni niechetnie odpowiadaja. Moze maja jakies glebsze refleksje, moze sie wstydza, a moze sie ukrywaja w trosce o wlasna przyszlosc. Na podstawie wczesniejszych doswiadczen nie próbuje z nimi rozmawiac, bo wiem, ze argumenty nie maja zadnego znaczenia.

W czasie swojego chwilowego zastygniecia w milczeniu zaangazowalem sie w akcje zwiazana z listem otwartym, którego tekst poprzedza niniejszy zapisek. Odbieranie poczty od  wszystkich sympatycznych ludzi, zglaszajacych chec sygnowania listu, bylo dla mnie zwiastunem nadziei. Wiem, ze sygnatariusze listu doskonale wiedza jak powazne sprawy dzieja sie w naszej Ojczyznie, nie potrzebuja wzrostu wlasnej swiadomosci, oni juz sa gotowi do uczestniczenia w naprawie Polski. 

 

ZAMIAST ZAPISKU

     15 kwietnia 2008 r.

  List otwarty

     Do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji
               Do Sejmowej i Senackiej Komisji Kultury i Srodków Przekazu
               Do wszystkich ludzi dobrej woli

Z satysfakcja i z wielka ulga przyjelismy  oswiadczenie  Prezydium Konferencji Episkopatu Polski z dnia 10.04.2008 r., w którym biskupi wyrazili zdecydowany sprzeciw wobec przedstawianych w mediach sugestii i zadan podwazajacych decyzje Stolicy Apostolskiej w sprawie obsadzen stolic biskupich. Odczulismy ulge, poniewaz od dawna wyczekiwalismy na taki mocny i czytelny sygnal ze strony Episkopatu, przypominajacy najprostsze prawdy zwiazane z funkcjonowaniem Kosciola i autonomia jego wewnetrznych decyzji. Te zasady, uswiecone tradycja i krwia meczenników, sa przynalezne autorytetowi Kosciola i nikomu nie wolno ich podwazac.

Uznajemy to oswiadczenie za przelomowe, poniewaz ogloszono je po dlugim okresie milczenia Episkopatu, gdy w pokornej cierpliwosci Pasterze Kosciola w Polsce zdawali sie czekac na samoistne wyciszenie tumultu czynionego przez wrogów Kosciola, na sprawiedliwa ocene jego sluzby Bogu i Ojczyznie i zaprzestanie podwazania jego autorytetu. Wiemy wszyscy, ze ta wyczekujaca, pelna chrzescijanskiej milosci i nadziei postawa przynosila calkiem odwrotny skutek, osmielajac przeciwników i prowokujac ich do coraz bardziej bezpardonowych ataków i oskarzen, az po wkroczenie na droge bezposrednich zadan, by Kosciól podporzadkowal swoje decyzje naciskom kierowanym spoza jego hierarchicznych struktur.

Prezydium Episkopatu slusznie zwraca uwage w swym oswiadczeniu na role srodków spolecznego przekazu, za których posrednictwem realizowane sa ataki i naciski na Kosciól, i zwraca sie o zaniechanie podobnych praktyk. To szkodliwe dzialanie mediów trwa juz wiele lat i dotyka wielu dziedzin zycia spolecznego i politycznego, ale w ostatnim okresie skupia sie w sposób szczególnie intensywny na walce z Kosciolem i przekroczylo wszelkie dopuszczalne miary.

Jako sygnatariusze niniejszego listu w pelni identyfikujemy sie z trescia oswiadczenia Prezydium Episkopatu i pragniemy ten glos wesprzec naszym wezwaniem, a nawet zadaniem, by instytucje odpowiedzialne za dzialanie srodków spolecznego przekazu podjely zdecydowane dzialania powstrzymujace te karygodna samowole w czynieniu zla i poglebianiu podzialów w spoleczenstwie.

 

Szanowni Panstwo!

Nie adresujemy naszego listu do Rady Etyki Mediów czy do Rzecznika Praw Obywatelskich, bo dotychczasowa praktyka ukazala calkowita fikcyjnosc i bezuzytecznosc tych instytucji, a czasem nawet zla wole. Zwracamy sie do Czlonków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz do Czlonków Sejmowej i Senackiej Komisji Kultury i Srodków Przekazu, jako bezposrednio odpowiedzialnych za zmiane obecnego stanu rzeczy. Prosimy o przerwanie bezczynnosci i podjecie zdecydowanych kroków uwzgledniajacych nasz sprzeciw wobec tych wszystkich zjawisk w srodkach spolecznego przekazu, w których tak haniebnie przejawia sie bezwzgledna walka z Kosciolem, podwazanie jego autorytetu i naruszanie godnosci calej spolecznosci Kosciola w Polsce.

 

1.      Nie zgadzamy sie na calkowicie nieuzasadnione naglasnianie marginalnych spraw, drobnych lokalnych konfliktów czy malo znaczacych bledów poszczególnych kaplanów. Te sprawy przedstawiane sa zawsze jednostronnie, z wyrazna intencja budowania falszywego obrazu Kosciola. Jest to jawna manipulacja i deformacja rzeczywistosci, gdy w tym samym czasie nieporównanie bardziej powszechne przyklady pieknych postaw, tworzenie dobra i nieustajaca praca organiczna kaplanów harmonijnie wspólpracujacych ze swoimi parafianami sa praktycznie nieobecne w mediach.

2.      Nie zgadzamy sie na obrazanie kaplanów, na falszywe oskarzenia kierowane pod ich adresem, na tolerowanie publicznych wypowiedzi, w których osoby publiczne rozladowuja swoje osobiste frustracje i niechec do Kosciola, przy razacym zaniedbaniu elementarnej kultury, naleznego szacunku i z lekcewazeniem wrazliwosci ludzi wierzacych.

3.      Nie zgadzamy sie na to, by o sprawach dotyczacych bezposrednio Kosciola, jego wewnetrznych decyzji, jego struktur i sposobu dzialania, publiczne rozwazania przedstawialy osoby spoza Kosciola, których to nie dotyczy, a zwlaszcza osoby, które maja wrogi stosunek do chrzescijanstwa, takze te osoby, które sprzeniewierzyly sie slubowaniu i odeszly od Kosciola. Równiez nie zgadzamy sie, by w imieniu spolecznosci Kosciola wypowiadali sie ludzie nieumocowani do tego zadnym mandatem, a uzurpujacy sobie kwalifikacje tzw. publicystów katolickich.

4.      Nie zgadzamy sie na manipulacje, w której w sposób ciagly powtarzane sa niepotwierdzone oskarzenia, a przemilczane sa fakty w istotny sposób je podwazajace. Mamy tutaj na mysli m.in. wciaz podtrzymywane oskarzenia wobec abp. J. Paetza i abp. S. Wielgusa, pomimo waznych, a starannie pomijanych okolicznosci wskazujacych na ich falszywosc. Nie sposób tez nie przywolac szczególnie drastycznego przykladu, jakim jest zdumiewajaca tolerancja dla skandalicznych i trwajacych od wielu lat, nieustannych ataków na o. Tadeusza Rydzyka. Takze w tych atakach uporczywie powtarzane sa oskarzenia, mimo ze wielokrotnie wyjasniano, ze sa klamstwem. Siegajac daleko wstecz pamiecia, nie odnajdujemy nawet w czasach PRL podobnego przykladu tak zmasowanego, niesprawiedliwego oskarzania i ponizania jednego czlowieka. Juz ta jedna sprawa winna byc powodem radykalnych dzialan powstrzymujacych to haniebne postepowanie.

5.      Nie zgadzamy sie na tworzenie i podsycanie podzialów polskiego Kosciola przez nieuzasadnione uprzywilejowanie obecnoscia w mediach tych kaplanów, których poglady sa czesto kontrowersyjne, preferowane przez dysponentów mediów, a zawsze malo reprezentatywne dla Kosciola.

6.      Nie zgadzamy sie na kontynuacje haniebnego procederu, w którym podwaza sie zaufanie do kaplanów przez nieuzasadnione oskarzenia zwiazane z tzw. lustracja w Kosciele. Lustracja Kosciola jest jego wewnetrzna sprawa i zostala zakonczona werdyktem Koscielnej Komisji Historycznej. Jedynie przypadki, w których wystapila potwierdzona krzywda okreslonej osoby lub srodowiska, moga podlegac zewnetrznej dyskusji i badaniom, jesli skrzywdzeni sie tego domagaja.

 

Szanowni Panstwo,

Przedstawilismy niektóre zjawiska wystepujace w srodkach spolecznego przekazu, które musza byc usuniete z przestrzeni publicznej. Maja Panstwo wiele srodków, by tego dokonac. Jednak pragniemy skupic Panstwa szczególna uwage na telewizji publicznej, która powinna byc wzorem dla innych srodków przekazu i która musi podlegac kontroli spolecznej, zwlaszcza tej realizowanej poprzez KRRiT i komisje parlamentarne. Telewizje prywatne czesciowo wymykaja sie spod takiej kontroli, dlatego w tym wypadku pragniemy zwrócic sie o szersze wspóldzialanie, zwlaszcza w stosunku do tych telewizji prywatnych, które wyrózniaja sie szczególna wrogoscia do Kosciola. Pragniemy odwolac sie do wszystkich ludzi dobrej woli: Nie wystepujcie w tych telewizjach, które nie szanuja ludzi wierzacych. Nie twórzcie swoja obecnoscia w programach pozorów wiarygodnosci takich mediów. Nie tolerujcie w Waszej obecnosci wypowiedzi atakujacych Kosciól i kaplanów, nie wystepujcie publicznie obok osób, które w ten sposób postepuja.

Jest dzisiaj taki czas w naszych dziejach, ze trzeba powiedziec glosno: Non possumus! Dosyc! Ten czas sie rozpoczal, bo przekroczono wszelkie miary, a politycy i osoby publiczne winni to dostrzec w pierwszej kolejnosci. To Wy macie w swoich rekach bardzo wazne narzedzie, bo Wasze konsekwentne postepowanie moze byc poczatkiem naprawy sytuacji, a na pewno moze rozpoczac przywracanie prawdziwego sensu zagubionym slowom o prawdzie, o uczciwosci, o kulturze politycznej, o szacunku dla wartosci, tym samym otwierajac nadzieje na ustanowienie dobrego porzadku rzeczy w naszej Ojczyznie. Bo to o ten porzadek chodzi, w którym Kosciól i Naród stanowia jedno, a który stal sie poczatkiem polskiej panstwowosci. I ten wlasnie porzadek wrogie sily chca naruszyc - rozdzielic oba elementy jednosci, by najpierw Kosciól, a pózniej Naród zniszczyc. Dzisiaj musimy bronic Kosciola, a zwlaszcza jego kaplanów, bo nam to zadano, bo bronimy wspólnego dziedzictwa i wspólnej przyszlosci, z zachowaniem narodowej pamieci i tozsamosci.

 

dr hab. n. med. Irena Adamczewska
mgr. inz. Marian Adamczewski
doc. dr Olgierd Baehr
prof. dr hab.
Stanislaw Borkacki 
dr hab. Jan Borkowski
prof. dr hab. Rafal Broda
prof. Janusz Czyz
lek. med. Gabriela Danielewicz
lek. med. Ryszard Danielewicz
mgr inz. Józef Dabrowski
mgr inz. Elzbieta Dabrowska
dr n. wet. Maria Depczyk
prof. dr hab. Wlodzimierz Roch Doruchowski
mgr Stanislaw Fudakowski
inz. kpt. z.w. Józef Gawlowicz
prof. dr hab. Marian Grynia
mgr Marlena Hadas
mgr inz.
Barbara Hyzy
mgr inz. Jan Hyzy
prof. dr hab.
Zbigniew Jacyna-Onyszkiewicz
dr hab. n. med. Piotr Jakoniuk
prof. dr hab. Leszek Jankiewicz
prof. dr hab. med. Tomasz Karski
inz. Aleksandra Kawiak
dr hab. Stefan Kawiak
dr hab. Jerzy Kiersnowski
lek. med. Maria Kieturakis
dr hab. Jerzy Konior
prof. dr hab. Edmund Kozal
mgr Boleslaw Jerzy Kozlowski - nauczyciel
prof. dr hab. inz. Ryszard Henryk Kozlowski 
prof. dr hab. Miroslaw Kozlowski
lek. med. Ewa Leo
prof. dr hab. Waclaw Leszczynski
prof. UAM dr hab. Andrzej Maciejewski
prof. dr hab. Jerzy Marcinek
prof. dr hab. n. med. Janina Moniuszko-Jakoniuk
dr hab. n. med. Tadeusz Moniuszko
prof. dr hab. Piotr Maloszewski
prof. dr hab. Janina Marciak-Kozlowska
inz. kpt. z.w. Józef Mikulski
prof. dr hab. Olgierd Nowosielski
Henryk Pajak – literat
mgr Zofia Pawlowska
mgr Wieslaw Pazdzior – nauczyciel
dr inz. Feliks Pieczka
mgr kpt. z.w. Jan Prüffer
mgr inz. Edward Reoding
prof. dr hab. inz.
Dominik Sankowski
prof. dr hab. Kazimierz Stepczak
dr inz. Adam Stoszko
inz. kpt. z.w. Zbigniew Sulatycki
mgr inz. Alojzy Szablewski
prof. dr hab. Henryk Szydlowski
lek. med. Urszula Smialek
prof. dr hab. Helena Tarasiewicz
dr inz. Teresa Walewska-Przyjalkowska
prof. dr hab. Irena Wiackowska
prof. dr hab. Stanislaw Wiackowski
prof. dr hab. inz. Józef Wysocki
inz. st. of. mech. PMH Zbigniew Wysocki 
lek. med. Slawomir Zaboklicki
prof. dr hab. Zygmunt Zagórski
prof. dr hab. inz. Jacek Zimny
red. Edmund Zdanowski

 

Szanowni Panstwo,

Lista sygnatariuszy jest otwarta. Kto z Panstwa chcialby poprzec tresc tego listu wlasnym podpisem prosimy o przeslanie swoich danych (tytul, imie, nazwisko) na adres:

     e-mail: zbyszeksulsopot@poczta.onet.pl 

lub e-mail: rafal.broda@op.pl

 

29 marca 2008    - 123

Glówny problem z traktatem europejskim,

Walka o traktat reformujacy toczy sie dalej i nie wiem, czy na koncu bedzie zimny prysznic, czy burza. Nie potrafie juz skupic swojej uwagi na wywodach zwolenników traktatu, bo jest to zawsze pustoslowie zlozone z tych samych kilku wytartych hasel; powraca nawet przestroga przed losem Bialorusi. Patrze jedynie na argumentacje niektórych poslów PIS, ale tez nie slysze niczego poza podobnymi haslami, natomiast, czegos sie o nich samych dowiaduje.

