Ojczyzna.pl

  KS FELIKS KAMINSKI przyklad dla Prymasa Józefa Kowalczyka

Ostatnie uaktualnienie: 26-09-2010     

Kapłan –Polak-Katolik
"Ks Felix Kaminski"
ksiazka ,,Cudem Ocaleni ,,wydana w Londynie 1981
FELIKS KAMIŃSKI

Ksiądz Feliks Kamiński, kapłan diecezji chełmińskiej, urodzony w r. 19l2, święcony w r. 1935 w Pelplinie, przed wojną wikariusz w Sierakowicach na Kartuzach, powołany do rezerwy, jako kapelan Grupy Obrony Wybrzeża, wzięty do niewoli w r. 1939. Więziony, badany przez Gestapo "Victoria Schule", Gdańsk, przeszedł obozy koncentracyjne, jak: Stutthof, Sachsenhausen, Dachau, gdzie miał numer 22494 i był poddawany eksperymentom lekarskim, jak flegmona i tyfus. Klisze flegmony znaleziono w klinice w Monachium. Do dziś pozostały mu rany na nogach po flegmonie. Chodzi o lasce. Był bity w głowę. Podczas panującego w Dachau tyfusu, kiedy więźniowie niemieccy obawiali się zarazy, ks. Kamiński zgłosił się dobrowolnie na bloki tyfusowe. Pielęgnował, spowiadał i zaopatrywał chorych na śmierć. Niósł im pociechę religijną. Ochrzcił wielu żydów. Wyspowiadał wielu Rosjan.

 

HISTORIA PODOBNA DO WIELU

Zacząłem swoje perypetie koncentrakowe w Studhoffie koło Gdańska. Studhoff jest położony po wschodniej Stronie Nogatu, pomiędzy Gdańskiem i Elblągiem, a Nogat jest prawym rozwidleniem Wisły przy jej ujściu do morza. Gdy nas tam przywieziono, było w obozie dużo Żydów i do nich nas dołączono. Nie był to właściwie obóz, ale zaczątek obozu, który my dopiero zakładaliśmy. Po jednej stronie baraku byli Żydzi, my po drugiej. Nie było łóżek ani sienników. Leżeliśmy dosłownie w gnoju. Nie było także obozowych ubrań i obuwia. Każdy z nas chodził we własnym ubraniu, w którym go aresztowano. Najgorzej odczuwaliśmy brak wody i urządzeń sanitarnych. Ja leżałem obok obecnego bpa Ordynariusza chełmińskiego, ks. Bernarda Czaplińskiego, po drugiej stronie miałem 'ks. infułata Ziemskiego, proboszcza pro-bazylilki św. Jana w Toruniu. Z nami też był młody kapłan z naszej diecezji Stefan. Nie dostawaliśmy dostatecznego jedzenia. Cała porcja dzienna to trzy czwarte litra wodnistej zupy z brukwi bez tłuszczu. Zamiast pracy mieliśmy całodzienne ćwiczenia gimnastyczne, a zimą, 1939-40 r. pracowaliśmy przy odgarnianiu śniegu. Była to bardzo śnieżna i ciężka zima. Usuwaliśmy śnieg, nosząc go na tragach lub w połach własnych płaszczy, wśród nieustannego poganiania Kapów i SSmanów.

Tu właśnie spotkaliśmy się z metodą germanizowania księży. Pamiętam taki wypadek z ks. Baumholtzem. Dobrze zbudowany, miał postawę polskiego szlachcica. Był proboszczem w diecezji poznańskiej. Komendantem Studhoffu był wówczas SS-Obersturmbahnführer Pohl. To nazwisko pamiętam doskonale. Po kilkutygodniowym, ostrym przećwiczeniu nas uważał, że już jesteśmy należycie przygotowani do przyznania się do niemieckości, zwłaszcza ci, którzy nosili niemieckie nazwiska. Do takich należał ks. Baumholtz. Jako pierwszego, według alfabetu, wezwał go do siebie Pohl. W czasie obiadu przyszedł do baraku SSman i zabrał księdza do komendanta. Struchleliśmy wszyscy, bo wiedzieliśmy, że wezwanie do komendanta to nie przelewki. Wielu z takiego przesłuchania nie wracało do baraku. Ksiądz Baumholtz wrócił, ale nie o własnych siłach: przywlekli go nieprzytomnego i okrwawionego dwaj SSmani. Gdy przyszedł do siebie, opowiedział co przeżył.