Na przyklad posel Pawel Kowal. Do niedawna nierozpoznawalny, choc zdazyl juz pelnic wysokie funkcje. Dzisiaj kreci sie po wszystkich mediach i duzo mówi. Mówi z narastajaca pewnoscia siebie i szybko zanikajaca pokora. Jest wrazliwy, uwazny, ugodowy, ceniacy nade wszystko kompromis i przekonany, ze potrafi przekonac do swoich racji. Jest tez tolerancyjny dla tych, którzy jeszcze nie dostrzegli, ze traktat jest wielka wartoscia i kompromis jest konieczny, by go ratyfikowac. Posel Kowal z zyczliwa wyrozumialoscia mysli o nich, ze maja czesto uzasadnione frustracje i obawy, które trzeba rozproszyc. Posel zdaje sie nie miec watpliwosci co do swoich racji, a nawet nie dopuszcza mysli, ze moze go sluchac ktos o bardziej przenikliwym rozumie. Juz widze, jak posel Kowal "rozprasza" obawy np. ksiezy profesorów Jerzego Bajdy i Czeslawa Bartnika. 

Tak mysle sobie, czego potrzeba mlodemu czlowiekowi, by uwierzyl w swoje mozliwosci ponad miare i stanal u progu pychy. I mysle, ze wiem skad sie to bierze, bo widze to na co dzien w róznych telewizjach. Otóz dostep do mediów, do blasku kamer, do mikrofonu czesto jest dla mlodych ludzi mocnym i zdradzieckim bodzcem do wiary we wlasny potencjal i madrosc. Kiedy te zaproszenia i wizyty w mediach zdarzaja sie coraz czesciej, dzialaja jak narkotyk i zdaja sie wrecz zmieniac osobowosc mlodego polityka, czy dziennikarza. Zaczyna wierzyc, ze jest chyba madry, bo go zapraszaja, a oni go zapraszaja wylacznie dlatego, ze jest dla nich pozyteczny, jesli madry i pozyteczny, to tym lepiej. Ciekawe, czy posel P.Kowal sie nad tym zastanawial, ale móglbym mu podpowiedziec, ze dla TVN jest pozyteczny, co nie wyklucza madrosci.

Traktat jest niedobry dla Polski i jest niedobry dla Europy. Sadze, ze ci, którzy o tym nie wiedza, po prostu nie przemysleli spraw do konca. I jest na to sto argumentów, ale glównym, wybiegajacym daleko w przyszlosc, jest fakt, ze traktat jest poteznym krokiem w strone ksztaltowania nowego totalitaryzmu. Ja o tym zagrozeniu pisalem w lutym 2003, jeszcze przed akcesja, w obszernym artykule "UE a Polska- koronne argumenty przed referendum". Przytocze wiec, z dedykacja dla p.Pawla Kowala, dwa fragmenty, które tego zagrozenia dotycza. Czynie to, poniewaz dzisiaj ten czarny obraz zdaje sie byc o wiele mniej abstrakcyjny, niz 5 lat temu.      

 

"…- prawdziwie gleboka synteza zdarzen i faktów, z którymi mamy do czynienia, prowadzi do wniosku, ze rodzi sie nowa, niezwykle grozna forma totalitaryzmu.  Nikt nie moze zaprzeczyc, ze istotnie budowany jest swiat, jakiego w tej skali jeszcze nie bylo – swiat oparty na skrajnym egoizmie i calkowitym odrzuceniu fundamentu dotychczas uznawanych i pielegnowanych wartosci. W swiecie tym dobro miesza sie ze zlem, falsz z prawda, wszystko staje sie relatywne, wiezi spoleczne ulegaja oslabieniu, a stosunki miedzyludzkie staja sie calkowicie powierzchowne; znosne - jesli oparte na wspólnocie interesów, ale zabójcze - gdy warunki zmuszaja do rywalizacji. W takim swiecie w oczywisty sposób musi sie uformowac, przejac wladze i odgrodzic od reszty, waska warstwa ludzi pozbawionych wszelkich zasad i skrupulów – elita i nomenklatura totalitaryzmu, nieposkromiona w zdobywaniu nieograniczonych dóbr i zupelnie obojetna na los innych. Jest równiez rzecza oczywista, ze poza ta waska grupa musi pozostac olbrzymia wiekszosc, której kosztem to wszystko sie odbywa, a która musi byc trzymana w ryzach pelnego posluszenstwa – to jest uklad, który musi byc totalitarny. I moze ktos powiedziec: to przesada, a zreszta to nie jest nic nowego, to mozna okielznac, wszystko przeciez w róznych okresach juz bylo i jakos minelo.

 Alez nie!  Tym razem to jest naprawde cos innego, to jest prawdziwie niebezpieczne!  Niezwyklosc, a zarazem apokaliptyczna grozba proponowanego dla swiata nowego systemu wynika z niemal perfekcyjnego wykorzystania doswiadczen wszystkich dotychczasowych eksperymentów z totalitaryzmem, z doskonalego rozpoznania wszystkich slabosci natury ludzkiej i z umiejetnosci wykorzystania bezprecedensowego rozwoju techniki. To pozwala uzyskiwac nadzwyczajnie skuteczny sposób wprowadzania nowego porzadku i rozprzestrzenienia go do wszechogarniajacego,  globalnego zasiegu.

 Mozna odnotowac wyrazna ciaglosc, a zarazem ewolucyjne udoskonalanie  konstrukcji totalitarnych systemów, dla których bazowym zalozeniem zawsze pozostaje odrzucenie Boga przez czlowieka, a podstawowym narzedziem - klamstwo. Rewolucja francuska rzucila w lud hasla „wolnosc, równosc, braterstwo” i natychmiast zainstalowala gilotyny, dokonala pionierskiego pod wzgledem rozmiarów ludobójstwa w Wandei i wprowadzila narzedzia terroru bedace wzorem dla wielu przyszlych kontynuatorów. Ideologiczne odrzucenie Boga musialo sie w praktyce realizowac przez szczególnie krwawa rozprawe z chrzescijanstwem, jego duchowienstwem, zakonami, przez niszczenie wszelkich symboli i bazy materialnej Kosciola. Rewolucja w Meksyku i wojna domowa w Hiszpanii opieraly sie na tych wlasnie wzorach, ale tak jak blisko póltora wieku wczesniej we Francji, byly to zaledwie ograniczone terytorialnie eksperymenty budujace podwaliny pod kolejne, znacznie szersze zamierzenia. Niemiecki narodowy socjalizm - znany jako hitleryzm, a w znacznie powazniejszej skali komunizm, stanowily juz powazne próby wprowadzenia totalitaryzmu w wymiarze globalnym. Niewatpliwie mialy ze soba wiele cech wspólnych, w poczatkowych fazach rozwoju, nawet podobne zródla finansowania, ale poza krótkim okresem intensywnej wspólpracy, w zasadzie rywalizowaly ze soba. W bezposrednim starciu musial przegrac hitleryzm, bo zbyt szeroko zakreslil obszar zamierzonego i nadto szybkiego podboju, a zarazem zbyt otwarcie oglosil swoje prawdziwe plany wobec podbitych spoleczenstw. O ilez bardziej wyrafinowany w slowach i w ideologicznym przeslaniu byl komunistyczny rywal. Do jakiej perfekcji doprowadzil klamstwo, poslugujac sie coraz doskonalszymi srodkami technicznymi i stale udoskonalana sztuka wyrafinowanej manipulacji. A wreszcie, jakie osiagnal „rezultaty” pod wzgledem zasiegu terytorialnego, liczby ofiar, a zwlaszcza czasu trwania, którego koncowej granicy nawet dzisiaj nie mozna okreslic.

W pierwotnej postaci komunizm trwa nadal w kilku miejscach, ale nas bardziej interesuje ten ewolucyjnie przepoczwarzony wariant, który instaluje sie dzisiaj w Europie i poza nia. To nie jest przypadek, ze dotad nie nastapilo rozliczenie komunizmu, ze konkretni ludzie postarali sie, by nie bylo takiego momentu w dziejach najnowszych Europy, który stanowilby cezure oznaczajaca upadek komunizmu – tak nie moglo sie stac, bo gdyby sie stalo, to w calej Europie od wladzy musieliby zostac odepchnieci ludzie, którzy budowali komunizm, którzy z nim scisle wspólpracowali, a wiec wlasnie dokladnie ci politycy, którzy dzisiaj sa w pelnym znaczeniu tego slowa awangarda Unii Europejskiej. Jest wiec pelna ciaglosc z poprzednim systemem, który nigdy sie nie skonczyl, natomiast zmienil jedynie narzedzia, jakimi sie posluguje dla zdobycia i utrzymania wladzy, zapewniajacej dostep na  stoki i szczyt wspólczesnego Olimpu, dla wybranej, hierarchicznie uszeregowanej  grupy uczestników…….

 

…..Najwazniejszy wreszcie element systemu – przemoc i terror - zastapiono calym wachlarzem narzedzi, wobec których sprzeciw pojedynczego czlowieka, a nawet zorganizowanych grup ludzi jest praktycznie niemozliwy, tworzac poczucie bezsilnosci, a w koncu calkowitej bezradnosci. Sposród tych narzedzi na czolo wysuwa sie przymus ekonomiczny. Jego skutecznosc zapewnia sie przez pozbawienie ludzi wlasnosci i mozliwosci zarobkowania, przez zamierzona pauperyzacje calych grup zawodowych, sztuczne prowokowanie bankructw, niejasne i dowolnie interpretowane przepisy podatkowe, a takze kredytowe pulapki finansowe. Sa tez inne narzedzia, które dzialaja juz teraz i moga sie wydawac nie do konca grozne, ale w przyszlosci tak sie rozwina, ze beda mogly ubezwlasnowolnic kazdego. Rozwija sie wiec monstrualna biurokracje, która w razie potrzeby moze zahamowac wszelka indywidualna dzialalnosc. Buduje sie gaszcz przepisów i prawo tak sformulowane, ze niemozliwe do rozpoznania, a zrazem interpretowane z taka dowolnoscia, ze nikt do konca nie bedzie bezpieczny przed jego niszczaca ingerencja. Stwarza sie ogluszajacy szum medialny, uniemozliwiajacy rozeznanie rzeczywistosci, której opis rozmyty w papce informacyjnej tworzy swiat calkowicie wirtualny. A to wszystko wspierane jest dzialaniami niezbednymi do osiagniecia maksymalnej atomizacji jednostek, poprzez narzedzia takie jak - demoralizacja dekomponujaca tkanke spoleczenstwa, uderzanie w rodzine, tlumienie wszelkich wyzszych potrzeb udoskonalajacych czlowieka, a jednoczesnie budzenie instynktów upodabniajacych ludzi do zwierzat - po krótkiej tresurze stana sie w pelni sterowalni i niezdolni do samoorganizacji. 

Doprawdy, trudno zaprzeczyc, ze taki wlasnie kierunek wytyczono dla rozwoju Unii Europejskiej. Oszalamiajacy postep na tej drodze mozna mierzyc ciaglym wzrostem liczby bezproduktywnych urzedników, stosami zapelnianych papierów, dziesiatkami tysiecy drobiazgowych, w wiekszosci zbednych, lub idiotycznych przepisów, gigantycznymi kosztami, które musza rosnac wobec nieograniczonej pazernosci nowej nomenklatury.

U podstaw wszystkiego jest klamstwo, które staje sie tak powszechne, ze niezauwazalnie prowadzi do schizofrenicznej dwoistosci postaw. Nie wystarczy przeciez potepiac zauwazane przejawy korupcji, a pomijac milczeniem osobliwa tolerancje i tuszowanie tych spraw na europejskim poligonie nowego systemu. Cóz oznacza stan, w którym wszyscy zdaja sie zauwazac idiotyzmy brukselskiej biurokracji, smiech miesza sie z oburzeniem, a wszystko toczy sie dalej swoim niezaklóconym trybem. Cóz oznacza pogarda dla hipokryzji, gdy nie dostrzega sie dysonansu gloszonych hasel o demokracji z demonstrowana pogarda dla jej wyroków. Mozna podziwiac ustalanie norm czystosci powietrza, norm bezpieczenstwa pracy, rygorów produkcji zywnosci – bo to wszystko ma wyrazac wielka troske o zdrowie obywateli. Od podziwu dla tej troski natychmiast jednak przechodzimy do zastanowienia sie nad niezwykla zapalczywoscia w umozliwianiu zabijania niewinnych dzieci, które nie zdazyly sie narodzic, a takze nad swoista i cyniczna ekonomia zabijania starych ludzi, którzy juz nie pomnoza zysków, a raczej moga domagac sie splaty dlugu za swe pracowite zycie. Klamstwo, na którym oparty jest kazdy totalitaryzm, widac co krok, a grozny postep zaznacza sie w tym, jak szybko ludzie akceptuja cos, co jeszcze wczoraj budzilo przerazenie –im energiczniej i dalej odrzuca Dekalog, tym szybciej zaakceptuja. O ilez latwiej i wygodniej staczac sie w barbarzynstwo, niz z wysilkiem, ale w harmonii ze wszystkimi i z soba budowac cywilizacje milosci. Konstruktorzy nowego systemu wiedza, ze propagowanie i narzucanie tej latwiejszej i czasem doraznie atrakcyjnej drogi ku barbarzynstwu gwarantuje ciagly postep w budowie planowanego przez nich porzadku."

 

15 marca 2008    -  122

Przyspieszenie

 Intensywnosc waznych wydarzen nieregularnie pulsuje w czasie i zwykle sprzega w peczki rózne sprawy. Czasem tworza one tak duza amplitude, ze zwiazane z tym napiecie zmusza do wielowatkowych rozwazan; latwo w nich zagubic wage poszczególnych spraw. To równoczesne budowanie napiecia w róznych watkach jest dokonywane z premedytacja, aby powiekszac chaos i zalatwiac to, co najwazniejsze, pod oslona szumu informacyjnego innych spraw, mniej waznych, ale latwych do medialnego naglosnienia. Trzeba wybrac to, co wazne i pilne, by nie pozwolic rozproszyc uwagi na to, co moze byc odsuniete w czasie. Mimo ryzyka bledu, na jakies priorytety trzeba sie zdecydowac.

Wydarzenia w Polsce znów ulegly takiemu cyklicznemu i wielowatkowemu przyspieszeniu. Skupie, mimo wszystko, uwage na tym, co jest medialnie podsuwane, na awanturze wokól traktatu lizbonskiego. Te inne sprawy, jak najnowszy grozny atak na Kosciól, wojna o telewizje publiczna, Kosowo, Ukraina, tarcza antyrakietowa, podwyzki cen, sluzba zdrowia, czy wiecznie zywy temat ciaglej zydowskiej ofensywy na Polske, trzeba odlozyc na pózniej.

Gra o ratyfikacje traktatu lizbonskiego wypelnia wszystkie medialne przekazy i podnosi temperature do poziomu, przy którym znów politycy i publicysci, tracac instynkt samozachowawczy, staja sie przezroczysci. Jakis czas temu zastanawialem sie, jak J.Kaczynski wybrnie z trudnego dylematu, który sam stworzyl - nie udalo mi sie wymyslic, ale JK znalazl rozwiazanie, domagajac sie ustawowej gwarancji, ze nikt latwo nie skasuje zabezpieczen wynegocjowanych w Brukseli. Okazalo sie, ze PO i inni bronia sie rekami i nogami, przed takim ograniczaniem ich checi do okazania wiernopoddanczych gestów wobec umilowanego sasiada z zachodu.

Mimo halasliwego tuszowania istoty sporu, pod haslem - "sami wynegocjowali, a teraz sie rozmyslili", argumentacja JK jest prosta i dostepna dla umyslów choc odrobine wystajacych ponad poziom Niesiolowskiego:  Traktat jest beznadziejny, ale nie ma az tak wielkiego znaczenia, jesli zagwarantuje sie, ze Karta Praw Podstawowych w kilku waznych sprawach Polski nie obowiazuje, ze utrzymany bedzie nicejski system glosowania do 2014, z latwym przedluzeniem do 2017 roku i Konstytucja RP jest ustawa najwyzsza, która gwarantuje suwerennosc  (domyslnie - moze byc zmieniana, ale w konstytucyjnym trybie).

Jesli chodzi o mnie, to nie zgadzam sie z takim postawieniem sprawy i generalnie chec ratyfikacji traktatu takze przy spelnieniu takich warunków uwazam za ciezki blad. Jednak jestem gotów do uznania prawa J.Kaczynskiego do popelnienia tego bledu, bo dopuszczam mozliwosc, ze to on ma lepiej przemyslany plan dzialan dla dobra Polski w arcytrudnych warunkach, z jakimi mamy do czynienia.

Róznica pogladów sprowadza sie do tego, ze ja uwazam te gre za beznadziejna, wprowadzajaca nas i cala Europe coraz glebiej w uwiklanie w cos, co karmi zlosliwy nowotwór brukselski w sposób bardzo szkodliwy, a JK uznaje, ze najlepsza obrona jest atak, który jest mozliwy tylko przy odwaznym wejsciu w gre.

Daje slowo, ze nie wiem, kto ma racje i goraco zalecam wszystkim odrobine pokory i watpliwosci wobec wlasnego rozumowania. Bo te watpliwosci, które mnie samego drecza, wynikaja z rozwazania mozliwego alternatywnego postepowania. Mamy tutaj do dyspozycji przyklad postepowania politycznego marudera Marka Jurka, które tak, jak przy obronie zycia, zaczyna sie i konczy na wygloszeniu pieknych hasel i ucieczce przed odpowiedzialnoscia za skutek. Taka postawa, jesli nie prowadzi do gwaltownego przyplywu milionów zwolenników, stwarzajacych podstawy do uzyskania skutecznosci, jest jalowa, a nawet drazniaca.

 Obserwuje manewry pana MJ na scenie medialnej i nie dostrzegam w nich sladu tej obiecujacej dojrzalosci politycznej z czasów, gdy z ramienia PIS pelnil funkcje marszalka Sejmu. Pryncypialnosc hasel calkowicie rozmija sie z jego dzisiejszym brakiem pryncypialnosci w wyborze mediów i otoczenia, w których sie pojawia (nawet w tak paskudnej telewizji, jak SUPER STACJA), z jego wrecz razaca tolerancja dla haniebnych wypowiedzi rozmówców o Ojcze T.Rydzyku, z jego poblazliwoscia dla faktu, ze jest wykorzystywany do walki z PIS, a wiec do wzmacniania przeciwników zarówno PIS, jak i gloszonych przez siebie hasel. Jestem pewien, ze walka MJ o powrót na scene polityczna nie wrózy zadnego sukcesu, a jego udzial w zabiegach przeciw ratyfikacji nie ma znaczenia dla spraw, które tocza sie poza jego wplywami.

W najlatwiejszej sytuacji politycznej sa przeciwnicy ratyfikacji ulokowani wewnatrz PIS i do nich jest mi najblizej. Bez wzgledu na dalszy rozwój sytuacji beda oni glosowac przeciw ratyfikacji, ale nie porzuca J.Kaczynskiego i innych glosujacych za traktatem, gdy warunki PIS beda spelnione. Nie nazwa JK zdrajca, czekajac na skutki tego, co dzisiaj wydaje sie byc bledem, ale moze nim nie byc. Takze ja, trzymajac sie wczesniejszej deklaracji, bede mógl poprzec PIS, jesli w moim okregu wyborczym znajdzie sie choc jeden kandydat, który glosowal przeciw ratyfikacji.

A dramat trwa. Moim zdaniem PO nie zgodzi sie na ustawe zabezpieczajaca, kilku poslów PIS zdradzi i przyklepie quorum, a Prezydent w tych warunkach nie podpisze ratyfikacji i zarzadzi referendum. Gdyby tak sie stalo, to mielibysmy skutek, o jakim wielu marzy, choc zdaja sie zapominac, ze przegrane referendum to sprawa o wiele grozniejsza, niz przegrana ratyfikacja w parlamencie.

Byc moze tych kilku potencjalnych zdrajców w PIS nie zdecyduje sie na zdrade, wiedzac, ze Prezydent nie ratyfikuje traktatu bez przyjecia pelnej wersji ustawy.

Ale tez byc moze Prezydent podda sie i podpisze bez gwarancji - wtedy tez sie czegos dowiemy, choc bedzie to katastrofa, po której trzeba bedzie zaczac wszystko od nowa i najlepiej z Jaroslawem Kaczynskim.

 

9 marca 2008    -  121

Marzec 68 z dystansu

Mijaja kolejne lata, a w kazdym z nich nadchodzi miesiac marzec, kiedy wzrasta intensywnosc wspomnien, rozwazan i analiz zwiazanych z wypadkami marcowymi z 1968 roku.  Wielka i rozdmuchana legenda o przelomowym znaczeniu wydarzen roztapia sie zwolna w fragmentarycznych prawdach, które odslaniane sa przez bezposrednich uczestników, zabierajacych glos po latach milczenia, gdy nie maja juz dosc sily, by znosic klamstwa manipulantów, stawiajacych sie wtedy przed 40 laty i dzisiaj, na piedestalach bohaterów walki o wolnosc i demokracje.

Takze teraz, z okazji okraglej 40-tej rocznicy wzmaga sie spektakl rywalizacji prawdy z klamstwem o wydarzeniach tamtego marca. Z jednej strony sa ówczesni studenci uczestniczacy w wiecach i manifestacjach, przypominajacy swój udzial, wyobrazenia i motywacje z tamtego okresu. I motywacja byla prawie zawsze demonstracja politycznego sprzeciwu wobec takiego postepowania wladz, którego symbolem byl zakaz wystawiania narodowego dramatu „Dziady”. Za to byli bici, aresztowani, represjonowani, choc w wiekszosci nie mieli swiadomosci, ze ich autentyczny sprzeciw jest prowokacyjnie podsycany i politycznie wykorzystywany przez graczy znajacych prawdziwe cele gry. Z drugiej strony sa wlasnie ci gracze, których prawdziwa motywacja zostala juz wielokrotnie zdemaskowana  postawami, które budza wstret, ale od dawna juz niczym nie zaskakuja.

Czy mozna dzisiaj wciaz ulegac zludzeniom, ze Michnikowi, Kuroniowi, Blumsztajnowi, Szlajferowi, czy Litynskiemu chodzilo wtedy, lub kiedykolwiek potem, o prawde, o prawdziwa wolnosc slowa, o autentyczna demokracje, a tym bardziej o te narodowe marzenia, sny i dazenia zawarte w tresci mickiewiczowskich „Dziadów”? Czy mozna dzisiaj doceniac odwage, gdy sie wie, ze ich rola w wydarzeniach marcowych byla obarczona wylacznie tym jednym ryzykiem, które wiazalo sie z koncowym wynikiem calej burdy – albo wlasciwa frakcja wygra, albo przegra, a bic beda i tak innych; im grozila najwyzej bezpieczna izolacja w aresztach, a ta byla tania inwestycja w przyszlosc.

To cyniczne wykorzystanie dla wlasnych celów wydarzen i nastrojów drzemiacych w róznych grupach polskiego spoleczenstwa, udalo sie znacznie lepiej w zrywie Solidarnosci 1980 roku. Michnik i Kuron rozpoznawali poziom napiecia, ale nie mogli znalezc naturalnego sposobu, by zapalic lont i w sierpniu 1980 wszystko zaczelo sie bez nich, a nawet bez swiadomosci wielu uczestników o istnieniu tych odwaznych opozycjonistów, chetnych do podpalenia zapalnika. To nawet ciekawe, ze takze wtedy ich udzial rozpoczal sie od przebywania w areszcie, a nie majac zbyt wiele wspólnego ze strajkujacymi stoczniowcami, wyludzili wstep do grona tworzacego historie, budzac milosierdzie robotników dla uwiezionych dzialaczy - mianowanych ofiarami systemu.

Dobrze, ze zapelniaja sie karty wspomnien uczciwych swiadków marca 68, którzy poszerzaja prawde takze o tamtym zrywie przed 40 laty i rujnuja legendy uzurpatorów. Zaluje, ze sam niewiele moge powiedziec, bo mnie w tym czasie w Polsce nie bylo. Przywolam jednak swoje wspomnienia z dystansu, które w jakims wymiarze moga byc przyczynkiem do uzupelnienia dotychczasowego obrazu o widok z innej perspektywy.

 

W koncu stycznia 1968 mialem równo 24 lata i wyjechalem do Zjednoczonego Instytutu Badan Jadrowych w Dubnej – 100 km na pólnoc od Moskwy, by 1.5 roku po ukonczeniu studiów, korzystajac z tamtejszych akceleratorów, wziac udzial w badaniach struktury jader prowadzonych przez krakowska grupe fizyków. O studenckich protestach w Polsce dowiedzialem sie w pierwszych dniach marca, w zasadzie natychmiast, bo wieczorna pora Radio Wolna Europa bylo w Dubnej slyszalne nie gorzej, niz w Polsce. Bylem przez caly czas dobrze zorientowany w faktach, które przekazywalo RWE i w ramach tej wiedzy dyskutowalismy sprawy krajowe bez obaw w gronie najblizszych kolegów. Pewnie byl to juz koniec marca, gdy zwolano  grupe Polaków przebywajacych w Dubnej na obowiazkowe zebranie, na którym przedstawiciel ambasady PRL mial przedstawic informacje z Polski. Grupa polska liczyla wtedy okolo 100 osób, a wkrótce okazalo sie, ze zebranie odbylo sie z inicjatywy czlonków PZPR, których z pewnoscia bylo mniej niz 8 osób, na ogól nie przechwalajacych sie swoja przynaleznoscia. Sekretarzem tej malej grupy byl inzynier, po studiach w Moskwie, rzadko bywajacy w Polsce.

Zebranie sie zaczelo. Maly, przysadzisty, nieznany nam czlowiek, nazywajacy sie prawdopodobnie Czeslaw Kowal, stanal przed nami w bojowym rozkroku i wystapil jako przedstawiciel ambasady z pólgodzinna opowiescia o wydarzeniach w Polsce. Sens tego przekazu byl taki, ze rozwydrzeni studenci, prowokowani przez wrogie antysocjalistyczne elementy, zachowuja sie jak chuligani i stwarzaja zagrozenie dla wladz, które w istocie sa mocno popierane przez szerokie warstwy spoleczenstwa. Na koncu bylo wezwanie, by znakomita grupa polskich uczonych z Dubnej przekazala rzadowi PRL wyrazy poparcia, a organizacja partyjna wlasnie przygotowala tekst odpowiedniej rezolucji.

Gdy zebranym przeczytano tekst rezolucji zawierajacej ostre potepienie chuliganskich wybryków mlodziezy studenckiej i unizone wsparcie dla najwyzszych wladz panstwowych, zapadla pelna konsternacji chwila ciszy, zakonczona propozycja glosowania za przyjeciem rezolucji. Sytuacja byla tragikomiczna, bo tekst rezolucji byl wyjatkowo prymitywny, ale mialem wrazenie, ze jesli ktos tego nie zatrzyma, ludzie dla swietego spokoju zaglosuja nawet za takim tekstem. Nikt mnie nie powstrzymywal, gdy zabralem glos, by po raz pierwszy w zyciu publicznie wypowiedziec sie w sprawie, w której w istocie chodzilo o godnosc, ale która byla mocna sprawa polityczna.