"Gdy mnie wprowadzono do kancelarii komendanta - powiedział ks. Baumholtz - Komendant wstał i uprzejmie mnie przywitał, wskazując mi krzesło. Usiadłem. Poczęstował mnie cygarem, potem kieliszkiem wina. Naturalnie, nie spodziewając się żadnego bestialstwa, przyjąłem jeden i drugi poczęstunek, jak od człowieka kulturalnego i wdałem się z nim w rozmowę. Więc najpierw, skąd jestem, dlaczego tak dobrze mówię po niemiecku? Odpowiadam, że jestem proboszczem z diecezji gnieźnieńskiej, że kończyłem gimnazjum niemieckie, a potem studiowałem w Poznaniu i w Berlinie, więc język niemiecki znam dobrze. Widzę, że mówisz językiem Goethego i Schillera - powiada. Ale i nazwisko masz czysto niemieckie, więc chyba czujesz się Niemcem. Tak, nazwisko mam niemieckie, bo moi przodkowie przywędrowali do Polski z Brandenburgii. Tak jednak zadomowili się w Polsce, że poczuli się Polakami i swoje dzieci wychowali w duchu polskim. Ja nigdy nie zastanawiałem się, czy mógłbym być Niemcem. Ja się urodziłem Polakiem i jestem Polakiem. Polakiem też pozostanę, choćbym miał za to życie oddać. Widziałem zaskoczenie i niezadowolenie na twarzy Pohla. Brutalnie powiada: "Chyba widzisz jak postępujemy z Polakami. Widziałeś jak umierał niejeden z twoich polskich kolegów. Chyba nie chciałbyś talk umierać. Łatwo tego możesz uniknąć i jeszcze dzisiaj opuścić  Obóz,  jeżeli  podpiszesz  Volksdeutsch Listę, stwierdzając, że jesteś pochodzenia niemieckiego i chcesz do naszego wielkiego narodu należeć". Spokojnie odpowiedziałem, że nic nie cofam z tego, co już o sobie powiedziałem i jeszcze raz podkreśliłem, że jestem Polakiem i Volksdeutsch Listy nie podpiszę.

Po mojej odpowiedzi Niemiec zawrzał gniewem. "Zobaczymy - zaryczał - czy nie zmienisz zdania. Zawołał na SSmanów, którzy byli widocznie pod drzwiami kancelarii i czekali na to zawołanie. Wskoczyło ich dwóch, razem z Pohlem rzucili się na mnie i zaczęli bić i kopać gdzie popadło, obrzucając wyzwiskami, wśród których dominowało: Du Polnische Schwein! - Ty polska świnio! Nie wiem, jak to długo trwało, gdyż po kopnięciach w skroń, straciłem przytomność. Resztę już wiecie, bo widzieliście, jak mnie tu przywlekli".

Gorzej powiodło się księżom polskim z Gdańska. Było ich sześciu z ks. Kan. Liguzińskim na czele. Gdańsk nie miał własnego, polskiego seminarium duchownego, tylko nasza diecezja chełmińska dostarczała tam księży Polaków. Dlatego znaliśmy ich dobrze. Pewnego dnia, w czasie obiadu, przyszedł SSman do baraku, wyczytał ich nazwiska, kazał zabrać z sobą łopaty i poprowadził do komendy. Już ich więcej nie ujrzeliśmy. Musieli wykopać dla siebie wspólną mogiłę i tam zostali rozstrzelani. Poznałem to miejsce, gdyż z kilku młodszymi kolegami zostałem wyznaczony do komanda pogrzebowego. Na skutek zachorowań na tyfus i krwawą biegunkę komenda wydzieliła dwa baraki, a raczej dwie stajnie, w których odizolowano chorych. Marli masowo; nikt ich nie pielęgnował,- nie przydzielano im żywności. Któryś z SSmanów, może sam komendant, wpadł na pomysł, by urządzać zmarłym pogrzeby z obsadą kapłańską. Nasza szóstka otrzymała nawet po kawałku chleba, by się wzmocniła. Rozkaz brzmiał: Będziecie odnosić die Schwarzen Küsten - czarne skrzynie, tak nazywano tamtejsze trumny - pudła. Mieliśmy wynosić zmarłych nie do krematorium, bo w tym czasie (1940) jeszcze krematorium nie było w Studhoffie, ale do wspólnej mogiły, gdzie układało się zmarłych szeregami, jeden obok drugiego, a potem jeden na drugim, przesypując ziemią zmieszaną z niegaszonym wapnem. Gdyśmy w sześciu dźwignęli pierwsze pudło-trumnę,- kazano nam śpiewać. Ż powagą i pobożnością zaczęliśmy żałobny psalm: Miserere mei Deus ... Zmiłuj się nade mną Boże w miłosierdziu Swoim .. .  tak, jak śpiewaliśmy to na pogrzebach w naszych parafiach. Wtedy zrozumiałem jego głębię. Każdy z nas prosił nie tylko o łaskę za tych zmarłych, których nosiliśmy do wspólnego dołu, ale prosił o łaskę dla siebie: Boże, żebym jak najprędzej i na jak najmniej boleśnie znalazł się w tym czarnym pudle i mógł mieć spokój wieczny. Musiało być w tym naszym śpiewie coś przejmującego i sięgającego do głębi ludzkiej jaźni, bo SSmani, którzy początkowo rechotali z zadowolenia z pomysłu uroczystego pogrzebu, nagle przycichli, a potem jeden z nich rzucił rozkaz: "Maul halten! - Zamknijcie pyski".