Powiedzialem, ze chyba wszyscy jestesmy zaskoczeni sytuacja, w której przedstawia sie nam, bez zadnej mozliwosci na chwile zastanowienia, jakis tekst, który mamy firmowac swoim poparciem. Zaskoczenie jest tym wieksze, ze przeczytano zly i prymitywny tekst, w którym tresc i forma, a nawet powtarzajace sie rusycyzmy, skompromituja srodowisko polskich naukowców, zwlaszcza jesli rzecz ukaze sie publicznie. Jezeli juz rzeczywiscie musimy przekazywac jakies stanowisko, bo wladza tego podobno potrzebuje, to trzeba wybrac grono ludzi, które sformuluje odpowiedni tekst, za który nie bedziemy sie musieli wstydzic. Ja w kazdym razie nie zaglosuje za przyjeciem tego, co nam tutaj przeczytano.

Natychmiast glos zabrali dwaj towarzysze partyjni, potepiajacy moje wystapienie. Dlugo pózniej, po moim powrocie do Polski w 1971 roku, gdy calkiem nieznane wtedy antysemickie elementy sytuacji zdominowaly ocene wydarzen marcowych, dowiedzialem sie z zaskoczeniem, ze obaj ci potepiajacy towarzysze byli  Zydami, zreszta mocno zaangazowanymi politycznie. Jeden z nich powiedzial, ze to co robie jest niepotrzebnym opóznianiem sprawy, a drugi znacznie ostrzej, ze to jest dywersja, która ma na celu rozmycie i chec doprowadzenia do tego, by tak potrzebna rezolucja w ogóle nie wyszla. Dodal, ze przeciez mozemy szybko tekst tu na miejscu poprawic, bo to jest prosta sprawa i „mysmy niejednokrotnie takie rzeczy robili”.

Zwrócilem sie wtedy bezposrednio do niego, prawie krzyczac – moze Pan to niejednokrotnie robil, ale ja nie robilem i nie wiem, czy ktokolwiek poza Panem zechce tak beztrosko podchodzic do sprawy. Wtedy juz powstal spory szum na sali i odczuwalem silne poparcie. Wreszcie ktos zaproponowal, by zaglosowac, czy ma byc zredagowany nowy tekst. Przytlaczajaca wiekszosc domagala sie nowego tekstu i wybrano komitet redakcyjny, w którym bylo trzech partyjnych i ja z kolega, jako opozycja. Ta smieszna zabawa, by zredagowac tekst, w którym partyjni domagali sie represji wobec przywódców studentów, a nas dwóch staralo sie o lagodne i niejednoznaczne sformulowania, trwala cala noc. Partyjni poddali sie, gdy rano dostarczono nam polska gazete z wydrukowanym tekstem rezolucji aktorów Teatru Starego z Krakowa, którzy wyrazali „zaniepokojenie sytuacja w Kraju i wiare, ze problemy zostana rozwiazane w duchu demokracji socjalistycznej”. Przyjelismy identyczny tekst rezolucji i tak zakonczyl sie mój marzec 68. Pól roku pózniej dowiedzialem sie od inzyniera, który juz przestal byc sekretarzem partii, ze mnie i wspierajacego kolege miano relegowac z Dubnej do Polski, ale ktos zyczliwy sprawe zatuszowal.

Zawsze wracalo do mnie to wspomnienie, gdy spotykalem licznych emigrantów marcowych podczas pobytu w Danii, Niemczech, a pózniej takze w Ameryce. Zawsze irytowala mnie ich niechec, a nawet nienawisc do Polski i Polaków, okazywana przy kazdej okazji i budowana na falszywych oskarzeniach calego narodu o to, jak potraktowala ich ta czesc komunistycznej mafii, z która rywalizowali o niezasluzone niczym profity, tak kosztowne dla spoleczenstwa. Byli to w wiekszosci twardzi komunisci, w których dalej trwala ideologia i nie odczuwali zadnej skruchy za uczestnictwo w zbrodniczym systemie. Wsród tych emigrantów, z którymi zetknalem sie na zewnatrz Polski,  takie postawy dominowaly i mozna powiedziec, ze dla wiekszosci z nich J.T.Gross jest postacia bardzo reprezentatywna. Wolalbym, by tacy nie stawali sie ponownie obywatelami Polski, bo wynikna z tego wylacznie klopoty, których skale trudno dzisiaj przewidziec. Automatyczne przywracanie obywatelstwa jest procedura trudna do przyjecia i bylby to brzemienny w skutki blad, tworzacy sytuacje szkodzaca wszystkim.

Ta negatywna ocena nie dotyczy wszakze wszystkich emigrantów marcowych. Spotykalem innych, o wiele mniej licznych, Zydów, którzy mieli pelne prawo czuc sie skrzywdzeni, ale którzy wiedzieli dobrze, komu to zawdzieczaja. Wiedzieli tez, ze ta krzywda dotyczyla raczej psychiki, niz spraw materialnych, bo wyjazd w olbrzymiej wiekszosci oznaczal wielka poprawe pod tym wzgledem. Podobnej krzywdy, w czesto o wiele bardziej drastycznych warunkach, doznawali o wiele liczniejsi Polacy na przestrzeni dlugich powojennych lat. Nie wiem, jak mozna i czy mozna naprawic krzywdy takim emigrantom, takze czy akurat tacy ludzie oczekuja czegos po tylu latach.

Slowa Prezydenta, które jakby coraz czesciej stawaly sie echem irytujacych  slów i sformulowan pani Junczyk-Ziomeckiej, nie nastrajaja optymistycznie. Ktos nam tutaj znów szykuje problemy z agresywnymi mniejszosciami, których przedsmakiem sa prowokacje Grossa.

 

2 marca 2008    -  120

Co chcialem powiedziec?

W sobote 1 marca bylem w Warszawie na spotkaniu polskiej inteligencji zorganizowanym przez grono bezposrednio zwiazane z ugrupowaniem politycznym PIS. Uwazam, ze spotkanie bylo bardzo pozyteczne. W istocie bylo ono sygnalem skierowanym do inteligencji, ze nadeszla pora, by dzialac razem, skonsolidowac srodowiska i przyjac te czesc odpowiedzialnosci za Polske, do której inteligencja jest predystynowana.

Znakomite przemówienie Premiera Jaroslawa Kaczynskiego, jak zwykle tresciwe i wypowiedziane zywym, pieknym slowem, podkreslilo to, co najwazniejsze: Politycy pragnacy naprawy Polski potrzebuja twórczej wspólpracy polskiej inteligencji, ale inteligencja potrzebuje takze polityków, by nie pozwolic na dalsza degradacje tej grupy w wymiarze materialnym i duchowym - juz najwyzszy czas, by rozpoczac mozolne odtwarzanie elity narodu w sferze twórczej i niezaleznej, ale konstruktywnej mysli.

Tak, jak mozna sie bylo spodziewac, spotkanie zostalo przyjete z bezsilna zloscia przez róznych komentatorów, którzy na ogól bez cienia pokory, ale z pewnoscia podbudowana monopolem medialnym, uznaja siebie za wybitnych przedstawicieli inteligencji. To dosc zabawne, gdy R.Kalisz, S.Niesiolowski, P.Stasinski, czy S.Bratkowski definiuja samych siebie jako wartosciowa czesc inteligencji, ale od czasu, gdy polityczny aktor medialny Tomasz Lis uznal sie za intelektualiste, nic juz nie powinno dziwic. Ta zlosc, której dalsze objawy z pewnoscia jeszcze zobaczymy jest najlepszym sygnalem, ze spotkanie spelnilo swoja role.

Chcialem i ja, w dyskusji na spotkaniu, wypowiedziec pare slów, zglosilem sie nawet dostatecznie wczesnie do dyskusji, by sobie taka mozliwosc zarezerwowac. Niestety, nie dopuszczono mnie do glosu. Bylo wielu chetnych do wystapien, a czas byl ograniczony, jednak przemawialo kilka osób, których zgloszenia przyjeto juz po mnie. Mam podstawy, by przypuszczac, ze moje wystapienie objeto dziwna, nieusprawiedliwiona i niezasluzona cenzura, która prawdopodobnie w dobrej wierze zastosowali prowadzacy debate prof.prof. R.Terlecki i R.Legutko. Byc moze obawiali sie, ze wysune kwestie, w których zawre akcenty krytyczne i dyskusyjne, psujace generalnie dobra i sympatyczna dla PIS atmosfere spotkania. Jestem przekonany, ze ich obawy byly niesluszne, bo uwazam sie za wyjatkowo dojrzalego zwolennika PIS, by wazyc slowa takze wtedy, gdy dotykam spraw odmiennie przeze mnie ocenianych, które tez trzeba koniecznie podnosic.

Zaproszono wszystkich, takze tych, którzy nie mieli mozliwosci wystapienia, do przekazania na pismie swoich mysli, aby je umiescic w programowych materialach spotkania. Dlatego ponizej przedstawiam, ze szczególna dedykacja dla cenzorów, tresc tego, co chcialem powiedziec w swoim wystapieniu:

 

" Szanowny Panie Premierze, Szanowni Panstwo

Zapewne wielu z nas juz od dawna, a zwlaszcza przed tym spotkaniem, zastanawialo sie nad dzisiejsza kondycja polskiej inteligencji. Czynilismy to, opierajac sie na tym, co jest publicznie dostepne, ale glównie na wlasnych obserwacjach wewnatrz srodowisk zwiazanych z instytucjami i z dziedzinami nauki, które reprezentujemy. Ja tez stawialem sobie takie pytanie, patrzac na srodowisko fizyków.

 Srodowisko to mialo wyjatkowo korzystne warunki do lagodnego przejscia okresu PRL, bo sprzyjala temu natura uprawianej nauki. Kariery, z natury rzeczy, oparte na latwo weryfikowalnych kwalifikacjach, skutkowaly tym, ze upartyjnienie w zawodzie fizyka bylo raczej szczatkowe. Poszukiwanie w badaniach obiektywnej prawdy, tez podlegajacej pelnej weryfikacji, wychowywalo w szacunku dla prawdy, który musial byc przenoszony na inne dziedziny zycia. Wreszcie wyjatkowo uprzywilejowana pozycja fizyków w kwestii wyjazdów zagranicznych, wymuszona niezbednoscia otwarcia tych nauk na wspólprace miedzynarodowa, stawiala fizyków od dawna w pelnym kontakcie ze swiatem zewnetrznym, który dopiero dzisiaj jest rozpoznawany przez inne grupy.

Z duzym zaskoczeniem stwierdzilem, ze po 1989 roku, mimo tych sprzyjajacych okolicznosci, takze srodowiska fizyków zdominowaly postawy polityczne dalekie od tych, jakich nalezaloby oczekiwac od reprezentantów polskiej inteligencji. Nie jest latwo podac pelna diagnoze przyczyn tego stanu rzeczy, ale po licznych i trudnych rozmowach z kolegami doszedlem do wniosku, ze glówna przyczyna takich postaw jest powszechna niechec do glebszej analizy spraw zwiazanych z polityka. To nie jest tylko lenistwo podparte rzeczywistym brakiem czasu na analize trudnej materii polityki, to jest ogólne zniechecenie do wlaczania swego myslenia w gre pelna chaosu, pozbawiona etyki i prostej logiki. Tu potrzebna jest wielka chec do zrozumienia tego, co sie dzieje i wiele bardzo cennego czasu. Wiekszosc fizyków rezygnuje z tego i z koniecznosci przyjmuje te powierzchowna interpretacje, jaka podsuwaja pobieznie ogladane media i sztucznie wykreowane grona autorytetów.

Prawdopodobnie ta sytuacja nie zmieni sie szybko, bo ludziom przekonanym o tym, ze naleza do elity nie jest latwo przyznawac sie do wlasnych bledów i naiwnosci. Zmianie sytuacji bedzie sprzyjac wiele czynników, ale konsolidacja takich srodowisk, które reprezentuja ludzie uczestniczacy w dzisiejszym spotkaniu, jest czynnikiem bodaj najwazniejszym, bo tworzy zaczyn do poszerzania wspólnoty.

 Zmianie sprzyjaja czasem nietypowe okolicznosci. Dobrym przykladem jest tutaj  wielka kompromitacja, jaka miala miejsce na Uniwersytecie Warszawskim, gdy Wydzial Prawa i Administracji urodzil dziwaczna uchwale o zagrozeniu demokracji w Polsce, a senat UW przyjal jednomyslnie i firmowal wlasnym majestatem jej tresc. Byl to dzien hanby Uniwersytetu Warszawskiego, bo zgoda na tak bzdurna uchwale zaswiadczyla o poziomie jej inicjatorów, ale jednomyslnosc glosowania, o kompletnym braku odwagi cywilnej senatorów reprezentujacych wszystkie wydzialy. Te okolicznosc nalezy stale przypominac, bo ilustruje ona te stadne cechy inteligencji, które trzeba eliminowac przy formowaniu inteligencji potrzebnej Polsce.

Mimo tej sytuacji, pragne dolaczyc swój optymizm do glosu jednego z przedmówców i powtórzyc za nim to, w co gleboko wierze: "W Polsce dnieje!".

Po dwóch latach rzadów PIS mamy do czynienia z nowa sytuacja, sprzyjajaca zmianie postawy szerokich srodowisk polskiej inteligencji. To ugryzienie Polski - zubra przez Premiera Jaroslawa Kaczynskiego polega moim zdaniem na przelamaniu tego, co bylo najtrudniejsze - na przelamaniu totalnego kryzysu zaufania. Czynami i rzeczywistymi faktami ukazano, ze istnieje srodowisko polityczne, któremu naprawde na Polsce zalezy. Wszelkie niedoskonalosci, czy bledy staja sie wtedy sprawa drugorzedna, powiedzialbym techniczna i latwa do przezwyciezenia, gdy wysilek stanie sie bardziej zbiorowy. Najwazniejsze jest wlasnie to zdobyte w niezwyklym trudzie zaufanie, które pozwala wyodrebnic centrum, wokól którego warto skupiac wysilki, aby Polska przerwala ten nieznosnie dlugi czas niemocy.

Szanowny Panie Premierze!

Wyrazajac podziw dla Pana dokonan i deklarujac swoje wsparcie na miare wlasnych mozliwosci, prosze Pana o pielegnowanie tego zaufania i trwanie przy tej wyrazistosci, jaka Pan dotychczas wykazywal.

 Sposób myslenia polskiej inteligencji o sprawach zasadniczych nie rózni sie od tego myslenia, które charakteryzuje prostych Polaków, czesto nie dysponujacych obszerna wiedza, ale wiedzionych intuicja, której trafnosc tak czesto nas zadziwia. Wszyscy potrzebujemy maksymalnej czytelnosci postepowania polityków, aby móc z przekonaniem wspierac ich dzialania. Sa sprawy, w których potrzebne jest zaufanie, by spokojnie czekac na pózniejsze wyjasnienie decyzji, ale wyjasnienie zawsze powinno nastapic.

Dzisiaj na czolo takich spraw do wyjasnienia wysuwa sie sprawa ratyfikacji traktatu reformujacego UE. Wierze, ze negocjacje, które Pan prowadzil w sprawie traktatu, byly ograniczone i wymuszone odpowiedzialnoscia za Polske, stojaca pod olbrzymim naciskiem polityków UE i wierze, ze uzyskano to, co w tych warunkach mozna bylo uzyskac. Ale ten traktat jest przeciez obiektywnym zlem. Dzisiaj, gdy wie Pan, ze  wynegocjowane szanse nie beda wykorzystane w interesie Polski, pozostaje jedynie nonsens trzech tysiecy stron dokumentu, którego nikt nie przeczyta, ale który stanowi powazny krok na drodze tworzenia jednolitego panstwa europejskiego i moze byc latwo wykorzystany do niszczenia Polski w kazdym wymiarze. Wiemy z doswiadczenia, z jaka dowolnoscia Trybunal Konstytucyjny interpretuje bez porównania prostszy i bardziej przejrzysty tekst polskiej Konstytucji. Tutaj moze byc tylko gorzej. Jestem przekonany, ze w sytuacji, gdy ratyfikacja traktatu nie moze nastapic bez wsparcia kilkudziesieciu poslów PIS, cala odpowiedzialnosc za decyzje ratyfikacji spadnie na to ugrupowanie i katastrofalnie podwazy jego pozycje w spoleczenstwie.

Jesli chodzi o polska inteligencje, to trudno przyjac, by ktokolwiek aspirujacy do tego grona mógl zaakceptowac przyjecie prawa, które jest praktycznie niemozliwe do rozpoznania i potencjalnie niebezpieczne dla Polski, tym bardziej, ze publicznie i bezwstydnie wielokrotnie deklarowano, ze jest ono przygotowane do przyjecia przez ubezwlasnowolnienie narodów, których dotyczy.

Dzisiejsze spotkanie jest wielka szansa na konsolidacje polskiej inteligencji, ale nie bedzie ta szansa, gdy ludzi myslacych spróbuje sie sklonic do udzialu, lub chocby akceptacji dla aktu desperacji, jakim bylaby ratyfikacja traktatu reformujacego. Deklaruje wszakze gotowosc do wnikliwego rozwazenia argumentacji usprawiedliwiajacej ratyfikacje, bo bardzo mocno chce zrozumiec plan zwiazany z takim podejsciem i trwac w swoim zaufaniu. "

 

To wystapienie na pewno przekracza limit 4 minut okreslony przez prowadzacych dyskusje, ale uznalem, ze w formie pisemnej mozna zaniedbac te ograniczenia, by pelniej wyrazic zamierzona tresc.

 

26 lutego 2008    -  119

Bezsilnosc i zlosc

Decyzja rzadu RP o uznaniu niepodleglosci Kosowa byla latwa do przewidzenia - swój stosunek do sprawy okreslilem jednoznacznie w poprzednim zapisku. Mimo braku zaskoczenia, czuje dzisiaj dokuczliwa bezsilnosc, podobna do tej, jaka czulem w czasie, gdy polskie wojska w 1968 wkraczaly do Czechoslowacji, by tlumic praska wiosne. Potem jeszcze raz, gdy w 1999 Polska zyrowala swoim swiezym czlonkostwem w NATO bombardowania Serbii. Oba te wczesniejsze przypadki mozna bylo jakos samemu sobie wytlumaczyc - przeciez nie mielismy wtedy nic do powiedzenia, to nie byly nasze decyzje.

Dzisiaj móglbym tez sie tak uspokajac, w koncu w komentarzach po wyborach 2007 dosadnie okreslalem swój brak identyfikacji z nowym rzadem. Twierdzilem tez, ze ten nowy rzad uzurpowal sobie wladze nad Polska stosujac nieczysta gra wyborcza, w której byly oszustwa, manipulacje, zbrodnie przeciw demokracji i socjotechnika. Co wiecej, kazdy dzien trwania tego rzadu przynosi nowe zjawiska i fakty, które kaza mi go traktowac jako obcy i w co wierze, przejsciowy.

Móglbym sie tak uspokajac, gdyby inna byla postawa tych polityków, z którymi chce sie identyfikowac, i których uznaje za reprezentatywnych dla dazen stawiajacych za cel budowe dobrej przyszlosci Polski. Tymczasem postawa tych polityków jest w istocie podobna, wspierajaca te najnowsza i haniebna decyzje rzadu, mimo ze na czolo wysuwa sie pozorowane zastrzezenia: nie teraz jeszcze, zbyt wczesnie, zbyt pochopnie. Wyglada to niestety dosc jednoznacznie - obóz PIS tez popiera uznanie nowego panstwa w Kosowie, choc chcialby byc postrzegany, jako targany watpliwosciami. Dlatego do poprzednio wspomnianej bezsilnosci wzbiera we mnie prawdziwa zlosc.

Rozumiem polityczne racje, wynikajace z checi solidnego trwania w sojuszu z USA, ale kunktatorstwo musi miec swoje granice. Gdy wchodzi w gre uzywanie sily, lamanie prawa miedzynarodowego, akceptacja rozbioru przyjaznego nam panstwa i zwykle jawne klamstwo, to trzeba zachowac godnosc, honor i szacunek dla wlasnej historii, by powiedziec "non possumus".

Gdyby chciano sprawiedliwie rozwiazac kryzys Kosowa, to juz wiele lat temu ukazano by prawde o tym, co rzeczywiscie dzialo sie i co dzieje sie na tych terenach- czystki i przesladowanie Serbów, niszczenie ich chrzescijanskiego dziedzictwa, tworzenie mafijnych struktur, zbrodnie, narkotyki i nieumiejetnosc budowania jakichkolwiek rozsadnych perspektyw.  W miedzynarodowej opinii publicznej ten prawdziwy obraz ulatwilby odbudowe, pod kontrola miedzynarodowa, sprawiedliwego zwierzchnictwa Serbii, przy postawieniu przed Albanczykami alternatywy - albo lojalnosc wobec panstwa Serbii, albo humanitarne przesiedlenie do Albanii. Prawdziwy przyjaciel USA doradzilby taki wariant, przestrzegajac przed tym, który dzisiaj mamy i który tak jak Irak, czy Afganistan z pewnoscia okaze sie kolejnym zabójczym bledem, tym razem oslodzonym wspóluczestnictwem UE.

Trzeba bylo powiedziec "non possumus" takze w czystym interesie Polski, by zapobiec temu, co wkrótce moze sie stac. Moim zdaniem trzeba dzisiaj oczy skierowac na Ukraine, bo jej decyzja, po której stronie stanac moze byc brzemienna w skutki.

To dziwne, ale nie zdolalem jak dotad dostrzec zadnych reakcji, z których mozna by antycypowac postawe Ukrainy. Jezeli jednak stanie ona po stronie nie uznajacej rozbioru Serbii (mysle, ze to jest bardzo prawdopodobne), to moze to byc zaczynem tworzenia nowego pasa politycznych sprzymierzenców - od Serbii, przez Bulgarie, Rumunie, Slowacje, Ukraine, az po Rosje, w którym rola przywódcza Rosji nie pozostawia najmniejszych watpliwosci. Ukraina w ten sposób moze dokonac tego wciaz wyczekiwanego wyboru, który spedza sen z powiek (i slusznie) wielu politykom. Cala misterna gra o wciagniecie przyjaznej Ukrainy w strefe oddzialywania Europy moze spalic na panewce, a tego politycy PIS zdaja sie nie dostrzegac.

Nie przeceniam analitycznych talentów D.Tuska, ale przeciez to nie on decyduje o krokach polskiego rzadu. Wcale nie wykluczalbym, ze jawne i skuteczne psucie stosunków z Ukraina ma taki wlasnie zamysl, by Polske odciac politycznie od potencjalnie przyjaznego Poludniowego- Wschodu, zawiesic nad nia grozbe nieprzyjaznej Rosji i oddac w pelnej podleglosci pod parasol Niemiec kontrolujacych reszte "przyjaznej" Europy.

Jedno tylko, co wciaz slysze i z czym sie zgadzam, to slowa o potencjalnie brzemiennych w skutki nastepstwach decyzji podejmowanej w sprawie Kosowa. Zgadzam sie, choc przewidywania tektonicznych ruchów na mapie Europy uzupelniam takze inna trescia, która moze niesc dla Polski bolesne konsekwencje.

Nie obchodzi mnie Tusk, Sikorki, Komorowski i ten caly zespól, który wraz z nimi stanie kiedys przed Trybunalem Stanu, obchodza mnie ci, na których chcialbym jak najwczesniej glosowac. I jedyne, co dzisiaj powinni oni mówic, to wyrazac sprzeciw wobec decyzji rzadu, stwierdzac jasno, ze niepodleglosc Kosowa jest niemozliwa do zaakceptowania, oburzac sie na UE, która lamie prawo miedzynarodowe.

Chcialbym glosowac na polityków, którzy tak wlasnie postawia sprawy, choc nie wiem, czy nie jest juz zbyt pózno, czy juz nie powiedziano zbyt wiele niepotrzebnych slów (rzad ma prawo? Szanujemy decyzje?) i bede musial glosowac zaciskajac zeby.

 

Patrzac na szybki bieg wydarzen, na wszelki wypadek powiem glosno i wyraznie juz dzisiaj: Nie zaglosuje NIGDY na zadnego polityka, który odda glos za ratyfikacja traktatu reformujacego UE. Nie oddam tego glosu nawet wtedy, gdy bedzie sie zaklinal, ze zrobil to nieswiadomie przez pomylke.

 

17 lutego 2008    -  118

Kosowo jest czescia Serbii

Wspólczuje Serbom, którzy stoja w obliczu kolejnego dramatu w swoich dziejach, a o którym nikt nie wie jak sie zakonczy i jakie bedzie niesc konsekwencje. Gra obcych interesów, które z premedytacja rozlaly blisko dwie dekady temu ogien w balkanskim kotle nie jest latwa do pelnego przenikniecia. Z jednej strony mamy do czynienia z gra USA, jako elementem rywalizacji z Rosja o strefy wplywów. Z drugiej strony jest gra Niemiec pod przykrywka Unii Europejskiej, w której najistotniejsze sa daleko-zasiegowe cele polityczne, karmione tez pamiecia o tym, jak swoja dzielnoscia Serbowie pokrzyzowali plany budowy III Rzeszy.

Pamietam operacje polityczna inicjujaca w 1991 roku wojne, po której zaczal sie rozpad Jugoslawii. Pamietam, choc nikt o tym dzisiaj juz nie wspomina. Gdy przywódcy republiki Chorwacji i Slowenii niesmialo zadeklarowali, ze rozpoczynaja droge do uzyskania niepodleglosci, z grona ministrów spraw zagranicznych europejskich panstw, zwlaszcza Niemiec i Francji poplynela do Belgradu deklaracja: chcemy jednosci Jugoslawii, nie zgodzimy sie na jej podzial i przekazemy do Belgradu 2 miliardy marek (DM) na rozwiazanie problemów ekonomicznych. Byl to sygnal dla Milosevica - rób co trzeba, bedziemy patrzec przez palce. Milosevic uwierzyl i zapalil wojne Slowenii, ale gdy na ekranach telewizorów Niemcy zobaczyli piekne slowenskie wioski bombardowane pociskami mozdzierzowymi, wszyscy ze zrozumieniem przyjeli tym razem glosniejsza deklaracje polityków uznajacych niepodleglosc Slowenii i Chorwacji. Tymczasem zapalnik juz zadzialal i wojna sie toczyla - lagodna w Slowenii, o wiele grozniejsza w Chorwacji, a potem juz makabryczna w Bosni. Caly swiat widzial okrucienstwo Serbów, choc pózniej okazalo sie, ze to okrucienstwo bylo obustronne.

A potem podsycono od dawna nabrzmialy problem albanskiej wiekszosci Kosowa. Pretekstem do wojny, która NATO rzucilo Serbie na kolana, byly rzekome czystki etniczne dokonywane w Kosowie przez Serbów. Po kapitulacji Serbii nie znaleziono masowych grobów z tego okresu, natomiast gehenna Albanczyków, która widzielismy w telewizyjnych przekazach, rozpoczela sie juz w czasie wojny, po pierwszych bombardowaniach. Byly tez wtedy egzekucje, ale obywateli Serbii obowiazywala powszechna mobilizacja, a w czasie wojny dezercja na ogól jest karana. Byly i z drugiej strony masakry wykonywane na kosowskich Serbach, ale tych nam nie pokazywano. Nie pokazywano nam tez tego horroru, który dotknal Serbów po kapitulacji.

Jako Polak czulem sie upokorzony faktem, ze Polska formalnie uczestniczyla w wojnie przeciw Serbom i dzialo sie to praktycznie dzien po przystapieniu naszego kraju do NATO. Wstydzilem sie klamstw, które w imieniu wojsk NATO serwowano nam w codziennych przekazach. Wstydzilem sie, gdy raz po raz okazywalo sie, ze informacje przekazywane przez Serbów byly o wiele bardziej wiarygodne, a NATO musialo sie wycofywac z wczesniejszych doniesien, uparcie powtarzanych az po trudna do zniesienia kompromitacje. Od tamtego czasu patrze z wielka rezerwa na prawdziwe cele, do których jest przeznaczone NATO, choc zdaje sobie sprawe z jego potencjalnej roli w zapewnieniu Polsce bezpieczenstwa - potencjalnej, bo praktyki na szczescie jeszcze nie znamy.

Od tamtego czasu patrze tez z wielka sympatia na Serbów, jako na ofiare zdradzona przez wszystkich, od których mogli oczekiwac pomocy. A juz calkiem rosnie we mnie gniew, gdy widze jak w tej calej historii punkty zbiera Rosja i W.Putin. Wiem, ze G.W.Bush nie wie, co czyni, bo i skad ma wiedziec; jego doradcy z cala pewnoscia wiedza, co czynia i takze w tej sprawie doradzaja niezgodnie z interesem USA.

Lajdackie grona polityczne Unii Europejskiej juz podjely decyzje w sprawie Kosowa, bo przeciez prowadza od dawna cala operacje, by podporzadkowac sobie ten rejon. Mnie jednak obchodzi o wiele bardziej stanowisko Polski i jesli rzad RP uzna niepodleglosc Kosowa, to mam nadzieje Polacy odrzuca te decyzje, wespra Serbów i dadza temu masowy wyraz, na przyklad slac listy do ambasadora Serbii.

Wspieranie samostanowienia narodów zawsze jest godne poparcia, tylko ze tutaj nie mamy do czynienia z takimi dazeniami - Albanczycy, jako naród moga o sobie swobodnie stanowic w Albanii. W ramach Serbii obowiazuje ich obywatelska lojalnosc i jesli jej nie chca uznac powinni przeniesc sie do Albanii, bo nie moga przeciez istniec dwa panstwa jednego narodu.

Konsekwencje tego, co sie dzieje moga byc powazne i nieprzewidywalne i o tym wiedza wszyscy politycy. Dlatego mozemy byc swiadkami przeciagajacego sie w czasie procesu podejmowania ostatecznej decyzji. Ujawnia sie znów hipokryzja i klamstwo UE, która wspiera dazenia narodowe Albanczyków po to, by wkrótce zaczac je administracyjnie i prawnie tlumic róznego rodzaju "traktatami reformujacymi". Europa srodze sie zawiedzie na swoich glupich planach - chca zrobic z Kosowa przyczólek, czy lepiej powiedziec kolonie prawno-administracyjna Brukseli, ale ludnosc albanska wkrótce wybierze z dwojga zlego swoja wlasna mafie jako suwerena. A gdy KFOR i banda urzedników UE zacznie im doskwierac, uznaja ich za okupantów i zrobia tym razem nietypowa czystke etniczna.

Dla wszystkich wazna jest podstawowa nauka wynikajaca z tego przypadku -

- jezeli ma sie do czynienia z agresywna mniejszoscia, która demonstruje swoja odmiennosc i brak sklonnosci do asymilacji, trzeba pilnowac, by obowiazywala ja szczególna lojalnosc wobec kraju zamieszkania. Objawy braku lojalnosci powinny niesc konsekwencje ograniczania praw tej mniejszosci.

 

3 lutego 2008    -  117

Zludzenia i frustracje Moniki Olejnik

Monika Olejnik napisala otwarty list do Premiera Jaroslawa Kaczynskiego, w którym owa zadeklarowana przez autorke otwartosc zostala potwierdzona szczerym wyznaniem jej zludzen i frustracji.

Zludzenia dotycza oferty, która zlozyla Premierowi, mianowicie, ze umozliwi mu dotarcie do polskiej inteligencji, jesli tylko zechce byc gosciem jej programu.

 Boze drogi! Funkcjonariuszka mediów komercyjnych pretenduje do bycia posrednikiem polityka w rozmowie z polska inteligencja. A jakimze to sposobem? Czy M.Olejnik wie, gdzie szukac polskich inteligentów? Czy potrafi do nich dotrzec? Czy oni zechca korzystac z jej posrednictwa? Czy moze wydaje jej sie, ze amatorzy jej programów sa polskimi inteligentami? Trzeba postawic takie wlasnie pytania, z których pierwsze trzy w spontanicznej reakcji narzucaja odpowiedz "nie!". To czwarte, które bardziej dotyczy zludzen, zdaje sie prowokowac do rozwiania tych zludzen.

Kim sa amatorzy programów M.Olejnik, a bardziej ogólnie - amatorzy produktów TVN?

Mozna to na przyklad sprawdzic czytajac komentarze zamieszczane masowo na stronie internetowej TVN24  - wydaje sie, ze niewiele róznia sie one od wypowiedzi z forum Onetu i na pewno nie sa to komentarze inteligentów.

 Mozna posluchac wypowiedzi telewidzów - amatorów "Szkla kontaktowego" - juz sama lopatologia prowadzacych program i specyficzne poczucie humoru, dalekie sa od wyrafinowania oczekiwanego od ludzi ze srodowisk inteligencji, o których wsparcie warto zabiegac. Telefoniczne wypowiedzi odbiorców zwykle potwierdzaja wyobrazenia, ze mamy do czynienia z doborem bardzo specyficznym i malo wybrednym.

Mozna wreszcie przyjrzec sie reakcjom uczestników programów, takich jak program "Teraz my" - zaproszeni statysci, którzy w jakis sposób oddaja obraz ludzi zgromadzonych przed telewizorami, reaguja w tak zaprogramowany sposób, ze wolno wykluczyc ich zdolnosc do samodzielnego myslenia, które jest podstawowa wlasciwoscia inteligencji. Czy nawiazanie kontaktu z gawiedzia, nadajaca ton owej wyborczej debacie, w której ster trzymala takze M.Olejnik, to jest atrakcyjny fragment jej propozycji dla Premiera JK?

A moze M.Olejnik ma mozliwosci posrednictwa z tymi srodowiskami uczelnianymi, które tak niedawno entuzjastycznie przyjmowaly uchwaly o zagrozeniu demokracji i moze jej sie wydaje, ze Rada Wydzialu Prawa i Administracji, a chocby Senat UW to musi byc kwiat inteligencji, który warto podsunac na przynete? 

Alez nie! To malo atrakcyjna oferta. Szukac dialogu z ludzmi tak dalece wkomponowanymi w srodowiskowa jednobarwnosc i przyjmujacymi baz wahan reguly politycznej poprawnosci, ze nawet nie zadaja sobie trudu przemyslenia tez, które podpisuja? Wyksztalcenie, tytuly naukowe, to o wiele za malo. W istocie inteligencja polska jest rozproszona, zwykle unika stadnych zachowan, zwykle lubi demonstrowac swoja niezaleznosc myslenia i tylko czasem zaznacza swoja obecnosc, dajac indywidualnie glos w chwilach, które tego wymagaja. Nawet jesli jest gotowa, by zmarnowac troche czasu na ogladanie stacji TVN24, to przeciez nie moze sie to przyczyniac do tworzenia autorytetu Moniki Olejnik, jako posrednika rozmów na powazne tematy.

Monika Olejnik zanurzyla sie, wiec, w beznadziejnym zludzeniu, ze "ma dojscie" do inteligencji. W gruncie rzeczy jej publiczna dzialalnosc jest irytujaca dla ludzi niezaleznie myslacych. Irytuje brakiem kultury, arogancja, nieuczciwoscia, brakiem pokory, a najbardziej ta nieznosna i drastyczna asymetria w traktowaniu swoich rozmówców. Jednym przeszkadza w swobodnej wypowiedzi, przerywa tok mysli, zaglusza, zadaje pytania i sama odpowiada, krzykiem i mimika twarzy demonstruje brak oglady, czasem przekraczajac dopuszczalne granice. Innym, których poglady podziela, lub naleza do wspieranej przez nia opcji, sprzyja, pomaga, ulatwia, czasem lasi sie, az po naruszenie estetyki publicznego wizerunku rozmowy. Takie zachowanie nie moze byc obojetne, a tym bardziej atrakcyjne dla ludzi ze srodowisk autentycznej inteligencji. Jesli ktos zna M.Olejnik tylko z programu "Kropka nad i", to polecam wysluchanie kilku niedzielnych programów Radia Zet "Siódmy dzien tygodnia", w których te jej wszystkie wlasciwosci i zachowania przybieraja wymiar prawdziwie monstrualny.

 

Mamy tez jeszcze ciekawsze wyznanie, które dotyczy glebokiej frustracji autorki  cytowanego listu otwartego. Mianowicie, w swoim zaslepieniu gwiazdy TVN i w przekonaniu, ze nad wieloma sprawami w pelni panuje, nie moze ona zniesc sytuacji, w której super-wazny polityk - J.Kaczynski ja calkowicie lekcewazy i demonstracyjnie omija jej program. Jest to frustracja, która dreczy ja od dawna i nie raz publicznie skarzyla sie na te okolicznosc. Ta bolesc M.Olejnik jest bardzo wazna obserwacja i winna prowadzic do waznych wniosków.

Juz wczesniej zwracalem uwage na nietypowe, ale wedlug mnie wzorcowe, zachowanie J.Kaczynskiego wobec mediów. Starannie przemyslane i oszczedne wystepowanie w mediach wedlug wlasnego wyboru miejsca i czasu, stawia go w wyjatkowo komfortowej sytuacji, gdy dziennikarze musza przestrzegac warunków, jakie swoim zachowaniem dyktuje. I to jest wlasciwe ustawienie relacji, gdy rozmawia czlowiek majacy umocowanie demokratycznym mandatem, stanowiskiem, czy autorytetem, z dziennikarzem, którego funkcja jest wylacznie uslugowa. Dziennikarz, nawet tak nieudany, jak M.Olejnik bedzie zawsze przez niego traktowany z powaga i szanowany, ale wylacznie, gdy wlasciwym zachowaniem na to zasluguje. Odmawiajac udzialu w programie M.Olejnik, Premier J.Kaczynski niczego nie traci, wrecz odwrotnie, traci M.Olejnik. I ona to wie!  Nieszczesna debata z D.Tuskiem tuz przed wyborami wrzesniowymi, gdy J.Kaczynski postapil niekonsekwentnie i nie przerwal skandalicznego jej prowadzenia, byla tym klasycznym wyjatkiem, który potwierdza reguly, od których nie warto odstepowac.

Gdybyz inni politycy PIS zechcieli uczyc sie od J.Kaczynskiego postepowania z mediami. Gdyby dostrzegli, jak wazne i potezne narzedzie maja w swoich rekach teraz, gdy stanowia tak znaczaca sile opozycyjna. Programy polityczne i publicystyczne w stacjach telewizyjnych bez udzialu polityków PIS beda tak sztuczne, smieszne i nieciekawe, jak audycje radia TokFM, jak "Loza prasowa"TVN, jak inne dziwne niszowe media. To dziennikarze staja przed koniecznoscia zabiegania o udzial polityków PIS i dlatego mozna ich zmusic do spelniania warunków elementarnego obiektywizmu - trzeba ich zaczac przysposabiac do rzetelnego dziennikarstwa i do rygorów kultury politycznej.           Dróg jest wiele, od solidarnego bojkotu mediów, dziennikarzy, lub programów lamiacych zasady obiektywizmu i uczciwosci, przez przerywanie programu, gdy dziennikarz zachowuje sie niepoprawnie, lub nie kontroluje innych rozmówców,  przeszkadzajacych w swobodnej wypowiedzi, az po pouczanie dziennikarza, by nie wychodzil z roli mu przynaleznej. Te reakcje musza byc jednak szybkie, jasne i zdecydowane, nie wylaczajac demonstracyjnego opuszczenia programu.

Nie ma bardziej upokarzajacej sytuacji, takze dla telewidzów, gdy dziennikarz, korzystajac z funkcji gospodarza programu, próbuje podporzadkowac sobie polityka, a ten ze skruszona mina przyjmuje takie odwrócenie ról. Taka praktyka wobec polityków PIS jest powszechna dla stacji TVN i TVN24 i wobec tego kwarantanna absencyjna bylaby ulga takze dla telewidzów, którzy sa zwolennikami PIS.

 

28 stycznia 2008    -  116

My i ci inni

Wspielismy sie niegdys (1983) z zona i dwojgiem dzieci do najwyzszego punktu dostepnego dla samochodu w Górach Skalistych Kolorado. Drzew ani sladu, roslinnosc charakterystyczna dla tundry, ale piekne, swojskie widoki na otaczajace szczyty, przypominaly do zludzenia fragmenty Tatr, mimo ze wszystko podniesione jest o te drobne 2 tysiace metrów poziomu, na który wypietrzony jest stan Kolorado. Byla pierwsza dekada wrzesnia i oprócz nas nie bylo w tym miejscu nikogo. Nasycilismy sie widokami i lagodnymi wspinaczkami na okoliczne wzniesienia podobne do Czerwonych Wierchów, a gdy zbieralismy sie do odjazdu, zauwazylismy pare nieco starszych od nas ludzi, którzy uslyszeli, ze mówimy do dzieci po polsku. Szybko okazalo sie, ze byli to Polacy - rodzice odwiedzajacy swoja córke w Ameryce. Wielka i wspólna byla radosc z tego nieoczekiwanego spotkania Rodaków na pustkowiu, na niecodziennej wysokosci, w samym srodku Ameryki, a nadzwyczajnosc przypadku podkreslil jeszcze fakt, ze podobnie jak my, ci Panstwo byli z Krakowa. Sympatyczna rozmowa, wspólne zdjecie i serdeczne rozstanie zakonczylo trwanie tego, jak nazwalismy - nieplanowanego spotkania Polaków na szczycie.

Sadze, ze wiekszosc ludzi pod wrazeniem podobnych doswiadczen, zastanawia sie nad sensem tego szczególnego powinowactwa, które odczuwamy w stosunku do innych Rodaków. Jak to sie dzieje, ze spotykajac w niespodziewanych okolicznosciach nieznanych sobie ludzi, odczuwamy radosc, gdy dowiadujemy sie, ze sa Polakami. Przeciez nie moze tu wystarczyc fakt, ze mówia polskim jezykiem, ze geograficznie zamieszkuja bliskie nam miejsce, ze obcujac z tym samym otoczeniem ich myslenie i kojarzenie sa podobnie uksztaltowane. Musi byc cos wiecej i jestem przekonany, ze to "cos wiecej" okresla ten zwiazek, który laczy nas we wspólnote narodowa. Spotykajac Polaka instynktownie oczekuje, ze w podstawowych sprawach okreslajacych to, co stworzylo nas jako Naród, mysli i czuje podobnie do mnie. Wtedy, w 1983 roku, nie mialem z tym wielkiego klopotu, zdawalo sie, ze poza niezbyt liczna mniejszoscia terroryzujaca naród, cala reszta byla prawdziwa wspólnota.

Dzisiaj mam z tym klopot, bo zachowanie i postawa wielu Polaków sa bardzo odlegle od tego, do czego, w moim mniemaniu, zobowiazuje przynaleznosc do Polskiego Narodu. Sam nie wiem, czy dzisiaj takie spotkanie, jakie opisalem we wstepie, napelniloby mnie spontaniczna radoscia, bez rozpoznania, czy mam rzeczywiscie do czynienia z Polakami, czy tylko z ludzmi zamieszkujacymi w Polsce. Te watpliwosci nie rodza sie przeciez z róznic politycznych, z innych wyborów w glosowaniach, z odmiennych pogladów na wiele spraw, które moga róznic uczestników wspólnoty. Tu chodzi o rzeczy najwazniejsze, o stosunek do imponderabiliów, o podejscie do najbardziej istotnych spraw, które decyduja o wiezach naszej Wspólnoty tworzacych podstawy jej zrodzenia i zapewniajacych jej trwanie w historii. Na czym opieram te smutne wnioski?

Pierwsze pole mojej bezposredniej obserwacji ograniczone jest do szerokiego srodowiska, w którym na co dzien zyje. Tutaj poprzestane jedynie na odnotowaniu obecnosci niektórych ludzi, których postawy dziwia i niepokoja. Juz nie podejmuje z nimi dyskusji, bo z doswiadczenia wiem, ze wszelkie próby dialogu sa bezowocne, a wprowadzaja tylko niesnaski psujace atmosfere, która jest niezbedna do wspólistnienia.

Innych i szerszych pól obserwacji dostarczaja media. Najbardziej pozytywnych wrazen dostarczaja mi glosy sluchaczy, które pojawiaja sie na antenie Radia Maryja. Pelna otwartosc mikrofonów dla kazdego, kto ma wystarczajaco duzo cierpliwosci i zdola sie przebic przez lawine chetnych, zmusza do pewnej tolerancji dla poziomu, jasnosci i zawartosci merytorycznej wypowiedzi. A jednak wiekszosc z tego, co slysze na antenie Radia Maryja, to glosy, z którymi sie w pelni zgadzam, czesto sa to glosy elity w sensie rozumienia i odczuwania, czym jest polska wspólnota narodowa. Czasem glosy ludzi z malych miejscowosci, rozrzuconych w dalekich prowincjach, wypowiedzi, które po prostu zachwycaja, choc o 2-giej w nocy czlowiek nie jest skory do uniesien. Radio Maryja umozliwia dostrzezenie wspólczesnej duszy Narodu Polskiego, która wcale nie jest bezkrytyczna, ale jest uporzadkowana i zachwycajaca w swej ciaglej przez pokolenia tradycji.

Z drugiej strony, jak nieprzyjemny zgrzyt jawi sie obraz Polaków widoczny w innych mediach. To, co czytamy, widzimy i slyszymy w tych mediach jest wprawdzie tylko czastka obrazu, która nie daje podstaw do uogólnien, bo mamy do czynienia z waska, wyselekcjonowana grupa tych, którzy chwilowo zajeli medialna czesc przestrzeni publicznej. Dzisiaj waznym uzupelnieniem sa glosy odczytywane w internecie, jako komentarze do artykulów, wypowiedzi telewizyjnych i radiowych, lub szersze wypowiedzi i reakcje na róznych forach dyskusyjnych. Ta sfera obejmuje dostatecznie szeroka grupe wypowiadajacych sie, by móc konkludowac o wspólczesnej kondycji polskiego narodu. I tam znajdujemy glosy, które brzmia tak inaczej, tak obco, a nawet wrogo wobec narodu, ze ich odczytywaniu towarzyszy uporczywa mysl: ja z tym czlowiekiem mam tak niewiele wspólnego, ze nawet razi mnie uzywanie przez niego formy osobowej -my. Najzwyczajniej nie chce byc wlaczany w te grupe, która on obejmuje forma -my, zatem ta czesc wspólnoty dla mnie zanika, jesli naprawde jego wypowiedzi traktowac powaznie.

Te przydlugie rozwazania wprowadzaja mnie do komentarza zwiazanego z fala krytycznych wypowiedzi na temat Powstania Styczniowego, które przetoczyly sie przez niektóre media. Tak to juz od lat bywa, ze z okazji rocznic zawsze odzywaja sie madrale, odkrywajacy swoja niezbyt oryginalna krytyczna prawde deprecjonujaca historyczna wartosc Powstan - Listopadowego, Styczniowego, czy Warszawskiego. Podczas, gdy nie wnosza one niczego nowego do tej krytyki historycznej, która juz od dawna jest obficie zapisana, celem ich glosnych i natretnie przedstawianych pogladów zdaje sie byc pragnienie zmiany mentalnosci Polaków, chec krytycznej rewizji stosunku do Powstan. Tego sie nie da zrobic, a gdyby sie komus udalo przerwalibysmy ciaglosc historyczna, przestalibysmy byc Polakami.

Lubiacy nas i dobrze nam zyczacy cudzoziemcy radza nam, bysmy sie nie zmieniali, bo wlasnie lubia nas szczerze za to, ze jako Polacy zachowujemy swój wyjatkowy charakter, ze jestesmy tacy, jacy jestesmy. Same uczestnictwo we wspólnej historii nie rodzi jeszcze wspólnoty narodowej, jesli nie towarzyszy mu wspólna ocena wydarzen historycznych. W wydarzeniach odleglych, gdy odejda wspólczesne im pokolenia i wygasza sie indywidualne odczucia, ustala sie wspólna ocena, która stanowi pozywke dla ciaglosci pokolen. Gdy patrzymy na tragiczne w skutkach Powstanie Styczniowe, potoczna pamiec, która trwa i jest wspólna dla Narodu, skupia sie na bohaterstwie, na umilowaniu wolnosci, na poswieceniu dla Ojczyzny, na symbolice i znaczeniu wydarzen utrwalajacych nasza tozsamosc. Warto w rozwazaniach historycznych analizowac i krytykowac decyzje, czy bledy, chociaz nawet dla historyków pelna ocena jest trudna, bo nie jest dostepny szczególowy zapis toku myslenia dowódców i uczestników. Dla potomnych wazny jest masowy, nawet jesli nie powszechny udzial w Powstaniu, a zwlaszcza wazny jest udzial tych licznych uczestników, których w dzisiejszych kategoriach nalezaloby uznac za wybitnie swiatlych, niewatpliwie postaci innej miary, niz wiekszosc dzisiejszych krytyków. I to wystarczy, by uznac wartosc Powstania, dostrzec jego nie wylacznie ludzka geneze i jego znaczenie dla naszej tozsamosci. Nikt nie jest w stanie przewidziec dalszych losów Polski, gdyby Powstania nie bylo. Byc moze bylibysmy silniejsi fizycznie, ale moze rozplynelibysmy sie w magmie zaborców, moze w 1918 nie odzyskalibysmy niepodleglosci, a juz na pewno mlodziez II Rzeczypospolitej nie bylaby zdolna do tego bohaterstwa, które znowu w tak dramatyczny sposób musiala ukazac swiatu.

Rózne sa krytyki Powstan, ale to, co zademonstrowal Lukasz Warzecha w swoich wypowiedziach w Salonie24, rozpoczynajac blogiem pt.: "Powstanie Styczniowe. Studium glupoty" , trudno pozostawic bez reakcji, bo juz sam tytul trzeba odczytac jako obelge czlowieka, który prawdziwie nie zna miary. Autor zdaje sie nie wiedziec, ze trzeba naprawde byc kims, by miec prawo chlostac Naród, a prawo do demonstrowania swojego cynizmu i braku szacunku dla Powstanców i ich Dowódców niech sobie zachowa dla swojego prywatnego grona i nie wylazi z tym na forum publiczne. Gdyby rzeczywiscie Lukasz Warzecha chcial odwaznie zademonstrowac swoja krytyke historycznych zachowan Polaków i edukowac ich w strone cynicznego realizmu w ocenie wyborów wlasnego postepowania, mialby okazje uczynic to na przykladzie o wiele bardziej wspólczesnym, a jakze dzisiaj aktualnym.

Powinien spróbowac rozwazyc swoje "studium glupoty", analizujac zachowanie Polaków w czasie Zaglady Zydów. Przeciez masowe udzielanie pomocy Zydom, bylo zachowaniem calkowicie nieracjonalnym. Nie tylko grozilo to smiercia, takze smiercia wlasnej rodziny, nie tylko wymagalo skrajnie ryzykownego bohaterstwa, rzeczywistosc pokazala, ze dziesiatki tysiecy Polaków przyplacily zyciem to swoje bohaterstwo. Lukasz Warzecha móglby sie zastanawiac czy bylo warto, czy Dowódcy, a wiec Polski Rzad w Londynie nie powinien wezwac do powstrzymania sie Polaków od tak nieracjonalnego bohaterstwa, by ratowac, ile sie da z tkanki narodu. Móglby Warzecha przy dzisiejszej wiedzy kalkulowac, ze w ten sposób przeciez takze ratowano pózniejszych przesladowców, a w kazdym razie niczego Polacy na tym nie zyskali, jedynie czarna niewdziecznosc i lawine falszywych, hanbiacych oskarzen. Móglby, ale woli sie pastwic nad Powstancami, bo to dzisiaj niczym nie grozi.

A dla Polaków i tak konkluzje sa oczywiste - chociaz nieracjonalnie, tak postepowalismy, bo jestesmy Polakami. I warto tak postepowac, bo dzieki temu wciaz jestesmy Polakami. Natomiast czlowiek, który uwaza sie za racjonalnego Polaka i jest zmuszony do pisania w nedznym niemieckim tabloidzie, powinien znalezc lepsza droge do leczenia swoich kompleksów.

Pewnie kiedys minie mi ten nastrój irytacji, ale gdybym dzisiaj spotkal Lukasza Warzeche na szczycie Rocky Mountains w Kolorado, powiedzialbym do zony i dzieci: "Jedzmy stad, tutaj zrobilo sie za ciasno".

 

13 stycznia 2008    -  115

Bubel Grossa…

… i Gross - Bubla jest wspólnikiem w ciaglym podsycaniu niecheci do Zydów i wywolywaniu reakcji, które sluza podtrzymaniu tematu antysemityzmu. Juz ktos wczesniej te wspólnote dzialan obu harcowników zauwazyl i wypunktowal. Sa wykonawcami tego samego zadania; moze sie osobiscie nie znaja, ale na pewno wiedza o sobie i staraja sie, by ich robota sie wzajemnie uzupelniala. Maja tez wspólne cechy - obaj sa skrajnie bezczelni, dzialaja jawnie i obaj sa calkowicie bezkarni.

Fotografia Grossa, publikowana dosc szeroko przy promocji ksiazki "Strach", jest bardzo wlasciwa reklama - tak wlasnie powinien wygladac autor paszkwilu. To dziwne, jak bardzo twarz dojrzalego czlowieka odzwierciedla jego charakter i sklonnosci. Patrzac na twarz J.T.Grossa, nic mnie nie zaskakuje, a to, ze sypal swoich kolegów w 1968 roku, wrecz pasuje. Ani Bublem, ani Grossem nie warto sie zajmowac - dobrze, ze uczyni to prokuratura, choc obecny minister bez watpienia kontroluje sytuacje, by nie doznal krzywdy. Tutaj wystarczy nawet sam fakt, ze prokuratura zajela sie sprawa. Pierwszy efekt to ujawnienie hipokryzji ludzi, którym taka interwencja sie nie podoba, choc sami tak czesto domagaja sie prokuratorskich dzialan w nieporównanie bardziej blahych sprawach, gdy wydaje sie, ze mozna zniszczyc kogos zarzutem antysemityzmu.

Przez media i fora internetowe przetaczaja sie opinie, komentarze i powazne artykuly, które jednak nie oddaja rozmiaru frustracji Polaków, zwlaszcza starszych, którzy potrafia ocenic skale klamstwa odwracajacego prawde o czasach powojennych. Oni wiedza, ze kazdy pojedynczy przypadek mógl sie zdarzyc, ale jesli ktos domaga sie uogólnien, to raczej Polacy bali sie Zydów, a nie odwrotnie. Glównym zródlem strachu byl terror nowej wladzy, w której dobrze rozpoznawany kierowniczy udzial Zydów mial znaczenie o wiele wieksze, niz znane dopiero dzisiaj procentowe oszacowania liczbowe tego udzialu.

Bardzo cenna i wlasciwa odpowiedzia na ataki, tak plytkie w argumentacji, ale intensywne w budzeniu emocji, sa naukowe opracowania historyków i wobec tego badania prof. J.M.Chodakiewicza opublikowane wlasnie teraz przez IPN to strzal w dziesiatke. Tym niemniej wydana juz w 2006 roku, w odpowiedzi na angielskie wydanie "Fear", ksiazka prof. J.R.Nowaka, pt. "Nowe klamstwa Grossa" jest  odpowiedzia, która ma o wiele wieksza nosnosc w opinii publicznej, bo punkt , po punkcie demaskuje rozmiar klamstw prowokatora Grossa. To nieslychane, ze ani wydawnictwo "Znak", ani biezacy komentatorzy skandalu, nie przytaczaja na pierwszym miejscu tej pracy prof. J.R.Nowaka, a w istocie w ogóle jej nie wspominaja. Takze znakomity artykul historyka Leszka Zebrowskiego [Nasz Dziennik, 5/6 stycznia 2008], przypominajacy szczególowo trudne do obalenia argumenty demaskujace wczesniejsze klamstwa Grossa o Jedwabnem, trafia w sedno, które jest natarczywie pomijane w dzisiejszej udawanej i chaotycznej wymianie komentarzy.

Jezeli ktos rzeczywiscie planuje debate, to musi ona w glównym watku postawic na samym poczatku te najbardziej oczywiste i ustalone juz prawdy o dwóch wydarzeniach, które traktowane sa jako fundamenty oskarzen.

Pierwsza prawda dotyczy prowokacji kieleckiej i brzmi: Wydarzenia 1946 roku w Kielcach, okreslane jako tzw. "pogrom kielecki" byly zbrodnia komunistyczna, która byla w calosci zaplanowana, zainicjowana, zorganizowana i wykonana przez funkcjonariuszy wladzy komunistycznej, z precyzyjnie okreslona motywacja. Mieszkancy Kielc mieli z ta zbrodnia tyle wspólnego, ile wynika z faktu, ze dziewieciu z nich niewinnie zginelo w egzekucjach po bezpodstawnych wyrokach smierci orzeczonych przez te sama komunistyczna wladze.

Druga prawda dotyczy wydarzen w Jedwabnem i brzmi: W lipcu 1941 zamordowano w Jedwabnem w okrutny sposób miejscowych Zydów. Ich liczba nie jest dotychczas ustalona, ale na pewno nie przekracza 300 osób. Zbrodni tej dokonali Niemcy w ramach szerszej akcji likwidacji Zydów przeprowadzanej w tamtym terenie. Ustalono, ze w zbrodni moglo wziac udzial okolo 40 Polaków, niekoniecznie miejscowych i niekoniecznie dobrowolnie. Ustalono tez, ze w czasie akcji Niemcy uzywali broni palnej i latwopalnych plynów, a ani w trakcie, ani po zbrodni nie mialy miejsca rabunki ofiar. Ustalono, ze 150 Zydów mieszkajacych w miescie, Polacy uratowali z narazeniem zycia wlasnego i rodzin, ukrywajac ich w Jedwabnem i w okolicznych miejscowosciach. Ustalenie pelniejszej prawdy o zbrodni Niemców uniemozliwili Zydzi przez naciski wstrzymujace ekshumacje.

Fakt, ze te dwie prawdy do dzisiaj nie doczekaly sie klarownych i pelnych oswiadczen IPN, który móglby zaopatrzyc je obszernym uzasadnieniem i aneksem zawierajacym dokumenty, jest niewybaczalnym grzechem Instytutu Pamieci Narodowej.

Fakt, ze wladze Rzeczypospolitej do tej pory nie poinformowaly oficjalnie swiata o tych prawdach, jest niewybaczalnym grzechem, za który wciaz placimy przyjmujac niezasluzone razy ze strony lajdackich oszustów.

I dlatego to wszystko pewnie bedzie dalej trwalo. Tymczasem my mamy takze problem wewnetrzny - do zalatwienia natychmiast. Chodzi o wydawnictwo "Znak", które wprawdzie nie ma w oficjalnej nazwie przymiotnika "katolicki", ale stara sie za takie uchodzic. Gross moze byc zboczonym z nienawisci do Polaków psychopata, który korzysta z tzw. wolnosci slowa i daje ujscie swoim sklonnosciom. Jednak jego kalumnie rozpowszechniane sa przez wydawnictwo "Znak", które dysponuje wystarczajaca wiedza, by ocenic zawartosc ksiazki Grossa. Ludzie "Znaku" mieli tez do dyspozycji demaskatorska ksiazke J.R.Nowaka, która zwraca uwage na wszystkie wazne i drastycznie szczególowe klamstwa.

Ta haniebna i nie do wybaczenia postawa wydawnictwa "Znak" jakby domyka historie wczesniejszych dzialan tego srodowiska. Bo paszkwil Grossa stawia w centrum oskarzen wydarzenia kieleckie 1946, a wtedy pierwsza bezposrednia, prawdziwa i natychmiastowa relacje wydarzen i ich kontekstu przekazal s.p. bp Karczmarek. Za te prawde oddal zycie, gdy w odruchu zemsty wladz wytoczono mu po latach proces i smiertelnie wyczerpano torturami. Mlody publicysta T.Mazowiecki, zawsze mocno zwiazany ze srodowiskiem "Znaku", mial swój wybitny przyczynek do tej zemsty za prawde o tzw. pogromie kieleckim. Dzisiaj H.Wozniakowski i "Znak" dolaczaja swój wklad w trwanie tego klamstwa. Ich takze prokuratura musi wezwac, ale najbardziej potrzebne byloby jasne oswiadczenie Episkopatu, ze wydawnictwa "Znak" nie nalezy kojarzyc z katolicyzmem.

Przypuszczam, ze jak zwykle debaty o polsko-zydowskich stosunkach nie bedzie, ale wazne sa obserwacje, jak zachowuja sie i co mówia dzisiaj polscy Zydzi w tej sprawie. To, co widze, na razie przeraza i potwierdza to wszystko, co ponad piec lat temu napisalem w artykule "Zydzi i Polacy- nie pasujemy do siebie". Slusznosc mojego koncowego wniosku w tym artykule zdaje sie byc mocno potwierdzona.

Doszedl jeszcze nowy, przerazajacy aspekt. Oto J.T.Gross na lamach tygodnika "Wprost" atakuje Prymasa Tysiaclecia. Tym samym daje znak, ze cala jego prowokacja wpisuje sie w te nowa fale ataków na Kosciól, a raczej rozprawy z Kosciolem, z która od kilku miesiecy mamy do czynienia w Polsce. Ta wojna wchodzi w jakies przerazliwe apogeum, bo jej intensywnosc i uzywane srodki zdaja sie przypominac najgorsze czasy. Dzisiaj podano wiadomosc o zabójstwie ksiedza i jego gospodyni na Dolnym Slasku, w miejscowosci Serby. Podobno ksiadz nazywal sie Polak, a na pewno byl redemptorysta, - sa ludzie, którzy wierza w przypadkowosc takich okolicznosci, ja do nich nie naleze.

 

6 stycznia 2008    -  114

Zaczepki harcowników - zamierzony zamet ?

Trudno narzekac na brak tematów wartych komentarza. Wiele spraw podnosi temperature i domaga sie reakcji. Ale gdybysmy reagowali na wszystko, caly nasz czas bylby wypelniony pisaniem artykulów, listów, protestów i apeli z góry skazanych na rozplyniecie sie w morzu slów, które nie moga skupic uwagi na tyle szerokiej, by wywolac pozytywny skutek. Harcownicy na wielu frontach ustawicznie atakuja, zaczepiaja i prowokuja do reakcji - zdaja sie tworzyc zamierzony zamet, który przeciez musi miec jakis cel. Przyjrzyjmy sie tym codziennie otwieranym odcinkom potyczek i walki, z których kazdy drazni, a czasem wywoluje trudne do opanowania emocje.

Najpierw to, czym karmieni jestesmy od kilkunastu lat, co powtarza sie regularnie i cyklicznie jako owo zapowiadane "ciagle bicie w mur, które kiedys ten mur musi skruszyc". Chodzi o kolejne ataki na Radio Maryja, które tym razem objelo takze inna inicjatywe zwiazane z Radiem - Wyzsza Szkole Kultury Spolecznej i Medialnej. Tym razem atak jest pozbawiony wszelkich pozorów przyzwoitosci - jest pelne przyznanie sie do checi zniszczenia i destrukcji, które w porywie szczerosci nietypowej dla Platformy Obywatelskiej Palikot nazwal "wykanczaniem". Czasem dochodzi do zjawisk kompromitujacych - oto protest dotyczy pozyskania funduszy unijnych dla inicjatywy wykonania badawczych odwiertów geotermii, które w przypadku powodzenia moga sluzyc ogrzaniu Szkoly, a moze i wiekszego obszaru Torunia. Ktos na powaznie wyraza "obawy", ze moze nawet wlasciciele tych urzadzen beda mogli czerpac zyski z calego przedsiewziecia. Bez zadnych podstaw prawnych zwalniani sa urzednicy panstwowi, którzy w pelni legalnie zaakceptowali projekt i wsparli inicjatywe. W normalnym kraju zwalniano by tych, którzy podjeli wysilki, by taka sprawe blokowac. Mysle, ze gdy wrócimy do normalnosci trzeba bedzie ukarac tych, którzy teraz sabotuja pozyteczne inicjatywy i wbrew interesom Polski pragna zdusic obywatelska aktywnosc. Radia Maryja juz nie wykoncza, zbyt potezne sily jej bronia - sily nadprzyrodzone i miliony sluchaczy, a widac, ze takze Episkopat coraz pelniej dostrzega, gdzie ulokowany jest prawdziwy przeciwnik. Jednak akcje "bicia w mur" trwaja, burza zla krew i zajmuja uwage.

Nagle uruchomiono kilka frontów wojny ideologicznej. Min.Kopacz i premier Tusk wyskoczyli z pomyslem refundowania procedur "in vitro". Pare zdecydowanych slów ze strony hierarchów Kosciola wymusilo na nich taktyczne cofniecie, ale temat pobudzili, ludzie maja o czym myslec, a do sprawy sie wróci - "nie w tym roku"?  Powraca aborcja, a temat wrzucony o zgrozo przez RPO J.Kochanowskiego podchwytuja komunisci i inni przeciwnicy Kosciola i Polski. Rzecznik bezustannie zadziwia w swych staraniach o ustanowienie kolejnego osrodka wladzy i to paradoksalnie wladzy jawnie skierowanej przeciw obywatelom. Najpierw dobil linczowanego abp S.Wielgusa, potem w sporze o Rospude z calych sil poparl zaby przeciw mieszkancom Augustowi,  pózniej przeprosil talibów za "naszych zbrodniarzy wojennych" w Afganistanie, a zaczal sie nawet zajmowac, nomen omen, reforma sluzby zdrowia. W kwestii aborcji ustawil sprawe tak, jak tylko prawnik to potrafi - nikt nie wie, czy jest za poszerzeniem, czy ograniczeniem prawa do aborcji. W praktyce z cala pewnoscia wyjdzie, ze prawo do zycia nie jest potencjalnemu obywatelowi potrzebne.

Wreszcie Swiatynia Opatrznosci Bozej dala nosny temat do walki z Kosciolem, ilez bluznierstw mozna przy tej okazji rzucic. Senyszyn dostala zadyszki , a bp Pieronek uznal, ze ma w koncu godnego przeciwnika do soczystej polemiki. Zawsze sie zastanawialem czyj glos mi przypominaja dzwieki artykulowane przez poslanke Senyszyn. Dopiero ostatnio skojarzylem, ze slyszalem cos takiego w trakcie ogladania dokumentalnego filmu o pracy egzorcysty. Z opetanej zlym duchem wlasnie taki glos sie wydobywal - ten sam tembr, ta sama barwa, a nawet ta sama sila glosu. Czy bp Pieronek nie mógl tej pani odeslac wlasnie do egzorcysty zamiast do krów?

Gdy chce sie naprawde rozbudzic emocje Polaków i zajac duza przestrzen ich umyslów, to niezawodny jest temat tzw. antysemityzmu. Wydawnictwo "Znak" czekalo wiec, na sygnal, kiedy wreszcie uruchomic od tak dawna przygotowane tlumaczenie nowej ksiazki J.T.Grossa "Strach" - jest potrzeba, jest i sygnal. Drukarnia pracuje, by polska wersja paszkwilu na Polske rozgrzala do czerwonosci umysly Polaków, którzy nie powinni skupiac uwagi na innych waznych sprawach. To sie dopiero zaczyna i to moze byc intensywne. Ale ta zabawa nie skonczy sie nigdy, jesli Polaków nie bedzie stac na trzasniecie raz porzadnie batem w prowokatorów.

W miedzyczasie dzieja sie rózne rzeczy. Podskórna walka o telewizje publiczna, przywracanie "porzadku" w sadach i prokuraturach, by "mordom tym naszym zylo sie lepiej", próby skasowania CBA i innych przeszkód dla korupcji, niejasne strajki w kopalniach, gdzie byc moze jest i jakies drugie dno, wreszcie tzw. reforma sluzby zdrowia, w której operacje strategiczne przygotuje Platforma wraz z zaprzyjaznionymi medykami, a juz doszlusowuja zaprzyjaznione pielegniarki (biale miasteczko to mile wspomnienia wakacyjne min. Kopacz i dzialaczek w bialych kitlach).

Jest wiec wielo-frontowy zamet, w którym napiecie jest odpowiednio regulowane przez zaprzyjaznione media, niejawne cele sa od dawna wytyczone, a operacja idzie pelna para pod oslona tego powszechnego, sztucznie tworzonego zametu. Juz po cichu zlikwidowano cukrownie w Lubelskiem (jesli UE zazadala redukcji, to dlaczego nie zredukowano jednej z tych, które przejeli Niemcy?), juz sa kroki w sprawie telewizji, a decyzja Urbanskiego zatrudnienia Lisa, ma pewnie jeszcze zmniejszyc wplaty abonamentu. Likwidacje CBA trzeba odsunac, bo Pitera zrobila fuszerke z raportem, ale Cwiakalski juz sporo zlodziejskich interesów zabezpieczyl.

Zdaje mi sie jednak, ze najwazniejszy przekret, jaki sie szykuje, to tzw. reforma sluzby zdrowia. Z cala pewnoscia realizowany jest scenariusz, którego ledwie fragmenty ujawnila niechcacy Sawicka. Plan chyba jest prosty. Zgadzac sie na podwyzki, za które pelna odpowiedzialnosc biora dyrektorzy szpitali. Dac pieniedzy znacznie mniej, niz starczyloby na te podwyzki - dyrektorzy sie nie zmartwia, bo znaja plan gry. Niebawem zaczna sie seryjne bankructwa, zadluzone po uszy szpitale zaczna upadac i za symboliczna zlotówke przechodzic w prywatne, wypieszczone rece ordynatorów i dyrektorów, ku radosci i westchnieniu ulgi lokalnych spolecznosci i wladz samorzadowych. Zwiastuny tego kierunku propagandy sukcesów prywatyzacyjnych juz sie pojawily, a sztaby tzw. dziennikarzy zapewne przygotowuja juz pelnometrazowe reportaze.

No a pózniej, to juz nie bedzie wyjscia i eutanazja ruszy pelna para. Ludzie wciaz wierza, ze Bóg stal sie czlowiekiem, a tu szykuja nam prawdziwa wersje tworzenia boga z czlowieka. Cóz za wyzyny ewolucji czlowieka - pan zycia i smierci - kazdemu mozna dac zycie i skomponowac kod genetyczny (in vitro) i kazdemu mozna bedzie odebrac zycie (aborcja, selekcja przy in vitro, lub eutanazja). Troche duzo bedzie tych bogów, wiec jest nadzieja, ze sie poklóca. Lepiej jednak na to nie liczyc, lepiej zatrzymac to wszystko póki czas.